niedziela, 28 czerwca 2015

Dziesiąty.

Był więcej niż zdenerwowany. Najlepszym określeniem było po prostu „wkurwienie“. Powodem był Malum, przymuszający go do osobistego żegnania każdego gościa. Rozumiał, że przyjęcie koniecznie musiało odbyć się u niego. Rozumiał, że musiał być w miarę uprzejmy i cywilizowany. Rozumiał nawet, że cholerna Livia poprosiła rodziców, by móc za tydzień wprosić się na obiad, a jemu nie wypadało odmówić. Natomiast nie mógł pojąć dlaczego po tym wszystkim nie mógł zamknąć się w komnatach którejś z dziwek i nie wychodzić stamtąd, póki słońce ponownie nie wzejdzie. Przecież wykonał głupie polecenia. Było już po całej tej maskaradzie! Chciał tylko odpocząć, ulżyć sobie, wtulić się w czyjeś pachnące posłuszeństwem ramiona. Nie znosił tłumów, bo w nich zawsze mógł kryć sie ktoś, kto chciał wyłącznie jego zguby. Rzadko kiedy jakaś kolacja kończyła się pozytywnie, bez szwanku dla niego. Miał wielu wrogów, tego był świadom aż nazbyt dobrze. Gorzej, że niektórzy z nich świetnie kryli swoją tożsamość. Otrząsnął się z myśli, ściskając dłoń kolejnego wazeliniarza w eleganckiej marynareczce. Miał ochotę powiedzieć mu, że ma sobie wepchnąć w dupę swoją formalność, jednak nie bardzo mógł. Zamiast tego uśmiechnął się sztucznie i cmoknął knykcie jego tłustej żony. Kto wymyśla by karmić bogate kobiety? Czy one luster nie mają? Krągłości krągłościami, ale to była nieprzetopiona słonina w dziewięćdziesięciu kilogramach, co najmniej. A jeszcze dochodził ciężar organów i kości. Już miał rzucić sarkastyczną uwagą, gdy Malum zgarnął ją sprzed jego oczu, chwaląc przy tym jak to pięknie wygląda w tej gorsetowej sukni. Jakby najlepszym sposobem na sympatię było wchodzenie ludziom w...
- To już koniec. Wszyscy pojechali.- oznajmił jego brat, przerywając mu - jakże kolorowe - spostrzeżenia.
- Po co była ta cała błazenada?- warknął w odpowiedzi, zamykając bramę.
- Musiałem coś dyskretnie obgadać, a w naszym przypadku - najciemniej pod latarnią. Poza tym u mnie by się nie zmieścili.- wyjaśnił pogodnie, dotrzymując mu kroku w drodze do drzwi domostwa. Cały Malum, zawsze coś kombinował. Szkoda tylko, że potem trzeba było wyciągać go z kłopotów w które niebywale łatwo się pakował. Zmarszczył nagle brwi, posyłając mu karcące spojrzenie.- Wiesz, mogłeś być bardziej delikatny w stosunku do May. Chciała tylko pomóc. Pewnie nabawiła się oparzeń i ran od szkła.
- Wsadź sobie głęboko swoje cenne rady. Nie chcę ich.- odparł machinalnie, przyzwyczajony do jego gderania. Ten jednak nie poddawał się, wciąż brnąc w temat.
- Ona jest niebywale krucha, pamiętasz o tym?
- Naprawdę?- parsknął, uznając to za ostatnią rzecz, którą można o tej dziewczynie powiedzieć.- Rodzice traktowali ją jak szmatę, uciekła z domu, jakiś gej sprzedał ją jako niewolnicę, zbrukałem ją kilkukrotnie. Pomijając sterty małych rzeczy, a równie ważnych. Na jakiej podstawie sądzisz, że jest krucha? Bo ja nie słyszałem, żeby nadzwyczaj narzekała. Jest silniejsza od ciebie. Nie mów mi co mam robić, jestem starszy i mądrzejszy. Pamiętaj o tym.- podsumował, zatrzaskując mu wrota przed nosem. Wiedział, że i tak wejdzie, ale potrzebował paru sekund dla siebie, by móc się oddalić. Nie chciał rozmowy z nim. Postąpił zbyt impulsywnie, trudno. Stało się to się nie odstanie. Nie będzie przepraszał, bo to jej wina. Miała tylko słuchać poleceń. Co trudnego było w siedzeniu w swoim pokoju? On zrobiłby to nawet bez komendy, ale ona? Nie, oczywiście, chciała pomóc. Na jaką cholerę? Wściekłe, chaotyczne myśli chodziły mu po głowie, kiedy instynktownie wchodził po schodach, by znaleźć jej pokój. Wyrobił sobie już nawyk, nie musiał patrzeć co robi. Tym razem zatrzymał się na ostatnim stopniu. I co jej powie? „Hej, jesteś głupia. Pieprzmy się“? Żałosne, nawet jak na niego. Stwierdził, że zostawi wizytę na później. Jej złość zelżeje, jego pożądanie się wzmocni. W dwóch słowach - będzie lepiej. Cofnął się, udając do własnych komnat. Legnął na łóżko, sięgając po lekturę ze stolika. „Ojciec Goriot“. Nie zachwycał go, ale chętnie czytał wszystko, co tylko wpadło mu w ręce. Zagłębił się między strony, znikając pośród nich.
Nie miał pojęcia w którym momencie zasnął. Obudziło go natarczywe pukanie do drzwi. Przetarł skroń, wypatrując przez małe okienko pory dnia. Tuż po świcie. Zmusił się do podniesienia z posłania i przemierzenia tych kilku kroków. Hałas ustał, gdy otworzył barierę. Po drugiej stronie stała spanikowana Karma. Zgrabna szatynka pogładziła nerwowo swoje długie kosmyki i już wiedział, że stało się coś, co go rozsierdzi.
- Mówże, kobieto.- warknął, zauważając, że minęło ponad dziesięć milczących sekund. Otworzyła usta, by od razu je zamknąć. Przypominała przy tym rybę bez wody. Ścisnął jej ramię, obligując do posłuszeństwa.- Mów.
- Melodie.- wychrypiała, a oczy zaszły jej łzami, jakby nie była przygotowana na reakcję, która mogła nastąpić.
- No co z nią?- pospieszył, tracąc cierpliwość. Co się mogło stać?
- Uciekła. Nie wiadomo kiedy, ale możliwe, że już wczoraj. Od kolacji nikt jej nie widział, a to był dobry dzień na ucieczkę. Otwarta brama, mnóstwo kręcących się ludzi, którzy jej nie znali. Nie wiemy jak, po prostu jej się udało. Proszę, niech pan na mnie nie krzyczy. Niech pan mi nie robi krzywdy.- zasłoniła twarz dłońmi, pilnując raczej swojego płaczu niż bezpieczeństwa. Wezbrało w nim apogeum furii. Zatrzaskując drzwi, wystrzelił korytarzem. Znalazł pokój gościnny w którym zwykle przesiadywał Malum. Aktualnie spał, więc trzeba było zrzucić go na ziemię w ramach pobudki.
- Oszalałeś?- syknął, opanowując drżenie obolałych mięśni.
