sobota, 21 czerwca 2014

Trzeci.

Rozłożył się obok niej na łóżku. Leżeli w jej pokoju, bo do jego miała zakaz wstępu. Trzymał ręce ponad głową, rozciągając się na całej długości. Ledwo się mieścił. Ona skromnie podkurczyła nogi i owinęła ramiona na piersi.
- Teraz mi opowiesz?- przerwała ciszę, która powoli zaczynała jej przeszkadzać. Westchnął ciężko, jakby żałował, że to zaproponował.
- Dwa warunki.- rzucił, wyciągając w górę dwa wyprostowane palce.
- Słucham.- wpatrzyła się w sufit, czekając na cios.
- Pod koniec nie będziesz okazywać mi, że ci przykro. I jeszcze tej nocy dasz się rozdziewiczyć.
- Oh..- poczuła przypływ paraliżującego stresu. Odetchnęła mocno. Kiedyś ta chwila musi nadejść, z tym pogodzić się trzeba na wstępie.- Dobrze.- powiedziała, wyrzucając nadmiar powietrza z płuc. W gruncie rzeczy lepiej przejść przez to szybko, niż ciągnąć czekanie w nieskończoność.
- Odpowiedziałaś na drugą część.- zauważył. W jego głosie pobrzmiewała kpina, zmieszana z doświadczeniem.
- Nie mam wpływu na sumienie.- wzruszyła ramionami, mącąc spokojną strukturę pościeli.
- Chcę tylko byś kontrolowała zewnętrzne reakcje.- wyobraziła sobie jak przewraca oczami.
- Postaram się.- obiecała przymilnie, chcąc już usłyszeć część historii.
- Nie lubię litości. Pamiętaj.- zagroził, przygotowując się psychicznie do obrania tego w słowa.- Od najmłodszych wspomnień widzę tą elegancję, sztywność i bogatość.

***

-Vinctus! Natychmiast do mnie!- wrzasnęła kobieta odziana w długą, czerwoną suknię, przywdziewając na twarz grymas złości. Mały chłopiec o ciemnych włosach i świecących ciekawością oczach wbiegł do sali, ślizgając się na mokrej podłodze.- Kretynie, pobrudzisz! Dopiero zmyte!- skarciła go, kiedy potknął się upadając na twarz. Podeszła do niego twardym, sprężystym krokiem pełnym magnacji. Podniosła za szmaty, podduszając zamierzenie.- Jak cię wołam to masz przyjść, a nie biec jak debil. Uspokój się zanim przyślę ojca, żeby skopał ci tyłek.
- Przepraszam, mamo. Już nie będę.- pisnął, kiedy już dotknął stopami ziemi.
- Nie mów do mnie mamo!- uderzyła go po głowie, przywołując do posłuszeństwa.
- Przepraszam.- powtórzył chłopiec, spuszczając brodę. Zamrugał parę razy, wbijając wzrok w ziemię.
- Co miałeś.. Patrz na mnie jak do ciebie mówię!- podniosła siłą jego twarz, sama zaciskając wściekle szczękę. Cokolwiek by zrobił, nie byłoby dla niego w tym momencie korzystne.- Co miałeś zrobić, smarkaczu? No wysil pamięć.
- Nakarmić wilki.- prawie szepnął, od razu wyłapując rozkaz. Skurczył się obronnie, żeby uniknąć ewentualnych obrażeń.
- Więc czemu do cholery tego nie zrobiłeś? Nie patrz mi w oczy, gówniarzu!- szarpnęła jego policzek, jakby jego wzrok hańbił jej zadbaną cerę. Otrzepała ręce, by pozbyć się jego mleczno-dziecięcego zapachu.
- Boję się ich.- zatrząsł głosem, podziwiając liczne zdobienia na gorsecie jej stroju.
- Obchodzi mnie to tyle co nic! Już mi do lochów! Wszystko mi jedno czy zjedzą ciebie czy mięso dla nich przeznaczone!- kopnęła go, posyłając na kolana. Odeszła, nawet nie przejmując się jego stanem. Z ciężkim sercem podniósł się i pomaszerował w stronę najciemniejszego zakątka posiadłości. Po drodze zgarnął wielki kawał jelenia, który jego ojciec upolował specjalnie dla swoich pupili. Ledwo był w stanie utrzymać go w swoich małych, słabych rączkach. Ostrożnie prześlizgnął się po schodach. Jego koszmary zbliżały się nieubłaganie. Odetchnął głęboko, otworzył drzwiczki urządzonej dla zwierząt celi i szybko wszedł do środka. Rzucił ścierwo, po czym cofnął się do wyjścia. Jednak jeden z wilków rzucił się na jego nogę, wbijając kły mocno między ścięgna. Chłopiec wrzasnął boleśnie, próbując wyrwać się z morderczego uścisku. Łzy napłynęły mu do oczu, kiedy myślał nad ewentualnym rozwiązaniem. Zacisnął szczęki, szarpiąc jednocześnie zakleszczoną łydkę. Zaskoczony wróg nie spodziewał się takiego obrotu spraw, najwidoczniej uważając dziecko za łatwy łup. Mały Vinctus skorzystał z tego, wypadając poza bramkę i zatrzaskując drzwi. Opadł na zimny kamień, opłakując przeżycie. Był całkowicie świadom, że gdy adrenalina wyparuje będzie w okropnym stanie. Rozmazanym wzrokiem oglądał rozerwaną przez zwierzę skórę. Cudem tylko udało się ocalić kość.

***

- Poczekaj, więc kiedy byłeś młody wilk prawie odgryzł ci nogę?- zapytała z lekkim przerażeniem w głosie, podnosząc się na na łokciach i wpatrując w jego poważną twarz. Posłał jej spokojne spojrzenie za którym kryła się obojętność.
