Skończyli pracę mocno po piątej nad ranem. Dokumentów okazało się być więcej, niż mogli przypuszczać. Malum zebrał je razem, obwiązał sznurkiem i zabrał ze sobą. Musiał niezwłocznie wracać do swojej posiadłości. Pożegnał się uprzejmie, obiecując przyjechać niedługo, aby nie nudziła się sama. Vinsowi miało trochę zająć jego zadanie. Wtenczas mogła poszperać dyskretnie w poszukiwaniu wskazówek, co do jego przeszłości. Krótkowłosy wyjaśnił jej sytuację z cieniem tylko jednym słowem: Elisa. Pragnęła zagłębić się nieco w to wszystko, bo na tą chwilę mało rozumiała. Dobrze, dziewczyna mogła ukazać mu się, gdyż podobno żyła w tym lesie, ale dlaczego popędził za nią? Z tego co mówił jego brat - to nawet nie była miłość. Czy zdarzyło się coś o czym wie tylko Vinctus, a co ma decydujące znaczenie? Usiadła na fotelu w saloniku, przyglądając się uważnie półkom. Gdzieniegdzie powtykane były kartki, jednak nie zapisano na nich niczego istotnego, czego dowiedziała się już jakiś czas temu. Przebiegło jej przez myśl, by zajrzeć do jego pokoju. Musiał chować jakieś informacje, skoro nikogo nie chciał tam wpuścić. Ten jeden raz, gdy u niego była, nie rozglądała się. Powoli wstała, niepewna czy to dobry plan. Gdyby ktoś ją przyłapał nie byłoby zbyt ciekawie. Przekładała z wahaniem stopy, cichutko przemierzając korytarz. Stanęła przed zamkniętymi drzwiami, mając ostatni moment, by się wycofać.
- Trudny wybór, prawda?- zadrwił kobiecy głos, uświadamiając jej czyjąś obecność. Odwróciła się, by spojrzeć prosto w błękitne oczy Rache.
- Mam kłopoty?- zapytała instynktownie, wzdychając cierpiętniczo. Blondynka parsknęła, kręcąc głową nad jej głupotą.
- Nie masz, ale nie wypróbowuj mojej cierpliwości. Czego zamierzałaś szukać w jego komnatach?- podparła ręce pod boki, przyjmując pozę wyrachowanego oprawcy.- Tylko nie kręć.
- Chciałam... chciałam się przekonać czego tak pilnie strzeże.- rzuciła półprawdą, przytakując samej sobie. Niemka dłuższą chwilę walczyła ze sobą, zanim pokonała ją sympatia do May.
- Możesz tam posprzątać. Dam ci dwie godziny, po upływie których więcej nie będziesz próbować się wkraść. Zgoda?- wyciągnęła szczupłą dłoń, przyglądając się rudowłosej spod przymrużonych powiek.
- Dziękuję.- mruknęła z uśmiechem, pieczętując uściskiem umowę. Szybko pobiegła na górę, odebrać miotłę ze składzika. Powróciła równie gładko, bez obaw otwierając tajemnicze wrota. Przesunęła wzrokiem po - całkiem zwyczajnym właściwie - wnętrzu. Brązowe ściany, kilka półek z książkami, nieduży dywan, łóżko z twardym materacem, stolik, fotel i szafa. Jedna z lamp była zepsuta, więc nocą wszystko przykrywał ponury półmrok. Ucieszyła się, że przyszła tu w dzień, gdy okno rzucało wystarczającą ilość światła. Omiotła pospiesznie podłogę, pamiętając, iż kiedy stąd wyjdzie musi być choć odrobinę czyściej, dla zachowania pozorów. Przy parapecie znalazła szmatkę. Sprawnie przetarła nią kurze i pajęczyny. Pościeliła jeszcze leże, otrzepując przy okazji poduszki.
- Tyle wystarczy.- zapewniła samą siebie, zadowolona z efektów. Zamierzała, jeśli wystarczy jej na to czasu, dodatkowo umyć okienko. Na razie podążyła jednak do szafy, spodziewając się ukrytych w niej treści. Odpuściła wertowanie jego ubrań, klękając ku wypełnionej przedmiotami dolnej części. Kilka luźnych stron, zapisanych pochyłym pismem, tak charakterystycznym dla niego. Niektóre były wierszami, inne luźnymi spostrzeżeniami, jakby wyrwanymi z dziennika. „Dziwna sprawa, nigdy nie czułem niczego w tym stylu. Coś ciągnie mnie do niej i nie jestem pewien, czy to ja sam o tym decyduje, czy obca siła. Mała ma w sobie coś nietypowego, czego nie miała żadna poprzednia, jednak nie powiedziałbym niczego wyjątkowego o jej umyśle. Brakuje mi jakiegoś elementu, ale jakiego? Ile mam czasu, żeby się w tym połapać, zanim zupełnie się dla niej zatracę?“. Zmarszczyła brwi. Jak ma cokolwiek zrozumieć z tej paplaniny? On sam widocznie tego nie potrafił. Z frustracją przełożyła kartki na bok, oglądając inne rzeczy. Pęk pędzli, pudełko pełne farb, pojedyncza strzała, pleciona bransoletka, wysuszona róża, puste pergaminy, kompas, złożona luneta, metalowy pręt, para gwoździ i połamany grzebień. Nic z tego jej nie interesowało. Zamknęła szafę, zbliżając się do półek. Wyciągnęła najbardziej zniszczoną z książek. Okładka była popalona, a strony mocno już pożółkłe. Wyglądała na diariusz, ale nie ten, którego fragment czytała. Tekst był z pierwszej ręki, dyktowany przez mężczyznę. Dukt nie zgadzał się z należącym do Vinctusa, lecz rozpoznawała podobieństwa. Musiał należeć do kogoś z rodziny. Skupiła się, szukając w myślach czy znała litery Maluma. Prędko przekonała się, że nie, co w niczym jej nie pomogło. Wykreśliła go mimo wszystko. Dlaczego jego dziennik miałby być tutaj? Rozważyła zabranie go do siebie, rezygnując bystro. Na pewno oberwałaby za to, gdy czarnowłosy by wrócił. Nie miała także czasu, aby poczytać, więc odłożyła go starannie na miejsce. Fuknęła zniecierpliwiona - to wszystko było bezcelowe.
Zsiadł z Nigruma, nie chcąc wykończyć go bezustanną jazdą. Marcus zeskoczył w kłusie z Veloxa, popisując się zwinnością. Zareagował prychnięciem, wzruszeniem ramionami, wywróceniem wzrokiem i skręceniem głowy w przeciwną stronę.
- Cóż za pokaz.- zadrwił mu w odpowiedzi, przywiązując swojego perłowego rumaka, tuż obok jego karego.
- Przypomnij mi, dlaczego jeszcze znoszę twoje towarzystwo?- warknął, otwierając przed sobą drzwi oberży. Gospodarz natychmiast rzucił się w ich stronę, wyczuwając zysk.
- Ponieważ instynktownie wyczuwasz swoje skretynienie oraz moją wyższość.- oznajmił wyniośle jego towarzysz, ciszej dodając:- Również dlatego, że jestem najlepszy w swoim fachu.
- Kto tu jest idiotą?- wzniósł oczy do nieba, jakby prosił o cierpliwość. Otyły facet, owinięty splamionym fartuchem, podszedł do nich, kłaniając się nieco średniowiecznie.
- Czego panowie sobie zażyczą?- wyseplenił przejętym głosem. Porozumieli się spojrzeniem, uznając, że konkurs głupoty wygrał właśnie on. Usiedli w najgłębszym kącie sali, zmuszając typa, by za nimi podążył.
- Dwa kufle piwa. Przed wejściem są nasze konie. Napój je i daj siana.- poinstruował Marcus, wydając się o wiele bardziej władczym, niż w pierwszej chwili. Sprzedawca powtórzył dokładnie, co ma zrobić, zanim odszedł w pośpiechu.- A teraz do rzeczy.- zwrócił się do długowłosego, odrzucając dominujący ton.- Jak to ma wyglądać? Przyjedziemy tam i co?
- Pogadam z tą całą Teresą, wyciągnę coś o jej mężu. Jeśli będzie skora do pomocy to może znajdzie nam dokumenty, które Gonde przysięgał, że ma gdzieś na strychu.- wyjaśnił pokrótce. Nie lubił papierkowej roboty, ale byli w plecy ze zleceniem, więc musiał się tym zająć.
- Co gdyby nie była chętna na współpracę?- zagadnął. Wrócił właściciel, stawiając przed nimi zamówienie. Prędko się oddalił, widząc, iż przeszkodził w rozmowie.
- Sam dobrze wiesz. Trzeba będzie przeszukać budynek, tak czy siak. Włamiemy się.- uniósł kufel jak do toastu, po czym pociągnął zdrowy łyk.- Uch. Jeden dzień, a ja już tęsknię do moich win.- skrzywił się, zniesmaczony.
- Gdybym był tobą, tęskniłbym raczej do tej rzeszy kobiet.- uśmiechnął się półgębkiem Marcus, jeszcze bardziej znacząco wyginając - i tak już zdeformowany - łuk brwiowy.
- Wątpię, by którejś brakowało mojego towarzystwa.- parsknął, zdziwiony, iż jeszcze nie znudziły mu się drwiny w tym temacie.
- A droga Rache?- przypomniał, kontynuując. Przywołał wesołe iskry do oczu, co zdecydowanie dawało Vinsowi podstawy do nowych sądów o przyjacielu.
- Droga Rache rzadko ostatnio ma czas na rozmowy ze mną. Dużo pracuje.
- Więc Sofi? Komu będzie gotować, skoro ciebie zabrakło?- zacmokał brązowooki, popijając swój trunek.
- Chociażby Malumowi, który zobowiązał się często tam przebywać.
- Czymże ta obietnica była spowodowana?
- Dobrze wiesz czym.- posłał mu wymowne spojrzenie, irytując się bliskością uciążliwej kwestii. Ulubionym przedmiotem konwersacji Marcusa była ostatnio Melodie, czego on osobiście, nie mógł pojąć. Uparli się wszyscy, by męczyć go tą dziewczyną, podczas gdy on najchętniej odsunąłby wszelkie myśli o niej. Zerknął dookoła, rejestrując dość obskurne wnętrze. Brudną podłogę właśnie próbowała uprzątnąć jakaś kobieta. Zapewne żona gospodarza. Przysadzista, niziutka, z zatroskaną miną. Przypominała partnerki wikingów. Podśpiewywała coś pod nosem, lekko marszcząc przy tym czoło.
- Może ty za którąś cnisz?- nagabnął niewinnie, ściągając na siebie jego uwagę.
- Nic ci do tego. Zamknij się. Trzeba było zostać z Malumem, jeśli chciałeś rozprawiać o takich bzdurach.- potarł nerwowo skroń, zabijając kompana spojrzeniem. Zapowiadała się długa podróż.
Rozłożyła się na łóżku, gładząc materiał kołdry. Poddała się. Niczego w tym pokoju nie ma. Przejrzała półki, szafę, stolik, a nawet podłogę pod dywanem. Nic, ponad drobne notatki i dziennik niewiadomego pochodzenia. To nie wystarczało. Wciągnęła głęboko powietrze, rozpoznając zapach Vinsa. Czy on by jej pomógł? Postanowiła spróbować, kiedy powróci. Zwizualizowała sobie jego osobę, sprawdzając jak dobrze zapamiętała poszczególne elementy. Mocne brwi, obsydianowe oczy, skrzywiony nos, sznyta na ustach, zeszpecenie przy dalszych granicach zadbanego zarostu, rozległe oparzenie po lewej stronie szyi. Poskładała to w całość, łącząc najistotniejszym elementem - długimi przed łokieć, poskręcanymi, czarnymi włosami. Wolała nie przypominać sobie reszty jego ciała. Wystarczało tyle.
- Melodie, twój czas minął.- uprzytomniła jej Rache, wsuwając głowę przez uchylone drzwi. Roześmiała się, spostrzegając gdzie rudowłosa się znajduje.- Rozumiem, że trochę ci brakuje towarzysza?
- Nie, to wcale nie to.- burknęła zarumieniona, uciekając z twardego materaca. Przepchnęła się obok starszej dziewczyny, nie zaszczycając jej swym wzrokiem ani na sekundę. Zwiała czym prędzej do siebie, po drodze oddając miotłę. Nie cieszyła się długo spokojem. Ktoś leciutko zapukał.- Proszę.
- Można?- blondynka gładko wślizgnęła się do środka. May podziwiała jej urodę. Miała mocne rysy, lecz delikatne usposobienie. Śliczne, złote kosmyki splatała z boku w malutkie warkocze, by resztę puścić wolno po plecach. Drobne, jasne piegi pokrywały jej ramiona, przechodząc po barkach do bladej twarzyczki. Błękitne ślepia zawsze pałały sympatią oraz ciepłem, jakiego nie widziała dotąd u nikogo innego. Mimowolnie skinęła przyzwalająco, wpatrując się uważnie w tę przyjazną postać.- Zdawało mi się, że nie masz z kim gawędzić. Mam rację?
- Trochę.- przyznała szczerze, podciągając kolana do siebie. Rache skorzystała z tego, wdrapując się na miejsce obok niej.
- Wyobraź sobie, iż ja także. Skończyłam wczorajszą pracę na tyle sukcesywnie, że dziś nie mam nic do roboty. Mogę z tobą posiedzieć?- zapytała, rozbrajając ją swoim uśmiechem.
- Jasne, będzie mi miło.
- Cudnie. Zacznijmy od dowiedzenia się, jaka jest twoja historia. Moją już znasz.- przypomniała, świecąc podekscytowaniem.
- Uciekłam z domu. Zgarnęli mnie za jakieś przestępstwo, którego nie popełniłam. W drodze na plac, gdzie mieli wykonać na mnie karę chłosty, zostałam porwana przez przemytników. Ci z kolei sprzedali mnie komuś w porcie. Ten, będąc gejem, wymienił mnie za niewolnika dla siebie. Stamtąd wykupił mnie Vinctus i oto jestem!- zamaszystym gestem rozłożyła teatralnie ramiona, prawie trącając koleżankę w pierś. Ta zachichotała, doceniając artystyczny wydźwięk.
