Zniecierpliwiony skierował twarz ku wejściu.
- Czego znowu?- krzyknął, nie trudząc się wstawaniem.
- Ma pan gościa, proszę pana. Panna Greenloft stawiła się na umówione spotkanie.- poinformował przez drzwi cienki, kobiecy głos. Skrzywił się, jakby dopadła go jakaś zaraza.
- Możesz jej łaskawie powiedzieć, że skoro wprosiła się na cholerny obiad to powinna przyjść po południu? Mam specjalnie dla niej budzić kuchenne, które - jak sądzę - jeszcze smacznie śpią? Idź do niej i przekaż, że ma się pieprzyć!- odparł, powracając wzrokiem do May.- Jakkolwiek mocno bym chciał, nie mogę cię teraz przelecieć.
- Rozumiem to.- roześmiała się, stawiając stopy na ziemi.- Co mam ubrać?- zapytała, nie do końca będąc pewną na kogo ma wyglądać. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, wodząc palcem po brodzie.- Mógłbyś się ogolić.- dorzuciła, szurając dużym palcem po podłodze. Parsknął rozbawiony, odrzucając włosy za plecy.
- Załóż sukienkę. Tą taką czerwoną w której widzę, gdzie masz piersi.
- I domyśl się o co takiemu chodzi.- wzniosła oczy do sufitu, podchodząc do szafy. Malum lubił dbać, by nie brakowało jej strojów. Przesunęła kilka wieszaków, odnajdując wśród nich krwisty materiał.- Na ramkach, opina się na torsie, opada luźno do ziemi?
- Ja wiem? Chyba.- wzruszył ramionami. Wyjęła haczyk, ukazując mu go.- Tak, ta. Zakładaj. Idziemy napluć jej w dekolt.
- Opowiesz mi co się dokładnie stało, że się tak przyssała?- mruknęła, zarzucając łach przez głowę. Obciągnęła tkaninę, prostując powstałe zmarszczenia.
- Wieczorem. Na razie będę zachwycał się twoim widokiem, póki ta wywłoka nie raczy odejść.- oświadczył doniośle, wstając. Chwycił ją za nadgarstek, ciągnąc za sobą. Podążyli do salonu, gdzie Vinctus spodziewał się ujrzeć przybyszkę. Siedziała wyprostowana przed fortepianem, przewracając cienkim palcem notatki na pokrywie. Blond włosy sięgające odrobinę za kark, pozornie słodkie spojrzenie, usta uchylone.- Livia.- warknął nieprzyjaźnie, zwracając jej uwagę.
- Wybacz wczesną godzinę.- okraszyła niewinnym uśmiechem przeprosiny, powoli się do nich zbliżając. Ukryła grymas, gdy rozpoznała ją z balu.- Panno Melanie.
- Melodie, kretynko.- poprawił ją, nie bawiąc się w używanie kultury osobistej.- Co mam z tobą robić, twoim zdaniem? Jesteś zbyt głupia, by umawiając się na posiłek podawany po południu - przyjść po południu?
- Mój woźnica później nie ma czasu. Zrobiłam co mogłam.- skłoniła się, potulnie przyjmując skarcenie.
- Mogłaś w ogóle nie przyjeżdżać.- prychnął, wzmacniając ścisk dłoni. Wywołał tym cichy syk dziewczyny, którą wciąż trzymał.- Przepraszam.
- Jasne.- wstrzymała chichot, dostrzegając cień zazdrości na licu rywalki.- Skoro już panienka tu jest, to może skusi się na śniadanie?- dopytała najmilszym tonem na jaki było ją stać. Szereg bielutkich zębów rozstawił się jak na rozkaz.
- Z przyjemnością, jeśli to nie problem.
- Ty jesteś problemem.- margnął Vinctus pod nosem, za co oberwał kuksańca w żebra.- Nie pozwalaj sobie.
- Będę. Szukaj mnie w kuchni.- mrugnęła do niego, ulatniając się z wargami zaciśniętymi rozbawieniem. Darł się za nią jeszcze, ale to zignorowała. Być może sprowadzi na siebie kłopoty, jednak taka gra była tego warta. Wkroczyła pewną stopą do sieni, witając się z Cariną. Sofi jeszcze spała, co zostało jej szybko wyjaśnione. Poczuje zawód, gdy już wstanie, a będzie po fakcie.