- Nie. Kiedy miałem siedem lat, niefortunnie nie zdążyłem wyjść przed wieczerzą pupilków ojca, przez co jeden z nich ustalił mnie za swoją kolację. Niestety nie był przygotowany, że taki bachor spróbuje odeprzeć atak w wyniku czego zdołałem się uratować.- wyjaśnił elegancko, jakby jej wersja była zbyt mało precyzyjna.
- Miałeś siedem lat?- rozszerzyła powieki, sprawiając wrażanie, że tylko ten fakt do niej dotarł.
- Owszem.- potwierdził, wyczekując dalszego ostrzału z jej strony.
- W takim razie jakim cudem udało ci się..
- Już mówiłem, element zaskoczenia.- westchnął, nawet nie dając dokończyć pytania.
- I to wystarczyło?- zaparło jej dech. Teraz siedziała już w pełni, uważnie pilnując jego odpowiedzi.
- Najwidoczniej tak.- parsknął, rozbawiony dziecinną ciekawością jaka ją rozpierała.
- Imponujące.- wyrzuciła z podziwem, znów opadając na plecy.- Co było potem?
- Cierpiałem, rana z ledwością się goiła. Przeżyłem.- wzruszył ramionami, na pozór nie przypisując do tego większej wartości.
- Rozumiem. Co z matką? Lub ojcem? Przejęli się i kazali ci zaniechać wszelkich obowiązków?
- Naiwne dziecko. Oczywiście, że nie. Następnego dnia znów karmiłem te zapchlone szczeniaki. Zdołałem jednak nauczyć je szacunku do siebie. Można nawet powiedzieć, że zaprzyjaźniliśmy się.- złośliwy uśmiech wpłynął na jego wargi, zapowiadając niemiłą anegdotę.- W późniejszym czasie - kiedy miałem już koło piętnastu lat - te sukinsyny zagryzły mojego ojca. Raz jeden poszedł je odwiedzić i nie skończyło się to jak widać dla niego za dobrze.
- Czemu cię to cieszy?- wzdrygnęła się, chociaż odgadła prawidłową odpowiedź zanim ją usłyszała.
- Nienawidziłem tego człowieka, nawet bardziej niż on mnie.
- Znam to.- mruknęła, zamykając oczy. Ta pogawędka była całkiem przyjemna. Ostatni raz miała szansę szczerze z kimś rozmawiać, kiedy więziono ją, oczekując na wyrok śmierci.
- Opowiedziałem ci jedną z ciekawszych dla mnie historii - teraz ty powiedz mi jakąś o sobie.- zażądał, obracając twarz w jej stronę.
- Jakoś wolałabym nie. Może nie jestem tak drastyczną postacią jak ty, ale miłych opowieści nie mam wiele.
- Nie daj się prosić, bo to byłby zbyt krępujące.
- Trochę prawdy w tym jest..- zastanowiła się jak wyglądałby podczas błagań. Ciekawy, ale raczej niezbyt pożądany przez nią widok.- Zgoda.
- Dawaj.
- Mój ojciec zawsze był surowy, chociaż wszyscy z reguły bali się matki. Stało się coś, co ją zmieniło i wtedy nie mogłam zrobić źle ani jednej drobnostki. Pewnej nocy uświadomiła sobie, że nie nauczyła mnie do tej pory porządnego parzenia herbaty. Wtargnęła do mojego pokoju i za włosy wyciągnęła do kuchni. Byłam już wtedy przyzwyczajona do jej dziwnych fanaberii, więc nie ryczałam jak na dziecko przystało. Pokazała mi co gdzie leży i kazała robić. Bez żadnych instrukcji. Tobie może wydawać się śmieszne, że nie miałam pojęcia co robić, ale musisz wiedzieć, że nigdy nie byłam świadkiem żadnych kuchennych czynności. Nawet pomysłu mi brakło jak zacząć. W końcu wymyśliłam podgrzanie wody. Dość bolesny proces biorąc pod uwagę nieumiejętność podpalania drewna. Poparzyłam się, ale próbowałam dalej. Matka nie wyglądała na przejętą, bardziej jakby miała ochotę zabić mnie za marnowanie jej energii. Mniejsza. Wsypałam trochę herbaty do dzbanka, wciąż patrząc na jej minę. Chyba liczyłam na jakąś podpowiedź z jej strony, co w tej chwili wydaje mi się absurdalnie głupie. Dosypałam więcej, nie doszukując się aprobaty. Poszedł cały wskazany zapas. Zalałam to potem tą zagotowaną wodą i pomieszałam. Dopiero, kiedy zachwycona swoją pracą pokazałam jej gotowy efekt - wzięła wrzątek, po czym wylała go wprost na mnie. Krzyczała, długo. Płakałam, połowicznie za sprawą bólu fizycznego..
- Dobra, nie kończ. Widać, że ciężko ci do tego wracać.- położył rękę na jej dłoniach, siląc się na miły ton.
- W porządku, nie musisz zachowywać się nienaturalnie. Jesteś gburem to nim bądź. Wszystko mi jedno. Te zdarzenia już miały miejsce, więc nic ich nie zmieni.- rzuciła na tyle luźno, na ile pozwalała sytuacja.
- Wychodzi na to, że oboje nie mieliśmy zbyt lekkiego życia.- skomentował dobitnie.
- Ja nadal nie mam.- zauważyła ponuro. Westchnął ciężko, zbierając się do wyjaśnienia pewnej kwestii.
- Zapracowałem na to. Tobie się może wydaje, że tutaj mieszkałem od zawsze i dlatego to miejsce należy do mnie. Fałsz. Kupiłem ten dwór za własne pieniądze. Sprzedaż starego domu wykorzystałem dopiero, gdy potrzebowałem kogoś do towarzystwa. Żaden mebel nie stoi tu za majątek z moich wspomnień. Racz więc łaskawie to docenić. Ogrom pracy i doczekasz własnych przyjemności.
- Obrazisz się teraz na mnie?- zapytała, obserwując zmiany w jego twarzy. Lekki grymas zastąpił poprzedni spokój.
- Skądże.- prychnął, mimo wszystko sprawiając wrażenie urażonego.