Rozmawiały w ten sposób następne kilka godzin, przeskakując łatwo z tematu na temat. Odkryły, że całkiem nieźle się dogadują.
Dotarli do posiadłości Gonde’ów tuż przed zmrokiem. Jazda konna wystarczająco go odstresowała, by teraz mógł bez przeszkód załomotać do bram właścicielki. Marcus był dobre pół kilometra za nim, więc do drzwi podszedł samotnie. Nie zawahał się, mimo niezbyt odpowiedniej pory. W całej okolicy zabrzmiało jego doniosłe pukanie. Jeśli Teresa była w domu - musiała usłyszeć. Dał jej najwyżej pięć minut na otwarcie, gdyż domostwo nie było szczególnie wielkie. Zaświeciło się okienko przy wejściu, obwieszczając czyjeś przybycie. Ukazała się przed nim młodziutka dziewczyna, o surowej twarzy, ściągniętej powagą.
- Pani Gonde nie ma.- obwieściła.- Czy coś przekazać?
- Poszukasz mi, dziecko, dokumentów pana Gonde, które powinny być na strychu?- dopytał od razu, kątem oka spostrzegając, że Marcus w końcu do niego dołączył.
- Nie jestem osobą decyzyjną. Nie wolno mi robić takich rzeczy bez zgody pani Gonde.- odparła zwięźle, już-już zamykając mu przed nosem. Wsunął stopę w szparę między drzwiami, a futryną. Była zmuszona ponownie otworzyć.
- Posłuchaj, lala. Mamy coś ważnego do załatwienia. Twoja pani raczej nie byłaby zadowolona, słysząc twoją odmowę w tak ważnej sprawie.- warknął agresywniej, przymuszając się do miłego wyrazu twarzy. Uśmiechnęła się sztucznie, czekając aż zabierze nogę. Zrobił to, więc trzasnęła, tym razem skutecznie. Zabrzmiał trzask zamka.- Czyli nie po dobroci.- skomentował, odwracając się. Krótkowłosy parsknął głucho, już współczując biednej właścicielce.
Zaczekali dwie godziny pod pobliskim drzewem, zanim zrobiło się zupełnie ciemno. Obgadali w tym czasie plan działania. Kiedy wszystkie światła w okolicy pogasły, zebrali się do dzieła. Wspięli się po zabudowaniach i roztrzaskali okno umieszczone na poddaszu. Marcus pierwszy wskoczył do środka.
- Uważaj, straszny tu syf.- ostrzegł go, zanim pozwolił podążyć za sobą. Znaleźli się w absolutnej ciemnicy.
- Widzisz tu cokolwiek?- zbulwersował się Vinctus, samemu nie dostrzegając nawet konturów.
- Cienias. Chodź.- zarechotał, wspomagając go ściśnięciem ręki na jego ramieniu. Poprowadził go do korytarza, a następnie do schodów. W tym momencie zapaliło się światło, ujawniając postać wściekłej, czterdziestoletniej kobiety.
- Jak śmialiście włamywać się tutaj?- fuknęła, przybliżając się o trzy kroki. Nagle stanęła, wyglądając na zszokowaną.- Marcus?
- Cholera.- zaklął, wkładając w to mało przekonania.- Witaj, Tereso.
- Od kiedy współpracujesz z tym bękartem diabła?- jęknęła przeciągle, przecierając zmęczone policzki. Uśmiechnęli się obaj na to określenie.
- Odkąd pamiętam.- ukłonił się, tylko ją drażniąc.
- Będą ze cztery lata.- wyjaśnił jej grzecznie Vins. Złapała się za głowę, choć była odrobinę uspokojona.
- Spałem z nią pięć lat temu.- uzmysłowił mu szeptem Marcus, zasłaniając dłonią połowę twarzy, by nie czytała z ruchu warg. Długowłosy zacisnął usta w rozbawieniu, decydując się na brak komentarza.
- Czego tu szukacie?- opanowała się, poprawiając podomkę.
- Dobrze wiesz.
- Spaliłam je.- mruknęła pochmurnie. Autentycznie nabrał ochoty, by ją zabić. Zbliżył się nawet, wyciągając dłonie z rozstawionymi szeroko palcami.
- Blefuje.- powiadomił go Marcus, podążając na górę. Natychmiast ruszył za nim. Mimo protestów kobiety, zamknęli się na strychu i przekopali cały burdel, jaki tam chowała. Udało im się znaleźć połowę odpowiednich tekstów.- Czyli to była półprawda. Reszty tu nie ma.
- Zajebiście. Będą kłopoty.
Trzeci dzień go nie było. Leżała bezładnie na łóżku, podziwiając sufit. Brakowało jej męskiego, mocnego głosu. Nie mogła spać. Mijała trzecia w nocy, a ona zachodziła w głowę, gdzie on się podziewał. Potrzebowała dotyku jego silnych rąk i czarnych strąków łaskoczących jej ramion. Przyznała sama przed sobą, że tęskniła. Był jedynym męskim osobnikiem w bliskim otoczeniu. Maluma nie liczyła - zachowywał się tak, jak kobiety wokół niej. Postukała palcem w prześcieradło. Gdyby mogła poczuć chociaż zapach, może udałoby jej się odpocząć. Zrezygnowała z ubierania się. Wymknęła się z pokoju, przebiegając na palcach po schodach. Rozejrzała się uważnie, czy w korytarzu na dole nikogo nie ma. Nie zarejestrowała ruchu, więc przesunęła się bezgłośnie do drzwi jego czterech ścian. Zamknęła za sobą i zapaliła lampy, by zorientować się, jak trafić na materac. Przy okazji upewniła się, że jest tu sama. Zapamiętując krótką drogę, zgasiła światło. Opadła na poduszki, wciągając upragnioną woń. Roześmiała się, uprzytamniając sobie niedorzeczność tej chwili. Nie zdążyła się zorientować, kiedy zasnęła.
- Co jest kurwa?- warknął nisko jakiś mężczyzna. Skupiła się, próbując unieść zmęczone powieki. Przetarła je mocno, opierając się na łokciu, dla lepszej widoczności.
- Vinctus...- zająknęła się, nagle całkiem przytomna. Była w jego komnatach. Nie powinna tu być.
- Co do cholery robisz w moim łóżku?- ucisnął nasadę nosa, mimowolnie pożerając wzrokiem to, co wystawało poza kołdrę. Instynkt zareagował prosto. Wstała, pokazując całą resztę. Wciągnął ostro powietrze.- Cios poniżej pasa.
- Wybacz. Ja... może sobie pójdę.- wymamrotała, zasłaniając przedramieniem piersi. Nie ruszyła się z miejsca, nie mając dość odwagi. Wygiął drwiąco brew.
- Rozumiem ten strach. Jesteś świadoma, że nie wolno ci tu wchodzić.- skinął, rozpinając guziki koszuli.- Uspokój się i wyjaśnij mi, co cię sprowadziło? Byle szybko, jestem padnięty.
- Ja...- zaczęła znowu, szukając inspiracji w wystroju pomieszczenia. Przybliżył się, zasłaniając półnagim torsem jej pole widzenia.
- Tak, ty. To wiemy oboje. Dalej.- pospieszył, gładząc jej miękkie kosmyki. Spojrzała mu w oczy, zatapiając się w ich głębi. Walczyła z własną samokontrolą, byle tylko go nie pocałować. Odchrząknął sugestywnie.
- Nie mogłam spać.- rzuciła w końcu.- Brakowało mi twojej obecności.- dodała, czując wypływający rumieniec. Musnął opuszkami palców jej policzek. Pochylił się i cmoknął czubek jej włosów.
- Jesteś urocza.- parsknął. Oddalił się, by zmienić ubranie. Pokręciła stopą w dywanie, zamierzając zadać niepoprawne pytanie. Związał włosy w luźną kitę, ponownie podchodząc.- O co chodzi?
- Mogłabym... zostać z tobą?- spuściła wzrok, spodziewając się stanowczej odmowy.
- Mogłabyś, ale spróbuj tylko się rozpychać, a urwę ci łeb.
niedziela, 16 sierpnia 2015
czwartek, 13 sierpnia 2015
Dwunasty.
Cztery ściany w kolorze jasnego brązu, z czego jedna znacznie pochylona ku podłodze. Gdyby dach był bardziej stromy, mogłaby zachować prawie prostą pozycję. Wmontowane w nią było okno, kształtem przypomninające półkole. W przeciwległych kątach pokoju poustawiane były szafy, kredensy, stoliki i inne tego typu. Wszystko z mocnego, hebanowego drewna. Może, gdyby porozstawiać je w rozsądny sposób, robiłyby wrażenie. Ponakładane na siebie i ponarzucane wręcz stosami - nie dawały nawet ułudy przyjemnej atmosfery. Uroku nie dodawały również rozrzucone graty, papiery oraz kartonowe pudła pełne niewiadomo czego. Ponad głową miała trzy, dość nisko opuszczone lampy. Żarówka jednej z nich była roztrzaskana, więc jej odłamki zapewne leżały teraz skryte pod całym tym bałaganem, błagając, by nadepnąć na nie bosą stopą i krzyknąć w oburzeniu z bólu. W rogu naprzeciw niej, farba poddawała się działaniu pleśni, zachodząc biało-zielonym grzybem. Coś otarło się o jej kostkę, lecz równie szybko jak się pojawiło - zniknęło.
- Tu są myszy.- odparła nieco rozbawionym, choć raczej zdziwionym głosem. Nie bała się tych małych futrzaków właściwie nigdy, skąd taki spokój. Nie była pewna czy dobrze wywnioskowała, jednak prawdopodobieństwo, iż był to innego rodzaju gryzoń, było raczej nikłe. Podskoczyła, czując jak męska dłoń delikatnie dotyka jej kibici. Zaraz potem otrząsnęła się, karcąc w duchu zbytnią nerwowość. Nie miała absolutnie żadnych powodów do obaw, a dzisiejszy towarzysz wywoływał w niej więcej zaufania niż ktokolwiek inny w promieniu dwudziestu mil. Zakapturzona postać przemknęła się do okiennic, uchylając je ze zgrzytem zamka. Zapach kurzu rozniósł się po całym pomieszczeniu i nie potrafiła powstrzymać kichnięcia.
- Na zdrowie! Brzmisz jak mały kotek.- podsumował, wyglądając na zewnątrz. Dzień był bardzo słoneczny, niestety całkiem bezwietrzny. Współczuła Vinctusowi, który dwie godziny temu udał się w drogę do jakiegoś odległego miasteczka, po drugiej stronie granicy kraju. Nie mógł wybrać gorszej daty. Obejrzała się i przymknęła drzwi, zauważając chowające się za nimi, pospinane pliki z dokumentami. Choć może bardziej odpowiednim słowem byłoby „poobwiązywane“, gdyż były z dwóch stron oplecione sznurkami. Przysunęła je bliżej środka pokoju, aby później nie zapomnieć o sprawdzeniu ich. Mężczyzna wydał z siebie pomruk pełen zastanowienia, nurkując między stertę mebli. Po chwili wyciągnął stamtąd słabej jakości, acz nadzwyczaj pojemny worek, który chyba wypełniony był większą ilością materiałów do sprawdzenia. Ich zadaniem było odnaleźć ważne pisma, potrzebne do rozwiązania sprawy klienta braci. Choć udawała profesjonalną, kompletnie nie wiedziała o co chodziło, ani jaki sposób usług świadczą, poza oczywistym krawiectwem.
- Czego dokładnie mam szukać?- zapytała w końcu, gdy chęć pomocy przezwyciężyła prawdopodobieństwo upokorzenia się. Postukał palcami w dolną wargę, najwidoczniej kontemplując nad tym, ile powinien jej zdradzić.- Mógłbyś zdjąć ten płaszcz. Nie boję się twojej twarzy, a tobie zdecydowanie musi być gorąco.- dodała mrukliwie, niepewna czy bezpośredniość będzie dobrym pomysłem. Roześmiał się serdecznie, kolejny raz ją zaskakując. Mimowolnie odpowiedziała uśmiechem, całkowicie rozluźniając się w duchu. Rozplątał wiązanie, zrzucając z ramion materiał. Złożył go niedbale i rzucił w puste miejsce na podłodze. Jak zawsze przeleciał ją słaby dreszcz, jednak dawno już przywykła do tego widoku.
- Szukamy papierów z nazwiskiem Loyd. Zarówno oficjalnych, jak prywatnych, a także wszystkich innych w których choćby zostało ono wtrącone.- wyjaśnił pogodnie, sięgając po pierwszą stronę. Zrobiła to samo, nie prosząc o żadne więcej informacje. W ciszy przeglądali każdą kartkę, jaką znaleźli, co miało zająć sporo czasu. Po upływie dwudziestu minut, gdy jedynymi słyszalnymi dźwiękami był szelest wykonywalnych czynności, wspólne oddechy i ptactwo za oknem, jej towarzysz zdecydował się ponownie odezwać.- Nigdy nie lubiłem pracować w ciszy. Tym różnimy się z Vinsem. Jeśli chciałabyś coś wiedzieć to pytaj. To może być cokolwiek, nie ograniczaj się do aktualnie wykonywanych robótek.- zachęcił, spoglądając na nią przymilnie. Dlaczego miałaby nie skorzystać z okazji? Dzięki niemu mogła dowiedzieć się rzeczy o których normalnie nikt słowem by przy niej nie wspomniał. Myśląc „nikt“, miała na celowniku samego Vinctusa. Był potwornie skryty, choć starał się sprawiać wrażenie przychylnie nastawionego.
- Po co właściwie tego szukamy?- nasunęła jej się pierwsza kwestia. Dłuższy czas ciekawiło ją, czym takim bracia się zajmują. Krótkowłosy zmarszczył brwi, gładząc swoją kozią bródkę. Jednocześnie wciąż czytał, co ona również starała się robić.
- Dokładnie wyjaśnić nie mogę, gdyż każda konkretna informacja mogłaby zagrozić twojemu życiu, gdyby ktoś wyciągnął z ciebie przekazaną wiedzę. Spróbujmy pokrótce... Powiedzmy, że parę lat temu miałem żonę. Piękną, kochającą... W każdym razie...- wyraźnie zgubił wątek, rozpraszając się wspomnieniami. Rozczuliło ją to i zapragnęła, by opowiedział jej o tym fragmencie swojego życia.