- Czy pan życzył sobie coś konkretnego?- ciemnoskóra ściągnęła jej umysł do poziomu. Zaprzeczyła niemo. Służka zniknęła w spiżarce, dając jej możliwość pójścia sobie. Nie skorzystała. Wolała pomóc.- Zrobimy zupę mleczną?- zasięgnęła porady, wychylając do niej głowę zza progu.
- Lubi ją?
- Oczywiście.
- Więc czemu by nie? Ty tu rządzisz.- zasalutowała z rozmachem.- Co mam podać?
- W tej sukni? Miskę. A potem leć do niego, bo długo z nią sam nie wytrzyma. Nie chcemy mieć kłopotów z Greenloftami.- westchnęła, podłapując dobry humor. Ruda wydęła policzki, naburmuszając się sztucznie. Wyjęła z szafki porządne naczynie.- Tylko bez takich min przy niej. Dziękuję. Teraz sio!
- To posłuszeństwo mnie wykańcza.- zażartowała, przecierając wyimaginowany pot z czoła. Niektóre z nich zaczynały ją lubić, zresztą z wzajemnością. Ze spokojem mogłaby zaprzyjaźnić się z Rache, Rinnie czy nawet Sofi. Wydawały się odpowiednie. Zamaszystym ruchem otworzyła drzwi jadalni, które nie wiadomo dlaczego za sobą zamknęli.- Spóźniłam się?- uniosła brew, spoglądając na wypełniony winem kieliszek Vinctusa. Instynktownie wyciągnął z kredensu drugi dla niej i nalał do połowy.- Panna nie pije?
- Nie zmarnuję na nią ani kropli, póki nie będzie tego wymagać wystawność strawy.- wytłumaczył schludnie, omijając blondynkę wzrokiem. Machnęła lekceważąco dłonią.
- I tak nie miałam ochoty...
- Sofi już na nogach?- przerwał jej zręcznie, rozsiadając się w swoim ulubionym krześle. Poklepał kolana, zapraszając May do pójścia w swoje ślady.
- Nie. Na ten moment urząd pełni Carina.- skorzystała z propozycji, pokornie wskakując mu na uda. Objął ją, przytrzymując lepiej.- Nie zajmie jej to dużo czasu.
- Mam rozumieć, że skoro przyjechałaś na śniadanie to nie będziemy musieli znosić cię na obiedzie, gdyż już cię tu nie będzie?- wypowiedział zawile wątpliwość, kierując ją do Livii. Ta otrząsnęła się lekko i dziewczęco odrzuciła kosmyki.
- Umówiliśmy się...
- Jakbym nie wiedział. Zostajesz do popołudnia czy nie?
- Zostaję.- fuknęła, nieco zbyt nerwowo.
- Świetnie. Melodie będzie towarzyszyła mi calutki dzień. Masz coś przeciwko?- obrócił szkło w dłoni, eleganckim haustem upijając łyk napoju własnej produkcji.
- Chciałabym pobyć z tobą trochę sama.- zmieszała się, automatycznie przegrywając batalię z mężczyzną. Zmiażdżył ją obsydianem swych niesamowitych tęczówek.
- Ja chciałbym, byś przestała zawracać mi dupę.
- Słownictwo.- upomniała go rudowłosa, ciągnąc za poskręcane kudełki.
- Nie zachowuj się jakbym był twoim bachorem.- pouczył ją grzecznie, stukając ostrzegawczo palcem po jej nosie.- Widzisz, Livia, chciałbym pieprzyć się z tą tutaj, dokładnie w tej chwili. Niestety nie mogę, choć jestem u siebie w domu, a ona jest chętna. Rujnujesz wszelkie plany, przeklęta istoto.- skrzywił się z przekąsem, odwracając twarz ku ścianie.
- On oczywiście żartuje. Chętnie zorganizujemy panience urocze przedpołudnie.- dopowiedziała, z premedytacją - niby przypadkiem - przesuwając ręką po jego kroczu.- Mam nadzieję, że lubi panna zupę mleczną z kluskami.
- Nie pogardzę niczym, co przygotowały pracownice Vinctusa.- rzekła przymilnie, jakby bardziej spięta po tym, co powiedział.
- To cudownie. Jest panna aż nazbyt wspaniała.- zadrwiła łatwo, nie potrafiąc utrzymać powagi. Blondynka zarumieniła się dziko, wyczuwając znudzoną oraz wrogą tonację. Przydługi zarost podrapał ją po czole, gdy Vins pochylił się do niej. Cmoknął radośnie czubek jej głowy.