- Nie znosisz, kiedy ktoś umniejsza twoją pracę patrząc przez pryzmat przeszłości, prawda?
- Ta.- potwierdził pod nosem. Uniosła kącik ust, tworząc mały uśmiech. Przysunęła się bliżej, wsuwając głowę pod jego ramię oraz obejmując tors.- Co robisz?
- Przytulam. Myślałeś, że co niby?- parsknęła, wciągając znowu tą dziwną mieszankę zapachów. Ręka przy jej szyi poruszyła się, lądując miękko na plecach. Poczuła ciepło bijące od niekochanego, samotnego człowieka jakim był.- Czy ktoś cię kiedyś w ogóle przytulał?- spytała zwątpiona, przekładając między palcami fałdy jego koszuli.
- Była jedna taka, ale szybko odeszła. Nie przetrwała, kiedy desperacko próbowałem uwolnić ją od siebie.- wszystkie mięśnie spięły się, kiedy o tym mówił, jakby sama myśl o niej wciąż żywo raniła.
- Jej imię?
- Elisa. To była krótka historia miłosna zakończona fiaskiem.- podsumował.
- Może tak miało być.- pocieszyła go, chociaż nie wiedziała czemu. Przeplatała wobec niego skrajnie różne uczucia. Gdzieś w tym odnalazła odrobinę sympatii, bo poniekąd byli podobni. Czarny kosmyk połaskotał jej nos, wywołując mało taktowne kichnięcie.- Przepraszam.
- Nie szkodzi, chociaż następnym razem mogłabyś się zasłonić.- otarł rękawem twarz, chowając w oczach rozbawienie. Zaczerwieniła się i wróciła do poprzedniej pozycji.- Chyba, że ta ślina to w ramach flirtu?- jedna z brwi poszybowała w górę, tworząc drwiący efekt.
- Nie, przepraszam.- powtórzyła, w ramach obrony wciskając się mocniej w zagłębienie.
- Nadużywasz tego słowa.- upomniał, zamykając dłoń na jej włosach. Przez moment jakby się im przyglądał, później począł monotonnie gładzić.- To trochę rudawy brąz?
- Matka nazywała je kasztanowymi i kazała pleść w warkocze dla pokazania statusu.
- Na początku dnia miałaś warkocz.- przypomniał sobie, zbierając wszystkie pasma. Przytaknęła.- Rozpadł się przez brak wstążki?
- Mhm.
- Wolę, kiedy są rozpuszczone. Wyglądasz wtedy bardziej kobieco i różnica wiekowa, która nas dzieli nie jest tak bardzo widoczna.
- Jeśli to komplement to dziękuję.- zmieszała się, niekoniecznie rozumując czy miał na myśli powiedzenie czegoś miłego, czy zatarcie w sobie świadomości o istniejącej zapadni czasu. Chwilę jeszcze poobracał ciekawiące go kudły, po czym przesunął dłoń do przodu. Opuszkami palców zaznaczył linię lewej kości policzkowej, przyglądając się jednocześnie jej zmęczonym, brązowym oczom. Dotknął małej ranki ponad brwią, która prosiła się o porządną dezynfekcję. Syknęła, bo sól z jego palców wtopiła się miedzy - częściowo rozdrapany - strup.
- Kiedy to sobie zrobiłaś?- w jego głosie pobrzmiewało zmartwienie.
- Można się domyślić, że niekoniecznie chciałam wylądować na tamtym targu. Strażnicy musieli wrzucić mnie tam siłą. Wyrżnęłam twarzą w kant ławki.- zaśmiała się cicho z własnej głupoty.
- Przemyłaś to?
- Nie.
- Chodź.- zwinnie wysunął się spod jej przedramienia i podążył do drzwi. Nie ruszyła się, zbyt zdziwiona jego nagłą troską. Obejrzał się, nie słysząc kroków.- No chodź.- ponaglił, wspomagając się przywołującym gestem. Wstała posłusznie, kontaktując funkcje motoryczne z poleceniem. Zaprowadził ją do łazienki po drugiej stronie korytarza. Wskazał, by usiadła na brzegu wanny wstawionej w podłogę, niczym wkopywany basen. Sam wszedł do niej, najpierw jednak wygrzebując z szafki kątowej szmatkę, plaster i naczynie. Odkręcił kurek, wlewając ciepłej wody do małej miski. Zmoczył materiał i otarł nim bruzdę. Skupiła się na tym, że zachowywał bezpieczną odległość. Przygryzła wargę, koncypując jak przysunąć go bliżej. Nieodpowiednim dla damy sposobem byłoby zwyczajnie rozchylić nogi i przyciągnąć go między nie. Skarciła się za myśli w tym schemacie, odwracając wzrok na wystrój pomieszczenia. Niezbyt wytworne, wygodne, przestronne.- Próbujesz unikać mojego wzroku czy tylko mi się zdaje?- zapytał, wytrącając ją z równowagi. Zarówno psychicznej jak fizycznej, bo podskoczyła nerwowo i zakołysała się w tył. Przytrzymał jej przedramię, aby nie upadła.- Wybacz, to było nietaktowne.
- Moja wina. Zatopiłam się w rozważaniach.- odjęła jego męską dłoń, obdarzając słabym cieniem zażenowanego uśmiechu.
- Mam dobre wrażenie, że zastanawiasz się nad seksem w tej wannie?- nie bawił się w grzeczność. Przykleił plaster na ranę, bacznie pilnując jej reakcji. Szybko zdała sobie sprawę, że faktycznie właśnie to chodziło jej po głowie. Spąsowiała, raz po raz mrugając niespokojnie.- Ustalam to jako potwierdzenie.- zaśmiał się głośno, odchylając się przy tym minimalnie.- Wykąpmy się.- zaproponował, odzyskując rezon. Rozchłestał koszulę i odłożył ją na bok. Ona wciąż siedziała w bezruchu, zbyt skrępowana, by wykonać jakiekolwiek działanie.- Mam cię rozebrać?- zagadnął, nie wkładając w to nawet odrobiny żartu. Równie poważna, kiwnęła głową. Zbliżył się, po czym szarpnięciem poluźnił rzemyki na które wiązana była jej bluzka. Było to bardziej efektowne niż skuteczne, więc zachichotała. Z zawziętą miną przekładał sznurki między palcami, próbując uwolnić ją z ubrania. W końcu zrezygnował i zwyczajnie rozerwał materiał.- Nie mam cierpliwości do takich rzeczy.- wyjaśnił, kiedy ledwo powstrzymała parsknięcie.- Teraz musisz wstać.