- Rozjaśnisz mi trochę jej postać? Vinctus pobieżnie mówił, co się wydarzyło, jednak chciałabym mniej krwawych szczegółów, a więcej samej historii.- poprosiła subtelnie, mając nadzieję, że możliwość wygadania się go ucieszy. Nie pomyliła się, bo wesołe ogniki zagościły w jego oczach.
- Naprawdę chciałabyś posłuchać?- autentycznie się rozanielił. Uświadomiła sobie fakt, iż prawdopodobnie nikt wcześniej nie zrobił mu takiej prośby, ze względu na niepoprawność jego związku. Wszyscy tutaj byli potwornie sztywni, co jeszcze nie zdążyło się jej udzielić. Skinęła głową, sięgając następny plik.- Kiedy miałem siedemnaście lat, moją opiekunkę zastąpiła prywatna służąca. Miała na imię Civis i była najpiękniejszą kobietą świata, nawet jeśli brzmi to raczej nader emocjonalnie. Jej włosy zależnie od światła przybierały odpowiednią barwę brązu. Usta rozprawiały wyłącznie o rzeczach roztropnych. Figura przyćmiłaby niejedną dziedziczkę tronu. Jednak ja zakochałem się w jej oczach. Lawendowych, wyjątkowych. Nikt inny nie mógł mieć podobnych. Ona jedyna rozmawiała ze mną, jakbym nie był nic niewartym śmieciem. Mój ojciec, co prawda wychował mnie, aczkolwiek nie poświęcał mi czasu. Byłem wypadkiem, którego skutki konsekwentnie ponosił. Civis dbała o moje samopoczucie z obowiązku i dla swojej własnej przyjemności. Wielokrotnie powtarzała mi, że naprawdę lubi moje towarzystwo, gdy tylko poczułem się na tyle niepewnie, by o to pytać. Do końca nie wiem jak to się stało. Widywałem ją co dzień, często nie opuszczając nawet na chwilę. Staliśmy się sobie bliscy, co wcale nam nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Cieszyliśmy się z tego dziwnego uczucia, choć Vins uparcie powtarzał, że to niewłaściwie. Ojciec się dowiedział, przez co miała kłopoty. Obiecałem jej wolność, którą nosiła w sobie. W tamtym czasie spotykaliśmy się ukradkiem, z pozoru wracając do relacji, jakie według społeczeństwa powinniśmy mieć. Nic prócz niej się nie liczyło, więc gdy zmarł mój rodziciel, natychmiast się jej oświadczyłem. Oczywiście, zachowałem stosowną żałobę, bo kochałem tego człowieka. Wziął mnie pod swoje skrzydła, ucząc, że jeśli już popełni się błąd to należy iść z nim dalej i czerpać z niego mądrość. Byłem jednak równocześnie szczęśliwy z moją ukochaną, nie potrafiąc dłużej udawać. Zaczęły się szmery wśród ludzi, ale ja naprawdę miałem to gdzieś. Nie potrzebowałem swojej pozycji, Civis była dla mnie wszystkim. Nie wyobrażasz sobie w jak wielkiej euforii się znalazłem, gdy w kilka miesięcy po zamęściu, zaszła w ciążę. Miałem zostać ojcem dziecka najwspanialszej kobiety, jaka kiedykolwiek była mi znana. Czułem się kochany i kochający. Ignorowałem pełne nienawiści szepty przechodniów oraz zachowanie niektórych sprzedawców. Oni nie rozumieli, jakim uczuciem było posiadanie czegoś tak pięknego. Vins bronił mnie, póki mógł. Potem stało się to, co się stało.- posmutniał, przerywając na moment wodzenie palcem w tekście. Obejrzał się na okno, szukając wytchnienia w słońcu.- Przeskoczyłem nad tym. Nie chciałaby, żebym zostawił go samego. Może jest starszy, ale nie umiałby rozsądnie się sobą zająć. Dzięki niej mam siłę, by wstawać rano z łóżka i pracować. On się z tego śmieje, lecz ja wiem, że jej duch nade mną czuwa. Gdyby nie - pewnie wcale nie przeżyłbym pożaru. Brzmię sentymentalnie?- zachichotał, odrzucając nagle powagę, która przed sekundą tak mocno go ściskała. Posłała mu pełen ciepła uśmiech.
- To bardzo piękne.- skomentowała podobnie do poprzedniego razu, gdy słyszała tę gadkę od innej strony.
- Dziękuję.- wyraźnie odebrał to jako miłe połechtanie po ego. Vinctus na każdy komplement reagował dość nerwowo, co znacząco różniło ich od siebie.- Wracając do pierwszego tematu. Od czasu, gdy Civis nie żyje zaczęliśmy z bratem pewien interes, który wykopał mnie ponownie na wysoki status i nieco przywrócił sympatię. Czasem jest to kontrowersyjne zajęcie, ale odnajdujemy w tym przyjemność. Nieraz zajmujemy się kilkoma klientami na raz, przez co robi się zamieszanie, dokładnie takie jak dziś. Dlatego szukamy zaległych dokumentów. Są mi niezwłocznie potrzebne na miesiąc wstecz.- wytłumaczył pobieżnie, odkładając na bok pierwszą trafioną stronę. Uznała, że taka dawka informacji w tym kierunku jest zadowalająca. Zresztą nie było szans na wyciągnięcie czegoś bardziej szczegółowego - nie zamierzała podpaść.
- Opowiesz mi coś o sobie? Na przykład skąd wzięło się to krawiectwo?
- To akurat jest proste. Miejscowy krawiec był wyjątkowo... nieprzychylnym mi osobnikiem. W związku z tym zawziąłem się, poczytałem trochę i spróbowałem sam. Moja żona wyłącznie dzięki mnie nosiła wyjątkowe, szyte z całkowitym oddaniem suknie. Z czasem znajdywały się osoby, które chciały kupić jakiś z moich strojów, a ja chętnie pomagałem. Nigdy nie stroniłem od spełniania życzeń. Potem stało się to moim zawodem, czego nigdy nie pożałowałem. Lubię babrać się w materiałach, tworząc niepowtarzalne kroje czy zdobienia. Buty również umiem robić, choć to już trochę inna bajka. Tych nie zwykłem sprzedawać nikomu poza samym Vinctusem. To strasznie nudne zajęcie, zupełnie różne od ścibienia barwnych szat.
- Rozumiem.- pochyliła się, dokładając kartkę do poprzedniej właściwej, którą on znalazł. Wypracuje sobie podzielność uwagi na poziomie eksperta.- Czym jeszcze lubisz się zajmować?
- Drażnieniem brata. Tylko mu nie mów.- położył konspiracyjnie palec na ustach. Zachichotała, kręcąc głową z niedowierzaniem.- Wiele takich rzeczy by się znalazło. Lubię z tobą przebywać, pomagać Rache w jej królestwie, sprawiać ludziom radość, urządzać przyjęcia, spać, czytać wszystko, co wpadnie mi w dłonie i jeść nietypowe potrawy. Kiedyś również interesowałem się magią iluzji, jednak szybko dałem spokój. A ty? Mało kiedy kreślisz mi coś o sobie.
- Hm, ciężko powiedzieć. Lubię grać na fortepianie i interpretować melodię, czytać poezję, rozmawiać z osobami, które traktują mnie poważnie, pomagać, malować...
- Malować?- przerwał jej, podnosząc wzrok znad pisma. Zarumieniła się mimochodem.
- Amatorsko.- burknęła, speszona jego dociekliwością.
- Vinctus wie?
- Dlaczego miałby?- potarła nadgarstek, chowając nos w swoim pliku. Wyjęła kartkę z wyraźnie nakreślonym „Loyd“ i odłożyła ją na stertę.
- Znalazłby starą sztalugę. Dostałabyś ją do pokoju. Kiedyś sam próbował, jednak ze złością odkrył, że nie wszystko za co się weźmie musi mu pasować.- zarechotał złośliwie, przypominając coś sobie.- Wspomnij mu o tym. Farby również gdzieś powinny być, choć pamiętam, iż miał w planach wrzucić je do rzeki.
- Sympatycznie.- uniosła prawy kącik ust, nie przerywając pracy.
- Przepraszam, przerwałem ci.- zreflektował się.- Chcesz wymieniać dalej?
- Nie, jeśli pozwolisz.
- Chciałabyś może o coś jeszcze zapytać?- rzucił, dając jej czas na przemyślenia. Czy było coś takiego? W zasadzie wiele i nie wiedziała od czego zacząć.
- Czy twój brat miał kiedyś kobietę? Taką naprawdę, a nie... wykupioną?- zawstydziła się przy ostatnim słowie, choć sama nie wiedziała dlaczego. Nic w tym niezwykłego, że fundował sobie towarzystwo, które miało go nie zawieść. Malum zapowietrzył się zamierzenie, by odetchnąć głośno kilka sekund później. Przypomniała sobie słowa długowłosego, iż każdy ruch musiał sprawiać mu ból.
- Nie powinienem sprzedawać jego prywatności. Mimo tego uważam, że cokolwiek powiem - zachowasz dla siebie. Nie, nigdy. Znaczy, była Elisa, ale to było coś jeszcze innego, co ciężko przypisać w jakąś kategorię.- zmieszał się, przekładając parę kartonów. Odłamki żarówki faktycznie odnalazły się pomiędzy nimi, na co nie mogła powstrzymać cichego parsknięcia.
- Opowiesz mi o niej?- zacisnęła nieco wargi, przywołując to imię w głowie. Kim ona była... Ach, tak. Vinctus wspomniał ją, gdy go objęła, dawno temu.
- Różniła się od ciebie. Była cicha, skromna, nieporadna, bała się przebywania tutaj, często płakała. Miała wysoki głos, urocze, rumiane policzki, błękitno-zielone oczy, zadarty nosek i proste, blond włosy do łopatek. Sięgała mi do skroni, więc nie należała do najniższych. Mój brat powtarzał, że mimo wzrostu jest przyjemnie pulchna. Nigdy nie lubił wychudzonych wywłok.- wymamrotał. Przyjrzała się sobie szybko, oceniając czy się do nich zalicza. Zauważył to.- Nie, dziecko. Powiedzenie tego dziewczynie nie jest chyba najlepszym planem, jednak zaryzykuję. Przytyłaś odkąd tu jesteś. W ten pozytywny sposób, oczywiście.
- Malumie, do rzeczy.- upomniała go, nie zamierzając odpowiedzieć na próby karesa.
- Spodobała mu się, jakoś tak wyjątkowo. Zaczął zajmować się nią z większą troską, głównie dlatego, że nie dawała sobie rady sama. Przyszedł taki czas, gdy go pocałowała. Dał się porwać. Starał się dla niej. Jakby zatonął. Pisał wiersze, układał melodie, nawet to przeklęte malarstwo... Chciał dać jej wszystko. Przeliczył się. O ile coś do niego czuła to nie było to tak mocne, jak to, co czuł on sam. W ostatnim prezencie pozwolił jej zdecydować. Wybrała wolność, a on nigdy nie próbował jej zatrzymać. Ostrzegałem go, że tak będzie. Nie polubiłem jej, bo... Nie mów mu tego, nie chcę znów stracić jego obecności...Wydawała mi się dwulicowa.- wystękał, dokładając do stosiku trzy nowe strony. Szło im to całkiem sprawnie, biorąc pod uwagę, że cały czas rozmawiali. Powietrze zrobiło się nieco chłodniejsze, leniwie wpadając przez otwarte okiennice.
- Dlaczego tak ją puścił?
- Bo ją kochał. Przynajmniej tak mu się wtedy zdawało. Później uświadomił sobie, że to tylko zauroczenie, bo nigdy nie miał szansy obcować z kimś takim. Lecz powód był właśnie ten. Sądził, iż odwzajemni uczucie, wróci, zatęskni. Nie zrobiła tego.- wzruszył ramionami. Odniosła wrażenie, że wolałby się mylić. Następne pół godziny przesiedzieli w ciszy, każde pogrążone we własnych rozważaniach.
- Przybliżysz mi wizerunek swojego brata? Chciałabym mieć jakieś nowe spojrzenie na to wszystko.- odezwała się cicho, niepewna każdego słowa.
- Vins jest... skomplikowany. Ciężko cokolwiek o nim powiedzieć. Przeważa w nim sarkazm i brak wiary w jakąś inteligencję, poza własną. Mimo tego, od dziecka był rozważny, a gdy nikt nie patrzył - przejawiał także oznaki troski o innych.- wymówił to w teatralny sposób, jakby było najgorszym z przewinień. Ktoś zapukał do drzwi pokoju, uchylając je od razu. Do środka wsunęła się delikatna, pociągła twarzyczka z mnóstwem piegów i krótkimi, blond włosami. Skinął na nią, aby przemówiła. Nabrała powietrza, piskliwym głosikiem informując, iż Sofi przygotowała dla nich posiłek. Zaraz potem uciekła, speszona osobliwościami.- To była Natalie. Przywiozłem ją ze sobą.- wyjaśnił na jej zdziwione spojrzenie.
- Dlaczego?- dopytała, wstając. Przerwa im się przyda. Siedzieli tu od dobrych kilku godzin. Powoli odczuwała odrętwienie. Postąpił za jej przykładem, także się podnosząc.
- Jest zagubiona. Nie chciałbym narazić takiej bezbronnej osóbki na strach przed samotnością. To miłe dziewczę, byłoby szkoda.- uśmiechnął się z ojcowskim zaangażowaniem. Zeszli po schodkach do jadalnego pokoju, zastając tam obcego dla niej mężczyznę, opartego o kant szafki. Malum jednak poznał go, co wcale nie wydało jej się dobrym znakiem, gdyż zmarszczył nieprzyjemnie brwi.- Marcusie, co tutaj robisz?
- Pomyślmy.- parsknął tamten, patrząc na niego z ukosa. Czarne kosmyki zakryły widoczne zakola. Mógł mieć najwyżej trzydzieści siedem lat. Pogładził zadbaną brodę, czekając na jakąś głębszą reakcję ze strony towarzysza. Jak na zawołanie - twarz okalana bliznami zbladła. Zapragnęła informacji.- Twój kochany braciszek niezbyt uważnie jechał.