- Jedziesz do miasta. May zabrała dupę w troki i nie ma jej od wczoraj. Znajdziesz ją, gdziekolwiek poszła. Jeśli jest w lesie - ja ją znajdę. Rozumiesz?- pochylił się do brata, podciągając go za szatę.- To twoja wina. Gdyby nie to idiotyczne przyjęcie to nie miałaby okazji, by chociaż pomyśleć o zwianiu stąd. Podnoś się i jedź jej szukać. Nawet nie próbuj wracać, zanim nie sprawdzisz dokładnie całej okolicy.- zakomenderował, po czym pobiegł do stajni. Każda minuta wydała mu się cenna. Jeśli uciekła w nocy to mogła stać jej się krzywda. Nigdy nie ufał zagajnikowi, zawsze kręcili się tam obrzydliwi ludzie, a tacy uwielbiają zmrok i takie ładne panienki, zdane na łaskę losu. Niech by to szlag trafił, że zrezygnował z wejścia tam zaraz po zakończeniu kolacji. Mógłby wtedy szybciej zacząć szukać. Byłoby większe prawdopodobieństwo sukcesu. Wsiadł na Nigruma, nie dbając o zakładanie siodła czy uzdy. Ruszył w pościg za zagubioną gdzieś w kniejach Melodie, powtarzając sobie, że zabije każdego, kto śmiał jej dotknąć. Była jego własnością, tylko jego. Przedarł się przez gąszcz na wprost za bramą. Wytłumaczył sobie, iż nie poszłaby tak po prostu ścieżką, bo to byłoby niesamowicie durne, a rozumu akurat jej nie brakowało. Musiała wybrać drogę przed siebie. Po dłuższej chwili napięcia, natknął się na strzępek białego materiału wiszący na trującym krzewie cisu. Nie mógł przewidzieć czy należy do niej, ale skąd by się tu znalazł, gdyby nie? Zabrał go ze sobą, chowając w kieszeni. Począł dalej błądzić między drzewami. Przemierzył każdy skrawek lasu z dala od przedepceń i kilka rzadziej używanych szlaków. Nie było po niej śladu. Wpadł na pomysł, że zajrzy nad jezioro, nad które dawno temu ją zabrał. Nic. Objechał je wkoło i dopiero wtedy dostrzegł ruch. Głęboko w puszczy, zebrało się parę głośnych osób. Popędził w tamtym kierunku, będąc pewnym, że musieli przynajmniej ją widzieć. I miał rację. Kończyli akurat zdzieranie z niej ubrań. W ogólnym rozrachunku wydało mu się to okropnie niesprawiedliwe, że tak sumiennie ją przywiązali. Jakby się bali, że zrobi im krzywdę. Niczym pierwszorzędny furiat - elegancko przejechał koniem po jednym z oprawców, pilnując by złamał kości przynajmniej w kilku miejscach. Bez trudu rozpoznał Francesa, wodzącego teraz palcami po biuście dziewczyny. Wbił nóż w ramię jego towarzysza, zeskakując z konia. Wyciągnął go gładko, pozwalając mężczyźnie opaść z jękiem bólu na podłoże. Dwójka wdrapała się na swoje wierzchowce i spieprzała szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Santiago - z którym miał okazję spotykać się wcześniej - ukłonił się lekko, odsuwając z rękoma w górze. Nigdy nie był typem od pochopnych decyzji. Czarnowłosy pozwolił mu oddalić się w spokoju. Favril za to bez zastanowienia zaatakował, powodując głęboką, ciętą ranę przy barku. Tego debila znał aż za dobrze jako swojego zaciętego przeciwnika. Beznamiętnie machnął ostrzem, otwierając skórę jego przedramienia. Wykrwawi się, jeśli nie weźmie nóg za pas i tego nie zatamuje. Szczęściem, miał na tyle instynktu samozachowawczego, by wsiąść na swojego ogiera i odjechać. Został sam na sam z Francesem, który nic sobie nie robił ze sceny za swoimi plecami, wciąż z pożądaniem pieszcząc jej bezbronne ciało. Dojrzał w jej oczach strach, pomieszany z bólem. Nie płakała, chociaż chyba powinna. Skoncentrował się na uderzeniu w odpowiedni punkt blondyna. Sztylet wtopił się w jego lędźwia, niczym w masło. Krzyk zaskoczenia wydarł się z jego gardła, kiedy własny kręgosłup zmusił go do upadku na kolana.
- Czy ja kiedykolwiek darowałem komuś próbę dotknięcia którejś z moich kobiet bez pozwolenia?- zapytał twardo, pochylając się do konającego. Ten jęknął coś, co miało być odpowiedzią, po czym bezsilnie rozłożył się na ziemi. Vinctus skoncentrował swoją uwagę na nagiej młódce.- A z tobą co mam zrobić? Zachowałaś się wyjątkowo bezczelnie.- mruknął, wciąż zirytowany, ale z dużo większym opanowaniem. Poczuł ulgę, że się znalazła. Rozciął sznury, nie bawiąc się w odplątywanie. Wprawiła go w osłupienie, kiedy jak długa legła na grunt. Nie zdążył jej złapać. Osunęła się częściowo na sylwetę Francesa, nie mając siły by zmienić położenie. Ukląkł przy niej, okrywając swoim płaszczem - jedyną rzeczą, którą z przyzwyczajenia zdążył pochwycić przed wyjściem.- Jesteś niesamowicie głupia.- wypalił, przenosząc ją na najbliższe siedzisko.- Opowiadaj.
- Biegłam przed siebie. Znaleźli mnie jakąś godzinę po świtaniu i dowlekli tutaj. Przytwierdzili do drzewa. Potem on przyjechał. Zabił jednego z nich za obrabianie mu tyłów. Potem grali o mnie w karty. Wygrał, bo oszukiwał, ale oni zbyt się go bali, żeby protestować. Właśnie byli w trakcie...- dławiła słowa, nie unosząc nawet wzroku.
- Zamknij się już. Dosyć.- warknął, mimowolnie przyciągając ją do siebie. Na ten moment odłożył całą złość, pozwalając spływać kojącej czułości, jakiej potrzebowała. Bał się o nią. Cieszył się, że odnalazł ją żywą i prawie nietkniętą. To wypełniło jego organizm na krótką chwilę, podczas której dochodziła do siebie.
- Krwawisz. Podaj mi wodę i tamten strzępek z mojej bluzki.- poprosiła, wskazując biały materiał leżący pod drzewem. Gdy tylko wysunął się z jej objęć - wkurzenie powróciło. Jak w ogóle mogła coś takiego wymyślić? Traktował ją jak pieprzoną księżniczkę, a ona przy pierwszej lepszej okazji zwiała. Świetnie. Weź tu człowieku zaufaj kobiecie. Wykonał życzenie, krzywiąc się z niesmakiem. Drżącymi z wyczerpania dłońmi obmyła jego zabrudzone ramię, powoli zawiązując prowizoryczny opatrunek. Zdobyła się przy tym, by spojrzeć mu w oczy, co nie było najlepszym pomysłem. Percepcja stała się trudniejsza, a oddech dziwnie przyspieszony. Rozchyliła usta, zamierzając chyba coś powiedzieć. Czekał, aż spróbuje się wytłumaczyć. Spodziewał się czegoś w stylu: „działałam w amoku“, „skrzywdziłeś mnie“ albo „tak bardzo się bałam“. Wymamrotała tylko niezgrabne „przepraszam“, które raczej odnosiło się do przypadkowo uderzenia go ręką w obojczyk, niż do całej tej sytuacji. Zawiódł się na niej. To była ta emocja, której nie potrafił nazwać przez cały czas, gdy jej szukał. Zawiódł się jak jasna cholera. Zobojętniał na jej smutne spojrzenie, podnosząc się do pionu.
