poniedziałek, 7 listopada 2016

Osiemnasty.

Z dnia na dzień czuła się coraz lepiej. Szramy po chłoście zagoiły się, pozostawiając na zawsze sinoczerwone, gdzieniegdzie wypukłe ślady. Niekiedy miała problem z zaczerpnięciem oddechu, spowodowany powikłaniami po odbytym zapaleniu płuc. Azula była naprawdę genialną uzdrowicielką, skoro wyciągnęła ją z tylu chorób, chociaż jej organizm był bardzo osłabiony. Przy współczesnej medycynie jakoś trudno jej było w to uwierzyć.
Wstała ostrożnie, pamiętając o niezbyt gwałtownych ruchach. Niezwykle łatwo było sprowokować u niej zawroty głowy. Dotykając bosymi stopami zimnej posadzki, czuła się najlepiej. Wciągnęła ostro powietrze, by zakaszleć po chwili w konsekwencji. To podobno miało jej przejść, gdy przyzwyczai się na nowo do pracy. Niepewnie podeszła do szafy. Otworzyła ją na oścież, pocierając zmarznięte ramiona. Bez kołdry w pokoju wydawało jej się chłodno. Przesuwała wieszaki, marszcząc brwi. Ubrań jakby przybyło. Wciągnęła wpierw najcieplejszą bieliznę, jaką znalazła. Później wybrała jeździeckie spodnie i gruby, beżowy sweter. Dopiero w pełni odziana, pozwoliła sobie na minimalny uśmiech. Miała drobną nadzieję, że uda jej się znów poczuć w posiadłości tak dobrze, jak przed upłynięciem tej feralnej połówki roku. Z cichym skrzypnięciem uchyliła drzwi, wyślizgując się na korytarz. Oparła się dłonią o poręcz, schodząc pomalutku w dół. Dotarła do salonu, całkiem z siebie zadowolona. Zauważyła zmiany. Z boku dostawiona była nowa półka, dopiero zapełniająca się książkami. Stolik był przesunięty bliżej fotela, który wydawał się być intensywnie używany.
- Co tu robisz?- Podskoczyła, gdy głos rozległ się tuż za nią. Przełknęła ślinę, karcąc się w duchu.
- Wracam do żywych.- odpowiedziała płochliwie, choć chciała wydać się pewna swego. Odwróciła się do niego, bo tego wymagała kultura.
- Chodź, zjesz coś.- westchnął ciężko, wskazując jadalnię. Nie zdążyła przyjrzeć mu się uważniej, bo od razu ruszył do celu. Podreptała za nim, dostrzegając poprawę swojego stanu. Krew lepiej przepływała, więc błędnik nie był już uciążliwy. Była zła, że jej serce przyspieszyło na jego widok. Nie był wart grama miłości, nawet od tak mało znaczącej osoby jak ona. Usadził ją na jej zwyczajowym miejscu przy stole. Sam przystanął przy barku, wlewając sobie czerwonego wina. Obracał kieliszek w dłoniach, jakby była to najbardziej zajmująca czynność na świecie. Otrząsnął się i wyszedł do kuchni. Gdy to zrobił, uderzyła czołem w blat, zakładając przedramiona na karku. Za dużo myśli kłębiło się w jej umyśle. Chciała je uciszyć, krzyknąć, by dały jej święty spokój, ale nie potrafiła. Trzymała w pamięci, ile bólu jej sprawił.
Arma wniosła tacę ze śniadaniem w postaci jajecznicy na boczku. Supeł w jej żołądku dał o sobie znać, kiedy wciągnęła smakowity zapach unoszący się z talerza. Trzasnęły drzwi i znów mogła obserwować czarnowłosego. Starał się ukryć oblicze między falującymi kosmykami, jednak nie w pełni mu się udawało.
- Zamierzasz usiąść obok czy tylko spoglądać na mnie spod byka?- sarknęła, przeżuwając zachłannie posiłek.
- Jeszcze się zastanawiam.- wzruszył obojętnie ramionami, nie przybliżając się nawet o pół kroku. Przełknęła jeden z ostatnich kęsów, dziobiąc bezsensownie w naczynie, byle się czymś zająć.- Jak się czujesz?
- To ma znaczenie?- pociągnęła ton do niebotycznie wysokiego. Posłała mu nasycone urazą spojrzenie, kończąc jedzenie zamaszystym machnięciem widelca.
- Od teraz będziemy rozmawiać w ten sposób?- warknął nieprzyjaźnie, zaciskając szczęki.
- W jaki?- udała wielce zaskoczoną, ciamkając złożonymi wargami.
- Właśnie w taki.- Wskazał dłonią na jej zachowanie, po czym pokręcił głową, jakby strząsał z siebie resztki zainteresowania.- Zresztą, nieważne.- Poddał się, planując odejść prędko do swoich komnat.
- Och. Nie rzucisz mną nagle o podłogę z zamiarem przywrócenia mnie do służby twoim seksualnym potrzebom?- zatrzymała go, chwytając za rękaw, gdy przesuwał się tuż obok niej. Wyszarpnął się mimochodem, po czym przyszpilił ją do stołu, zamykając między swoimi przegubami. Pochylił się, by mówić tuż nad jej twarzą.
- Jesteś na to o wiele, wiele za słaba, a wbrew twojej, jakże szlachetnej opinii o mnie - nie jestem aż takim brutalem, by dla jednej potrzeby zabijać kobietę.- wyjaśnił spokojnie, zachrypłym głosem. Zaraz potem ulotnił się migiem, zostawiając ją pod potężnym wrażeniem swojego magnetyzmu. Zupełnie się tego nie spodziewała. Mimo całego oporu, jaki stawiała sobie samej, nie dała rady powstrzymać pożądania, jakie napłynęło do jej lędźwi po takim przedstawieniu. Przypomniało jej się, jak kiedyś Rache tłumaczyła jej, że Vinctus nie jest złym człowiekiem. „Udaje potwora, bo tak jest łatwiej, lecz wcale nim nie jest“. Sama nie wiedziała czy w to wierzyła. Przed tym wszystkim - tak. Jednak trauma chłosty i pobrzmiewające słowa złamanej przysięgi ciążyły jej na rozumie, podobnie do kamieni ciągnących tonącego na dno.
- Weź się w garść.- skarciła się półtonem. Dostawiła krzesło na jego miejsce i wyniosła użyty talerz. Arma powitała ją ciepłym uśmiechem, podbródkiem typując na stertę brudów koło zlewu. May zakasała sweter do łokci, zbierając się do roboty. Zamoczyła gąbkę w gorącej wodzie i rozpoczęła szorowanie.
- Brakowało nam ciebie.- zainicjowała rozmowę następczyni Sofi. Ruda kątem oka oszacowała jej sylwetę. Miała króciutkie, czarne loczki, ciemną skórę latynoski i zgrabną figurę. Aktualnie zajmowała się szykowaniem obiadu, który wymagał kilku godzin marynowania oraz przynajmniej godziny podduszania.- Vins bardzo się przejmował twoim stanem.
- Czyżby?- błyskawicznie poddała to w zwątpienie.
- Oczywiście. Wszystkie musiałyśmy chodzić wokół niego na paluszkach. Nigdy nie było w tym domu takiej głuszy jak przez ostatnie pół roku. Sofi bała się go odwiedzać, bo był wobec każdego dziwnie agresywny.