- Cholera. Mówże dokładniej. Najlepiej usiądź, zjedz z nami.- uprzytomniał trochę, zapraszając go do stołu. Skłonił się głęboko, odsuwając krzesło dla May. Odpłaciła wdzięcznym uniesieniem kącików warg. Uprzytomniła sobie, że dziwnie często spożywa tutaj obiady, mimo iż nie powinna, jako służebnica.
- Będę zmuszony jeść w pośpiechu, gdyż śpieszno mi wyruszać za Vinctusem.- odparł leniwie jegomość, usadawiając się naprzeciw niej. Wzbudzał sprzeczne emocje, bawiąc się posiadanymi danymi. Malum chrząknął gniewnie.
- Mógłbyś wreszcie zdradzić, co takiego się wydarzyło?
- Skoro tak ładnie prosisz.- ułożył przedramiona za głową, tworząc tym samym najbardziej ignorancką postawę, jaką można sobie wyobrazić. Po chwili spoważniał, zgarbił się i postukał opuszkami palców po krawędzi talerza.- Rzucił się w pogoń za cieniem czegoś, co wydało mu się znajome. Stracił orientację w terenie. Kompletny kretyn, niech się cieszy, że z nim jechałem. Znalazłem powrotną drogę, żeby przywieźć mu drugi kompas. W związku z tym właśnie - macie może pojęcie, gdzie ten skończony idiota schował zapasowy?- zagadnął, pakując sobie do ust kawał baraniny.
- Jakim cieniem?
- Tyle zdołałeś wyłapać z mojego wywodu? Naprawdę? W dodatku sądzisz, że pozwolę sobie odpowiedzieć przy kobiecie?- wskazał na nią widelcem, pierwszy raz poważnie przeszywając ją wzrokiem. Miał brązowe oczy, przywodzące skojarzenie z czekoladą. Niezbyt surowe rysy, prosty nos i ironicznie wygięty łuk brwiowy. Równocześnie wyglądał, jakby znaczył wszystko oraz nic.- Może skupisz się na tym, co istotne?- skierował tę uwagę do mężczyzny, wyraźnie będąc zirytowanym.
- Melodie, mogłabyś poszukać kompasu? Wybacz, że odciągam cię od jedzenia.- zmieszał się, niezręcznie wypraszając ją z pomieszczenia. Wychodząc pomyślała tylko, że dowie się wszystkiego czy im się to podoba, czy nie.
- Tu są myszy.- odparła nieco rozbawionym, choć raczej zdziwionym głosem. Nie bała się tych małych futrzaków właściwie nigdy, skąd taki spokój. Nie była pewna czy dobrze wywnioskowała, jednak prawdopodobieństwo, iż był to innego rodzaju gryzoń, było raczej nikłe. Podskoczyła, czując jak męska dłoń delikatnie dotyka jej kibici. Zaraz potem otrząsnęła się, karcąc w duchu zbytnią nerwowość. Nie miała absolutnie żadnych powodów do obaw, a dzisiejszy towarzysz wywoływał w niej więcej zaufania niż ktokolwiek inny w promieniu dwudziestu mil. Zakapturzona postać przemknęła się do okiennic, uchylając je ze zgrzytem zamka. Zapach kurzu rozniósł się po całym pomieszczeniu i nie potrafiła powstrzymać kichnięcia.
- Na zdrowie! Brzmisz jak mały kotek.- podsumował, wyglądając na zewnątrz. Dzień był bardzo słoneczny, niestety całkiem bezwietrzny. Współczuła Vinctusowi, który dwie godziny temu udał się w drogę do jakiegoś odległego miasteczka, po drugiej stronie granicy kraju. Nie mógł wybrać gorszej daty. Obejrzała się i przymknęła drzwi, zauważając chowające się za nimi, pospinane pliki z dokumentami. Choć może bardziej odpowiednim słowem byłoby „poobwiązywane“, gdyż były z dwóch stron oplecione sznurkami. Przysunęła je bliżej środka pokoju, aby później nie zapomnieć o sprawdzeniu ich. Mężczyzna wydał z siebie pomruk pełen zastanowienia, nurkując między stertę mebli. Po chwili wyciągnął stamtąd słabej jakości, acz nadzwyczaj pojemny worek, który chyba wypełniony był większą ilością materiałów do sprawdzenia. Ich zadaniem było odnaleźć ważne pisma, potrzebne do rozwiązania sprawy klienta braci. Choć udawała profesjonalną, kompletnie nie wiedziała o co chodziło, ani jaki sposób usług świadczą, poza oczywistym krawiectwem.
- Czego dokładnie mam szukać?- zapytała w końcu, gdy chęć pomocy przezwyciężyła prawdopodobieństwo upokorzenia się. Postukał palcami w dolną wargę, najwidoczniej kontemplując nad tym, ile powinien jej zdradzić.- Mógłbyś zdjąć ten płaszcz. Nie boję się twojej twarzy, a tobie zdecydowanie musi być gorąco.- dodała mrukliwie, niepewna czy bezpośredniość będzie dobrym pomysłem. Roześmiał się serdecznie, kolejny raz ją zaskakując. Mimowolnie odpowiedziała uśmiechem, całkowicie rozluźniając się w duchu. Rozplątał wiązanie, zrzucając z ramion materiał. Złożył go niedbale i rzucił w puste miejsce na podłodze. Jak zawsze przeleciał ją słaby dreszcz, jednak dawno już przywykła do tego widoku.
- Szukamy papierów z nazwiskiem Loyd. Zarówno oficjalnych, jak prywatnych, a także wszystkich innych w których choćby zostało ono wtrącone.- wyjaśnił pogodnie, sięgając po pierwszą stronę. Zrobiła to samo, nie prosząc o żadne więcej informacje. W ciszy przeglądali każdą kartkę, jaką znaleźli, co miało zająć sporo czasu. Po upływie dwudziestu minut, gdy jedynymi słyszalnymi dźwiękami był szelest wykonywalnych czynności, wspólne oddechy i ptactwo za oknem, jej towarzysz zdecydował się ponownie odezwać.- Nigdy nie lubiłem pracować w ciszy. Tym różnimy się z Vinsem. Jeśli chciałabyś coś wiedzieć to pytaj. To może być cokolwiek, nie ograniczaj się do aktualnie wykonywanych robótek.- zachęcił, spoglądając na nią przymilnie. Dlaczego miałaby nie skorzystać z okazji? Dzięki niemu mogła dowiedzieć się rzeczy o których normalnie nikt słowem by przy niej nie wspomniał. Myśląc „nikt“, miała na celowniku samego Vinctusa. Był potwornie skryty, choć starał się sprawiać wrażenie przychylnie nastawionego.
- Po co właściwie tego szukamy?- nasunęła jej się pierwsza kwestia. Dłuższy czas ciekawiło ją, czym takim bracia się zajmują. Krótkowłosy zmarszczył brwi, gładząc swoją kozią bródkę. Jednocześnie wciąż czytał, co ona również starała się robić.
- Dokładnie wyjaśnić nie mogę, gdyż każda konkretna informacja mogłaby zagrozić twojemu życiu, gdyby ktoś wyciągnął z ciebie przekazaną wiedzę. Spróbujmy pokrótce... Powiedzmy, że parę lat temu miałem żonę. Piękną, kochającą... W każdym razie...- wyraźnie zgubił wątek, rozpraszając się wspomnieniami. Rozczuliło ją to i zapragnęła, by opowiedział jej o tym fragmencie swojego życia.
- Rozjaśnisz mi trochę jej postać? Vinctus pobieżnie mówił, co się wydarzyło, jednak chciałabym mniej krwawych szczegółów, a więcej samej historii.- poprosiła subtelnie, mając nadzieję, że możliwość wygadania się go ucieszy. Nie pomyliła się, bo wesołe ogniki zagościły w jego oczach.
- Naprawdę chciałabyś posłuchać?- autentycznie się rozanielił. Uświadomiła sobie fakt, iż prawdopodobnie nikt wcześniej nie zrobił mu takiej prośby, ze względu na niepoprawność jego związku. Wszyscy tutaj byli potwornie sztywni, co jeszcze nie zdążyło się jej udzielić. Skinęła głową, sięgając następny plik.- Kiedy miałem siedemnaście lat, moją opiekunkę zastąpiła prywatna służąca. Miała na imię Civis i była najpiękniejszą kobietą świata, nawet jeśli brzmi to raczej nader emocjonalnie. Jej włosy zależnie od światła przybierały odpowiednią barwę brązu. Usta rozprawiały wyłącznie o rzeczach roztropnych. Figura przyćmiłaby niejedną dziedziczkę tronu. Jednak ja zakochałem się w jej oczach. Lawendowych, wyjątkowych. Nikt inny nie mógł mieć podobnych. Ona jedyna rozmawiała ze mną, jakbym nie był nic niewartym śmieciem. Mój ojciec, co prawda wychował mnie, aczkolwiek nie poświęcał mi czasu. Byłem wypadkiem, którego skutki konsekwentnie ponosił. Civis dbała o moje samopoczucie z obowiązku i dla swojej własnej przyjemności. Wielokrotnie powtarzała mi, że naprawdę lubi moje towarzystwo, gdy tylko poczułem się na tyle niepewnie, by o to pytać. Do końca nie wiem jak to się stało. Widywałem ją co dzień, często nie opuszczając nawet na chwilę. Staliśmy się sobie bliscy, co wcale nam nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Cieszyliśmy się z tego dziwnego uczucia, choć Vins uparcie powtarzał, że to niewłaściwie. Ojciec się dowiedział, przez co miała kłopoty. Obiecałem jej wolność, którą nosiła w sobie. W tamtym czasie spotykaliśmy się ukradkiem, z pozoru wracając do relacji, jakie według społeczeństwa powinniśmy mieć. Nic prócz niej się nie liczyło, więc gdy zmarł mój rodziciel, natychmiast się jej oświadczyłem. Oczywiście, zachowałem stosowną żałobę, bo kochałem tego człowieka. Wziął mnie pod swoje skrzydła, ucząc, że jeśli już popełni się błąd to należy iść z nim dalej i czerpać z niego mądrość. Byłem jednak równocześnie szczęśliwy z moją ukochaną, nie potrafiąc dłużej udawać. Zaczęły się szmery wśród ludzi, ale ja naprawdę miałem to gdzieś. Nie potrzebowałem swojej pozycji, Civis była dla mnie wszystkim. Nie wyobrażasz sobie w jak wielkiej euforii się znalazłem, gdy w kilka miesięcy po zamęściu, zaszła w ciążę. Miałem zostać ojcem dziecka najwspanialszej kobiety, jaka kiedykolwiek była mi znana. Czułem się kochany i kochający. Ignorowałem pełne nienawiści szepty przechodniów oraz zachowanie niektórych sprzedawców. Oni nie rozumieli, jakim uczuciem było posiadanie czegoś tak pięknego. Vins bronił mnie, póki mógł. Potem stało się to, co się stało.- posmutniał, przerywając na moment wodzenie palcem w tekście. Obejrzał się na okno, szukając wytchnienia w słońcu.- Przeskoczyłem nad tym. Nie chciałaby, żebym zostawił go samego. Może jest starszy, ale nie umiałby rozsądnie się sobą zająć. Dzięki niej mam siłę, by wstawać rano z łóżka i pracować. On się z tego śmieje, lecz ja wiem, że jej duch nade mną czuwa. Gdyby nie - pewnie wcale nie przeżyłbym pożaru. Brzmię sentymentalnie?- zachichotał, odrzucając nagle powagę, która przed sekundą tak mocno go ściskała. Posłała mu pełen ciepła uśmiech.
- To bardzo piękne.- skomentowała podobnie do poprzedniego razu, gdy słyszała tę gadkę od innej strony.
- Dziękuję.- wyraźnie odebrał to jako miłe połechtanie po ego. Vinctus na każdy komplement reagował dość nerwowo, co znacząco różniło ich od siebie.- Wracając do pierwszego tematu. Od czasu, gdy Civis nie żyje zaczęliśmy z bratem pewien interes, który wykopał mnie ponownie na wysoki status i nieco przywrócił sympatię. Czasem jest to kontrowersyjne zajęcie, ale odnajdujemy w tym przyjemność. Nieraz zajmujemy się kilkoma klientami na raz, przez co robi się zamieszanie, dokładnie takie jak dziś. Dlatego szukamy zaległych dokumentów. Są mi niezwłocznie potrzebne na miesiąc wstecz.- wytłumaczył pobieżnie, odkładając na bok pierwszą trafioną stronę. Uznała, że taka dawka informacji w tym kierunku jest zadowalająca. Zresztą nie było szans na wyciągnięcie czegoś bardziej szczegółowego - nie zamierzała podpaść.
- Opowiesz mi coś o sobie? Na przykład skąd wzięło się to krawiectwo?
- To akurat jest proste. Miejscowy krawiec był wyjątkowo... nieprzychylnym mi osobnikiem. W związku z tym zawziąłem się, poczytałem trochę i spróbowałem sam. Moja żona wyłącznie dzięki mnie nosiła wyjątkowe, szyte z całkowitym oddaniem suknie. Z czasem znajdywały się osoby, które chciały kupić jakiś z moich strojów, a ja chętnie pomagałem. Nigdy nie stroniłem od spełniania życzeń. Potem stało się to moim zawodem, czego nigdy nie pożałowałem. Lubię babrać się w materiałach, tworząc niepowtarzalne kroje czy zdobienia. Buty również umiem robić, choć to już trochę inna bajka. Tych nie zwykłem sprzedawać nikomu poza samym Vinctusem. To strasznie nudne zajęcie, zupełnie różne od ścibienia barwnych szat.
- Rozumiem.- pochyliła się, dokładając kartkę do poprzedniej właściwej, którą on znalazł. Wypracuje sobie podzielność uwagi na poziomie eksperta.- Czym jeszcze lubisz się zajmować?
- Drażnieniem brata. Tylko mu nie mów.- położył konspiracyjnie palec na ustach. Zachichotała, kręcąc głową z niedowierzaniem.- Wiele takich rzeczy by się znalazło. Lubię z tobą przebywać, pomagać Rache w jej królestwie, sprawiać ludziom radość, urządzać przyjęcia, spać, czytać wszystko, co wpadnie mi w dłonie i jeść nietypowe potrawy. Kiedyś również interesowałem się magią iluzji, jednak szybko dałem spokój. A ty? Mało kiedy kreślisz mi coś o sobie.