- Ubliżanie jej to dobre hobby, prawda?- prawie wyszeptał, by dotarło tylko do jej uszu. Zachichotała melodyjnie, nie komentując tego w żaden sposób. Ciemnoskóra wkroczyła do pokoju, wnosząc wielką - zapewne ciężką - tacę z zupą i głębokimi talerzami. Rozłożyła wszystko, ukłoniła się służalczo, po czym kulturalnie opuściła zgromadzenie, by iść budzić kobiety do pracy. Zjedli w ciszy, słuchając wyłącznie dźwięków łyżek, odbijających się od porcelany. Duszkiem wypiła swoje wino, ryzykując finezyjne upojenie. Należało czekać, aż on odezwie się pierwszy. Winien był zasuponować jakąś rozrywkę.
- Przejażdżka konna?- sapnął niechętnie, licząc, że przybyszka odmówi i wróci do domu. Zamiast tego entuzjastycznie uniosła wargi, niemo wyrażając aprobatę.- Jasne. May, byłabyś tak miła?- popchnął ją delikatnie, by zrozumiała o co chodzi. Wstała z godnością, zabierając się za układanie misek w jeden stos.- Spełnię prośbę gościa. Przejedziemy się sami. Dam ci chwilę dla siebie, zgoda?
- Wszystko, czego sobie zażyczysz.- ukłoniła się grandilokwentnie. Zabrała tacę, odnosząc brudną zastawę. W kuchni zajęła się obmywaniem, mimo tego, iż kilka pań proponowało, że zrobią to za nią. Wciąż cieszyły ją małe rzeczy. Przyzwyczajała się powoli do życia w tym dziwnym miejscu.
Odnalazła Rache, przechadzając się między posiadłością, a składnicą z winem. Złotowłosa rozpromieniła się nieznacznie na jej widok. Właśnie była w trakcie rozpoczynania roboty, jednak ustanowiła sobie przerwę. Wspólnie przespacerowały się wokół całej powierzchni domostwa, rozprawiając po drodze o słusznościach ludzkiego myślenia. Niemka opowiedziała jej o swoich kochających rodzicach, nie licząc na odwzajemnienie szczerości. Jej matka miała na imię Rose, była żydówką. Kiedy zakochała się w Ormianie - jej przyszłym mężu - było za nią zaledwie piętnaście wiosen. Szybko urodziła mu dziecko, które wspólnie nazwali Sonne, gdyż dziewczynka ta była najpiękniejszym światłem dla ich przeciętnego życia. Wypowiadała się o dzieciństwie w samych superlatywach, ukazując własne rozmarzenie i tęsknotę. Nie było wątpliwości, że chciałaby móc wrócić do tamtych dni. Minęły olbrzymią stajnię w której zwykł odpoczywać Nigrum. Teraz jednak ujeżdżany był przez swojego właściciela, więc największa zagroda świeciła pustką.
- Dlaczego zostawił otwartą bramkę do przegrody swojego wierzchowca?- dopytała towarzyszkę, zastanawiając się czy nie był to czysty przypadek.
- Często to robi. Daje tym wolną wolę, by ktoś mógł sprzątnąć boks w razie chęci. Kiedy jest zamknięty nie ma mowy, by ktokolwiek się przy nim kręcił. To jego ukochany koń.- wyjaśniła chętnie.- Widzisz tamtą klacz?- wskazała jasnogniadą sztukę, spożywającą spokojnie swój owies.- Jest moja. Ma na imię Schöne. Wiem, mało oryginalne. Jeśli dasz mu powody do stałego zaufania, na pewno też sprezentuje ci rumaka.
- Właściwe nie sądzę, bym tego w większym stopniu chciała. Odpowiada mi jazda na jednym, razem z nim.- wzruszyła ramionami, zarzucając wzrok znów przed siebie. Parły dalej, spotykając kłusującą parę.- Dość mocno się do niego zbliżyła.
- Zawsze to robi. Udaje, że chodzi o lepsze słyszenie go, choć tak naprawdę chodzi jej o te parę metrów odległości mniej.
- Jest sprytna, prawda?- przyjrzała się kokieteryjnej blondynce, odrzucającej w tył lśniące włosie.