- Wejdziesz na Nigruma sama czy będę musiał ci pomóc?- dopytał z westchnieniem, nie licząc na reakcję. Uniósł ją jednym zrywem ponad głowę, prawie wrzucając na zwierzę. Sam wskoczył taktownie, nie doprawiając ogierowi nieprzyjemności. Dziewczyna poprawiła się na ile mogła, kurcząc za jego plecami.- Obejmij mnie.- poinstruował głosem wypranym z uczuć. Słabe palce ulokowały się przy jego podbrzuszu. Wyżej nie dała rady, rozumiał to. Kłusem pognał do domu, chcąc położyć ją w ciepłej kołdrze i dostarczyć tyle wody, ile będzie potrzebowała.

Miała wyrzuty sumienia ilekroć budziły ją drzwi zamykane na klucz. Nie chodziło o to, że zaczął używać zamka. Żałowała całej sytuacji. Nie było jej tu źle, a on widocznie starał się o jej bezpieczeństwo. Ta eskapada była najgłupszym planem, jaki mogła wymyślić. Szkoda tylko, że było za późno na tego typu rozważania. Odkąd ją przywiózł - pilnował każdego jej ruchu. Nie zawsze osobiście, ale robił to. Posłusznie spełniała każdą jego prośbę czy rozkaz, chcąc przywrócić jakąś formę zaufania do siebie. On nie rozumiał tego w ten sposób, więc jej działanie spełzało na niczym. Myślał, że to jej nowa gra, która ma go nią znudzić. Zaciskał pięści, obserwując wszystkie zachowania, jakich się dopuszczała. Nie było w tym niczego, co przypominało ją sprzed ucieczki. Ta May była inna, pozornie słaba i naiwnie sprytna. Szukał w jej zabawie dziur, ale nie było ich. Widocznie mocno zależało jej na utrzymywaniu iluzji grzecznej. Nieświadomie sprawiała mu tym ból, bo martwił się czy nie znajdzie potajemnie jakiegoś sposobu, by znów zniknąć. Taka przykrywka była dla tego celu najlepsza. Kto spodziewałby się, że taki potulny aniołek zechce czmychnąć? Nie przyszłoby mu do głowy za żadne skarby, że ona chce wywołać dokładnie odwrotny efekt. Kiedy nic nie działało, znalazła okazję. Otworzyła oczy wcześniej niż zwykle, wiedząc, że przed świtem przyszedł skontrolować jej stan. Robił to co jakiś czas, sprawdzając czy aby nie udaje dobrego samopoczucia. Gdy rozchyliła powieki - natychmiast wstał, zbierając się do wyjścia. Zdążyła pochwycić go za spodnie. Proszącym wzrokiem dała mu do zrozumienia, że chce, by ją pieprzył. Teraz, zaraz. Odetchnął ze zmęczeniem, rozgrywając cichą batalię z własnym umysłem. W końcu cofnął się, szukając czegoś w jej szafce. Wyciągnął linkę.
- Połóż dłonie przy oparciu łóżka.- polecił, wzdychając raz jeszcze. Nie musiał jej rozbierać, gdyż sypiała nago. Uniosła nadgarstki ponad głowę, przekręcając się wygodniej. Przywiązał ją, znacznie delikatniej niż jegomoście z lasu.- Co mam z tobą zrobić? Nie mam ochoty na seks.- wyrzucił z przekąsem po dłuższej chwili bezczynności. Usiadł przy jej boku, gładząc opuszkami palców po bladym biodrze.- Nie wiem jak wobec ciebie postępować.
- Przepraszam, że uciekłam.- wyszeptała, kierując trzeszcza na sufit. Nie chciała o tym mówić, lecz zdała sobie sprawę, iż nie da się nad tym przeskoczyć.- To impuls. Zrobiłeś to, co często robili rodzice. Nie roztrząsałam tego wcale.
- Jest ci tutaj tak źle?
- Jesteś głupi.- wymamrotała, żałując skrępowanych rąk. Mógłby ją uwolnić, skoro nie zamierzał korzystać.
- Pilnuj się.- spochmurniał. Zmusiła się, by powiedzieć:
- Często narzekam, ale cieszę się, że mam cię przy sobie.
- Ale to ja jestem głupi?- parsknął, pochylając się nad nią. Czarne kudły połaskotały jej biust.- Nie zaufam ci drugi raz, nieznośna dziewucho.- powiadomił ją półgłosem, przewiercając wzrokiem na wskroś. Wpadło jej do głowy rozwiązanie, ale nie potrafiła niczego z siebie wykrztusić, gdy tak się gapił. Odchrząknęła tylko cichutko.- Jesteś nieodpowiedzialną smarkulą, która nie potrafi nawet uciec od tyranii. Jak chciałaś sobie poradzić sama? Wszystko partaczysz. Odpowiedz mi - jak chciałaś to zrobić? Jak?
- Nie wiem.- pisnęła. Zacisnął palce na jej talii, spoglądając na opadający nerwowo tors. Przymknęła powieki.- Chcę złożyć śluby.
- Słucham?- zachłysnął się powietrzem, podnosząc do pionu.- Niby dlaczego?
- Nie możemy pominąć dramatycznej gadki? Nudzą mnie takie rzeczy. Chcę i tyle.- wycedziła, czując się urażona jego reakcją. Rozplątał wiązanie, by miała swobodę ruchu.
- To nie jest decyzja, którą podejmuje się w ułamku sekundy. Do tego typu spraw potrzeba pewności i oddania. Nie sądzisz, że po tym co zrobiłaś, mam prawo zapytać dlaczego do cholery chcesz się w to bawić?
- Po prostu uświadomiłam sobie, że umiem się tu odnaleźć. Jesteś całkiem porządnym facetem. Powiesz mi jak to się odbywa?
- Przysięga jest własna. Po niej nacinasz mostek i dajesz mi zlizać krew. Dalej robisz to ze mną.- wzruszył ramionami. Rozejrzała się za czymś ostrym.- Ty tak poważnie?
- Wyglądam, jakbym żartowała?- zasępiła się, wstając.- Pójdę po nóż.
- Zostaw. Przyniosę własny.- popchnął ją z powrotem na pościel, wymijając sprawnie. Poprawiła się do siadu skrzyżnego.Przełknęła ślinę, ostatni raz analizując powinność swojego postępowania. Nie bardzo dostrzegała inne możliwości. Wrócił zbyt szybko. Nie zdążyła zorientować się w tym, co może mu obiecać. Rzucił sztylet przed nią, rejestrując każdą oznakę zwątpienia. Wydęła usta w dzióbek, koncentrując się.
- Usiądź.- upomniała go, kiedy wciąż wisiał nad nią jak zaciekawiona surykatka. Wzniósł dłonie w obronnym geście, wykonując polecenie.
- Więc co mi powiesz?- pospieszył z leniwym uśmiechem, widząc, że kontemplacja słabo jej idzie. Zmrużyła oczy, mordując go wewnętrznie.