- Hm, ciężko powiedzieć. Lubię grać na fortepianie i interpretować melodię, czytać poezję, rozmawiać z osobami, które traktują mnie poważnie, pomagać, malować...
- Malować?- przerwał jej, podnosząc wzrok znad pisma. Zarumieniła się mimochodem.
- Amatorsko.- burknęła, speszona jego dociekliwością.
- Vinctus wie?
- Dlaczego miałby?- potarła nadgarstek, chowając nos w swoim pliku. Wyjęła kartkę z wyraźnie nakreślonym „Loyd“ i odłożyła ją na stertę.
- Znalazłby starą sztalugę. Dostałabyś ją do pokoju. Kiedyś sam próbował, jednak ze złością odkrył, że nie wszystko za co się weźmie musi mu pasować.- zarechotał złośliwie, przypominając coś sobie.- Wspomnij mu o tym. Farby również gdzieś powinny być, choć pamiętam, iż miał w planach wrzucić je do rzeki.
- Sympatycznie.- uniosła prawy kącik ust, nie przerywając pracy.
- Przepraszam, przerwałem ci.- zreflektował się.- Chcesz wymieniać dalej?
- Nie, jeśli pozwolisz.
- Chciałabyś może o coś jeszcze zapytać?- rzucił, dając jej czas na przemyślenia. Czy było coś takiego? W zasadzie wiele i nie wiedziała od czego zacząć.
- Czy twój brat miał kiedyś kobietę? Taką naprawdę, a nie... wykupioną?- zawstydziła się przy ostatnim słowie, choć sama nie wiedziała dlaczego. Nic w tym niezwykłego, że fundował sobie towarzystwo, które miało go nie zawieść. Malum zapowietrzył się zamierzenie, by odetchnąć głośno kilka sekund później. Przypomniała sobie słowa długowłosego, iż każdy ruch musiał sprawiać mu ból.
- Nie powinienem sprzedawać jego prywatności. Mimo tego uważam, że cokolwiek powiem - zachowasz dla siebie. Nie, nigdy. Znaczy, była Elisa, ale to było coś jeszcze innego, co ciężko przypisać w jakąś kategorię.- zmieszał się, przekładając parę kartonów. Odłamki żarówki faktycznie odnalazły się pomiędzy nimi, na co nie mogła powstrzymać cichego parsknięcia.
- Opowiesz mi o niej?- zacisnęła nieco wargi, przywołując to imię w głowie. Kim ona była... Ach, tak. Vinctus wspomniał ją, gdy go objęła, dawno temu.
- Różniła się od ciebie. Była cicha, skromna, nieporadna, bała się przebywania tutaj, często płakała. Miała wysoki głos, urocze, rumiane policzki, błękitno-zielone oczy, zadarty nosek i proste, blond włosy do łopatek. Sięgała mi do skroni, więc nie należała do najniższych. Mój brat powtarzał, że mimo wzrostu jest przyjemnie pulchna. Nigdy nie lubił wychudzonych wywłok.- wymamrotał. Przyjrzała się sobie szybko, oceniając czy się do nich zalicza. Zauważył to.- Nie, dziecko. Powiedzenie tego dziewczynie nie jest chyba najlepszym planem, jednak zaryzykuję. Przytyłaś odkąd tu jesteś. W ten pozytywny sposób, oczywiście.
- Malumie, do rzeczy.- upomniała go, nie zamierzając odpowiedzieć na próby karesa.
- Spodobała mu się, jakoś tak wyjątkowo. Zaczął zajmować się nią z większą troską, głównie dlatego, że nie dawała sobie rady sama. Przyszedł taki czas, gdy go pocałowała. Dał się porwać. Starał się dla niej. Jakby zatonął. Pisał wiersze, układał melodie, nawet to przeklęte malarstwo... Chciał dać jej wszystko. Przeliczył się. O ile coś do niego czuła to nie było to tak mocne, jak to, co czuł on sam. W ostatnim prezencie pozwolił jej zdecydować. Wybrała wolność, a on nigdy nie próbował jej zatrzymać. Ostrzegałem go, że tak będzie. Nie polubiłem jej, bo... Nie mów mu tego, nie chcę znów stracić jego obecności...Wydawała mi się dwulicowa.- wystękał, dokładając do stosiku trzy nowe strony. Szło im to całkiem sprawnie, biorąc pod uwagę, że cały czas rozmawiali. Powietrze zrobiło się nieco chłodniejsze, leniwie wpadając przez otwarte okiennice.
- Dlaczego tak ją puścił?
- Bo ją kochał. Przynajmniej tak mu się wtedy zdawało. Później uświadomił sobie, że to tylko zauroczenie, bo nigdy nie miał szansy obcować z kimś takim. Lecz powód był właśnie ten. Sądził, iż odwzajemni uczucie, wróci, zatęskni. Nie zrobiła tego.- wzruszył ramionami. Odniosła wrażenie, że wolałby się mylić. Następne pół godziny przesiedzieli w ciszy, każde pogrążone we własnych rozważaniach.
- Przybliżysz mi wizerunek swojego brata? Chciałabym mieć jakieś nowe spojrzenie na to wszystko.- odezwała się cicho, niepewna każdego słowa.
- Vins jest... skomplikowany. Ciężko cokolwiek o nim powiedzieć. Przeważa w nim sarkazm i brak wiary w jakąś inteligencję, poza własną. Mimo tego, od dziecka był rozważny, a gdy nikt nie patrzył - przejawiał także oznaki troski o innych.- wymówił to w teatralny sposób, jakby było najgorszym z przewinień. Ktoś zapukał do drzwi pokoju, uchylając je od razu. Do środka wsunęła się delikatna, pociągła twarzyczka z mnóstwem piegów i krótkimi, blond włosami. Skinął na nią, aby przemówiła. Nabrała powietrza, piskliwym głosikiem informując, iż Sofi przygotowała dla nich posiłek. Zaraz potem uciekła, speszona osobliwościami.- To była Natalie. Przywiozłem ją ze sobą.- wyjaśnił na jej zdziwione spojrzenie.
- Dlaczego?- dopytała, wstając. Przerwa im się przyda. Siedzieli tu od dobrych kilku godzin. Powoli odczuwała odrętwienie. Postąpił za jej przykładem, także się podnosząc.
- Jest zagubiona. Nie chciałbym narazić takiej bezbronnej osóbki na strach przed samotnością. To miłe dziewczę, byłoby szkoda.- uśmiechnął się z ojcowskim zaangażowaniem. Zeszli po schodkach do jadalnego pokoju, zastając tam obcego dla niej mężczyznę, opartego o kant szafki. Malum jednak poznał go, co wcale nie wydało jej się dobrym znakiem, gdyż zmarszczył nieprzyjemnie brwi.- Marcusie, co tutaj robisz?
- Pomyślmy.- parsknął tamten, patrząc na niego z ukosa. Czarne kosmyki zakryły widoczne zakola. Mógł mieć najwyżej trzydzieści siedem lat. Pogładził zadbaną brodę, czekając na jakąś głębszą reakcję ze strony towarzysza. Jak na zawołanie - twarz okalana bliznami zbladła. Zapragnęła informacji.- Twój kochany braciszek niezbyt uważnie jechał.
- Cholera. Mówże dokładniej. Najlepiej usiądź, zjedz z nami.- uprzytomniał trochę, zapraszając go do stołu. Skłonił się głęboko, odsuwając krzesło dla May. Odpłaciła wdzięcznym uniesieniem kącików warg. Uprzytomniła sobie, że dziwnie często spożywa tutaj obiady, mimo iż nie powinna, jako służebnica.
- Będę zmuszony jeść w pośpiechu, gdyż śpieszno mi wyruszać za Vinctusem.- odparł leniwie jegomość, usadawiając się naprzeciw niej. Wzbudzał sprzeczne emocje, bawiąc się posiadanymi danymi. Malum chrząknął gniewnie.
- Mógłbyś wreszcie zdradzić, co takiego się wydarzyło?
- Skoro tak ładnie prosisz.- ułożył przedramiona za głową, tworząc tym samym najbardziej ignorancką postawę, jaką można sobie wyobrazić. Po chwili spoważniał, zgarbił się i postukał opuszkami palców po krawędzi talerza.- Rzucił się w pogoń za cieniem czegoś, co wydało mu się znajome. Stracił orientację w terenie. Kompletny kretyn, niech się cieszy, że z nim jechałem. Znalazłem powrotną drogę, żeby przywieźć mu drugi kompas. W związku z tym właśnie - macie może pojęcie, gdzie ten skończony idiota schował zapasowy?- zagadnął, pakując sobie do ust kawał baraniny.
- Jakim cieniem?
- Tyle zdołałeś wyłapać z mojego wywodu? Naprawdę? W dodatku sądzisz, że pozwolę sobie odpowiedzieć przy kobiecie?- wskazał na nią widelcem, pierwszy raz poważnie przeszywając ją wzrokiem. Miał brązowe oczy, przywodzące skojarzenie z czekoladą. Niezbyt surowe rysy, prosty nos i ironicznie wygięty łuk brwiowy. Równocześnie wyglądał, jakby znaczył wszystko oraz nic.- Może skupisz się na tym, co istotne?- skierował tę uwagę do mężczyzny, wyraźnie będąc zirytowanym.
- Melodie, mogłabyś poszukać kompasu? Wybacz, że odciągam cię od jedzenia.- zmieszał się, niezręcznie wypraszając ją z pomieszczenia. Wychodząc pomyślała tylko, że dowie się wszystkiego czy im się to podoba, czy nie.
sobota, 4 lipca 2015
Jedenasty.
Zniecierpliwiony skierował twarz ku wejściu.
- Czego znowu?- krzyknął, nie trudząc się wstawaniem.
- Ma pan gościa, proszę pana. Panna Greenloft stawiła się na umówione spotkanie.- poinformował przez drzwi cienki, kobiecy głos. Skrzywił się, jakby dopadła go jakaś zaraza.
- Możesz jej łaskawie powiedzieć, że skoro wprosiła się na cholerny obiad to powinna przyjść po południu? Mam specjalnie dla niej budzić kuchenne, które - jak sądzę - jeszcze smacznie śpią? Idź do niej i przekaż, że ma się pieprzyć!- odparł, powracając wzrokiem do May.- Jakkolwiek mocno bym chciał, nie mogę cię teraz przelecieć.
- Rozumiem to.- roześmiała się, stawiając stopy na ziemi.- Co mam ubrać?- zapytała, nie do końca będąc pewną na kogo ma wyglądać. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, wodząc palcem po brodzie.- Mógłbyś się ogolić.- dorzuciła, szurając dużym palcem po podłodze. Parsknął rozbawiony, odrzucając włosy za plecy.
- Załóż sukienkę. Tą taką czerwoną w której widzę, gdzie masz piersi.
- I domyśl się o co takiemu chodzi.- wzniosła oczy do sufitu, podchodząc do szafy. Malum lubił dbać, by nie brakowało jej strojów. Przesunęła kilka wieszaków, odnajdując wśród nich krwisty materiał.- Na ramkach, opina się na torsie, opada luźno do ziemi?
- Ja wiem? Chyba.- wzruszył ramionami. Wyjęła haczyk, ukazując mu go.- Tak, ta. Zakładaj. Idziemy napluć jej w dekolt.
- Opowiesz mi co się dokładnie stało, że się tak przyssała?- mruknęła, zarzucając łach przez głowę. Obciągnęła tkaninę, prostując powstałe zmarszczenia.
- Wieczorem. Na razie będę zachwycał się twoim widokiem, póki ta wywłoka nie raczy odejść.- oświadczył doniośle, wstając. Chwycił ją za nadgarstek, ciągnąc za sobą. Podążyli do salonu, gdzie Vinctus spodziewał się ujrzeć przybyszkę. Siedziała wyprostowana przed fortepianem, przewracając cienkim palcem notatki na pokrywie. Blond włosy sięgające odrobinę za kark, pozornie słodkie spojrzenie, usta uchylone.- Livia.- warknął nieprzyjaźnie, zwracając jej uwagę.
- Wybacz wczesną godzinę.- okraszyła niewinnym uśmiechem przeprosiny, powoli się do nich zbliżając. Ukryła grymas, gdy rozpoznała ją z balu.- Panno Melanie.
- Melodie, kretynko.- poprawił ją, nie bawiąc się w używanie kultury osobistej.- Co mam z tobą robić, twoim zdaniem? Jesteś zbyt głupia, by umawiając się na posiłek podawany po południu - przyjść po południu?
- Mój woźnica później nie ma czasu. Zrobiłam co mogłam.- skłoniła się, potulnie przyjmując skarcenie.
- Mogłaś w ogóle nie przyjeżdżać.- prychnął, wzmacniając ścisk dłoni. Wywołał tym cichy syk dziewczyny, którą wciąż trzymał.- Przepraszam.
- Jasne.- wstrzymała chichot, dostrzegając cień zazdrości na licu rywalki.- Skoro już panienka tu jest, to może skusi się na śniadanie?- dopytała najmilszym tonem na jaki było ją stać. Szereg bielutkich zębów rozstawił się jak na rozkaz.
- Z przyjemnością, jeśli to nie problem.
- Ty jesteś problemem.- margnął Vinctus pod nosem, za co oberwał kuksańca w żebra.- Nie pozwalaj sobie.
- Będę. Szukaj mnie w kuchni.- mrugnęła do niego, ulatniając się z wargami zaciśniętymi rozbawieniem. Darł się za nią jeszcze, ale to zignorowała. Być może sprowadzi na siebie kłopoty, jednak taka gra była tego warta. Wkroczyła pewną stopą do sieni, witając się z Cariną. Sofi jeszcze spała, co zostało jej szybko wyjaśnione. Poczuje zawód, gdy już wstanie, a będzie po fakcie.
- Czy pan życzył sobie coś konkretnego?- ciemnoskóra ściągnęła jej umysł do poziomu. Zaprzeczyła niemo. Służka zniknęła w spiżarce, dając jej możliwość pójścia sobie. Nie skorzystała. Wolała pomóc.- Zrobimy zupę mleczną?- zasięgnęła porady, wychylając do niej głowę zza progu.