- Zdecydowanie. Pragnie go usidlić i kto wie, może kiedyś jej się uda.- parsknęła Rache, uśmiechając się w charakterystyczny, opiekuńczy sposób. May przechyliła głowę, spoglądając pod kątem, ostatni raz.
- Nie uda jej się.
Tuż przed obiadem została zgarnięta na bok przez samą Livię. Ulokowały się między regałami w biblioteczce, aby nikt nie raczył podsłuchiwać. Zniecierpliwiony, mało elegancki grymas wpłynął na lico przybyszki.
- Trzymaj łapy z daleka, tak?- wyparowała, oblizując spierzchnięte wargi.- Nie rozumiesz sytuacji. Zresztą i tak nie jesteś w typie Vinctusa, więc - z łaski swojej - odpuść sobie ten tani podryw na niegrzeczną dziewczynkę.- machnęła lekceważąco dłonią, taksując ją oceniająco.
- Wydaje mi się, że to jednak on decyduje, kto jest w jego typie, a kto nie. Jeśli liczysz, że wpadnie w twoje objęcia, wyznając ci miłość do grobu - mylisz się. Nie byłby sobą.- podsumowała, czując ukłucie złości. Nie mogła dać wyprowadzić się z równowagi jakiejś obłąkanej wywłoce.
- Nie będę z tobą dyskutować na ten temat. Jesteś tylko dziwką, którą można zlikwidować. On się zmieni, gdy dotrze do niego prawda.- zakołysała wątłymi biodrami, uginając nogę w kolanie. Jej suknia wyglądała zbyt poważnie, absolutnie nie pasując do dziecięcej twarzy.
- Jaka prawda? Za kogo ty się w ogóle uważasz?- prychnęła, również przyjmując bardziej wojowniczą postawę. Oparła rękę o talię, wychylając się lekko naprzód.
- Nie twój interes. Jestem dla niego kimś ważnym.
- Ślicznie to okazuje.- skomentowała, nie potrafiąc powstrzymać szyderczego uśmiechu. Jasnowłosa zaczerwieniła się malowniczo oraz zapowietrzyła na parę sekund.- Posłuchaj. Nie wchodzę ci w drogę bardziej, niż on sam tego chce. Zamknij się i daj temu spokój, bo cokolwiek nie zrobisz, nie skończy się tak jak byś tego chciała.
- Po prostu się od niego odwal.- warknęła, tracąc kontrolę nad swoją zazdrością.
- Jest mój.- bezwiednie wysyczała przez zęby, po czym odwróciła się i wyszła. Sterczenie w małym pomieszczeniu z kretynką nie było czymś w jej stylu. Przemaszerowała korytarzem do jadalni, kukając kobieco do wewnątrz.- Mam iść do siebie?- zapytała Vinctusa, spoczywającego tam gdzie zawsze.
- Zostań ze mną. Tyle czasu sam na sam powinno jej wystarczyć. Byłem miłosierny, Malum nie będzie mógł się przyczepić.- przywołał ją skinieniem, by przestąpiła próg. Przeskoczyła przez niego jak sarna, próbując wywołać choć kapkę zadowolenia na jego umęczonym obliczu.- Wina?- zagaił, gdy już umościła się w sąsiednim krześle. Zmarszczyła nos w ramach odmowy.- Herbaty?
- Traktuj mnie mniej jak równą sobie, bo stracisz wiarygodność u publiki.- rozmasowała swój kark, wiercąc się przy tym podobnie do kota. Obserwował ją zafascynowany, póki Livia nie znalazła się w pokoju. Ponownie nastała cisza, której nikt nie miał ochoty przerywać. Sofi wniosła pokrojoną pieczeń wołową, która rozlewała swój zapach po zmysłach.
- Nałożyć ci?- zwrócił się do niej, ignorując uparte wejrzenia blondynki.
- Poproszę.- przytaknęła krótko, zarzucając mentalnie zwycięski szal. Niech by się ta druga udławiła wściekłością.
Dotrwali późnego południa, gdy przybyszka musiała się zebrać. Nie wypadało wpychać się na noc gospodarzowi, który wyraźnie o to nie zabiegał. Stanęła w pewnej odległości, strzyżąc oczyma ich pożegnanie. Próbowała rzucić mu się w ramiona, jednak łatwo ją odepchnął. Nie kłopotał się nawet żadnym konkretnym wyrazem twarzy, jakby nie była tego warta. Czekał cierpliwe, aż sama wyjdzie, co by nie mogła się skarżyć, że ją wyrzucił. W końcu zamknął za nią drzwi, nie odprowadzając do bramy jak każdego poprzedniego gościa. Uniosła brew, gdy tylko na nią zerknął.