- Pójdę trochę na żywioł, pozwolisz.- fuknęła. Odetchnęła dla relaksu. Pozwoliła płynąć słowom, które jako pierwsze cisnęły się do jej warg.- Zaciągam wobec siebie samej zobowiązanie, by zawsze pozostać przy twoim boku. Zajmować się domem w miarę swoich możliwości. Sprawiać ci przyjemność w każdy sposób jakiego zechcesz. Służyć twym potrzebom oraz rozkazom. Nie niszczyć zamierzenie niczego, co jest twoje. Budować zaufanie od nowa i nie ciążyć na twojej dobroci. Przyjmować bez wahania kary, jak i nagrody. Przy tym wszystkim zachować jednak siebie, bo tylko to odróżni mnie od reszty twoich kobiet. Będę parzyć herbatę, podawać posiłki, prać ubrania, sortować nuty oraz grać najpiękniejsze z melodii. Dla nieznajomych będę obcą chlubą twego domu. Nigdy nie będziesz musiał się za mnie wstydzić. Nie opuszczę cię bez wyraźnej zgody. To ci ślubuję z czystym sumieniem.- zatrzymała się, antyszambrując jakiegoś rodzaju kontry. Zachował poważną minę.
- Akceptuję twoją przysięgę, składając własną, iż nie dam cię skrzywdzić. Od dziś - aż po uwolnienie - jesteś mą własnością.- rzekł, jakby zgodnie z regułą. Skinął przyzwalająco. Niezdarnie obróciła ostrze w dłoniach, drżąco przesuwając nim między piersiami.- Musisz to zrobić trochę mocniej. W tym miejscu krew krąży w małych ilościach.
- Dlaczego mostek?- wyjąkała, ściągając brwi. Przeciągnęła raz jeszcze, tym razem porządniej.
- Kwestia wiary w dobre intencje.- wytłumaczył, przychylając wargi do wątłej, czerwonej strużki. Delikatnie pogłaskała końcówki jego kruczych kłaków, nie mając pojęcia, co innego uczynić. Gdy skończył podciągnęła jego koszulę, zdejmując ją przez głowę. Wskazał ledwo widoczną bliznę.- Tnij.
- Ja?
- Na tym polega wiara. Możesz mnie zabić, ale ufam, że tego nie zrobisz.
- Ah. W porządku.- zawahała się, skupiając uwagę na odpowiedniej sile wbicia. Niezbyt intensywnie, jednak nie nadto finezyjnie. Nie skrzywił się, chociaż zrobiła to poprawnie. Przysunęła się na materacu, by sięgać celu. Nawilżyła usta, wysuwając język. Posłusznie spiła metalicznie smakującą ciecz, czując jak bije jego serce. Odrobinę przyspieszone tętno.
- Teraz nabrałem na ciebie ochoty.- przyznał ze śmiechem. Miauknęła żartobliwie, zanim ktoś zapukał we drzwi.

niedziela, 21 czerwca 2015

Dziewiąty.

Od rana pracowała w kuchni. Przez ostatnie kilka dni szykowała się kolacja dla gości Vinsa. Chodził cały w nerwach, przestawiając wszystkich z kąta w kąt. Nie lubił takich imprez, było to widać na pierwszy rzut oka. Jednak tym razem Malum postanowił zaprzęgnąć do tego jego i dziewczyny. Nie był to chyba najlepszy z pomysłów, ale nikt się nad tym nie zastanawiał. Rozplanowano zarys spotkania oraz dokładny przebieg obiadu. Każda potrawa miała być przyrządzona perfekcyjnie, by nikt nie mógł do niczego się doczepić. Wino było ściągnięte z najgłębszych zakamarków magazynu, a wszelkie warzywa prosto z grządki. Obierała ziemniaki, podglądając uwijające się w gotowaniu, smażeniu, obtaczaniu, układaniu czy parzeniu kobiety. Nie chciały dać jej poważniejszej roboty, ale nie gniewała się o to. Była tu wciąż nowa, w dodatku mało co umiała. Nie należało wpychać jej trudnych zadań, kiedy stawka stała na górnej półce. Wytarła wycieńczone dłonie w fartuch. Jak na razie oskórowała ponad trzy kilogramy kartofli. Zostało jeszcze drugie tyle. Oczywiście nie całość miała być postawiona normalnie. Część była do podsmażenia z mięsem, część do zupy, a część do wypchania indyka. Przedramieniem zdjęła przyklejone do czoła włoski. Pociła się, bo w pomieszczeniu panowała duchota. Zbyt wiele osób kręciło się od blatu do blatu, zabierając cenny tlen i wiatr, wpadający przez okno. Sofi instruowała każdego po kolei, jako najbardziej doświadczona kucharka.
- Źle trzymasz, przesuń kciuk niżej. Wychodzą kanciaste kiedy tak robisz.- wyjaśniła, w końcu poprawiając i ją. Zmieniła uchwyt z radością zauważając, że w tym nowym ręka mniej się męczy. Parsknęła pod nosem, bo absurdalnym było cieszyć się z odkrycia czegoś takiego. Nigdy nie przypuszczała, że domowe obowiązki mogą sprawiać taką przyjemność. Teraz szło jej znacznie sprawniej.- Dobrze.- pochwaliła ciemnoskóra, gdy już skończyła.- Claire, znajdź młodej zajęcie.
- Za mną, słoneczko.- rzuciła nonszalancko zielonooka, długonoga szatynka. Zaprowadziła ją do salonu, po którym kręciło się już kilka kobiet. Letie, Susan, Karma i Maria. Zdążyła poznać wiele z nich odkąd przybyła. Z częścią nawet dobrze jej się rozmawiało.- Siadaj i graj. Trochę luzu wszystkim się przyda, a nic tak nie uspokaja jak muzyka.- poleciła, puszczając jej oko.

Późnym południem do posiadłości zaczęli zjeżdżać się goście. Vinctus wyglądał, jakby całą noc nie zmrużył powiek. Ona starała się wciąż grać, nie zwracając uwagi na kłębiącą się wokół publikę. Wszyscy uznali ją za ciekawy punkt programu - w czasie, gdy ona próbowała tylko zelżyć domownikom w stresie. Wybrała nuty znanej etiudy Chopina, nie chcąc demonstrować prywatnych melodii czarnowłosego. Gapie patrzyli zafascynowani jak przebiera drobnymi paluszkami po klawiszach.
- Sam ją nauczyłeś?- nagabnął właściciela posiadłości mężczyzna z długą, rudawą brodą.