- Lubi ją?
- Oczywiście.
- Więc czemu by nie? Ty tu rządzisz.- zasalutowała z rozmachem.- Co mam podać?
- W tej sukni? Miskę. A potem leć do niego, bo długo z nią sam nie wytrzyma. Nie chcemy mieć kłopotów z Greenloftami.- westchnęła, podłapując dobry humor. Ruda wydęła policzki, naburmuszając się sztucznie. Wyjęła z szafki porządne naczynie.- Tylko bez takich min przy niej. Dziękuję. Teraz sio!
- To posłuszeństwo mnie wykańcza.- zażartowała, przecierając wyimaginowany pot z czoła. Niektóre z nich zaczynały ją lubić, zresztą z wzajemnością. Ze spokojem mogłaby zaprzyjaźnić się z Rache, Rinnie czy nawet Sofi. Wydawały się odpowiednie. Zamaszystym ruchem otworzyła drzwi jadalni, które nie wiadomo dlaczego za sobą zamknęli.- Spóźniłam się?- uniosła brew, spoglądając na wypełniony winem kieliszek Vinctusa. Instynktownie wyciągnął z kredensu drugi dla niej i nalał do połowy.- Panna nie pije?
- Nie zmarnuję na nią ani kropli, póki nie będzie tego wymagać wystawność strawy.- wytłumaczył schludnie, omijając blondynkę wzrokiem. Machnęła lekceważąco dłonią.
- I tak nie miałam ochoty...
- Sofi już na nogach?- przerwał jej zręcznie, rozsiadając się w swoim ulubionym krześle. Poklepał kolana, zapraszając May do pójścia w swoje ślady.
- Nie. Na ten moment urząd pełni Carina.- skorzystała z propozycji, pokornie wskakując mu na uda. Objął ją, przytrzymując lepiej.- Nie zajmie jej to dużo czasu.
- Mam rozumieć, że skoro przyjechałaś na śniadanie to nie będziemy musieli znosić cię na obiedzie, gdyż już cię tu nie będzie?- wypowiedział zawile wątpliwość, kierując ją do Livii. Ta otrząsnęła się lekko i dziewczęco odrzuciła kosmyki.
- Umówiliśmy się...
- Jakbym nie wiedział. Zostajesz do popołudnia czy nie?
- Zostaję.- fuknęła, nieco zbyt nerwowo.
- Świetnie. Melodie będzie towarzyszyła mi calutki dzień. Masz coś przeciwko?- obrócił szkło w dłoni, eleganckim haustem upijając łyk napoju własnej produkcji.
- Chciałabym pobyć z tobą trochę sama.- zmieszała się, automatycznie przegrywając batalię z mężczyzną. Zmiażdżył ją obsydianem swych niesamowitych tęczówek.
- Ja chciałbym, byś przestała zawracać mi dupę.
- Słownictwo.- upomniała go rudowłosa, ciągnąc za poskręcane kudełki.
- Nie zachowuj się jakbym był twoim bachorem.- pouczył ją grzecznie, stukając ostrzegawczo palcem po jej nosie.- Widzisz, Livia, chciałbym pieprzyć się z tą tutaj, dokładnie w tej chwili. Niestety nie mogę, choć jestem u siebie w domu, a ona jest chętna. Rujnujesz wszelkie plany, przeklęta istoto.- skrzywił się z przekąsem, odwracając twarz ku ścianie.
- On oczywiście żartuje. Chętnie zorganizujemy panience urocze przedpołudnie.- dopowiedziała, z premedytacją - niby przypadkiem - przesuwając ręką po jego kroczu.- Mam nadzieję, że lubi panna zupę mleczną z kluskami.
- Nie pogardzę niczym, co przygotowały pracownice Vinctusa.- rzekła przymilnie, jakby bardziej spięta po tym, co powiedział.
- To cudownie. Jest panna aż nazbyt wspaniała.- zadrwiła łatwo, nie potrafiąc utrzymać powagi. Blondynka zarumieniła się dziko, wyczuwając znudzoną oraz wrogą tonację. Przydługi zarost podrapał ją po czole, gdy Vins pochylił się do niej. Cmoknął radośnie czubek jej głowy.
- Ubliżanie jej to dobre hobby, prawda?- prawie wyszeptał, by dotarło tylko do jej uszu. Zachichotała melodyjnie, nie komentując tego w żaden sposób. Ciemnoskóra wkroczyła do pokoju, wnosząc wielką - zapewne ciężką - tacę z zupą i głębokimi talerzami. Rozłożyła wszystko, ukłoniła się służalczo, po czym kulturalnie opuściła zgromadzenie, by iść budzić kobiety do pracy. Zjedli w ciszy, słuchając wyłącznie dźwięków łyżek, odbijających się od porcelany. Duszkiem wypiła swoje wino, ryzykując finezyjne upojenie. Należało czekać, aż on odezwie się pierwszy. Winien był zasuponować jakąś rozrywkę.
- Przejażdżka konna?- sapnął niechętnie, licząc, że przybyszka odmówi i wróci do domu. Zamiast tego entuzjastycznie uniosła wargi, niemo wyrażając aprobatę.- Jasne. May, byłabyś tak miła?- popchnął ją delikatnie, by zrozumiała o co chodzi. Wstała z godnością, zabierając się za układanie misek w jeden stos.- Spełnię prośbę gościa. Przejedziemy się sami. Dam ci chwilę dla siebie, zgoda?
- Wszystko, czego sobie zażyczysz.- ukłoniła się grandilokwentnie. Zabrała tacę, odnosząc brudną zastawę. W kuchni zajęła się obmywaniem, mimo tego, iż kilka pań proponowało, że zrobią to za nią. Wciąż cieszyły ją małe rzeczy. Przyzwyczajała się powoli do życia w tym dziwnym miejscu.
Odnalazła Rache, przechadzając się między posiadłością, a składnicą z winem. Złotowłosa rozpromieniła się nieznacznie na jej widok. Właśnie była w trakcie rozpoczynania roboty, jednak ustanowiła sobie przerwę. Wspólnie przespacerowały się wokół całej powierzchni domostwa, rozprawiając po drodze o słusznościach ludzkiego myślenia. Niemka opowiedziała jej o swoich kochających rodzicach, nie licząc na odwzajemnienie szczerości. Jej matka miała na imię Rose, była żydówką. Kiedy zakochała się w Ormianie - jej przyszłym mężu - było za nią zaledwie piętnaście wiosen. Szybko urodziła mu dziecko, które wspólnie nazwali Sonne, gdyż dziewczynka ta była najpiękniejszym światłem dla ich przeciętnego życia. Wypowiadała się o dzieciństwie w samych superlatywach, ukazując własne rozmarzenie i tęsknotę. Nie było wątpliwości, że chciałaby móc wrócić do tamtych dni. Minęły olbrzymią stajnię w której zwykł odpoczywać Nigrum. Teraz jednak ujeżdżany był przez swojego właściciela, więc największa zagroda świeciła pustką.
- Dlaczego zostawił otwartą bramkę do przegrody swojego wierzchowca?- dopytała towarzyszkę, zastanawiając się czy nie był to czysty przypadek.
- Często to robi. Daje tym wolną wolę, by ktoś mógł sprzątnąć boks w razie chęci. Kiedy jest zamknięty nie ma mowy, by ktokolwiek się przy nim kręcił. To jego ukochany koń.- wyjaśniła chętnie.- Widzisz tamtą klacz?- wskazała jasnogniadą sztukę, spożywającą spokojnie swój owies.- Jest moja. Ma na imię Schöne. Wiem, mało oryginalne. Jeśli dasz mu powody do stałego zaufania, na pewno też sprezentuje ci rumaka.
- Właściwe nie sądzę, bym tego w większym stopniu chciała. Odpowiada mi jazda na jednym, razem z nim.- wzruszyła ramionami, zarzucając wzrok znów przed siebie. Parły dalej, spotykając kłusującą parę.- Dość mocno się do niego zbliżyła.
- Zawsze to robi. Udaje, że chodzi o lepsze słyszenie go, choć tak naprawdę chodzi jej o te parę metrów odległości mniej.
- Jest sprytna, prawda?- przyjrzała się kokieteryjnej blondynce, odrzucającej w tył lśniące włosie.
- Zdecydowanie. Pragnie go usidlić i kto wie, może kiedyś jej się uda.- parsknęła Rache, uśmiechając się w charakterystyczny, opiekuńczy sposób. May przechyliła głowę, spoglądając pod kątem, ostatni raz.
- Nie uda jej się.
Tuż przed obiadem została zgarnięta na bok przez samą Livię. Ulokowały się między regałami w biblioteczce, aby nikt nie raczył podsłuchiwać. Zniecierpliwiony, mało elegancki grymas wpłynął na lico przybyszki.
- Trzymaj łapy z daleka, tak?- wyparowała, oblizując spierzchnięte wargi.- Nie rozumiesz sytuacji. Zresztą i tak nie jesteś w typie Vinctusa, więc - z łaski swojej - odpuść sobie ten tani podryw na niegrzeczną dziewczynkę.- machnęła lekceważąco dłonią, taksując ją oceniająco.
- Wydaje mi się, że to jednak on decyduje, kto jest w jego typie, a kto nie. Jeśli liczysz, że wpadnie w twoje objęcia, wyznając ci miłość do grobu - mylisz się. Nie byłby sobą.- podsumowała, czując ukłucie złości. Nie mogła dać wyprowadzić się z równowagi jakiejś obłąkanej wywłoce.
- Nie będę z tobą dyskutować na ten temat. Jesteś tylko dziwką, którą można zlikwidować. On się zmieni, gdy dotrze do niego prawda.- zakołysała wątłymi biodrami, uginając nogę w kolanie. Jej suknia wyglądała zbyt poważnie, absolutnie nie pasując do dziecięcej twarzy.
- Jaka prawda? Za kogo ty się w ogóle uważasz?- prychnęła, również przyjmując bardziej wojowniczą postawę. Oparła rękę o talię, wychylając się lekko naprzód.
- Nie twój interes. Jestem dla niego kimś ważnym.
- Ślicznie to okazuje.- skomentowała, nie potrafiąc powstrzymać szyderczego uśmiechu. Jasnowłosa zaczerwieniła się malowniczo oraz zapowietrzyła na parę sekund.- Posłuchaj. Nie wchodzę ci w drogę bardziej, niż on sam tego chce. Zamknij się i daj temu spokój, bo cokolwiek nie zrobisz, nie skończy się tak jak byś tego chciała.
- Po prostu się od niego odwal.- warknęła, tracąc kontrolę nad swoją zazdrością.
- Jest mój.- bezwiednie wysyczała przez zęby, po czym odwróciła się i wyszła. Sterczenie w małym pomieszczeniu z kretynką nie było czymś w jej stylu. Przemaszerowała korytarzem do jadalni, kukając kobieco do wewnątrz.- Mam iść do siebie?- zapytała Vinctusa, spoczywającego tam gdzie zawsze.
- Zostań ze mną. Tyle czasu sam na sam powinno jej wystarczyć. Byłem miłosierny, Malum nie będzie mógł się przyczepić.- przywołał ją skinieniem, by przestąpiła próg. Przeskoczyła przez niego jak sarna, próbując wywołać choć kapkę zadowolenia na jego umęczonym obliczu.- Wina?- zagaił, gdy już umościła się w sąsiednim krześle. Zmarszczyła nos w ramach odmowy.- Herbaty?
- Traktuj mnie mniej jak równą sobie, bo stracisz wiarygodność u publiki.- rozmasowała swój kark, wiercąc się przy tym podobnie do kota. Obserwował ją zafascynowany, póki Livia nie znalazła się w pokoju. Ponownie nastała cisza, której nikt nie miał ochoty przerywać. Sofi wniosła pokrojoną pieczeń wołową, która rozlewała swój zapach po zmysłach.
- Nałożyć ci?- zwrócił się do niej, ignorując uparte wejrzenia blondynki.
- Poproszę.- przytaknęła krótko, zarzucając mentalnie zwycięski szal. Niech by się ta druga udławiła wściekłością.
Dotrwali późnego południa, gdy przybyszka musiała się zebrać. Nie wypadało wpychać się na noc gospodarzowi, który wyraźnie o to nie zabiegał. Stanęła w pewnej odległości, strzyżąc oczyma ich pożegnanie. Próbowała rzucić mu się w ramiona, jednak łatwo ją odepchnął. Nie kłopotał się nawet żadnym konkretnym wyrazem twarzy, jakby nie była tego warta. Czekał cierpliwe, aż sama wyjdzie, co by nie mogła się skarżyć, że ją wyrzucił. W końcu zamknął za nią drzwi, nie odprowadzając do bramy jak każdego poprzedniego gościa. Uniosła brew, gdy tylko na nią zerknął.
- Nie idziesz upilnować, by nie zaszyła się w sekrecie gdzieś na posesji?- zadrwiła, postukując smukłym palcem po dolnej wardze. Podszedł blisko niej i oparł brodę o czubek jej głowy, gładząc jednocześnie odsłonięte ramię.
- Zdecydowanie wolę twoje towarzystwo. Pomimo tego, że jesteś pyskata.- sapnął, pozostając w tej niewygodnej pozycji przez następną chwilę.
- Nie jestem.- wymamrotała, obejmując go w pasie. Czuła zapach potu, połączony z autentycznym znużeniem całym dniem. Gdyby teraz stworzył jakąś melodię - byłaby niesłychanie melancholijna. Poczuła jak na ustach wykwita mu półuśmiech. Mimowolnie wpłynął też na jej lico, rozjaśniając je symbolicznie.- Chcesz się pieprzyć?- miauknęła, zamierzając ożywić go wszelkim sposobem.
- Mam agresywne pożądanie, jeśli chodzi o ciebie. Myślę, że nie mam nic przeciwko.- uniósł jej podbródek, cmokając kość policzkową.- Gdzie?
- Moja sypialnia. Potem opowiesz mi bajkę.- powiadomiła go, oblizując się szybko. Szarpnęła jego nadgarstek, kierując za sobą na górę. Płynnym ruchem majtnął kudły na plecy.