- Nie idziesz upilnować, by nie zaszyła się w sekrecie gdzieś na posesji?- zadrwiła, postukując smukłym palcem po dolnej wardze. Podszedł blisko niej i oparł brodę o czubek jej głowy, gładząc jednocześnie odsłonięte ramię.
- Zdecydowanie wolę twoje towarzystwo. Pomimo tego, że jesteś pyskata.- sapnął, pozostając w tej niewygodnej pozycji przez następną chwilę.
- Nie jestem.- wymamrotała, obejmując go w pasie. Czuła zapach potu, połączony z autentycznym znużeniem całym dniem. Gdyby teraz stworzył jakąś melodię - byłaby niesłychanie melancholijna. Poczuła jak na ustach wykwita mu półuśmiech. Mimowolnie wpłynął też na jej lico, rozjaśniając je symbolicznie.- Chcesz się pieprzyć?- miauknęła, zamierzając ożywić go wszelkim sposobem.
- Mam agresywne pożądanie, jeśli chodzi o ciebie. Myślę, że nie mam nic przeciwko.- uniósł jej podbródek, cmokając kość policzkową.- Gdzie?
- Moja sypialnia. Potem opowiesz mi bajkę.- powiadomiła go, oblizując się szybko. Szarpnęła jego nadgarstek, kierując za sobą na górę. Płynnym ruchem majtnął kudły na plecy.
- Znów stawiasz warunki.- zauważył, posłusznie dając się prowadzić.
- Tym razem masz jakąś korzyść.- odparła, otwierając sobie przejście. Stanęła na środku, odwracając się przodem do niego. Przymknął za sobą, aby nikt nie przeszkadzał. Patrzyli na siebie przez minutę.- Zdejmiesz mi suknię czy nie?- zaciekawiła się, przechylając wyczekująco fizys. Skinął, przytomniejąc. Przystąpił do niej spokojnie. Wyciągnęła ręce w górę, przypominając małe dziecko. Pochwycił materiał przy jej kolanach, ściągając go ponad sylwetkę. Nie miała niczego pod spodem, więc swobodnie mógł wpatrywać się w młode, nagie ciało. Uniósł poddańczo dłonie, dając jej możliwość odwzajemnienia. Rozchłestała jego czarną koszulę, rzucając ją w niepamięć. Przysunęła się, rozpinając spodnie. Zsunęła je razem z bielizną, butami i skarpetami. Wyprostowała plecy, dając mu chybkiego buziaka w obojczyk. Dostrzegała zalety jego korpusu. Nie był niedźwiedziem, bo spora część owłosienia zniknęła gdzieś w nieznanych jej okolicznościach. Pod lewym sutkiem miał mocną bliznę po szwach. Zaraz ponad pępkiem ktoś kiedyś chyba próbował wbić mu coś ostrego w wątpia. Dochodził do tego również olbrzymi ślad, ciągnący się od prawej pachy, aż do połowy uda.
- Nie lubię, kiedy traktujesz mnie jak eksponat.- przypomniał, podciągając jej wzrok wyżej. Zanurzyła nos w jego zaroście, po czym krótko pocałowała szyję.
- Jesteś ciekawym dziełem sztuki. Nie dziw się, że patrzę.- poprosiła. Wydał z siebie bliżej nieokreślony burknięcie, wywracając czarnymi ślepiami. Zawiesiła splecione palce na jego karku, wlekąc go w ten sposób na materac. Rozłożył się grzecznie, pozwalając jej zachować władzę. Ulokowała się poniżej jego męskości, pochylając dobitnie, by rudawe kosmyki łaskotały jego barki. Wsparta na łokciu, wodziła opuszkiem po jego gęstych brwiach, zakrzywionym nosie, sznycie na wardze i prawie niewidocznym zeszpeceniu nad grdyką. Nie odważyła się dotknąć oparzenia. Scałowała tors, licząc żebra po drodze. Ślizgnęła językiem po porannej ranie. Wspięła się na kolanach, ustawiając tuż ponad nim. Wzięła w dłoń jego członka, nakierowując w odpowiednią stronę. Nie robiła tego wcześniej, więc pozostawało nauczyć się teraz. Ostrożnie spuściła się w dół, pozwalając mu zagłębić się w swojej kobiecości. Po kilku próbach przywykła do nowości i zaczęła szukać odpowiedniego tempa. Ułożył śródręcza na jej talii, wspomagając nieco. Udało jej się wyczuć pasującą im obojgu prędkość, wywołując zadowolony pomruk. Nie było to łatwe zadanie, jednak przyjemność jakiej doznawała była tego warta. Kropelka potu spłynęła po jej skroni, gdy jeszcze przyspieszyła, chcąc dotrzeć do finału. Niepohamowane jęki rozbrzmiewały echem po pomieszczeniu, zanim oboje osiągnęli szczyt. Opadła obok niego, wciąż jeszcze dysząc cicho. Rozciągnął rękę, by mogła oprzeć głowę o jego triceps. Skorzystała z tego, wbijając niewidzący wzrok w sufit.