- Czuję się już trochę swobodniej. Mogę sama zdjąć dół.
- Jak wolisz.- wzruszył ramionami, oddalając się na krok i zajmując własnymi spodniami. Lekko trzęsącymi dłońmi rozpięła odzienie. Zsunęła je niemrawo, przyjmując nachodzące wątpliwości, czy aby to co robi nie jest niewłaściwe. W tym czasie on zdążył już zatkać odpływ i napełnić wannę po kostki. Woda była przyjemnie gorąca.- Nie spieszy ci się jak widzę.
- Pojawiło się drobne zawahanie.- burknęła, zakrywając się rękami w możliwie największym stopniu. Ponownie przystąpił do niej, lecz teraz dzieliły ich niewielkie liczby. Pochylił się, by mówić wprost do jej ucha. Każdy jego oddech odznaczał się na wydelikaconej, dziewczęcej skórze, powodując mrowienie.
- Pozbądźmy się go.- wymruczał, łagodnie sugerując poddanie się. Schwycił nadgarstki jej wątłych dłoni i ułożył je wzdłuż jej ciała. Zadrżała, przymykając powieki. Próbowała wyzbyć się obiekcji powtarzając, że będą musieli się pieprzyć tak czy siak. Nie umniejszało to zbyt jej strachu, ale do pewnego stopnia pocieszało.- Bez nerwów. Wpierw pomogę ci się umyć.
- A potem?- pisnęła, nie poznając własnego głosu. Przesiąkł zdenerwowaniem większym nawet niż to, którego doznawała.
- Potem samo pójdzie.- zakręcił wodę, sięgającą jej teraz prawie do ud. Zaoferował pomoc w usadowieniu się na dnie. Skorzystała. Przez kilka dłużących się minut siedzieli przy sobie. W końcu westchnął potężnie, podźwignął ją i usadził między swoimi - ugiętymi w kolanach - nogami. Gąbką energicznie szorował młode plecy, drugą ręką przytrzymując jej talię, by nie kołysała się jak boja podczas sztormu. Odgarnął mokre, kasztanowe kosmyki i dokładnie przemył blade barki. Cały czas czuła jego nagie ciało przylegające do niej. Każdy mięsień poruszał się pod wpływem czynności, które wykonywał. Niekoniecznie wiedziała co ma zrobić z faktem, że jego interes w dość nieprzyjemny sposób wbijał jej się w zwieńczenie kręgosłupa. Pomysł zwyczajnego wspomnienia o tym, wydawał się być idiotycznym.- Oprzyj się o mnie.- zobligował, wspomagając ją w ramach możliwości. Jej głowa opadła niepewnie, uderzając w jego obojczyk. Przestraszona, że mogło go zaboleć chciała się odsunąć, ale nie dawał takiej możliwości, mocno zaciskając dłonie na jej piersiach. Przyjemne, chociaż raczej przypadkowe, bo od razu zsunął je niżej.
- Wróć.- wykrztusiła zaciekawiona. Niezdrowa fascynacja zaświeciła na jej twarzy, kiedy usłuchał. Płynne ruchy długich palców wywoływały chęć wzdychania. Zacisnęła usta, gdy skupił swoją uwagę na sutkach. Miął je z wyczuciem, patrząc z góry na jej rozanieloną minę. Definitywnie była podniecona. On zresztą też.
- Możemy już? Lepszej chwili nie spodziewam się znaleźć.- wycedził, szukając w jej oczach jakiejkolwiek zgody. Płochliwie skinęła, czekając co nastąpi. Chwycił ją solidnie i przekręcił wspólnie, by znalazła się pod nim. Pozwolił jej nogom opleść się wokół jego pasa, ustawiając się w gotowości. Nie odwlekał dalszych działań i pospiesznie wbił się w nią, wywołując lekkie skrzywienie. Wstrzymał się, aż jej mimika powróciła do zwykłego stanu. Dopiero wtedy ruszył. W przeciwieństwie do tego czym ją straszył, zachowywał wyjątkową delikatność. Z mocniejszym brzmieniem czekał, aż i ona odnajdzie w tym przyjemność. Nie trwało to zbyt długo. Wydobyła z siebie pierwsze jęki, które okazały się brzmieć uroczo dźwięcznie. W żadnym stopniu mu to nie przeszkadzało, a wręcz dołożyło chęci. Zintensyfikował prędkość z głębokością, wzmacniając doznania. Oboje rozkoszowali się chwilą spotęgowanej satysfakcji, by po chwili dojść głośno i wyraźnie. Opadł tuż obok niej, wciąż mocno jeszcze dysząc.- Akceptujesz całkiem niezłe tempo.
- A ty masz czym wypełniać.- wystękała.
- Było źle?- nawiązał do jej poprzednich obaw.
- W porównaniu do tego, czego się spodziewałam - było wyjątkowo pozytywnie.- rzuciła, sama ledwo wierząc.
- Fajnie.
Potem osuszyli się, ubrali i każde poszło do siebie. Do późna myślała. Nie była nawet pewna, kiedy zasnęła.
Obudziło ją nagłe otwarcie drzwi, które brutalnie pchnięte uderzyły w ścianę. Ledwo zdążyła spojrzeć na wchodzącą sylwetkę - zemdlała.

czwartek, 5 czerwca 2014

Drugi.