- Potrafiła to jeszcze zanim się poznaliśmy.- odpowiedział całkowicie poważnie. Kątem oka spostrzegła, że im więcej w pomieszczeniu zbierało się osób, tym częściej nerwowo się rozglądał. Zapewne bał się, iż coś może zniknąć w razie nieuwagi. Uśmiechnęła się, wywołując niemą sympatię tłumku. Policzyła w myślach około dwudziestu postaci z których każda patrzyła inaczej. Blondyn, którego dane jej było zapoznać kilka dni temu, nie zjawił się dzisiaj. Malum pomachał jej dyskretnie, chowając w twarzy ogniki wesołości. Stał przy oknie, napawając się czystym, zewnętrznym powietrzem. Zauważyła pierwsze gwiazdy na niebie, które niewyraźnie odcinały się od ciemniejącego błękitu. Podążył za jej wzrokiem. Jemu najwidoczniej całe to przyjęcie pasowało. Nie odstępował od ludu, wiedział dokładnie gdzie się ustawić. Czasem ktoś podał mu rękę, innym razem poklepał po ramieniu. Duża część organizacji należała do niego, w końcu to zwykle jego posiadłość była oblegana w razie podobnych sytuacji. Nie wiedziała czemu tym razem odbywało się to pod kontrolą starszego brata. W zamyśleniu przeskoczyła ton za wysoko, przez co dalszą grę prowadziła w skupieniu. Z lekką paniką czytała chybotliwie zapisaną pięciolinię, gubiąc się w dziele, które znała na pamięć. Przeklinała pismo Vinctusa. Chociaż na ogół bardzo jej się podobało - tym razem ciężko było je rozczytać, skoro oszalałe spojrzenie napotykało zakrzywione znaczki. Czas nie był jej sprzymierzeńcem, bo utwór wymagał konkretnego tempa. Prócz tego jednego błędu nie popełniła już żadnego, choć wymagało to od niej wysiłku, którego nie znała wcześniej. Włosy opadły jej za ramiona, gdy w akcie kulminacyjnym dobił a w klawiaturę zamaszystym gestem, godnym profesjonalnego grajka. Goście zaklaskali, zachwyceni teatralnością tej sceny. Musiała przyznać samej sobie ciche gratulacje. Wstała i skłoniła się dziewczęco, odgarniając fartuszek, stylizowany na francuską pokojówkę.
- Pozazdrościć.- wyłapała uwagę, rzuconą gospodarzowi. Pochwalił ją skinięciem głowy, wywołując pełen zapału rumieniec. Przeprosiła usłużnie tłumek, oznajmiając, iż udaje się teraz do kuchni. Przyjęli to z delikatnym rozczarowaniem, jednak szybko przepuścili między sobą. Vins złapał ją za ramie, gdy przechodziła przez korytarz.
- Nie baw się w noszenie na stół. Oddaj to innym.- polecił dość cicho, by usłyszała tylko ona. Zmarszczyła brwi, poddając ten pomysł w zwątpienie.
- Chcę pomóc.- wyjaśniła, nie rozumiejąc czemu miałaby zrezygnować. Westchnął, irytując się jej uporem. Wciąż kontrolował czy rozmowa jest ściszona na tyle, by nikt nie mógł jej powtórzyć.
- A ja chcę, żebyś poszła do siebie.- zacisnął zęby, spoglądając na ludzi wyłaniających się z salonu.- Nie mogę z tobą teraz dyskutować. Rób co mówię.- warknął, po czym oddalił się, prowadząc ich do jadalni. Przez dłuższą chwilę nie wiedziała co począć. Jego prośba była głupia, bo czym miała się zajmować siedząc posłusznie w pokoju? Przecież to nudne, a tutaj przynajmniej coś się dzieje. Przeanalizowała jak bardzo będzie na nią zły, jeśli się przeciwstawi i zdecydowała, że nie aż tak, by miała się bać. Nie należał chyba do impulsywnych typów, chociaż tego akurat nie była pewna. Wszelkie sytuacje, które mogły to potwierdzić nagle wypadły jej z pamięci. Wzruszyła ramionami, wstępując do kuchennej sieni. Czekały tam grupkami na swój przydział kobiety, które nadawały się raczej do podawania potraw niż do ich przyrządzania. W samym centrum, przy garach, kręciły się te bardziej uzdolnione. Sofi niespodziewanie poklepała ją po plecach. Z początku wydawała jej się nieśmiała, jednak to wrażenie ustąpiło, gdy zaczęła częściej z nią rozmawiać.
- Dobrze, że jesteś. Ponosisz?- zapytała najbardziej miłym głosem, jaki dane jej było usłyszeć w tym tygodniu. Nie potrafiła odmówić, nawet jeśli wciąż wahała się nad słusznością własnego postępowania. Zadławiła się słowami „zabronił mi“, które mimo woli chciały uciec spomiędzy jej warg. Przełknęła je, wbrew nagłemu lękowi wymawiając:
-Jasne. Co mam wziąć?- wyciągnęła dłonie, gotowa przyjąć na nie tacę. Murzynka położyła ją z ufnością, od razu zajmując się kimś następnym. Roboty był ogrom, a to zdecydowanie był jej żywioł. Denise otworzyła jej drzwi, przepuszczając przed sobą. Musiała być ostrożna, bo przydzielono jej ciężką wazę z zupą. Szła powolnie, stawiając stopę tuż przy stopie. Uczyli ją tego, miała złe wspomnienia. Za każdym razem przysuwali niezapowiedziane przeszkody, przez które traciła równowagę. Zyskała wtedy mnóstwo ran i poparzeń. Nikt nie zwracał uwagi na to czy jest w stanie w ogóle trzymać coś w rękach, po prostu została do tego zobligowana. Pamiętała bolesne bąble, które wyskakiwały na całej długości przedramienia, śródręcza, palców, piersi, a czasem twarzy. Pomijając je, były też otwarte rany spowodowane pękniętym szkłem lub wpadnięciem na jakiś ostry krawędź mebla. Dużo krzyczeli, kiedy zniszczyła coś prócz siebie. Strząsnęła złe wspomnienia, nie chcąc by powróciło drżenie ciała. Zatrzymała się przy wejściu do jadalni. Specjalnie wybrała tę okrężną drogę przez sień, aby uniknąć zderzenia z kimś powracającym do kuchni. Przykuła uwagę wszystkich, gdy tylko przekroczyła próg. Vinctus powstał, nie potrafiąc ukryć gniewu. W tym momencie uświadomiła sobie jak daleko pomyliła się w swoim osądzie. Strach wpełzł do jej umysłu, paraliżując go. Wielka postać stanęła przed nią, kipiąc furią. Oczy ciskały błyskawice, a usta ściągnęły się w wyrazie złości.