- On zawsze jest agresywny.- parsknęła, podkreślając to mocno. Ułożyła zmyty garnek na boku, sięgając po następny. Jej towarzyszka westchnęła przeciągle, jakby chciała przekazać, że młoda jeszcze wielu rzeczy nie pojmuje.- Czy Rache pracuje dzisiaj przy winie?- zapytała, przypominając sobie nagle o koleżance. Chętnie pogawędziłaby z nią. Ona bez ochyby wyłożyłaby jej niezbędne informacje. Podskoczyła z przestrachem na dźwięk pokrywy od patelni, upadającej z impetem na podłogę.- O matko. Nic ci się nie stało?- Dosunęła się do Army natychmiastowo, ujmując w swoje jej dłonie. Przypadkiem nadepnęła bosą stopą na pokruszone fragmenty szkła, jednak zignorowała to.
- May, to...- zająknęła się tamta, wpatrując się w nią wielkimi, pięknie obramowanymi oczami.
- Jesteś ranna?- poruszyła ważną kwestię, wyszukując jakichś poważnych zarysowań na starszej od siebie kobiecie.
- Nic mi nie jest, ale... May, jeśli chodzi o Rache... Czy Vinctus nie wspominał ci o niczym?- pisnęła ze współczuciem, jakby ukrywała jakiegoś rodzaju potworność.
- Nie. To coś istotnego?
- Idź do niego. Nie wiem czy wolno mi przekazać ci wieści. Zabierz ze sobą bandaż, żeby opatrzył ci przy okazji nogę.- Stanęła na palcach i z górnej półki zdjęła gruby zwitek bielutkiego materiału. Wręczyła go dziewczynie, popychając lekko, by ruszyła. Usłuchała polecenia, natychmiast kierując się do komnat czarnowłosego. Rany piekły ją przy każdym stąpnięciu, mimo tego parła dalej, z chwili na chwilę bardziej zaniepokojona. Zatrzymała się przed odpowiednimi drzwiami i załomotała w nie. Odpowiedziało jej niezadowolone mruczenie, ale otworzył.
- Czego chcesz?- Skasował ją wzrokiem od samej ziemi aż po czubek głowy.
- Gdzie jest Rache?- Nie bawiła się w owijanie w bawełnę. Przetarł policzek razem z okiem.
- Rache nie żyje.- oświadczył beznamiętnie, wyglądając na nieziemsko zmęczonego. Zachwiała się na taką szczerość, więc szybko podtrzymał ją w pasie.- Ty słaba idiotko. Wchodź.- podsumował, praktycznie wnosząc ją do pokoju. Ulokował ją na łóżku, po czym zamknął za nimi.
- J-jak... jak to n-nie żyje?- Próbowała to sobie przyswoić, błądząc ślepiami po swoim ciele.
- Normalnie. Umarła. Możesz mi wyklarować jakim cudem masz pokaleczone stopy, ty tępa wywłoko?- Uklęknął przy łożu, zabierając się do wyciągania malusieńkich kawałków pokrywy z jej skóry. Potrzebna mu była pęseta, którą na swoje szczęście trzymał w szafce nocnej.
- Co się stało?- drążyła, nie przejmując się ani bólem, ani jego obraźliwym tonem.
- Jesteś głucha czy głupia?
- Co się dokładnie stało? Dlaczego zmarła?- ponowiła pytanie, wywracając spojrzeniem na jego docinki.
- Zapalenie płuc, potem powikłania.
- Azula nie mogła jej pomóc?
- Nie każdego da się uratować, Melodie.- warknął, ściskając gniewnie jej kostkę. Przełknęła nerwowo ślinę, gdy naszła ją wyjątkowo nieprzyjemna myśl.
- Była zbyt zajęta mną, tak?- ścisnęło jej się gardło, kiedy wymawiała ostatnią sylabę.
- Trzeba było wybrać. Tylko jedną z was mogłem przywrócić, chociaż żadnej gwarancji też nie było.
- Dlaczego mnie?- Zachłysnęła się powietrzem. Pociągnęła nosem, odczuwając jak pod powiekami zbierają się łzy. Vinctus skończył opatrywać jej stopę i usiadł tuż przy niej.
- Nie zamierzam cię przekonywać, że miałaś większe szanse, bo i tak mi nie uwierzysz. Rache miała astmę, która zaatakowała razem z zapaleniem płuc. Mimo tego, że ciebie brały różne infekcje i dawałaś radę - jej przypadłość niestety nie dała się uleczyć pierwszym rzutem. Nie ryzykowałem. Kazałem Azuli przekazywać leki tylko na ciebie. Rache wiedziała dlaczego, nie oponowała. Nie rycz.- Przygarnął ją do ramienia, gdy zawyła mimowolnie. Wtuliła się w niego, szukając ukojenia. Pomarudził dyskretnie, po czym przyciągnął ją energicznie, by znalazła się na jego kolanach. Ułożyła skroń na jego piersi, drobnymi dłońmi obejmując samą siebie. Jedną ręką gładził jej gęste włosy, drugą lokując na jej plecach.- Przeżyłaś. Okaż wdzięczność zamiast umartwiać się nad trupami.
- Jak możesz tak mówić? Rache była...- Uniosła głowę, by powiedzieć mu parę dosadnych zdań, jednak powstrzymały ją jego obsydianowe tęczówki, które tak dobrze poznała. Połyskiwały w świetle lampy, wydając się być wilgotnymi. Gapiła się w nie, sparaliżowana.
- Znałem ją o wiele dłużej. Daj sobie spokój.- poinstruował, przerywając kontakt wzrokowy. Zaczerwieniła się, zmieszana swoim zachowaniem. Poderwała niepewnie trzęsącą się prawicę, by pogłaskać go po policzku. Zmarszczyła brwi, wyczuwając między włoskami zarostu bliznę, której wcześniej nie było.- Jest ich sporo. Miałem od groma roboty, kiedy ty sobie mdlałaś.
- Nie byłabym w takim stanie, gdybyś...
- Wiem.- przerwał jej krótko.- Liczysz, że cię przeproszę czy czego chcesz?
- Przeprosiny byłyby miłe.- przytaknęła słodko, uśmiechając się prawie niewidocznie.
- Nie jestem miły, jeśli jeszcze nie zdążyłaś zauważyć.- prychnął, odrzucając czarną grzywę za siebie.
- Kreujesz się na takiego dupka, nie jesteś nim.- stwierdziła, odważając się zaryzykować, by dostrzec jego reakcję. Pożałowała tego.
- Przypominam, że to przez tego nie-dupka, zostałaś wychłostana publicznie, co spowodowało późniejsze osłabienie i w efekcie tego prawie zeszłaś. Ten sam, jakże uroczy człowiek, brał cię przez półtorej roku, kiedy miał ochotę, nie patrząc na twoje samopoczucie. Złamałem jedyne słowo, jakie ci dałem. A ponad wszystko - kupiłem cię jako dziwkę, dla własnych celów. Powiedz, że jestem dobry, a cię wyśmieję. Ucz się na błędach, Melanie.- Zakończył, przekręcając jej imię. Wiedziała, że miał rację. Mimo tego coś w niej sprzeciwiało się tej opinii. Resztki nieuśpionych do końca uczuć zapewne miały tutaj niemałe znaczenie. Jednak do przodu wypychała się nadal pretensja, że wpędził ją w kłopoty. Miała mieszane odczucia.- Skończyliśmy? Pójdziesz już sobie?- nagabnął opryskliwie. Głupio było jej spytać czy mogłaby jeszcze zostać. Strzepnęła niewidzialny pyłek ze swetra i zebrała się  w sobie, by wstać. Zdumiała się ździebko, gdy przytrzymał ją przy sobie. Oparła się na kolanach, zarzucając przedramiona na jego barki.- Nie rób tego.