Nazajutrz obudziło ją gorejące słońce, wdzierające się poprzez malutkie, zakratowane okienko. Pech chciał, że świeciło jej prosto w twarz. Przetarła leniwie policzek, ścierając resztki powstałego w nocy kurzu i potu. Podniosła się, zupełnie zapominając o bolącej ranie, którą wczoraj wysmażył jej nowy pan. Syknęła, kurcząc wszelkie mięśnie, jakby miało to dać ulgę. Nie była delikatną dziewczynką. Nie po tym, co działo się u niej w domu. Jednak sygnet, który wytopił na jej torsie różę, mógł jak podejrzewała spowodować jakieś ropne zacieki. Wątpiła w zakażenie. Tego typu choroby się jej nie imały. Odetchnęła parę razy i - skupiając się na wykonaniu jak najmniejszej ilości ruchów rozciągających - wciągnęła wczorajsze ubranie, niepewna jednak czy nie powinna ustroić się w pracowniczy fartuch. Ogarnęła się przed lustrem, zaplatając swoje długie, kasztanowe włosy w ciasny warkocz. Były jej dumą, zapuszczaną przez ostatnich pięć lat. Ostrożnie gładziła je, oddzielając każdy fragment tuż przy sobie. Nie potrzebowała niczego do związania, bo przy tak gęstej czuprynie potrafiły godzinami utrzymać się same. Parę razy przejechała dwoma zgrabnymi palcami po powiekach, aby pozbyć się śpiących ziarenek z kącików. Męczyły ją odkąd tylko sięgała pamięć. Mama - przed wielką zmianą - opowiadała jej, że w nocy odwiedza nas taki piaskowy ludek, który sypie ze swojego worka głębokim snem. Dzięki niemu czujemy zmęczenie i jesteśmy w stanie zasnąć w nawet niezbyt komfortowych miejscach. Jedynym co po nim pozostaje jest właśnie ten piasek w oczach.
- Melanie.- dobiegło ją nagle zza drzwi.
- Melodie.- instynktownie poprawiła, nie bacząc na właściciela głosu.
- Tak idiotyczne, że zapomniałem.- parsknął jej pan, uchylając wejście.- May, słodka moja, chodź i zaparz mi herbatę.
- Przecież sam pan umie.- odparła z całkowitym przekonaniem, że jest to niezbity argument za którym powinien dać jej spokój. Przeliczyła się, zapominając jak zwykle, że to już nie jej prywatny dom, gdzie za pyskówki płaciło się inaczej.
- Owszem, ale od czegoś jednak tu jesteś. Skoro nie umiesz sprzątać to przydaj się na coś i zrób mi herbaty. Czy to zbyt wielka łaska jak na twoje dziecięce rączki?- zadrwił, patrząc na nią sceptycznie. Założyłaby się, że myślał teraz o czymś w rodzaju „na cholerę ją tu wziąłem, przecież nie pasuje ani trochę do wymaganych kwalifikacji“. Też się nad tym zastanawiała. Tak samo jak nad tym, kiedy w końcu zmusi ją do czegoś z charakterem seksualnym. Nie żeby na to czekała. Wręcz przeciwnie - chciała się od tego jak najdłużej utrzymać z daleka.
- Przepraszam, proszę pana. Z przyjemnością zaparzę tę herbatę.- skłoniła się, lekko zaczerwieniona. Spowodował to w większej części strach związany z posługą mu.
- Aż z przyjemnością to nie musisz. Nie liczę na sympatię z niczyjej strony.- warknął, jakby zezłościła go jej nagła pokora.- Wiesz chociaż gdzie znajduje się kuchnia?
- Nie, proszę pana. Czy byłby pan tak miły i wskazał mi kierunek?- przechyliła głowę, mrugając niewinnie. Chyba właśnie znalazła sposób denerwowania go, który był atrakcyjny dla niej pod wieloma względami.  Pozornie była to zwykła uprzejmość, ale w środku faszerowała słowa jadem, by wypluć je najposłuszniej jak umiała. Wyglądał na takiego, który lubi mieć kontrolę, jednak najwyraźniej podobał mu się w tym sprzeciw drugiej strony. Ona mu tego nie da, więc szybko mu się znudzi. Taki właśnie był jej plan. Wymyśliła go teraz, na poczekaniu, kiedy ogniki w jego oczach paliły jej marnie chronioną duszę swoim gniewem. „Obsydian“ - powtarzała to słowo uparcie, jak mantrę. Hipnotyzujące spojrzenie odnajdywało sobie lokum w jej trzewiach, przekręcając wszystko z impetem. Czytał w ten sposób jej myśli, co nie było najlepszym pomysłem. Obszedł ją zimny dreszcz, okręcając na ramionach gęsią skórkę, niczym najmodniejszy szal. Oderwała wzrok od głębi jego koloru, przenosząc go na inne partie ciała mężczyzny. Kropelki potu, niewidoczne prawie, pięły się w górę, miast normalnie opadać w dół. Choć może to tylko wrażenie. Czarne, lśniące włosy opierały się o barki, kręcąc się w niektórych pasmach. Idąc dalej dostrzegła niedowiązaną do końca koszulę, która opinała odpowiednie fragmenty ciała, nie blokując zdolności ruchu. Na biodrach była nieco węższa. Spod najwyższych splotów wystawał kawał piersi, przyozdobionej męskim, ciemnym, choć nieco rzadkim zarostem. Coś jakby połowa włosów wypadła i nie odrosła z nieznanego jej powodu. Może ktoś je wyrwał? Uśmiechnęła się zażenowana na tą myśl. Spoczęła na dłoniach. Zainteresowały ją. Były duże, pewnie szorstkie, może ciepłe. Długie, eleganckie palce kończyły przybrudzone paznokcie, przycięte co do milimetra. Czyżby perfekcjonista? Spodnie miał dopasowane kolorystycznie, a cały strój komponował się ze stylem wnętrza posiadłości. Tylko ta blizna nie dawała jej spokoju. Skąd się wzięła? Nie zgrywała się ani trochę z jego wizerunkiem. Potęgowała poczucie, że jest naprawdę okropną osobą - razem z tymi szerokimi brwiami tworzyła zgrany duet.