- Znów stawiasz warunki.- zauważył, posłusznie dając się prowadzić.
- Tym razem masz jakąś korzyść.- odparła, otwierając sobie przejście. Stanęła na środku, odwracając się przodem do niego. Przymknął za sobą, aby nikt nie przeszkadzał. Patrzyli na siebie przez minutę.- Zdejmiesz mi suknię czy nie?- zaciekawiła się, przechylając wyczekująco fizys. Skinął, przytomniejąc. Przystąpił do niej spokojnie. Wyciągnęła ręce w górę, przypominając małe dziecko. Pochwycił materiał przy jej kolanach, ściągając go ponad sylwetkę. Nie miała niczego pod spodem, więc swobodnie mógł wpatrywać się w młode, nagie ciało. Uniósł poddańczo dłonie, dając jej możliwość odwzajemnienia. Rozchłestała jego czarną koszulę, rzucając ją w niepamięć. Przysunęła się, rozpinając spodnie. Zsunęła je razem z bielizną, butami i skarpetami. Wyprostowała plecy, dając mu chybkiego buziaka w obojczyk. Dostrzegała zalety jego korpusu. Nie był niedźwiedziem, bo spora część owłosienia zniknęła gdzieś w nieznanych jej okolicznościach. Pod lewym sutkiem miał mocną bliznę po szwach. Zaraz ponad pępkiem ktoś kiedyś chyba próbował wbić mu coś ostrego w wątpia. Dochodził do tego również olbrzymi ślad, ciągnący się od prawej pachy, aż do połowy uda.
- Nie lubię, kiedy traktujesz mnie jak eksponat.- przypomniał, podciągając jej wzrok wyżej. Zanurzyła nos w jego zaroście, po czym krótko pocałowała szyję.
- Jesteś ciekawym dziełem sztuki. Nie dziw się, że patrzę.- poprosiła. Wydał z siebie bliżej nieokreślony burknięcie, wywracając czarnymi ślepiami. Zawiesiła splecione palce na jego karku, wlekąc go w ten sposób na materac. Rozłożył się grzecznie, pozwalając jej zachować władzę. Ulokowała się poniżej jego męskości, pochylając dobitnie, by rudawe kosmyki łaskotały jego barki. Wsparta na łokciu, wodziła opuszkiem po jego gęstych brwiach, zakrzywionym nosie, sznycie na wardze i prawie niewidocznym zeszpeceniu nad grdyką. Nie odważyła się dotknąć oparzenia. Scałowała tors, licząc żebra po drodze. Ślizgnęła językiem po porannej ranie. Wspięła się na kolanach, ustawiając tuż ponad nim. Wzięła w dłoń jego członka, nakierowując w odpowiednią stronę. Nie robiła tego wcześniej, więc pozostawało nauczyć się teraz. Ostrożnie spuściła się w dół, pozwalając mu zagłębić się w swojej kobiecości. Po kilku próbach przywykła do nowości i zaczęła szukać odpowiedniego tempa. Ułożył śródręcza na jej talii, wspomagając nieco. Udało jej się wyczuć pasującą im obojgu prędkość, wywołując zadowolony pomruk. Nie było to łatwe zadanie, jednak przyjemność jakiej doznawała była tego warta. Kropelka potu spłynęła po jej skroni, gdy jeszcze przyspieszyła, chcąc dotrzeć do finału. Niepohamowane jęki rozbrzmiewały echem po pomieszczeniu, zanim oboje osiągnęli szczyt. Opadła obok niego, wciąż jeszcze dysząc cicho. Rozciągnął rękę, by mogła oprzeć głowę o jego triceps. Skorzystała z tego, wbijając niewidzący wzrok w sufit.
- Cholera, jesteś w tym coraz lepsza.- pochwalił, idąc za jej przykładem.- To pierwszy raz, kiedy chciałaś spróbować być na górze. Jak wrażenia?
- Męczące, ale satysfakcjonujące jak nie wiem.- wyrzuciła na jednym tchu, zostawiając uchylone wargi.- A twoje?
- Jesteś głucha na komplementy. Muszę wprost? Było zajebiście.- parsknął, prawie się śmiejąc. Podziwiali sklepienie, jak gdyby było na nim milion gwiazd, zamiast nudnej, białej farby.
- Teraz bajka.- przypomniała mu, przekręcając się. Zrobiło jej się niewygodnie, więc zarzuciła mu przedramię na brzuch. Zgiął lewicę w łokciu, odkładając dłoń na jej lędźwiach. Zarumieniła się dziewczęco, dostrzegając dziwną czułość tego przypadkowego uścisku.
- O Livii?- upewnił się. Potwierdziła, zamieniając się w słuch.- Nie pamiętam kiedy to było. Może rok temu, może więcej. Musiałem załatwić ważną sprawę dla Maluma, w sąsiednim mieście. Nie, nie powiem ci jaką, nie twój interes.- dopowiedział, widząc, że już-już otwiera usta, by coś wtrącić.- W każdym razie... Pojechała ze mną, bo jej rodzice tego chcieli. Zakładam, że też miała coś do zrobienia. Było mi wszystko jedno, chociaż strasznie zawadzała. Uparta dziewucha. Konsekwentnie pakowała się w każde tarapaty, jakie pojawiały się na horyzoncie. Gorzej niż ty. No nic, do rzeczy. Czas leciał, a ja wciąż tam tkwiłem. W nocy spałem na sianie w stodole przypadkowego gospodarza, który nie miał nic przeciwko. Ona także. Brała mnie chcica, bo zbyt długo nie pieprzyłem się z kobietą. Nie byłem uzależniony od kontaktu seksualnego - nie zrozum mnie źle. Chodziło raczej o rosnącą frustrację z powodu ciągnącego się w nieskończoność namawiania kogoś do uświadczenia mi pewnej przysługi. Nie ma lepszego sposobu na wyładowanie nerwów. To co miałem zrobić? Była chętna, wyglądała przy mnie wręcz jak zapatrzona w obrazek. Zerżnąłem ją raz, drugi. Właściwe trwało dość długo, zanim mi się znudziło. Potem już nie chciała się odczepić. Ubzdurała sobie jakieś głupoty i nie mogę się jej pozbyć. Wierz mi, że próbowałem. Zwyczajnie się nie da.- skrzywił się, jak gdyby chodziło o jakieś okropne stworzenie, miast ładnej blondynki. Roześmiała się serdecznie. Podejrzewała coś w tym stylu. Pomięła w ręku jego poskręcane kudły, zdając sobie sprawę, że niedługo wróci do siebie.- Masz dla mnie więcej, poza tym?
- Nie, nie sądzę.- wydusiła ze słabo wyczuwalnym żalem.
- Zostać jeszcze trochę?- zaproponował, nie zdradzając żadnych emocji. Nie miała pojęcia czy powinna odmówić. Wolałaby, aby to on decydował.
- Jeśli chcesz.
- Poleżymy sobie po prostu, dobra?
- Zgoda.- wypogodniała prędko, wypuszczając głęboki dech. Zapowiadała się udana noc, czyli dokładnie taka, jakiej jej ostatnio brakowało.
- Czego znowu?- krzyknął, nie trudząc się wstawaniem.
- Ma pan gościa, proszę pana. Panna Greenloft stawiła się na umówione spotkanie.- poinformował przez drzwi cienki, kobiecy głos. Skrzywił się, jakby dopadła go jakaś zaraza.
- Możesz jej łaskawie powiedzieć, że skoro wprosiła się na cholerny obiad to powinna przyjść po południu? Mam specjalnie dla niej budzić kuchenne, które - jak sądzę - jeszcze smacznie śpią? Idź do niej i przekaż, że ma się pieprzyć!- odparł, powracając wzrokiem do May.- Jakkolwiek mocno bym chciał, nie mogę cię teraz przelecieć.
- Rozumiem to.- roześmiała się, stawiając stopy na ziemi.- Co mam ubrać?- zapytała, nie do końca będąc pewną na kogo ma wyglądać. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, wodząc palcem po brodzie.- Mógłbyś się ogolić.- dorzuciła, szurając dużym palcem po podłodze. Parsknął rozbawiony, odrzucając włosy za plecy.
- Załóż sukienkę. Tą taką czerwoną w której widzę, gdzie masz piersi.
- I domyśl się o co takiemu chodzi.- wzniosła oczy do sufitu, podchodząc do szafy. Malum lubił dbać, by nie brakowało jej strojów. Przesunęła kilka wieszaków, odnajdując wśród nich krwisty materiał.- Na ramkach, opina się na torsie, opada luźno do ziemi?
- Ja wiem? Chyba.- wzruszył ramionami. Wyjęła haczyk, ukazując mu go.- Tak, ta. Zakładaj. Idziemy napluć jej w dekolt.
- Opowiesz mi co się dokładnie stało, że się tak przyssała?- mruknęła, zarzucając łach przez głowę. Obciągnęła tkaninę, prostując powstałe zmarszczenia.
- Wieczorem. Na razie będę zachwycał się twoim widokiem, póki ta wywłoka nie raczy odejść.- oświadczył doniośle, wstając. Chwycił ją za nadgarstek, ciągnąc za sobą. Podążyli do salonu, gdzie Vinctus spodziewał się ujrzeć przybyszkę. Siedziała wyprostowana przed fortepianem, przewracając cienkim palcem notatki na pokrywie. Blond włosy sięgające odrobinę za kark, pozornie słodkie spojrzenie, usta uchylone.- Livia.- warknął nieprzyjaźnie, zwracając jej uwagę.
- Wybacz wczesną godzinę.- okraszyła niewinnym uśmiechem przeprosiny, powoli się do nich zbliżając. Ukryła grymas, gdy rozpoznała ją z balu.- Panno Melanie.
- Melodie, kretynko.- poprawił ją, nie bawiąc się w używanie kultury osobistej.- Co mam z tobą robić, twoim zdaniem? Jesteś zbyt głupia, by umawiając się na posiłek podawany po południu - przyjść po południu?
- Mój woźnica później nie ma czasu. Zrobiłam co mogłam.- skłoniła się, potulnie przyjmując skarcenie.
- Mogłaś w ogóle nie przyjeżdżać.- prychnął, wzmacniając ścisk dłoni. Wywołał tym cichy syk dziewczyny, którą wciąż trzymał.- Przepraszam.
- Jasne.- wstrzymała chichot, dostrzegając cień zazdrości na licu rywalki.- Skoro już panienka tu jest, to może skusi się na śniadanie?- dopytała najmilszym tonem na jaki było ją stać. Szereg bielutkich zębów rozstawił się jak na rozkaz.
- Z przyjemnością, jeśli to nie problem.
- Ty jesteś problemem.- margnął Vinctus pod nosem, za co oberwał kuksańca w żebra.- Nie pozwalaj sobie.
- Będę. Szukaj mnie w kuchni.- mrugnęła do niego, ulatniając się z wargami zaciśniętymi rozbawieniem. Darł się za nią jeszcze, ale to zignorowała. Być może sprowadzi na siebie kłopoty, jednak taka gra była tego warta. Wkroczyła pewną stopą do sieni, witając się z Cariną. Sofi jeszcze spała, co zostało jej szybko wyjaśnione. Poczuje zawód, gdy już wstanie, a będzie po fakcie.
- Czy pan życzył sobie coś konkretnego?- ciemnoskóra ściągnęła jej umysł do poziomu. Zaprzeczyła niemo. Służka zniknęła w spiżarce, dając jej możliwość pójścia sobie. Nie skorzystała. Wolała pomóc.- Zrobimy zupę mleczną?- zasięgnęła porady, wychylając do niej głowę zza progu.
- Lubi ją?
- Oczywiście.
- Więc czemu by nie? Ty tu rządzisz.- zasalutowała z rozmachem.- Co mam podać?
- W tej sukni? Miskę. A potem leć do niego, bo długo z nią sam nie wytrzyma. Nie chcemy mieć kłopotów z Greenloftami.- westchnęła, podłapując dobry humor. Ruda wydęła policzki, naburmuszając się sztucznie. Wyjęła z szafki porządne naczynie.- Tylko bez takich min przy niej. Dziękuję. Teraz sio!
- To posłuszeństwo mnie wykańcza.- zażartowała, przecierając wyimaginowany pot z czoła. Niektóre z nich zaczynały ją lubić, zresztą z wzajemnością. Ze spokojem mogłaby zaprzyjaźnić się z Rache, Rinnie czy nawet Sofi. Wydawały się odpowiednie. Zamaszystym ruchem otworzyła drzwi jadalni, które nie wiadomo dlaczego za sobą zamknęli.- Spóźniłam się?- uniosła brew, spoglądając na wypełniony winem kieliszek Vinctusa. Instynktownie wyciągnął z kredensu drugi dla niej i nalał do połowy.- Panna nie pije?
- Nie zmarnuję na nią ani kropli, póki nie będzie tego wymagać wystawność strawy.- wytłumaczył schludnie, omijając blondynkę wzrokiem. Machnęła lekceważąco dłonią.
- I tak nie miałam ochoty...
- Sofi już na nogach?- przerwał jej zręcznie, rozsiadając się w swoim ulubionym krześle. Poklepał kolana, zapraszając May do pójścia w swoje ślady.
- Nie. Na ten moment urząd pełni Carina.- skorzystała z propozycji, pokornie wskakując mu na uda. Objął ją, przytrzymując lepiej.- Nie zajmie jej to dużo czasu.
- Mam rozumieć, że skoro przyjechałaś na śniadanie to nie będziemy musieli znosić cię na obiedzie, gdyż już cię tu nie będzie?- wypowiedział zawile wątpliwość, kierując ją do Livii. Ta otrząsnęła się lekko i dziewczęco odrzuciła kosmyki.
- Umówiliśmy się...
- Jakbym nie wiedział. Zostajesz do popołudnia czy nie?
- Zostaję.- fuknęła, nieco zbyt nerwowo.
- Świetnie. Melodie będzie towarzyszyła mi calutki dzień. Masz coś przeciwko?- obrócił szkło w dłoni, eleganckim haustem upijając łyk napoju własnej produkcji.
- Chciałabym pobyć z tobą trochę sama.- zmieszała się, automatycznie przegrywając batalię z mężczyzną. Zmiażdżył ją obsydianem swych niesamowitych tęczówek.