- Wiesz, że też chcesz.- szepnęła ufnie, przychylając swoje usta do jego. Nie bronił się, to byłoby bezsensowne. Przygarnął ją silnie do swojego torsu, odginając głowę, by miała lepszy dostęp. Wplotła palce w jego tłustawe kudły i podrapała wrażliwy kark. Wsunął język na jej podniebienie, smakując je wciąż od nowa. Nie pozostała mu dłużna. Chłonęła jego męski, ziemisty zapach, który z tak bliska zniewalał wszystkie zmysły. Wzuł dłoń pod jej sweter, hołubiąc nagą skórę pod nim. Zsunęła się niżej, ocierając kroczem o jego powstającą erekcję. Otrzeźwiło go to nieco.
- Przestań, jesteś na to za słaba.- wycharczał, obracając lico na bok. Założyła pojedyncze kosmyki za jego ucho, dostępując do niego.
- Proszę, pozwól mi.- wymruczała, podgryzając płatek. Otarła paznokciami pod jego koszulą, zahaczając o pępek.
- Nie zmuszaj mnie.- burknął twardo, spinając mięśnie. Polizała wolno tył jego szczęki, jednocześnie wkładając rękę w jego spodnie. Syknął, kiedy zręcznie ujęła jego członek.
- Dziwne. Według mnie bardzo chcesz.- Obróciła prawicę kilka razy, pieszcząc go w ten sposób. Sztywniał pod każdym ruchem.- Powiedz mi czy się mylę.
- Pamiętaj, że sama się pchałaś.- warknął, poddając się. Pchnął ją brutalnie, by padła na plecy. Wyprostował na szybko jej nogi, ściągając z nich spodnie, razem z bielizną. Rozdarł wątły materiał własnego okrycia, rzucając je gdzieś za siebie. W tym czasie jej udało się pozbyć całej góry i zabierała się za rozwiązywanie pasa Vinctusa. Wyręczył ją, gubiąc resztę ubrań. Dawno nie widziała go nagiego albo rozognionego do tego stopnia. Zawisł nad nią, okalając jej twarz swoimi kłakami. Uwielbiała, gdy to się działo. Odgradzało ją to od świata wokół, pozwalając patrzeć wyłącznie w jego piękne oczy. Tym razem zaczął od ponownego zaatakowania jej ust, wpijając się w nie łapczywie. Pociągnął zębami jej dolną wargę, zasysając ją potem. Tego jej zawsze brakowało. Był niesamowicie seksowny, gdy całował. Zjechał na jej szyję, obdarzając ją dziesiątkami ciemnych malinek. Polizał przeciągle jej mostek od wgłębienia obręczy barkowej. Kciukiem podrażnił brodawkę lewej piersi, pod którą rozpoczynała się długa blizna, przechodząca przez wypalone znamię niewolnictwa. Wygięła się instynktownie. Zamknął usta na prawym sutku, nie przerywając sobie. Doprowadzał ją do wrzenia samymi ruchami języka na sensytywnym fragmencie. Wbiła paznokcie w jego łopatki, trąc nimi niżej. Rozchylił jej uda, przemieszczając się w ich kierunku powoli, zaszczycając uwagą każdy kawałeczek skóry po drodze. Musnął minimalnie jej łechtaczkę, wywołując przyspieszony oddech. Ponowił próbę, tym razem sprawniej. Jęknęła znacząco, zamykając pięść na kołdrze. Kontynuował w podobnym tonie, coraz śmielej do tego podchodząc, aż zwijała się z przyjemności. Wtedy uniósł się znów do jej warg i wsuwając jednocześnie dwa palce w jej mokry otwór, pocałował ją intensywnie. Wycofywał nieco dłoń, po czym agresywnie wracał na miejsce, co powodowało, że dziewczyna stękała głośno, mimo zatkanych ust. Odszukała po omacku jego erekcję. Potarła delikatnie główkę, za co otrzymała ciche westchnienie. Zdecydowanym manewrem przewrócił ją na brzuch i podniósł biodra. Ulokował się na kolanach za nią, by zablokować jej dłonie na plecach oraz płynnym ruchem wbić się w nią głęboko. Krzyknęła zaskoczona taką nagłością, jednak oburzenie prędko przeszło w zachwyt, kiedy zrobił to jeszcze raz i jeszcze. Było jej cholernie dobrze. Wtem zrobiło jej się słabo, a oczy zaczęły zachodzić białą mgiełką.
- Przerwijmy.- wydukała, gdy już naprawdę nie mogła znieść narastającego bólu. Natychmiast przestał, odwrócił ją na plecy i uniósł jej nogi, opierając je na swoich ramionach.
- Ostrzegałem cię, kretynko, że jesteś za słaba, ale ty nigdy nie słuchasz.- zdenerwował się, przytrzymując ją za kostki. Zasłoniła powieki śródręczem, licząc w myślach do trzydziestu.
- Poczekaj, zaraz mi przejdzie.- próbowała go przekonać. Zbladła zauważalnie, co chcąc nie chcąc go zmartwiło.
- Żadne poczekaj. Zaniosę cię do twoich komnat. Masz iść spać, jesteś zbyt zmęczona. Coś ty sobie w ogóle uroiła?
- Mam trudności z zasypianiem od kilku dni.- wyznała wstydliwie, wiedząc, że to istotne. Ściągnął brwi, obserwując ją uważnie.
- Coś ty znowu wykoncypowała?- zapytał sceptycznie, jakby wyczuwał w tym jakiś podstęp.- Może jeszcze mi wyskoczysz z tezą, że potrzebujesz się do kogoś przytulić i mam przyjść spać z tobą?
- Zapewne by pomogło.- parsknęła, choć wcale nie brała tego pod uwagę.
- Hm. Zrobię to, ale tym razem to ja postawię warunek.
- No słucham.
- Nie ruszysz się z łóżka na więcej niż godzinę, przez najbliższe dwa tygodnie.- wyłożył spokojnie.
- I tak nie mam wyjścia. Tak czy siak mnie uziemisz. Zgoda.- burknęła, wyciągając do niego dłoń jak do umowy. Potrząsnął nią, po czym wstał. Wziął May na ręce i bez trudu przeniósł ją do jej pokoju. Zamknął drzwi, oglądając na korytarzu czy aby nikt nie spozierał na nich zza rogu. Potem położył się przy jej boku, pozwalając jej drobnemu ciału wpasować się w swoje dla ciepła. Zamierzał wyjść, kiedy tylko jej ślepia zasklepi sen, ale zapomniał, że sam nie miał ostatnio zbyt dużo odpoczynku. Podparł brodę na jej włosach, przytulając sylwetę do siebie i zasnął głęboko, nie potrafiąc się powstrzymać.

niedziela, 6 listopada 2016

Siedemnasty.

Przyłożył zmarznięte palce do wrzącej porcelany filiżanki. Przetarł brodą po ramieniu, aby pozbyć się nieprzyjemnego uczucia wilgoci na twardych włosach. Jego rękaw przemókł na wskroś, lecz wcale się tym nie przejął. Patrzył w jeden punkt na ścianie. Obraz palenia czarownicy. Kasztanowe pukle opadały po jej ramionach, gdy ogień tańczył wśród szczątek pozostałych z jej nóg. Szara suknia stanęła w płomieniach, jednak z twarzy kobiety nie zeszła duma. Pozostała nieugięta wobec swoich oprawców, swojego charakteru. Pociągnął duży łyk herbaty i pomyślał, że chciałby, aby May też taka była. Odstawił napój na stolik. Po dwudziestu minutach wgapiania się w zegar doszedł do wniosku, że zaraz zwariuje. W całym domu słychać było tylko to uciążliwe tykanie, jakby nic innego się nie działo. Jakby wszyscy stracili mowę po tamtym wydarzeniu. Jakby niestosownym było zrobić cokolwiek w jego obecności. Dobiegły go wyraźne postukiwania damskich obcasów, schodzących po oprawionych w drewno schodach. Zamknął powieki i czekał, aż dotrze do salonu.