- Cholera, jesteś w tym coraz lepsza.- pochwalił, idąc za jej przykładem.- To pierwszy raz, kiedy chciałaś spróbować być na górze. Jak wrażenia?
- Męczące, ale satysfakcjonujące jak nie wiem.- wyrzuciła na jednym tchu, zostawiając uchylone wargi.- A twoje?
- Jesteś głucha na komplementy. Muszę wprost? Było zajebiście.- parsknął, prawie się śmiejąc. Podziwiali sklepienie, jak gdyby było na nim milion gwiazd, zamiast nudnej, białej farby.
- Teraz bajka.- przypomniała mu, przekręcając się. Zrobiło jej się niewygodnie, więc zarzuciła mu przedramię na brzuch. Zgiął lewicę w łokciu, odkładając dłoń na jej lędźwiach. Zarumieniła się dziewczęco, dostrzegając dziwną czułość tego przypadkowego uścisku.
- O Livii?- upewnił się. Potwierdziła, zamieniając się w słuch.- Nie pamiętam kiedy to było. Może rok temu, może więcej. Musiałem załatwić ważną sprawę dla Maluma, w sąsiednim mieście. Nie, nie powiem ci jaką, nie twój interes.- dopowiedział, widząc, że już-już otwiera usta, by coś wtrącić.- W każdym razie... Pojechała ze mną, bo jej rodzice tego chcieli. Zakładam, że też miała coś do zrobienia. Było mi wszystko jedno, chociaż strasznie zawadzała. Uparta dziewucha. Konsekwentnie pakowała się w każde tarapaty, jakie pojawiały się na horyzoncie. Gorzej niż ty. No nic, do rzeczy. Czas leciał, a ja wciąż tam tkwiłem. W nocy spałem na sianie w stodole przypadkowego gospodarza, który nie miał nic przeciwko. Ona także. Brała mnie chcica, bo zbyt długo nie pieprzyłem się z kobietą. Nie byłem uzależniony od kontaktu seksualnego - nie zrozum mnie źle. Chodziło raczej o rosnącą frustrację z powodu ciągnącego się w nieskończoność namawiania kogoś do uświadczenia mi pewnej przysługi. Nie ma lepszego sposobu na wyładowanie nerwów. To co miałem zrobić? Była chętna, wyglądała przy mnie wręcz jak zapatrzona w obrazek. Zerżnąłem ją raz, drugi. Właściwe trwało dość długo, zanim mi się znudziło. Potem już nie chciała się odczepić. Ubzdurała sobie jakieś głupoty i nie mogę się jej pozbyć. Wierz mi, że próbowałem. Zwyczajnie się nie da.- skrzywił się, jak gdyby chodziło o jakieś okropne stworzenie, miast ładnej blondynki. Roześmiała się serdecznie. Podejrzewała coś w tym stylu. Pomięła w ręku jego poskręcane kudły, zdając sobie sprawę, że niedługo wróci do siebie.- Masz dla mnie więcej, poza tym?
- Nie, nie sądzę.- wydusiła ze słabo wyczuwalnym żalem.
- Zostać jeszcze trochę?- zaproponował, nie zdradzając żadnych emocji. Nie miała pojęcia czy powinna odmówić. Wolałaby, aby to on decydował.
- Jeśli chcesz.
- Poleżymy sobie po prostu, dobra?
- Zgoda.- wypogodniała prędko, wypuszczając głęboki dech. Zapowiadała się udana noc, czyli dokładnie taka, jakiej jej ostatnio brakowało.