- Mówiłem, że masz zostawić to w cholerę!- zagrzmiał, brzmiąc nieco zbyt głośno w przytłaczającej ciszy. Natychmiast wzbudził szepty wśród swoich gości. Zająknęła się, nie wiedząc co mogłaby powiedzieć. Nie miała niczego na swoją obronę. - Przepraszam?- pisnęła, zmuszając się do oczyszczenia gardła chrząknięciem. Przymknął na chwilę powieki, jakby przywołując cierpliwość. Nie podziałało jednak, więc z całej siły wytrącił jej z rąk tacę, oblewając wrzątkiem od twarzy w dół. Krzyknęła mimowolnie, czując wbijające się w nogi kawałki rozpękniętej wazy. Nie zwrócił na to uwagi. Mocno zamknął dłoń na jej ramieniu, dosłownie wyrzucając za drzwi jadalni, które później zatrzasnął. Wylądowała na tyłku, obijając nieprzyjemnie kości obręczy biodrowej. Łzy zebrały się pod powiekami, zamazując troskliwie scenerię. Spłynęły strumykami po sparzonych policzkach, błądząc dalej po szyi i znikając w dekolcie. Zamrugała, przywracając zmysły. Zacisnęła zęby, z bólem podnosząc się do kolan. Nic szczególnego jej nie dolegało. Gorąc nie uszkodził struktury ciała mocniej, niż wywołując pieczenie. Zaczerwieniona, powoli ruszyła do swoich komnat, tak jak polecił przedtem. Dławiła się myślami, zmuszając do szczególnej ostrożności na schodach. Dywan wydawał się złowieszczo odstawać w nieodpowiednich miejscach, ale spodziewała się tego. Zwykle wszystko działo się na złość, gdy człowiek akurat cierpiał. Podparła się barierki, tracąc siłę w wyniku przypływu dreszczy. Wróciły wspomnienia, które tak namiętnie odganiała. Spoczęła na najwyższym stopniu, pewna niemożności dalszej drogi. Najpierw spokój ducha, potem dalszy wysiłek. Dała szansę refleksjom, by nie hamować więcej niż jednej potrzeby na raz. Przeanalizowała na chłodno swoją ucieczkę z domu, kolejny raz dochodząc do wniosku, że nie miała wyjścia. Klejące ubranie przypomniało o sobie, podsuwając pod nos obiadowy zapach. Parsknęła mimochodem, choć była to ostatnia rzecz, której by się po sobie spodziewała. Zmieniła kierunek wędrówki, obierając za cel łazienkę. Zgrabnie się obmyła, nie zużywając nazbyt wiele wody. Wszystko robiła w pośpiechu, jakby za przyłapanie na tym groziło równie srogie skarcenie. Wytarła tułów, podłogę wokół wanny i samą wannę. Irracjonalny lęk przepełnił jej żyły sprawniej niż wszelaka przeszłość. Rzuciła ubranie w kąt, nago przebiegając do pokoju. Ni stąd, ni zowąd pojawiła się idea. Ucieczka. To była idealna okazja do potajemnej ewakuacji. Wejście było otwarte, aby goście swobodnie się czuli. To tak, jakby świat dawał jej znak, że czuwa nad nią i może niezwłocznie udać się daleko stąd. Przełknęła nerwowo ślinę, godząc się. Wciągnęła pierwsze dłuższe spodnie jakie znalazła w szafie. W przebłysku strachu, gdyż ktoś pokręcił się w korytarzu niższego piętra - pochwyciła zwiewną, białą bluzkę z rękawem do nadgarstka. Drżącymi rękoma usiłowała zamocować buty, jednak te walczyły długo z jej zamiarami. Nie miały ochotę na dziki pęd, jaki zamierzała im zafundować. Dyskretnie wyjrzała przed drzwi, spodziewając się zastać którąś z kobiet. Wszystkie okazały się być zbyt zajęte przyjęciem, by wykonywać inne obowiązki. To znacznie ułatwiało sprawę. Cichutko zeskakiwała po schodkach, nie mącąc milczenia domu. Tylko jadalnia grzmiała rozmowami, czasem wypuszczając pojedynczy okrzyk niskiego, męskiego głosu lub śmiech zaproszonych pań. Przemknęła między ścianami, posuwając się jasno do wyjścia. Gdy już do niego dotarła, odetchnęła głęboko. Liczyła, że ten jeden oddech pozwoli jej na przetrwanie w następnych minutach.  Pobiegła do bramy, nie dbając o kamuflaż. Liczyła się szybkość i skuteczność działania. Zresztą w jadalni nie było okna, przez które ktoś mógłby ją zobaczyć. Nie wzięła ze sobą niczego, gdyż mogło to osłabić siłę kroków lub wydać odgłos, który zwróciłby czyjąś uwagę. Podeszła do całej misji strategicznie, choć mało miała czasu na obmyślenie jej. Nie zastanawiała się na chłodno czy naprawdę tego chce. Po tym co się stało - impulsywnie zadecydowała o ucieczce. Źle jej było przez tamten jeden moment, gdy ją skrzywdził, a potem, podczas kiedy emocje nie zdążyły opaść - zastąpiła to adrenaliną związaną z wydostaniem się z uwięzi. Może w jutro pożałuje swojej porywczości, teraz jednak uważnie rozglądała się poza wejściem na posiadłość. Las, las i jeszcze trochę lasu. Ścieżka lasem, przy lesie i naprzeciw lasu. Piękną sobie wybrał okolicę na osiedlenie się. Wszędzie stały bryczki, wyczekujące zakończenia spotkania. Ich woźnicy zebrali się w grupkę i radośnie dyskutowali, pokrzykując co chwila radosne uwagi. Schyliła się, przemykając bezszelestnie za zasłoną tłumu pojazdów. Zgięta w pół, prześlizgnęła się między pierwsze fale drzew. Lekko stąpała po suchym mchu, w skupieniu wypatrując potencjalnych wrogów. Najprościej było iść przed siebie, więc właśnie tym się zajęła. W razie zguby mogła zawrócić, bezproblemowo odnajdując właściwą drogę. Unikała jednak przedeptów, gdyż tam najłatwiej było kogoś spotkać. Kiedy już zabrnęła dostatecznie głęboko, by nie wypatrzyło jej nawet sokole oko - rozpoczęła bieg. Liczne rosochy zaczepiały się o poły jej szaty, jakby chcąc wstrzymać przed postępkiem. Pożałowała, że nie wybrała czegoś cieplejszego do narzucenia na siebie. Bowiem im dalej w bór - tym mniej słońca, a tym samym chłodniej oraz ciemniej. Pęd powietrza, który sama powodowała, chlastał jej włosy. Organizm szybko pobierał tlen, nieprzyzwyczajony do długiego biegu. Na policzki wpłynęły malownicze rumieńce, usta rozchylając w pragnieniu. Nogi powoli opadły z sił, podczas gdy ona wciąż biegła, potykając się o kolejne zwalone gałęzie, konary czy pozostawione, grube pnie. Co jakiś czas upadała na kolana, podnosząc się niezwłocznie w kontynuacji szaleńczej wyprawy. W końcu - kiedy słońce całkowicie zniknęło, a korony drzew przesłoniły wszystkie skrawki nieba - zatrzymała się, rozkładając bezradnie dłonie na zimnej ziemi. Przyłożyła czoło do podłoża, opanowując niemożność oddechu.
- Cholera, cholera, cholera...- jąkała niczym mantrę, uzdrawiając zaćmiony umysł. Przemoczyła cały materiał potem, zapewniając sobie zziębnięcie. Rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, co nadałoby się do rozpalenia ognia. Niby pełno drewien, lecz czym wzniecić iskrę? Krzemieni nie było, zapałek nie zabrała. Pogładziła swoje obdrapane ramię, z którego rosochy zdążyły zedrzeć rękaw bluzki. Widniało na nim coś w rodzaju wysypki od trującego bluszczu. Napluła na dłoń i roztarła ślinę na skórze. Miała nadzieje, że to wystarczy. Poddała ognisko w niepamięć, skreślając je z listy niezbędnych rzeczy. Przytknęła palce do kory buku, niemo wzywając wszystkie instynkty. Pomyślała o pójściu jeszcze kawałek, lecz szybko porzuciła ten plan, uprzytamniając sobie swoje okropne zmęczenie. Schowała ręce wewnątrz koszulki, okrywając skostniałymi dłońmi barki. Sutki nieprzyjemnie odstawały, coraz mocniej obrastając w gęsią skórkę. Ułożyła się w mchu pod najszerszym z drzew. Miała nadzieję złapać odrobinę snu, aby przeciążone ciało uległo procesowi regeneracji. Budził ją każdy odgłos otoczenia, choć żadnego nie wydał człowiek.