- I?- rzucił w przestrzeń, gdy się zatrzymała.
- Znów gorzej. Próbuję wyleczyć tę infekcję, ale to nie należy do najprostszych zadań. Potrzebuję więcej jeżówki, a wiesz, że skończyła nam się w zeszłym tygodniu. Pozwól mi...
- Nie możesz jechać, ona cię potrzebuje. Co będzie, jeśli pogorszy jej się, gdy ty będziesz poza granicami miasta?- warknął nieprzyjaźnie, potrząsając głową.
- Są inne znachorki. Mogę podesłać tu moją dobrą przyjaciółkę. Będzie potrafiła pomóc, jeśli nadejdzie taka potrzeba.
- Nie.
- Posłuchaj, Vinnie.- westchnęła, podchodząc bliżej. Kucnęła przy nim, aby znaleźć się na jego linii wzroku. Jej lico opatuliła jaśniutka fryzura do ramion, grzywką zasłaniająca połowicznie oko.- Wiem, że nie chcesz tu obcych...
- Ostatnim razem, gdy do tego pokoju weszła osoba niepowołana, otrzymałem pogróżkę w postaci ubicia Melodie prawie na śmierć. Nie zgadzam się, by ktokolwiek oprócz ciebie się do niej zbliżał. Niech ktoś inny nazbiera ziół. Zapłacę za to potrójnie. Ty masz zostać.- przerwał jej stanowczo, wkładając wyzwanie w swój głos.- Opiszesz Malumowi lub Marcusowi o co chodzi, któryś z nich to załatwi.
- Nie będę mogła wiecznie tu mieszkać. Mam dom, rodzinę.- położyła dłoń na jego dłoni, by złagodzić ból swoich słów.- Zacznij godzić się z myślą, że możesz jej nie uratować.
- Przecież się budzi. Chodzi, oddycha, je.- wymamrotał, całkowicie pewien, że tyle wystarczy. To niezaprzeczalne oznaki, że jest z nią dobrze.
- Zbyt często słabnie, mdleje. Jest blada, wręcz sina. Ledwo przełyka. Nie ma siły samodzielnie zejść po schodach czy umyć się. Łapie infekcję za infekcją, nie nadążam z podawaniem jej leków. Rzadko kiedy jest w ogóle świadoma co się dzieje.- wyliczyła młódka, gładząc delikatnie jego twarde knykcie.- Niektóre rany nie chcą się porządnie zasklepić.
- A aloes?
- Nie wyraziłeś zgody na uzupełnienie jego zapasu.
- Wyrażę.
- To może nie...
- Ona jest silna. Walczy. Mam pozwolić na jej śmierć, bo tobie wydaje się, że nie da rady? To ona zdecyduje czy umrze czy nie. Nie ty. Wracaj do swoich komnat i spisz każdą rzecz, jakiej ci brakuje.
- To zakrawa na szaleństwo.- szepnęła na odchodne, powoli wychodząc na korytarz. Gdy bezruch nie był w stanie ukoić jego zszarganych nerwów - uderzył pięścią w stolik. Gdyby zapobiegł jej aresztowaniu nie byłoby teraz tych problemów. Byłaby przytomna i tak samo denerwująca jak zawsze.

Nigrum padał z nóg, jednak zacięcie galopował drożynami miasta w kierunku rynku. Jego właściciel rzucał wulgaryzmami w każdą stronę, wyglądając jak skoncentrowanie całego gniewu świata w jednej osobie. Zostawił konia w karczmie bliskiej centrum, a sam pobiegł do zebranego tłumu. Zaklął soczyście, gdy zauważył, że przedstawienie już się rozpoczęło. Rozpoznał w kacie swojego wroga. Hender musiał użyć całej swojej woli, by nie śmiać się jak szaleniec, któremu po latach oddali uwielbione zabawki. Nawet pod grubym płaszczem, jakim się okrywał, widać było jak napinają się jego mięśnie, by wsadzić w baty całą swoją siłę. Vinctus przepchał się pomiędzy ludźmi, zrzucając na twarz kurtynę z włosów. Nie mógł przerwać w żaden sposób. Mógł zapobiec temu, jeśli pojechałby szybciej i przekonał obecnych przed rozpoczęciem kary, że dziewczyna jest niewinna, a proces był bezprawny. Gdyby tylko pomyślał wcześniej. Zbyt bezpiecznie się poczuł, za bardzo namotała mu w głowie tym swoim idiotycznym gadaniem. Nie wziął pod uwagę takiego obrotu zdarzeń. Czekał niecierpliwie na ostatnie uderzenie. Każde uniesienie ręki tego kretyna powodowało, że sam czuł się bity. Niesprawiedliwym było, że to ona ma ponieść konsekwencje jego czynów. Była taka drobna i bezbronna, choć twierdziła, że miała złe doświadczenia. To jego przeszłość była zła. Wiedział, że był przyczyną każdej jej rany i każdego krzyku. Nie obronił jej, chociaż obiecał. Ba, przysiągł. Drgnął, gdy zauważył, że zawisła na nadgarstkach, kompletnie bezsilna. Zostało jeszcze pięć i zabierze ją do domu. Nigdy więcej nie pozwoli jej tknąć. Tylko cztery. Da jej wszystko, czego będzie pragnęła. Trzy. Pokaże jej, że potrafi ją ochronić, lepiej. Dwa. Pozwoli jej odejść, jeśli tak zdecyduje. Wyrwał się przed siebie, razem z ostatnim ciosem. Wyskoczył przed - rozchodzące się już zresztą - zbiorowisko, zawrotnym tempem podchodząc do Hendera.
- Zdejmij ją z tego.- syknął, po czym wskazał kamienny pręgierz. Szatyn uśmiechnął się podle, zakładając przedramiona na piersi.
- Znasz zasady, powinna tu jeszcze posterczeć jako przestroga.
- Mam gdzieś twoje pieprzone zasady. To nie była prośba.- oznajmił wściekle, popychając przeciwnika na narzędzie i zaciskając dłoń na jego szyi.
- Niezbyt mądre.- wycharczał tamten, ledwo łapiąc dech. Próbował uchwycić miecz przy swoim pasie, lecz niedotlenienie wiele utrudniało.
- Też masz je w dupie. Sąd był bezprawiem. Nie czekałeś wcale co powie Edward, wolałeś porwać ją i załatwić to tak, żebym oberwał niezależnie od prawdy. Odpłacę ci za to. Teraz ją puść, zanim pójdę do twoich przełożonych.- napluł mu w twarz, po czym zwolnił nacisk. Hender opadł na kolana, łapczywie wciągając powietrze.
- Dupek.- skomentował pod nosem, za co oberwał kopnięciem w brzuch. Odpiął klucz od kółka przy boku i rzucił go do stóp czarnowłosego. Ten wyminął go, wkładając pospiesznie przedmiot w zamek. Przytrzymał jej omdlewające ciało, w miarę możliwości obracając ją piersią do siebie. Nie widząc innej możliwości, założył ją na ramię. Nie patrząc na nic, ani na nikogo, przeniósł ją na Nigruma, po czym okrył swoim płaszczem. Jechał powoli, by nie wyrządzić jej większej krzywdy.