- Chodź ze mną to ci pokażę.- powiedział, ściągając ją do realności. Mała zmarszczka pojawiła się ponad jego garbatym nosem. Chciał rządzić, ale słyszeć choć lekki opór przy tym. To go nakręcało. Rozgryzła to wyjątkowo szybko. Natychmiast pomyślała, że z resztą w takim razie nie będzie większego problemu. Pomyliła się już na wejściu, jak się potem miało okazać. Ten facet miał pozostać nieokiełznaną zagadką. Poszła z nim piętro niżej. Minęli salon, jadalnię i coś w rodzaju małej spiżarki. Na końcu stała kuchnia. Drewniana podłoga, kamień na ścianie - coś jak improwizowana chatka wiedźmy. Szafki i blaty były przyjemne, ciemnobrązowe. Pokazał jej witki służące do palenia oraz gdzie otwiera się piecyk. Wyjął herbatę, dzbanek i wyszedł, zostawiając ją nieogarniętą. Zebrała się w sobie, wywołała płomienie, postawiła naczynie z wodą na kuchence. Poprawiła bluzkę, pozwalając napłynąć samozadowoleniu. Do tej pory szło dobrze. Oddzieliła piąstkę ziół i wsypała je do ozdobnego czajnika, który wcześniej usadziła na tacce. Dołożyła do tego grawerowaną wzorami celtyckimi filiżankę. Zalała wszystko, gdy tylko zawrzała woda. Ot, cała filozofia. Wyszukała kostki cukru oraz miarkę mleka, po czym dołączyła je do zastawy. Całe dzieciństwo uczyli ją kultury przy podawaniu napoi. Każde niepowodzenie karane było uderzeniem niezbyt delikatnym z obu stron macierzyńskich. Teraz przy wspomnieniu tego, trzęsły jej się ręce. Nie mogła w ten sposób nic zanieść - upadłaby lub rozlała na dywan. Oparła plecy o zimną ścianę. Spokój musiał ją wypełnić, a potrzebował na to dwóch minut. Oddychała spazmatycznie, licząc na nagłe ukojenie. W końcu udało jej się opanować. Zebrała się w sobie, kurczowo zacisnęła palce na przyciężkiej tacy i pewnym krokiem pomaszerowała elegancko do salonu. Założyła, że tam właśnie będzie siedział. Nie pomyliła się. Czytał jakieś grube tomiszcze i nawet nie raczył zauważyć jej przyjścia. Wsunęła zamówioną herbatę na stolik przed nim, na którym częściowo opierał nogi. Dopiero wtedy zarejestrował jej obecność.
- Proszę.- powiedziała grzecznie, przerywając milczącą ciszę. Kiwnął głową w ramach podziękowania. Wzrokiem zasugerował, by usiadła na jego kolanach. Przełknęła nerwowo ślinę, ale zrobiła to. Pozwolił jej oprzeć się łopatkami o lewą część fotela - tak było wygodniej. Oplótł ręką jej plecy, z przodu utrzymując lekturę. Nie zamierzał sobie przeszkadzać. Z tak bliskiej odległości, wyraźnie czuła zapach jego skóry. Pachniał piżmem, winem i potem. Wyjątkowo męskie połączenie. Jego pot był specyficzny. Niby nieprzyjemny, aczkolwiek wywoływał dziwne wrażenia w okolicach klatki piersiowej oraz przybrzusza. Były to wrażenia przyjemne, pulsujące z lekka i jakby kołujące. Nie czuła wcześniej czegoś takiego, ale może to być kwestia tego, że nigdy nie miała bliższego kontaktu z mężczyzną. Zaciągnęła się nowością, niepotrzebnie wzbudzając w sobie chęć konwersacji. Poruszył się, sięgając gdzieś w tył. Podskoczyła dziecinnie, gdy przyłożył jej coś zimnego do szyi. Powstrzymała odruch ucieczki. Kilka chwil później wsunął w jej dłoń małe lusterko.- Co to?- spytała, oglądając w nim naszyjnik, którym ją przyozdobił.
- Prezent.- prychnął, powracając do poprzedniego zajęcia. Uważnie wymacała założoną biżuterię. Definitywnie był to wykonany z brązu łańcuch, o średniej grubości pięciu milimetrów. Zainteresowało ją jednak co innego - na środku świeciło malutkie oczko, koloru zeschniętej krwi. Żaden konkretny kamień jaki znała. Nie wyglądał na drogi, więc po co w ogóle się tam znajdował? Lepiej kupić drogocenny kamień lub nie kupować wcale - tego również nauczyli ją rodzice. Zastanowiła się, czy jest sens przerywać mu relaksacje z błahego powodu.
- Przepraszam.- zdecydowała.- Dlaczego pan mi to daje?
- Bo jesteś moim zwierzątkiem, a takowe się rozpieszcza. Czyż nie?- uniósł wysoko brew, pozostając myślami w swoim świecie.
- Nie jestem zwierzątkiem.- pisnęła, wzbierając złość. Uśmiechnął się tylko przekornie, jakby chciał powiedzieć „Myśl sobie co chcesz i tak mnie to nie obchodzi“. Nic jednak nie powiedział.- Proszę pana.
- Przestań mówić ‚proszę pana’, bo czuję się potrójnie staro. Znasz moje imię, używaj go.- westchnął, przewracając kartkę. Przeszukała pamięć próbując wychwycić wczoraj zasłyszane imię.
- Vinctus z łaciny oznacza więzień. Niezbyt adekwatne.
- Wręcz przeciwnie. Jestem więźniem swoich pragnień. Jestem swoją własną celą.
- Nie możesz jednocześnie posiadać i być posiadanym.- pokręciła głową, wyrażając dezaprobatę jego tokiem rozumowania.