Obudziła się chyba o świcie, choć nie mogła być tego pewna. Las przepuszczał niewiele światła, jednak ptaki rozpoczęły już swoje radosne trele. Uczuła głód. Zignorowała go, określając jako najmniejszy z teraźniejszych problemów. Postarała się skoncentrować na orientacji w terenie. Jeśli poszłaby dalej naprzód, najpewniej zaszłaby po prostu bardzo głęboko w zagaj. Nie znała okolicy, nie mogła więc wiedzieć gdzie kończy się ta pułapka. Wschód lub zachód kończył się wpadnięciem na ścieżkę, a tam mógł ją znaleźć ktokolwiek, czego nie mogła zaryzykować. Cofnięcie się było równoznaczne z kapitulacją. Nagle rozdarł ją przeraźliwy smutek, jak gdyby uczyniła coś złego. Jęknęła zrezygnowana. Może to była zbyt impulsywna decyzja? Może powinna niepostrzeżenie wślizgnąć się na tyły posiadłości i udać, że tam właśnie cały czas przebywała? Tylko czy to by się udało? Nie zakładała, że jej szukał, bo właściwie po co miałby to robić? Nie była jedyną kurwą na świecie. Jednak coś mówiło jej, że ten postępek był nieodwołalny i nie da rady po prostu go wymazać. Skrobnęła paznokciem skałę obok, decydując się podnieść. Będzie szła na wprost, póki starczy jej siły - to postanowiła.
Żałośnie kiwając się z lewej na prawą, przemierzała setkami kolejne metry. Już miała upaść, gdy stukot podków o drogę uprzytomnił jej rychłe zetknięcie z drogą. Skok adrenaliny umożliwił ukrycie się za iglakiem, kiedy hałas ucichł, a na ziemię twardo spadły czyjeś stopy. Musieli ją zauważyć. Wstrzymała powietrze, naiwnie zaciskając powieki. Poczuła ciepło i odór męskiego cielska, które stanęło tuż przed nią.
- Bu.- rzucił nieznajomy, gdy tylko otworzyła oczy. Wbrew sobie podskoczyła wystraszona.- Co takie małe dziewczę robi samo w lesie?- zagadnął, wbijając nóż w drzewo, tuż przy jej szyi. Zamarła. Posłał jej pełen wyższości uśmiech, zakręcając na palcu kosmyk jej rudawych włosów.- Co? Boisz się odpowiedzieć?
- Favril, podprowadź ją tutaj!- zażądał dziwnie znajomy głos. Barczysty, krótko przystrzyżony facet wyciągnął broń z drewna, po czym pochwycił ją za ramię i pociągnął za sobą.
- Ładna zdobycz, co panowie?- zwrócił się do towarzyszy. Obkręcił ją za biodra, aby lepiej oddać komizm swojej uwagi. Kilku z nich zagwizdało, reszta tylko łapczywie się uśmiechała.- Będzie z niej dobra nagroda za wygraną, skoro nie było kogo dziś okraść.- dodał. Uchyliła usta, ledwo rozumiejąc co miał na myśli. Obdarzyła szybkim spojrzeniem typa na drugim koniu od jej prawicy. Poznawała go. Spotkali się na balu, przy winie. Ten sam trzeci podbródek kołysał się, sygnalizując oddech. Wyglądał na mniej pijanego niż wtedy, była jednak pewna, że nie zachowywał całkowitej trzeźwości. Również ją rozpoznał, co zwiastowało raczej kłopoty.
- To panienka Ameta. Pamiętam ją z tego głupiego jublu u Greenloftów.- oznajmił bez chwili zwłoki.
- Tym przyjemniej będzie sobie jej poużywać.- mężczyzna pogłaskał jej policzek, kciukiem ściągając jej usta do utworzenia dzióbka.- Zechcesz, o pani, pójść z nami. Pobawimy się trochę.- wymruczał jak do dziecka, wyciągając rękę do najbliższego jeźdźca.- Poproszę o kawałek liny. Zagwarantujemy malutkiej wygodną przechadzkę.- zadrwił, przyjmując zwinięty sznurek. Odsunęła się, licząc na odrobinę zrozumienia z jego strony. Prychnął tylko, siłą przyciągając ją na poprzednie miejsce. Przewiązał jej nadgarstki, skupiając się na robieniu jak najmocniejszych węzłów. Chwycił pozostały, długi kawał i wsiadł na swojego wierzchowca. Wykorzystał powróz tak, jak robią to farmerzy - do ciągnięcia swojej zwierzyny. Jechali dość szybko, by mogła czuć się obolała i wymęczona - jednak zachowywali w tym finezję, nie doprowadzając do zbyt mocnego upadku czy utraty przytomności.
- Myślicie, że szef dziś dołączy? Ostatnim razem miał się zjawić, a nas wystawił.- rozpoczął konwersację ktoś z przodu grupy.
- To dupek. Niczego od niego nie wymagaj, bo i tak zrobi co mu się podoba. W zeszłym tygodniu prawie złapali mnie i Constanina, a on nic z tym nie zrobił. Jeszcze pomagał nas ścigać. Palant.
- Mogliście być bardziej uważni. Wszyscy wiedzą, że straż lubi się tam kręcić.- westchnął zarośnięty szatyn, sprawiając wrażenie, jakby słyszał tą historię dziesiątki razy.- Odpuść już zrzucanie win. Jest szefem. Co miał zrobić? Ratować cię, narażając na szwank samego siebie? A co, ty byś to zrobił gdyby szło o niego?
- Zamknij się, Santiago. Po prostu się zamknij.- skomentował tamten, wrzucając w to więcej agresji niż w poprzednią kwestię.
- Nie umiesz zaakceptować racji mądrzejszego?- zakpinkował inny, którego twarzy nie mogła dojrzeć. Rozpoczęła się kłótnia, więc zajęła umysł czymś innym. Co ją obchodziły ich wzajemne przytyki? Ważne, by Favril - czy jak mu tam było na imię - nie przyspieszył. Powłóczyła w tempie nogami, żałując każdej czynności minionej doby. Ucieczka była idiotycznym planem, zwłaszcza w takim czasie. Nawet gdyby Vinctus zauważył jej zniknięcie to miał teraz mnóstwo rzeczy na głowie i raczej nie postanowiłby, że warto by ją znaleźć. Jaki był z niej pożytek? Ciągle tylko przeciwstawiała się, psuła coś, nie umiała czegoś wykonać. Nawet kochanka była z niej marna. Pogodziła się z myślą, że jest zdana wyłącznie na ich zachcianki. Nie miałaby siły na kolejny bieg po wolność - nie po tym głupim ciągnięciu. Dotarli w końcu do małej polanki, gdzie rozłożone były prowizoryczne siedzenia. Na obrzeżach leżały porozrzucane ubrania, skradzione pieniądze, rzeczy osobiste oraz koce do spania.