Frustrowało go, że za każdym razem, gdy się budziła, był przy niej ktoś inny, niż on sam. Jakby ktoś się uwziął i nie pozwalał jej otwierać oczu przy tym, który był winowajcą. On chciał tylko upewnić się, że nic jej nie będzie. W pierwszym tygodniu była przytomna przez krótką chwilę. W ciągu następnych było lepiej, a potem zaczęła łapać choroby. Ograniczył liczbę osób, które mogły ją odwiedzać do jednej. Zajmowała się nią najlepsza znachorka, jaką znał. Ufał jej, choć teraz nie był przekonany czy potrafi stuprocentowo zawierzyć komukolwiek. Nie miał jednak wyboru. Azula pomagała mu niegdyś leczyć Maluma. Skoro wyprowadziła jego z objęć śmierci to dlaczego miałoby nie udać się z Melodie? Niestety ona tego tak nie postrzegała, czym niezmiennie go denerwowała. Chciała zgasić w nim nadzieję, bo liczył na zbyt wiele. Dni upływały mu na pracy i bezmyślnym siedzeniu w salonie. Nie było niczego pośredniego. Nie miał chęci tykać kobiet, zaglądać do wina, ani jeździć za potencjalnymi interesami. Robił tyle, ile musiał zrobić, by przetrwać. Mijały miesiące, gdzieś w środku tego zamieszania z chorobami zmusił Azulę, by zamieszkała w posiadłości, póki May nie wyzdrowieje. Nie potrafiła odmówić, choć zrobiłaby to, gdyby wiedziała, co to będzie oznaczać. Siedziała przy jej łóżku całe dnie. Miksowała nowe kombinacje ziołowe. Stale musiała być krok przed zapaścią dziewczyny, by nie pozwolić jej odejść. Zima rzekomo już się kończyła, choć wciąż panował lodowaty chłód. Wypełnianie zleceń było trudne w takich warunkach, więc zajmowało mu dużo więcej uwagi, niż by tego chciał. Miał też świadomość, że im dłużej będzie unikał wchodzenia do jej komnat, tym bardziej ona go znienawidzi. Ile dokładnie minęło? Już prawie cztery miesięce odkąd widziała kogoś, kto nie był znachorką. Tłumaczył się tym, że mógłby pogorszyć jej stan, ale tak naprawdę obawiał się, że zastanie ją przytomną i usłyszy, że jest śmieciem, który złamał przysięgę krwi. Przez cały ten okres nie myślał o tym, co powiedziała wtedy w chatce. Nie chciał zaprzątać sobie tym głowy, bo znając jego szczęście, nie było aktualne. Lepiej dla niej, przynajmniej w tej kwestii.

Przerzucił stronę nowokupionej książki, pochłaniając jej niezwykle nudną treść.
- Melodie pyta czy zamierzasz unikać jej do końca życia.- parsknęła Azula, pojawiając się nagle w zasięgu wzroku. Miała iskierki w oczach i rozbawioną minę. Kiedy się uśmiechała w jej policzkach formowały się dołeczki. Nie miał pojęcia jak ma na to zaregować, więc nie zrobił tego wcale.- Powiem to inaczej - chciałaby, żebyś do niej przyszedł.
- Nie jestem kompletnym debilem, zrozumiałem za pierwszym razem.
- Jesteś pewien?
- Czego?
- Tego nie bycia debilem?
- Nie drażnij mnie, kobieto.- potarł skronie, udając, że niezwykle wciągnęła go lektura.
- Pół roku mija, a ty wciąż ją izolujesz.- przypomniała zniecierpliwiona, próbując wstrzymać reprymendę przebijającą się z jej tonu głosu.- Chyba czas pozwolić jej wrócić do normalności.
- Jeszcze niedawno sama miałaś wątpliwości czy w ogóle uda jej się przetrwać zimę.- wtrącił pochmurnie, przybliżając głowę do swojego zajęcia, przez co włosy zasłoniły mu całe światło wpadające przez okno.
- Sytuacja uległa poprawie, jest praktycznie zdrowa. Może nieco słaba, ale sprawna. Uwolnij ją z tej wieży i pozwól mi wrócić do domu. Rodzina za mną tęskni.- upomniała go.
- Przecież przychodzą cię odwiedzać co sobotę.- prychnął pogardliwie. Nie rozumiał dlaczego komukolwiek mogłoby brakować tej części życia.
- To nie to samo. W domu opowiadałam córce codziennie bajki na dobranoc. Odkąd mnie zabrakło robi to mój mąż i uwierz mi, że dla dziecka stwarza to różnicę. Zresztą ja też tęsknię. Chcę mieć kogo przytulać przez sen, tu zawsze jest tak okropnie zimno.
- Jesteś marudna.- skomentował krótko, sądząc, że uciął rozmowę.
- Powiem jej, że odpowiedzialność cię przerasta i nie chcesz jej oglądać, bo masz syndrom winnego szczeniaka.- założyła przedramiona na piersi, rzucając mu wyzwanie. Zastanawianie się, co takiego zrobił, że ktoś pokarał go taką znachorką, nie zajęło mu dużo czasu. Miał wiele złych rzeczy na sumieniu. Dziwił się, że w ogóle jeszcze oddycha. Odgarnął grzywę za siebie, by posłać jej zirytowane spojrzenie.
- Nie istnieje coś takiego.
- Skoro nie to dlaczego jestem tego świadkiem?- Ugięła lewą nogę w kolanie, by wyglądać bardziej bojowo. Nie miał ochoty na użeranie się z nią. Wystarczająco często Malum suszył mu o to głowę. Jakby ta dziewczyna obowiązkowo miała stać u niego na piedestale.
- Odczep się, co? Nie mam na to nastroju.
- Nigdy go nie masz. Do niczego nie mogę cię zmusić, więc zwyczajnie mówię, licząć po cichu, że posłuchasz. Idź do niej, powiedz jej to co powinieneś. Im dłużej będziesz czekał, tym gorzej to się skończy. Spakuję swoje ubrania. Zajrzę tu pojutrze. Nie ma mowy, bym spędziła tu choć jedną noc więcej.- obwieściła, po czym obróciła się dumnie na pięcie. Stukając koturnami, wyszła do swoich komnat. Jakoś nie chciało mu się przyznawać jej racji. Niezależnie od jego zachowania to wszystko i tak miało skończyć się tragedią. Zamknął swoją księgę i odłożył na wypchaną półkę. Postanowił skonstruować nową. Jednak najpierw skierował się do miejsca, którego tak unikał. Wlókł nogę za nogą po schodkach, z każdą chwilą mniej zdecydowany. Nie miał najmniejszego pomysłu w związku z tym, co mógłby powiedzieć. Zapukał do drzwi, zanim stracił resztki odwagi. Odpowiedziało mu kichnięcie. Zmarszczył brwi, po czym pchnął nogą zaporę, niepewnie wchodząc do środka. Zaschło mu w gardle na jej widok. Leżała na łóżku, okryta po szyję kołdrą. Włosy miała w nieładzie i zdawało mu się, że są mniej gęste. Jej policzki zdecydowanie wklęsły, uwydatniając kości. Nie wyglądała już jak kościotrup, ale nie wróciła też w pełni do dawnej świetności. Usta były wysuszone, lekko sinawe. Tylko te oczy, wciąż tak samo piękne, głęboko brązowe. Rozszerzyły się, gdy go dostrzegła. Nie dziwił się jej zaskoczeniu.
- Jesteś.- wyszeptała, będąc pod widocznym wrażeniem.- Fatalnie się prezentujesz.
- To żałuj, że nie widzisz siebie.- parsknął, choć przebrzmiały w tym nerwy.
- Azula mówiła, że szybko się zregeneruję, jeśli przestaniesz się ze mną cackać i dasz mi pracować.
- Jesteś jeszcze zbyt osłabiona.
- Nie wmawiaj mi teraz, że cię to obchodzi.- prychnęła pogardliwie, odwracając wzrok. Spodziewał się frazesu w tym guście, lecz nie ustrzegło go to przed ugodzeniem. Nie zamierzał się tłumaczyć. To jej sprawa, że nie potrafiła docenić, ile trudu włożył w jej ozdrowienie.
- Pójdziemy na kompromis.- Podrapał rękę z oparzeniem, którego nabawił się w ostatnim miesiącu.