- To, że jest to twoja opinia - nie uczyni jej ważniejszą. Materializm nie zastępuje tego, co odbiera mi zamknięcie. Ty widzisz bogactwo, przeplecione z wygodami - ja mam tutaj swoje piekło, zatrzaśnięte przez żądze drzwi do wolności.
- Czemu się nie uwolnisz?- zadała najoczywistsze z nasuwających się pytań.
- Wyrok pełnię do śmierci.- rzucił posępnie, ukrócając rozmowę.
Następne kilka minut spędzili osobno, upewniając się w tym, że samo towarzystwo wystarcza.
- Na kolana.- odłożył książkę. Wykonała polecenie, choć niezbyt chętnie. Przeczuwała, iż tak nagły zwrot nie oznacza dla niej niczego miłego. Gdy rozpiął spodnie, uczuła swoją rację.- Nigdy tego nie robiłaś, tak wiem.- skomentował, widząc, że szykuje się do odparcia jego ataku.- Wszystkiego zdążysz się nauczyć. Akurat to będzie proste. Otwórz usta. Szeroko.- wydał komendę, w ręce ściskając swoje nagie przyrodzenie. Niemałe zjawisko i niezwykłe dla niej.- Nie mam całego dnia, a z każdą chwilą delikatność maleje.- dodał, nie widząc reakcji. Chrząknęła, jakby miało to pomóc, po czym pokornie rozsunęła wargi. Nie czekał na nic innego. Wsunął się najgłębiej jak pozwalało na to ciasne gardło. Pośpiesznie odsunęła głowę, krztusząc się zbyt daleką obecnością. Uchwycił mocno jej włosy i wepchnął z powrotem na miejsce.- Ja wyznaczam granice.- wymruczał agresywnie, patrząc w jej zaszklone oczy. Ledwo łapała oddech między jego rytmem. Wkładając i wyciągając członek spomiędzy jej ust, wydawał z siebie ciche, acz zadowolone pomruki. Ona łączyła piski z jękami, tworząc arie dziewiczo-uroczych dźwięków. Skupił się mocniej, przyspieszając tempa. Wyczuła, że zaraz dojdzie. Paniczna fala gorąca zalała jej ciało. Nie miała pojęcia co się robi w takiej chwili, ani czasu, aby o tym pomyśleć. Jednym szarpnięciem wysunął się z niej, by opleść się ciasno palcami i dokończyć samemu. Przyjemnym dla ucha warknięciem podsumował potok spermy wystrzelony na jej język. Miała dziwny, na pozór słony smak, ale z przebijającą się nutą goryczy.- Nie pluj na dywan.- powiedział tylko, zapinając spodnie. Zebrała się w sobie i przełknęła ohydą substancję, czując się jak szmata.- Pierwsze doświadczenie masz już za sobą.- zakpił, obserwując jej zgorszoną minę.
- Nienawidzę pana.- podniosła się z ziemi, sięgając mu nadal zaledwie do ramienia.
- I niech tak pozostanie.
Następną godzinę pozwolił jej przebyć w samotności, sam chowając się po komnatach. Klęczała przy dolnej partii regału, szukając jakiegoś egzemplarza lektury, który mogłaby przeczytać. Nic jej jednak nie zainteresowało. Ze zrezygnowaną miną oparła się o ścianę, wciąż podążając wzrokiem po karbach książek.
- Dość obijania się.- rzucił na wstępie, pojawiając się jakby znikąd. Zarzucił swoją długą, czarną grzywą i zasiadł przy fortepianie.- Chodź. Zagrasz mi.
- Jakoś nie mam ochoty.-warknęła, wciąż kwalifikując go do nieprzyjaciół. Godzina nie wystarczyła, by pogodzić się ze stratą godności.
- Nie obchodzi mnie na co masz ochotę. Siadaj obok mnie i graj.- ponaglił, czerpiąc przyjemność z jej podejścia. Rozłożyła się wygodniej, ignorując go.- Narobisz sobie kłopotów, dziecino.
- Nie nazywaj mnie dzieciną. Nie mów też na mnie May. Mam na imię Melodie i to jedyna forma, której wolno ci używać, jasne?- zwęziła oczy, marszcząc brwi w geście agresji. Pokręcił niedowierzająco głową, jakby żałował, że to powiedziała.
- Chyba potrzebujesz czasu na naukę posłuszeństwa, prawda?- spytał, ciepłym głosem kochającego ojca. Po chwili jego ton uległ całkowitej zmianie - był przepełniony jadem i złością.- Twoje imię podlega mnie i mogę dowolnie je zmieniać wedle upodobań. Dzieciną jesteś. Przypominam o dziewiętnastu latach różnicy między nami.
- To tyle co nic, biorąc pod uwagę pańskie braki w geantlemaństwie.- prychnęła, gdzieś w środku czując zbliżającą się obustronną burzę. Dla niej nie oznaczało to zapewne nic dobrego, ale nigdy nie umiała trzymać języka za zębami.
- To nie są braki. Jesteś zwyczajnie ślepa na dobrą stronę. Wziąłem cię do siebie, dałem pokój, ogrzałem własną kurtką, podzieliłem kolacją i podarowałem prezent. W porównaniu do reszty gnoi na których mogłaś trafić - nie jestem aż takim złym wyborem. Z łaski swojej zamknij się, rusz dupę i graj tą cholerną melodię, Melodie.- nafaszerował ostatnie słowo taką ilością kwasu, że odechciało jej się walki. W gruncie rzeczy nie kłamał całkowicie. Westchnęła, sadowiąc się przy jego boku. Biodrem stykała się z jego udem, a barkiem z ramieniem.
- Co mam grać?- wbiła wzrok w jego dłoń, którą trzymał przy kolanie. Podniósł ją i postukał w nuty.- Będzie mało płynnie.