- Witaj w naszym ślicznym zakątku.- zacmokał ohydny jegomość, wskazując przedramieniem całą powierzchnię dla porozwalanych przedmiotów. Podprowadził ją do drzewa najbliżej siedzisk, po czym taktownie skinął.- To twoja prywatna komnata.- zakomenderował z rechotem, przywiązując ją na wysokości talii. Dłonie wciąż miała skrępowane, ale dodatkowo je usztywnił, umiejscawiając nad głową. Dalej przymocował ramiona, by potem pochylić się i w lekkim rozkroku umocnić jej stopy.- Nie dość, że wygodniej będzie ci się stało to jeszcze taka pozycja pozwoli łatwiej cię zgwałcić. Radość dla wszystkich, nie uważasz?- poklepał ją po policzku w pieszczotliwym geście. Splunęła mu w twarz, zapominając o wszelkich naukach, jakie do tej pory zafundował jej czarnooki. Skrzywił się tylko, sprawnie wyciągając mały nożyk.- Dziecino, ty się sama prosisz o kłopoty.- wycharczał, bawiąc się ostrzem. Odciął nogawki jej spodni, zostawiając coś na kształt koślawej, drugiej pary majtek. Nie starał się jakoś szczególnie, by nie zadać jej bólu, więc po draśniętych udach zaczęły płynąć malutkie strużki krwi. Zagryzła wargi, nie chcąc dać nikomu satysfakcji z powodu zadanej kary. Odwróciła wzrok, nie chcąc żadnego kontaktu z tymi ludźmi. Oni tymczasem rozłożyli się wygodnie, ustalając między sobą, jakie będą zasady wygranej. Polało się piwo, bez którego nie wyobrażali sobie gry w karty. Wybrali oczywiście pokera, ale nie zamierzała nawet przez chwilę interesować się rozgrywką. Wolała zdechnąć z nudów, podczas gapienia się w sklepienie. Irytowały ją śmiechy pomieszane z uwagami skierowanymi do niej, lecz skutecznie je ignorowała. Był już późny ranek, a przynajmniej tak sądziła. Ptaki wciąż ćwierkały, ale inaczej niż kiedy wstawała. Dodatkowo stąd widziała większy kawałek nieba, więc łatwiej było określić margines błędu. Stawiała na godzinę dziewiątą lub dziesiątą. O tej porze była już zwykle na nogach, krzątając się z jednego kąta posiadłości do drugiego. Kolejny raz usłyszała przybysza. Tym razem koń był jeden, a jegomość całkowicie jej znany.
- Witam, chłopcy. Jak wam minęła ta wspaniała noc?- zeskoczył z wierzchowca, nie mącąc sobie głowy przywiązywaniem go. Zwierzę było wyuczone by czekać. Nie zauważył jej, tego mogła być pewna. Stał tyłem do niej. Wiedziała, że spółkuje z nimi i nie ma co szukać ratunku w jego ramionach. Czyli pierwsze wrażenie było trafne - nie należało powierzać mu swojego zaufania.
- Fatalnie, szefie. Nic ciekawego do rabunku. Za to parę godzin temu znaleźliśmy tą tutaj.- odezwał się Favril. Wskazał na nią głową, jednak gość nie odwrócił się od razu.- Gramy sobie o nią w karty, dołączy szef?- dorzucił radośnie, pogwizdując pod nosem.- Podobno była pupilkiem Ameta.- zarechotał, przelewając czarę ciekawości.
- Melodie, jeśli mnie pamięć nie myli.- wychrypiał, jednocześnie zaskoczony i ucieszony.
- Frances.- warknęła w ramach powitania. Tak jak się spodziewała, poprawił ją.
- Dla ciebie pan Delevine. Cóż sprowadziło cię do lasu bez żadnej obstawy?- dopytał, przybliżając się. Zasłonił wątłym ciałkiem połowę widoku na swoich podwładnych. Nie zamierzała udzielać odpowiedzi.
- Od kiedy jest pan posiadaczem grupki przestępców, hm?- zakpiła, wymownie wywracając tęczówkami.
- Ty masz swoje sekrety i ja mam. Zostawmy to.- puścił jej perskie oko, odwracając się z powrotem do towarzyszy.- Zagram z wami o tę piękną panią.- oświadczył, usadawiając się pomiędzy nimi.- Żeby jednak nie zaczynać od przyjemności - poproszę o konkretny raport ze sprzedaży. Constantin was informował co udało mu się opchnąć? Obiecałem odrąbać mu łeb, jeśli w końcu nie przyniesie jakichś dobrych wiadomości. Po ostatnich transakcjach trochę się na was zawiodłem. Zwłaszcza w zeszłym tygodniu. Marco, nadal obrabiasz mi dupę po tamtym pościgu? Bo słyszałem, że nie możesz się powstrzymać.- wycelował palcem w niskiego, brzydkiego faceta, na którego twarzy wykwitło zawstydzenie.
- Szefie, to nie tak...- wybąkał, machając bezradnie nadgarstkami.
- A jak, ty koślawa świnio? No proszę, tłumacz się. Ratuje ci tyłek po każdym przekręcie, bo sam nie potrafisz ukraść nawet pieprzonego portfela, a ty co? Wiesz, że nie toleruję hipokryzji? Kiedy ostatnim razem ty mnie z czegoś wyciągałeś, żebyś mógł mieć powody, co do głupich pretensji? Nie przypominam sobie żadnej takiej sytuacji. Wiesz, kurwa, dlaczego?- wszystko to wypowiedział spokojnym głosem, naciskając jedynie na wulgaryzmy. Uśmiechnął się do zlękniętego kurdupla, kulącego się teraz na siedzisku.- Wiesz, kurwa, dlaczego?!
- Nie...- wyjąkał, nakrywając kolana przedramionami. Bawił ją jego strach. Przez ten jeden moment trzymała stronę blondyna, który widocznie przerażał własnych pracowników.
- Ponieważ ja nie popełniam błędów!- krzyknął, podkreślając to teatralnym skinieniem.- Co sprowadza się - wiesz do czego?
- Nie...
- Otóż do tego, mój drogi, że zostajesz zwolniony ze swojej służby. Pakuj manele, bo masz jakieś trzydzieści sekund zanim poderżnę ci gardło. Do tego czasu masz zniknąć z mojego pola widzenia. Czy to jasne? Świetnie. Zacznijmy liczyć, chłopcy. Jeden. Dwa.- mruczał, delikatnie wyciągając zza pasa ukryte ostrze. Śmiertelnie przerażony Marco natychmiast poderwał się i rozpoczął bieg do wnętrza lasu. Frances doliczył do piętnastu, po czym rozbawiony odparł: „No przecież nie dam mu tak spieprzyć. Wyda mnie pierwszym napotkanym osobom“. Rozprostował kości, strzykając przy tym knykciami. Pochylił się lekko, odliczając sobie samemu czas do startu. Pognał przez knieje w zawrotnym tempie z łatwością doganiając przysadzistego mężczyznę. Wbił mu nóż w gardło i pozwolił osunąć się w dół, do mchu. Schylił się tylko, wycierając krew w jego szatę. Powoli, śpiewnym krokiem wrócił na poprzednie miejsce.- Ktoś jeszcze chce szkalować mi tyły?- spytał dla pewności, chowając broń. Wszystkie głowy weszły w ruch, kręcąc ostro w ramach zaprzeczenia.- Pięknie. Poproszę o raporcik i możemy grać.