- Słucham.- Skuliła się, otulając dokładniej ciepłym materiałem.
- Dajmy ci tydzień. Później stopniowo wrócisz do obowiązków.
- Jeden dzień.- poprawiła stanowczo.
- Pięć dni.- próbował negocjować, zwierając szczęki. Nie znosił, gdy ktoś mu się sprzeciwiał w takich momentach.
- Dwa dni.
- Cztery.
- Dwa.
- Trzy?
- Dwa.- powtórzyła kolejny raz, stawiając mocny nacisk.
- Dobra.- zgodził się, mimo całego gniewu, jaki wywoływało w nim takie podburzanie się.
- Dlaczego tak późno przyszedłeś?- zapytała z wyraźnym wyrzutem, wciąż na niego nie patrząc. To akurat stanowiło dla niego ułatwienie.
- Bo nie miałem ochoty zrobić tego wcześniej.- skłamał, wzruszając ramionami. A co miał powiedzieć? „Bałem się jak zareagujesz“? Jakoś się w tym nie widział. Nie zamierzał odgrywać żadnej historii miłosnej. Raz to przerabiał, wystarczy.
- Pozwoliłeś mnie skrzywdzić.- mruknęła, właściwie bardziej do siebie, niż do niego. Jakaś nieznana mu siła chciała ściągnąć go na kolana i zmusić, by opowiedział jej o wszystkim, przeprosił. Potrafił się temu oprzeć, bo przecież ten sposób postępowania był lepszy. Ona przestanie czuć coś do niego, a on w końcu nauczy się nie być do niej przywiązany. Nikt jej nie dotknie, jeśli przestanie być jego słabym punktem. Dlatego stał tak, wydając się być tym spokojnym dupkiem, jakim był zawsze, choć w środku staczał sam ze sobą bitwę.
- Owszem.- potwierdził po dłuższej chwili.
- Niczego już nie rozumiem. Wtedy, tuż przed tym... miałam wrażenie, jakbyś... no, odwzajemniał...- Pod jej powiekami zebrały się łzy, oblewające delikatnie jej blade lico.
- Błędny osąd.- Ledwo był w stanie wydusić z siebie te słowa.- Chciałabyś czegoś jeszcze? Mam dużo spraw do załatwienia. Nie mogę tu sterczeć.
- Nie, niczego. Idź.- przyzwoliła, chowając twarz w poduszce. Miał wielką potrzebę przytulić ją dla równowagi ducha, więc naturalnie zamiast tego wyszedł jak najszybciej.

wtorek, 1 listopada 2016

Szesnasty.

Atmosfera w pokoju była chłodna, co tylko potęgowało fakt, że czuła się niezręcznie stercząc nago między dwoma mężczyznami. Może poprosiłaby o ubranie, gdyby nie wiedziała czym mogłoby się to skończyć. Vinctus był przewrażliwiony na punkcie jej próśb, kiedy nie byli sami. Zresztą nawet na nią nie patrzył, skupił się wyłącznie na intruzie, posyłając ku niemu gromy i wszelkie nieszczęścia świata. Przybyły człowiek był skarlałej, niezbyt szczupłej postury. Miał nieokiełznaną, rudą grzywkę oraz zadbaną brodę. Zrzucił z głowy kaptur jasnobrązowego, gdy tylko przestąpił próg chaty. Jego poważna mina zwiastowała kłopoty, jednak kontrastowała z wesołymi ognikami, tańczącymi w zielonych, głęboko osadzonych tęczówkach. Wyciągnął się, jakby chciał w trymiga urosnąć, przy czym dało się usłyszeć strzyknięcia kości.
- Powiesz wreszcie co to za ważna sprawa czy zamierzasz czekać tak długo, aż rzucę tobą o ścianę?- warknął czarnowłosy, wywołując u niej ciarki. Jego niski głos nasycony złością, bez trudu mógł przyozdobić każdą część ciała człowieka gęsią skórką. Mężczyzna nie był mimo tego wzruszony. Spojrzał z politowaniem na zaciśnięte dłonie Vinctusa i zacmokał.
- Niech się pan nie denerwuje. Wie pan, że jestem po stronie prawa. Jeżeli nic nie zostało zrobione - wyjdzie pan z tego bez uszczerbku.- poinformował słodko, mówiąc jakby przez nos.
- CO nie zostało zrobione?
- To nie jest miejsce, żeby o tym rozmawiać. Chciałbym pojechać do pańskiej posiadłości, aby tam bez przeszkód wszystko omówić.- Mówiąc to rozejrzał się po pokoju z niesmakiem, oglądając połamane deski i rozrzucone szmaty.
- Śmiesz śledzić moje prywatne wyjście z kobietą, by przerwać nam dopiero kiedy dotarliśmy tutaj, w celu wyrażenia swojego życzenia powrotu do domu, który dopiero postanowiliśmy opuścić?- płomień w jego oczach niebezpiecznie wzrósł, co w końcu nieco zmieszało ewidentnego przedstawiciela państwowego.- Jeśli chciałeś nas cofnąć to trzeba było zrobić to od razu. Musiałeś iść za nami od samego początku, bo nikt oprócz mnie nie wie o istnieniu tej szopy. Masz coś na swoją obronę?
- Ja... To nie jest...- jąkał się zmieszany, czerwieniejąc na całej twarzy. W tym czasie Vins podszedł do niego, chwycił go za przód szaty i podniósł ponad podłogę, uginając mocno łokcie.
- Jeśli ktokolwiek będzie się tu kręcił lub cokolwiek stąd zniknie - choćby najmniejszy skrawek papieru - to przysięgam, że to ty za to odpowiesz. Nie będzie mnie wtedy obchodziło gdzie albo dla kogo pracujesz, ani czy masz kochającą rodzinę. Rozumiemy się?- wysyczał gniewnie, wykręcając wygodniej pięści. Rudy pokiwał energicznie na zgodę, by po chwili móc normalnie odetchnąć ze stopami na drewnianej posadzce.- Teraz wyjdź, zamierzam dokończyć to, co zaczęliśmy zanim bezczelnie przeszkodziłeś. Poczekaj na nas przed dworem. Marcus i tak nie wpuści cię do środka.
- Ale...- próbował dyskutować, powoli odzyskując butę.
- Albo robimy w ten sposób albo możesz się wypchać i liczyć z niepotrzebnymi stratami w ludziach, kiedy przyjdziecie po mnie siłą.- Zmrużył złowrogo powieki, odprowadzając niechcianego gościa wzrokiem do drzwi. Karzeł nie opierał się długo, widocznie świadomy realności tej groźby. Została sama z wściekłym Vinctusem. Potarła zimne ramiona, odkrywając biust, który przez całą tę scenę zasłaniała przegubem.
- Musisz ochłonąć?- zapytała bez cienia zawahania, opanowując bez problemu emocje. Przyzwyczaiła się do takich zdarzeń. Odkąd go poznała w jej życiu było pełno zwrotów akcji i wypadków.