- Nie szkodzi. Tylko mnie już nie irytuj.- potarł skronie, demonstrując kiepski nastrój. Pokręciła nadgarstkiem w ramach rozgrzewki, po czym krótko docisnęła najsłodszy dźwiękiem klawisz. Rozlał się po niej w przyjemnym dreszczu, proponując zatracenie. Spod półprzymkniętych powiek obserwowała pięciolinie pomazane atramentem w nieprofesjonalny sposób. Wniosek był oczywisty, iż sam to zapisał. Z gracją ślizgała palce z jednego końca instrumentu na drugi. Każde uderzenie było dokładnie wyważone, proporcjonalne do prawidłowości melodii. Nie znała jej, ale umiała wyczuć jej sentymentalną głębię. Mówiła jej o samotności wśród ludzi, łudziła życiem zamkniętym w złotej klatce. Piękny utwór rozpłynął się w koszmar po drugiej, sekundowej pauzie. Chaotyczne myśli zaczęły przebijać się pomiędzy smutkiem, tworząc jawny zły sen. Ręczne pismo pięło się szybciej, niżej, niżej, niżej. Końcówka zaskoczyła. Z przyspieszonym podnieceniem oddechem, zamigotała między wysokim-niskim-niskim-niskim-wysokim. Zamknęła oczy, zdając sobie sprawę z ogromu uczuć, który został włożony w stworzenie tego. Piękny umysł pochłonął ją bez reszty, ciągnąc na dno dawnej pasji. Dużo czasu minęło odkąd ostatni raz grała, ponieważ nie mogła znaleźć dzieła odpowiedniego do przeżycia. Teraz leżało przed jej oczyma, leniwie powiewając na wietrze wniesionym przez otwartą okiennicę.
- Wyjątkowy utwór. Czy autor jest znany?- chrząknęła cichutko, próbując wyjść spod ogromnego wrażenia.
- Jeśli pytasz o sławę między ludem to odpowiedź brzmi nie.- parsknął, wertując strony notesu.
- Pan zna autora?- dociekała, bezwstydnie zaglądając mu ponad ramię.
- Ja jestem autorem. Przecież widać po ręcznym piśmie.- odpowiedział poważnie, uginając z niepokojem skroń.- Cholerne dziwki zawsze coś poprzestawiają. Mówiłem, że nie wolno im dotykać nut skoro nie mają o nich pojęcia. Czasem zastanawia mnie czy one w ogóle przejmują się moimi prośbami.- ściągnął włosy do tyłu, wiążąc je w kitę. Przy okazji uderzył ją łokciem w policzek, przywołując do rezonu.
- Znam się na nutach. Mogę się nimi zajmować.- zaproponowała, mając nadzieję na bliższy kontakt z większą ilością tak poetycko poprawnych dzieł. Obrócił się do niej, najwidoczniej zdziwiony jej inicjatywą.
- Jeśli je pomieszasz nie zamierzam być delikatny ani trochę. To dla mnie cenniejsze od reszty przedmiotów, które tu trzymam. Mimo wszystko chcesz się tym zająć?- upewnił się, szukając w jej oczach śladów nieodpowiedzialnej złośliwości.
- Owszem. Lubię wszelki kontakt z powstającą sztuką.- przekrzywiła lekko głowę, cofając się o dwa centymetry.- A delikatny i tak pan nigdy nie zamierza bywać.
- Wbrew pozorom nie wiesz jeszcze jaki jestem.- uśmiechnął się zawadiacko, wracając do przeglądania. Postawił notatki na prawidłowym miejscu i nakazał grać. Melodia była wyraźnie spokojniejsza, choć równie dopracowana. Każdy dźwięk miał swoje odbicie w kolejnym, tworząc prześliczny akompaniament dla tykania zegara. Złączyła wszystkie zmysły w jeden. Dodała słodkawy smak, zakurzony zapach, staromodny widok. Wystawiła scenę do podziwu przez nią samą. Owinął ją strumień ciepławego słońca, przebijającego się z muzyki. Zwizualizowała poranek, obojętność plecioną minionymi wydarzeniami. Przeleciało bogate, acz dołujące dzieciństwo. Czuła, jakby to jej wspomnienia zawarte były na kartkach. Coś łączyło ją niezaprzeczalnie z tym człowiekiem, a nuty opowiadały tę historię. Z mocniejszym uderzeniem zapłakała wraz z bohaterem tragedii, by potem podnieść się i żyć dalej w neutraliźmie. Nie mogła grać dalej. Rzuciła się na szyję swojemu kompanowi, łzami mocząc mu szatę. Z oporem uniósł ręce, objął ją i mocno przycisnął do siebie. Chyba nie widział się w takiej roli. Oparł brodę o jej włosy, wciąż w jakiś sposób utrzymując dystans personalny.
- Uspokój się, kretynko.- powiedział w końcu, gdy po kilku minutach nadal słyszał szloch. Pociągnęła nosem, odsunęła się i zrobiła pierwszy krok do kresu potopu.
- Rozumiem pana.- wychrypiała, zakładając kosmyki za ucho. Kiedy podniósł dłoń myślała, że uderzy ją za złe zachowanie, on jednak tylko otarł jej twarz ze słonej wody.
- Poprzez odegranie moich uczuć nie jesteś w stanie zrozumieć wszystkiego, księżniczko. Musiałbym opowiedzieć to wszystko o co mnie posądzasz.- wykrzywił się smutno, nie okazując zdziwienia jej empatią.
- Opowiesz mi?- zapytała, świecącymi oczami wpatrując się w jego obsydianowe.
- Może wieczorem, kiedy całkiem wrócisz do siebie. Jeśli wciąż będziesz chciała coś usłyszeć.
- Dziękuję.- skinęła, zgarbiając się.- Proszę pana.- dodała, wcześniej zapominając o tej grzeczności.
- Mów mi Vinctus, pod warunkiem, że przestaniesz buntować się, kiedy nazywam cię May. Zgoda?- wyciągnął rękę, jakby miał to być profesjonalny układ wspólniczy. Potrząsnęła nią mało energicznie, przywdziewając cień uśmiechu.