- Kilka minut, dobra?- uderzył gwałtownie w ścianę, po czym wyszedł z domku, by zapalić. Zmarszczyła brwi. Takie zachowanie ją martwiło. Normalnie nic nie wyprowadzało go z równowagi do tego stopnia, żeby nie myślał o kontynuowaniu seksu. Naraz poczuła lodowaty powiew w trzewiach, sygnalizujący, że bardzo nie chciałaby, żeby miał znowu kłopoty z władzą. Przeczesała włosy palcami, wpatrując się w jego plecy za oknem. Stał dostojnie wyprostowany, a wokół niego kłębił się ciemnoszary, papierosowy dym. Las szumiał złowrogo, zrywając resztki kolorowych liści. Uświadomiła sobie jak długo już była pod jego opieką. Minął ponad rok odkąd pierwszy raz spojrzała na niego zza krat swojej celi. Pogłaskała delikatnie wypaloną pod piersią sygnaturę róży. Pamiętała jak głośny był jej krzyk, gdy przyłożył rozżarzony pręt do jej nagiej skóry. Z rozmyślań wyrwało ją trzaśnięcie drzwi.- Po prostu się ubierz.- Zrezygnowany machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. Oparł się o szafkę i zamknął ślepia. Posłusznie zebrała swoje rzeczy, wciągając je na siebie po cichu. Wciąż stał w ten sam sposób, wyglądając przez to na zmęczonego życiem. Zbliżyła się niepewnie, zatrzymując tuż przed nim. Pogładziła leciutko jego lico, przy okazji odsuwając niesforny, kruczoczarny kosmyk do reszty. Z nerwów w jej żołądku skręcił się supeł, mimo to wiedziała co chce zrobić. Wychyliła się nieco, wyciągając na palcach, póki nie poczuła jego oddechu przy swoim. Wycofanie się nie wchodziło w grę, nawet gdy otworzył oczy, porażając ją z bliska głębią ich koloru. Nie zdążył nic powiedzieć, chociaż zamierzał. Połączyła strachliwie swoje usta z jego w czułym geście. Planowała od razu zawrócić, jednak objął ją ostrożnie w pasie i przyciągnął troskliwie, by wydłużyć ten moment. Oddał pocałunek, garbiąc się nieznacznie dla wspólnej wygody. Wolną rękę wplotła we włosy spływające po jego karku. Nigdzie się nie spieszyli, powoli zabierając z tego jak najwięcej ciepła, które było im potrzebne. Muskał co rusz jej wargi, na nowo rozchylając je i zamykając. Wstydziła się przyznać, ale nogi ugięły się pod nią, gdy uczuła jego język drażniący zachęcająco jej własny. Podtrzymał ją w talii, automatycznie wtulając w siebie. Wszystko to było tak pełne troski, że pod jej powiekami zebrały się łzy. Miała świadomość tego, iż kiedy to dobiegnie końca zostanie zakrzyczana, choć to on sam doprowadził do tego, że zbliżenie trwało. Bardziej rozpaczliwie przylgnęła do niego, chcąc jeszcze przez minutę czuć jego smak i dotyk sylwety w uścisku. Nie opierał się, bez wahania pozwolił jej przejechać językiem po swoim podniebieniu, zbierając tym świeży aromat palonego tytoniu. Zagryzł minimalnie jej wargę, by móc possać ją z uwielbieniem i polizać na przeprosiny. Jęknęła słodko, wbijając paznokcie w jego szyję po zdrowej stronie. Z trudem zdobył się na puszczenie jej. Zaraz potem przekręcił gwałtownie głowę, odcinając się od niej. Nie był w stanie nic powiedzieć.
- Vinctus, ja...- zaczęła szeptem, opierając się znów na całych stopach, lecz wciąż z zamroczonym spojrzeniem.- Kocham cię...- dorzuciła lękliwie, załamując przy tym ton. Nigdy wcześniej tego nie mówiła, nikomu.
- May, to naprawdę nie jest dobra chwila.- westchnął ciężko, przecierając czoło. Zwiesiła ramiona, spuszczając źrenice do podłogi. Prawie podskoczyła, czując jak unosi jej brodę silną dłonią i ostatni raz skrótowo całuje.- Idziemy, ten pajac na nas czeka.
- Czy...- otworzyła usta, ściskając go za przegub.
- Pogadamy innym razem.- uciszył ją, przepuszczając w progu. Podobało jej się jedno, co dopiero teraz zdołała przyuważyć. Za każdym razem mówił o sobie i o niej jako jedności, używając „my“ zamiast rozdzielnej formy. Nie spodziewała się, że to może wiele znaczyć, jednak mile łechtało jej ego. Włożył jej łokieć na zgięcie swojego i poprowadził w stronę posiadłości.
Gdy tylko dotarli udał się z rudym urzędnikiem do piwnic, gdzie urządzony miał pokój do spotkań. Ona rozsiadła się przed półką z książkami, wybierając przypadkowo pierwszą lepszą lekturę. Nie zdążyła nawet wyciągnąć upatrzonej okładki, gdy rozległ się hałas. Frontowe wrota zostały otworzone z całą mocą i wpadł przez nie wysoki, brązowowłosy mężczyzna o nieprzyjaznym spojrzeniu. Do pasa miał przymocowany miecz, a za nim powiewała brunatna peleryna. Podszedł do niej, gdy tylko ją zauważył i siłą zmusił do powstania.
- Jest pani aresztowana za kradzież.- oznajmił cierpko, zakuwając ją w kajdany. Włożył palce między jej kudły i szarpnął za nie, aby poszła z nim bez protestów.
- Jaką kradzież?- zamarła, zapominając krzyknąć z bólu. Mimowolnie przebierała nogami.
- Hej, stój, co ty robisz?!- wydarł się Marcus, wybiegając nagle z głębi pokoju obok. Stanął przed przybyszem, torując mu dalszą drogę.- Zwariowałeś, Hender? Co ty z nią robisz? Nie wolno ci wchodzić tu w taki sposób.
- Słuchaj uważnie, nie będę powtarzał. Ta tutaj jest oskarżona o przestępstwo. Nie mam czasu na ceregiele. Albo się zamkniesz i dasz mi ją wyprowadzić albo będę zmuszony wyładować się w domu na swojej żonce, a tego byśmy chyba nie chcieli, prawda?- burknął kąśliwie, ściskając brutalniej jej kłaki. Marcus cały się spiął, jakby walcząc sam ze sobą.
- Jesteś świnią mieszając do tego moją siostrę.
- Tak myślałem, że zachowasz się rozsądnie.- prychnął oprawca, po czym wywlókł ją na zewnątrz. Za bramą czekał powóz z zakratowanymi oknami. Wrzucił ją do niego, przy okazji uszkadzając jej kostkę o co kompletnie nie dbał. Zaryglował drzwiczki i wskoczył na miejsce woźnicy. Przeturlała się wewnątrz pojazdu, gdy ruszył, solidnie obrywając siedzeniem w skroń.

Obudziła się wewnątrz celi, czując pulsujący ból głowy. Marszcząc brwi, próbowała go rozmasować. Rozejrzała się uważnie w jakim dokładnie znajduje się położeniu. Małe pomieszczenie, właściwie dla jednej osoby. Niewielkie, polowe łóżko i ustęp pod ścianą. Kraty w drzwiach solidne, grube. Ogarnął ją przejmujący chłód. Wydedukowała na tej podstawie, że to zapewne piwnica. Nieprzyjemne deja vu wbiło sztylet w jej trzewia, mrożąc nieprzyjemnie krew w żyłach. Znów trafiła do więzienia. Znów zamknęli ją za coś, czego nie zrobiła. Na korytarzu rozległy się kroki, więc wytężyła słuch, śledząc czy to do niej ktoś idzie. Wkrótce przekonała się, że owszem. Przed wejściem pojawił się ten sam facet, który ją tu przywiózł.
- Zostałaś skazana na publiczną chłostę za kradzież cennego naszyjnika.- oznajmił i nie czekając na jakąkolwiek reakcję postanowił się oddalić. Drgnęła. Chwyciła krat i impulsywnie krzyknęła za nim.
- Hej!
- Wykonanie kary odbędzie się za godzinę. W tym czasie przemyśl sobie wszystko.- dopowiedział na odchodne, zanim zniknął w bocznym gabinecie. Osunęła się bezradnie po murze, chowając zrozpaczoną twarz między kolanami.

Westchnął głęboko, znudzony toczącą się rozmową. Ile można powtarzać w kółko to samo? Miał dobre alibi, nie było go tam. Ani razu nie dał przeciwnikowi skończyć, ale co ciekawego miał jeszcze do dodania? Wyciągnął dłoń do drinka, by uchylić potężny łyk, którym o mało się nie udławił, gdy mężczyźnie udało się w końcu wykrztusić:
- Nie chodzi o pana, tylko o dziewczynę.
- TERAZ mi to mówisz?- syknął gniewnie, choć dobrze wiedział, że była to wyłącznie wina jego samego, bo nie chciał wcześniej słuchać.- Jaką dziewczynę?
- Melodie, a przynajmniej takie imię zostało podane. Towarzyszyła dziś panu, tak? Wyglądała jak opisana osoba.
- Opisana przez kogo?- zdenerwował się, miażdżąc w dłoni winogrono, którym zamierzał się poczęstować.
- Anonimowego człowieka, który zgłosił kradzież. Niech pan nie nalega, nie wolno mi podawać żadnych danych personalnych.- Karzeł pokręcił się w krześle, grzebiąc chwilę w teczce.- Jednak z tego, co mówił pan wcześniej wynika, że pańska kobieta nigdy nie opuszcza terenu posiadłości, co uniemożliwia jej udział w zbrodni. Potwierdza pan jej obecność tutaj trzy dni temu? Czy ktoś oprócz pana również mógłby potwierdzić?
- Jasne, że tak, ty kompletny kretynie. Połowa domatorek może potwierdzić, idź i pytaj.
- Dobrze. To wszystko, pójdę spisać od nich zeznania. Żegnam.- skinął krótko głową, wciąż uśmiechając się pod nosem, jakby miał coś za skórą. Vinctus podniósł się i poczuł potrzebę sprawdzenia co z May. Była jego czułym punktem, choć nigdy przed nikim by tego nie przyznał. Pokonał stopnie dzielące piwniczne piętro i jej komnatę, przeskakując co dwa. Bez pukania otworzył drzwi, by zastać puste, zasłane łoże. Miał złe przeczucia, chociaż jej brak w pokoju nie musiał koniecznie oznaczać, że coś się stało. Zapewne zwyczajnie miała ochotę pograć na fortepianie lub poczytać którąś z ksiąg z jego zbioru. Najspokojniej jak potrafił zszedł do salonu, gdzie zastał zagnieciony dywan i książkę do połowy wyciągniętą z półki.
- Nie podoba mi się to.- mruknął sam do siebie, poprawiając obie rzeczy. Serce podskoczyło mu do gardła, kiedy szukał jej w każdym następnym pokoju. W kuchni natknął się na Marcusa.- Widziałeś Melodie?
- Stary, nie wiem jak ci to powiedzieć, żebyś mnie nie zabił...- rzucił krótkowłosy, cofając się powoli wgłąb pomieszczenia. Naraz narosła w nim furia. Czekał na dalszy ciąg wypowiedzi.- Był tu Hender. Wpadł bez zapowiedzi i wytargał ją siłą poza bramę. Mówił coś o oskarżeniu. Nie mogłem nic zrobić, zagroził, że jeśli mu przeszkodzę to zemści się na mojej siostrze.
- Kiedy to było?
- Z godzinę temu.
- Zamordowałbym cię, ale nie mam na to czasu.- margnął wściekle, obracając się na pięcie. Wybiegł z domu, chwytając po drodze płaszcz i szal. Nie bawił się z siodłaniem konia, po prostu wskoczył mu na grzbiet. Pojechał galopem do bramy, a potem w kierunku miasta, przeklinając dziewczynę za jej zdolność wpadania w kłopoty.

Trzęsła się na siedzeniu powozu. Okryli ją tylko jakąś narzutą, zabierając ubrania. Jechała w stronę rynku, gdzie miała odbyć się jej kara. Coś jej w tym wszystkim nie pasowało. Dlaczego sąd odbył się bez jej udziału i tak szybko? Jakby ktoś chciał zapobiec możliwości uniewinnienia. Wiedziała, że tym razem miałaby wymówkę potwierdzoną przez mnóstwo osób, gdyby tylko dać im szansę ją przedstawić. Nie wychodziła z dworu, więc jakim cudem ktoś zobaczył akurat ją? To musiał być ktoś, kogo znała lub kto znał ją. Zastanawiała się nad tym jeszcze, gdy nagle kareta się zatrzymała. Mężczyzna, zwany Hender, wytargał ją siłą na zewnątrz. Zrzucił z jej ramion materiał, zostawiając ją całkiem nagą przed zbierającym się tłumem. Umocował sobie przy pasie bat.  Ponownie pochwycił jej włosy, ciągnąć za nie, by szła za nim do pręgierza. Zalała ją panika. Tym razem naprawdę miało do tego dojść. Próbowała z nim walczyć, ale trzymał mocno, a jej ręce były skrępowane. Odwrócił ją twarzą do słupa i przycisnął do niego, unosząc wysoko jej dłonie. Wpiął jej nadgarstki w kajdany należące do kamiennej konstrukcji. Kątem oka obserwowała co dalej robił, oddychając płytko. Stanął przodem do ludzi i zaczął głośną przemowę.
- Ta tutaj została oskarżona o kradzież cennego naszyjnika. Sąd skazał ją na pięćdziesiąt smagnięć przez plecy. Strzeżcie się popełnić przestępstwo, bo skończycie jak ona.- postraszył, po czym na powrót mogła oglądać jego mściwe oblicze. Jego brwi naturalnie układały się łukiem. Włosy miał przetłuszczone, a oczy pałały błękitną nienawiścią. Uśmiechnął się do niej wrednie, oblizując lubieżnie usta.- To będzie przyjemność.- powiedział cicho, by wyłącznie ona usłyszała. Przełknęła ślinę, zaciskając powieki razem z pięściami. Do jej uszu doleciał nieprzyjemny dźwięk przebijania powietrza, po którym nastąpiło pierwsze uderzenie. Zagryzła wargę, by nie krzyknąć. Nie miała szansy przygotować się na kolejny, bo nadszedł prawie od razu po tamtym. Czuła jak bat tworzy na jej plecach, ramionach i pośladkach fioletowo-brunatne siniaki. Po dwunastym trafieniu wrzasnęła, gdy rzemień przebił jej skórę, oblewając ją stróżką rozgrzanej krwi. Miała wrażenie, jakby każdy cios był bardziej brutalny od swojego poprzednika. Ciało paliło ją żywym ogniem. Chciała się wykręcać, lecz to powodowało jedynie więcej miejsca dla nowych ran. Błagała, by przestał, gdy przypadkiem przesunęła się na tyle, że uderzył w jej brzuch oraz pierś. Pozostawał nieugięty. Rozsiewał nastrój ohydnej, wypaczonej rozkoszy, płynącej z wykonywanego bezprawnie wyroku. Otworzyła oczy, szukając wokół wsparcia, którego nikt nie chciał jej udzielić. Jej pole widzenia było zbyt małe. Łzy ześlizgiwały się, chłodząc wrzące z upokorzenia policzki. Nagle, mimo obejmującego ją, przejmującego cierpienia, obleciał ją zimny dreszcz. Dostrzegła znajomą personę wśród obserwatorów. Długie, czarne włosy zasłaniały jego wzburzone oblicze. Sterczał tam, zamiast rzucić się do pomocy. Nie powstrzymał Hendera przed znęcaniem się nad nią. Zawyła dobitnie, wyginając obitą sylwetę. Płakała nad głębokimi bruzdami, tworzącymi się licznie po jej tyle. Nie pamiętała już ile batów na nią spadło. W którymś momencie po prostu zawisła na przegubach, tracąc przytomność.