- Ja chciałbym, byś przestała zawracać mi dupę.
- Słownictwo.- upomniała go rudowłosa, ciągnąc za poskręcane kudełki.
- Nie zachowuj się jakbym był twoim bachorem.- pouczył ją grzecznie, stukając ostrzegawczo palcem po jej nosie.- Widzisz, Livia, chciałbym pieprzyć się z tą tutaj, dokładnie w tej chwili. Niestety nie mogę, choć jestem u siebie w domu, a ona jest chętna. Rujnujesz wszelkie plany, przeklęta istoto.- skrzywił się z przekąsem, odwracając twarz ku ścianie.
- On oczywiście żartuje. Chętnie zorganizujemy panience urocze przedpołudnie.- dopowiedziała, z premedytacją - niby przypadkiem - przesuwając ręką po jego kroczu.- Mam nadzieję, że lubi panna zupę mleczną z kluskami.
- Nie pogardzę niczym, co przygotowały pracownice Vinctusa.- rzekła przymilnie, jakby bardziej spięta po tym, co powiedział.
- To cudownie. Jest panna aż nazbyt wspaniała.- zadrwiła łatwo, nie potrafiąc utrzymać powagi. Blondynka zarumieniła się dziko, wyczuwając znudzoną oraz wrogą tonację. Przydługi zarost podrapał ją po czole, gdy Vins pochylił się do niej. Cmoknął radośnie czubek jej głowy.
- Ubliżanie jej to dobre hobby, prawda?- prawie wyszeptał, by dotarło tylko do jej uszu. Zachichotała melodyjnie, nie komentując tego w żaden sposób. Ciemnoskóra wkroczyła do pokoju, wnosząc wielką - zapewne ciężką - tacę z zupą i głębokimi talerzami. Rozłożyła wszystko, ukłoniła się służalczo, po czym kulturalnie opuściła zgromadzenie, by iść budzić kobiety do pracy. Zjedli w ciszy, słuchając wyłącznie dźwięków łyżek, odbijających się od porcelany. Duszkiem wypiła swoje wino, ryzykując finezyjne upojenie. Należało czekać, aż on odezwie się pierwszy. Winien był zasuponować jakąś rozrywkę.
- Przejażdżka konna?- sapnął niechętnie, licząc, że przybyszka odmówi i wróci do domu. Zamiast tego entuzjastycznie uniosła wargi, niemo wyrażając aprobatę.- Jasne. May, byłabyś tak miła?- popchnął ją delikatnie, by zrozumiała o co chodzi. Wstała z godnością, zabierając się za układanie misek w jeden stos.- Spełnię prośbę gościa. Przejedziemy się sami. Dam ci chwilę dla siebie, zgoda?
- Wszystko, czego sobie zażyczysz.- ukłoniła się grandilokwentnie. Zabrała tacę, odnosząc brudną zastawę. W kuchni zajęła się obmywaniem, mimo tego, iż kilka pań proponowało, że zrobią to za nią. Wciąż cieszyły ją małe rzeczy. Przyzwyczajała się powoli do życia w tym dziwnym miejscu.
Odnalazła Rache, przechadzając się między posiadłością, a składnicą z winem. Złotowłosa rozpromieniła się nieznacznie na jej widok. Właśnie była w trakcie rozpoczynania roboty, jednak ustanowiła sobie przerwę. Wspólnie przespacerowały się wokół całej powierzchni domostwa, rozprawiając po drodze o słusznościach ludzkiego myślenia. Niemka opowiedziała jej o swoich kochających rodzicach, nie licząc na odwzajemnienie szczerości. Jej matka miała na imię Rose, była żydówką. Kiedy zakochała się w Ormianie - jej przyszłym mężu - było za nią zaledwie piętnaście wiosen. Szybko urodziła mu dziecko, które wspólnie nazwali Sonne, gdyż dziewczynka ta była najpiękniejszym światłem dla ich przeciętnego życia. Wypowiadała się o dzieciństwie w samych superlatywach, ukazując własne rozmarzenie i tęsknotę. Nie było wątpliwości, że chciałaby móc wrócić do tamtych dni. Minęły olbrzymią stajnię w której zwykł odpoczywać Nigrum. Teraz jednak ujeżdżany był przez swojego właściciela, więc największa zagroda świeciła pustką.
- Dlaczego zostawił otwartą bramkę do przegrody swojego wierzchowca?- dopytała towarzyszkę, zastanawiając się czy nie był to czysty przypadek.
- Często to robi. Daje tym wolną wolę, by ktoś mógł sprzątnąć boks w razie chęci. Kiedy jest zamknięty nie ma mowy, by ktokolwiek się przy nim kręcił. To jego ukochany koń.- wyjaśniła chętnie.- Widzisz tamtą klacz?- wskazała jasnogniadą sztukę, spożywającą spokojnie swój owies.- Jest moja. Ma na imię Schöne. Wiem, mało oryginalne. Jeśli dasz mu powody do stałego zaufania, na pewno też sprezentuje ci rumaka.
- Właściwe nie sądzę, bym tego w większym stopniu chciała. Odpowiada mi jazda na jednym, razem z nim.- wzruszyła ramionami, zarzucając wzrok znów przed siebie. Parły dalej, spotykając kłusującą parę.- Dość mocno się do niego zbliżyła.
- Zawsze to robi. Udaje, że chodzi o lepsze słyszenie go, choć tak naprawdę chodzi jej o te parę metrów odległości mniej.
- Jest sprytna, prawda?- przyjrzała się kokieteryjnej blondynce, odrzucającej w tył lśniące włosie.
- Zdecydowanie. Pragnie go usidlić i kto wie, może kiedyś jej się uda.- parsknęła Rache, uśmiechając się w charakterystyczny, opiekuńczy sposób. May przechyliła głowę, spoglądając pod kątem, ostatni raz.
- Nie uda jej się.
Tuż przed obiadem została zgarnięta na bok przez samą Livię. Ulokowały się między regałami w biblioteczce, aby nikt nie raczył podsłuchiwać. Zniecierpliwiony, mało elegancki grymas wpłynął na lico przybyszki.
- Trzymaj łapy z daleka, tak?- wyparowała, oblizując spierzchnięte wargi.- Nie rozumiesz sytuacji. Zresztą i tak nie jesteś w typie Vinctusa, więc - z łaski swojej - odpuść sobie ten tani podryw na niegrzeczną dziewczynkę.- machnęła lekceważąco dłonią, taksując ją oceniająco.
- Wydaje mi się, że to jednak on decyduje, kto jest w jego typie, a kto nie. Jeśli liczysz, że wpadnie w twoje objęcia, wyznając ci miłość do grobu - mylisz się. Nie byłby sobą.- podsumowała, czując ukłucie złości. Nie mogła dać wyprowadzić się z równowagi jakiejś obłąkanej wywłoce.
- Nie będę z tobą dyskutować na ten temat. Jesteś tylko dziwką, którą można zlikwidować. On się zmieni, gdy dotrze do niego prawda.- zakołysała wątłymi biodrami, uginając nogę w kolanie. Jej suknia wyglądała zbyt poważnie, absolutnie nie pasując do dziecięcej twarzy.
- Jaka prawda? Za kogo ty się w ogóle uważasz?- prychnęła, również przyjmując bardziej wojowniczą postawę. Oparła rękę o talię, wychylając się lekko naprzód.
- Nie twój interes. Jestem dla niego kimś ważnym.
- Ślicznie to okazuje.- skomentowała, nie potrafiąc powstrzymać szyderczego uśmiechu. Jasnowłosa zaczerwieniła się malowniczo oraz zapowietrzyła na parę sekund.- Posłuchaj. Nie wchodzę ci w drogę bardziej, niż on sam tego chce. Zamknij się i daj temu spokój, bo cokolwiek nie zrobisz, nie skończy się tak jak byś tego chciała.
- Po prostu się od niego odwal.- warknęła, tracąc kontrolę nad swoją zazdrością.
- Jest mój.- bezwiednie wysyczała przez zęby, po czym odwróciła się i wyszła. Sterczenie w małym pomieszczeniu z kretynką nie było czymś w jej stylu. Przemaszerowała korytarzem do jadalni, kukając kobieco do wewnątrz.- Mam iść do siebie?- zapytała Vinctusa, spoczywającego tam gdzie zawsze.
- Zostań ze mną. Tyle czasu sam na sam powinno jej wystarczyć. Byłem miłosierny, Malum nie będzie mógł się przyczepić.- przywołał ją skinieniem, by przestąpiła próg. Przeskoczyła przez niego jak sarna, próbując wywołać choć kapkę zadowolenia na jego umęczonym obliczu.- Wina?- zagaił, gdy już umościła się w sąsiednim krześle. Zmarszczyła nos w ramach odmowy.- Herbaty?
- Traktuj mnie mniej jak równą sobie, bo stracisz wiarygodność u publiki.- rozmasowała swój kark, wiercąc się przy tym podobnie do kota. Obserwował ją zafascynowany, póki Livia nie znalazła się w pokoju. Ponownie nastała cisza, której nikt nie miał ochoty przerywać. Sofi wniosła pokrojoną pieczeń wołową, która rozlewała swój zapach po zmysłach.
- Nałożyć ci?- zwrócił się do niej, ignorując uparte wejrzenia blondynki.
- Poproszę.- przytaknęła krótko, zarzucając mentalnie zwycięski szal. Niech by się ta druga udławiła wściekłością.
Dotrwali późnego południa, gdy przybyszka musiała się zebrać. Nie wypadało wpychać się na noc gospodarzowi, który wyraźnie o to nie zabiegał. Stanęła w pewnej odległości, strzyżąc oczyma ich pożegnanie. Próbowała rzucić mu się w ramiona, jednak łatwo ją odepchnął. Nie kłopotał się nawet żadnym konkretnym wyrazem twarzy, jakby nie była tego warta. Czekał cierpliwe, aż sama wyjdzie, co by nie mogła się skarżyć, że ją wyrzucił. W końcu zamknął za nią drzwi, nie odprowadzając do bramy jak każdego poprzedniego gościa. Uniosła brew, gdy tylko na nią zerknął.
- Nie idziesz upilnować, by nie zaszyła się w sekrecie gdzieś na posesji?- zadrwiła, postukując smukłym palcem po dolnej wardze. Podszedł blisko niej i oparł brodę o czubek jej głowy, gładząc jednocześnie odsłonięte ramię.
- Zdecydowanie wolę twoje towarzystwo. Pomimo tego, że jesteś pyskata.- sapnął, pozostając w tej niewygodnej pozycji przez następną chwilę.
- Nie jestem.- wymamrotała, obejmując go w pasie. Czuła zapach potu, połączony z autentycznym znużeniem całym dniem. Gdyby teraz stworzył jakąś melodię - byłaby niesłychanie melancholijna. Poczuła jak na ustach wykwita mu półuśmiech. Mimowolnie wpłynął też na jej lico, rozjaśniając je symbolicznie.- Chcesz się pieprzyć?- miauknęła, zamierzając ożywić go wszelkim sposobem.
- Mam agresywne pożądanie, jeśli chodzi o ciebie. Myślę, że nie mam nic przeciwko.- uniósł jej podbródek, cmokając kość policzkową.- Gdzie?
- Moja sypialnia. Potem opowiesz mi bajkę.- powiadomiła go, oblizując się szybko. Szarpnęła jego nadgarstek, kierując za sobą na górę. Płynnym ruchem majtnął kudły na plecy.
- Znów stawiasz warunki.- zauważył, posłusznie dając się prowadzić.
- Tym razem masz jakąś korzyść.- odparła, otwierając sobie przejście. Stanęła na środku, odwracając się przodem do niego. Przymknął za sobą, aby nikt nie przeszkadzał. Patrzyli na siebie przez minutę.- Zdejmiesz mi suknię czy nie?- zaciekawiła się, przechylając wyczekująco fizys. Skinął, przytomniejąc. Przystąpił do niej spokojnie. Wyciągnęła ręce w górę, przypominając małe dziecko. Pochwycił materiał przy jej kolanach, ściągając go ponad sylwetkę. Nie miała niczego pod spodem, więc swobodnie mógł wpatrywać się w młode, nagie ciało. Uniósł poddańczo dłonie, dając jej możliwość odwzajemnienia. Rozchłestała jego czarną koszulę, rzucając ją w niepamięć. Przysunęła się, rozpinając spodnie. Zsunęła je razem z bielizną, butami i skarpetami. Wyprostowała plecy, dając mu chybkiego buziaka w obojczyk. Dostrzegała zalety jego korpusu. Nie był niedźwiedziem, bo spora część owłosienia zniknęła gdzieś w nieznanych jej okolicznościach. Pod lewym sutkiem miał mocną bliznę po szwach. Zaraz ponad pępkiem ktoś kiedyś chyba próbował wbić mu coś ostrego w wątpia. Dochodził do tego również olbrzymi ślad, ciągnący się od prawej pachy, aż do połowy uda.
- Nie lubię, kiedy traktujesz mnie jak eksponat.- przypomniał, podciągając jej wzrok wyżej. Zanurzyła nos w jego zaroście, po czym krótko pocałowała szyję.
- Jesteś ciekawym dziełem sztuki. Nie dziw się, że patrzę.- poprosiła. Wydał z siebie bliżej nieokreślony burknięcie, wywracając czarnymi ślepiami. Zawiesiła splecione palce na jego karku, wlekąc go w ten sposób na materac. Rozłożył się grzecznie, pozwalając jej zachować władzę. Ulokowała się poniżej jego męskości, pochylając dobitnie, by rudawe kosmyki łaskotały jego barki. Wsparta na łokciu, wodziła opuszkiem po jego gęstych brwiach, zakrzywionym nosie, sznycie na wardze i prawie niewidocznym zeszpeceniu nad grdyką. Nie odważyła się dotknąć oparzenia. Scałowała tors, licząc żebra po drodze. Ślizgnęła językiem po porannej ranie. Wspięła się na kolanach, ustawiając tuż ponad nim. Wzięła w dłoń jego członka, nakierowując w odpowiednią stronę. Nie robiła tego wcześniej, więc pozostawało nauczyć się teraz. Ostrożnie spuściła się w dół, pozwalając mu zagłębić się w swojej kobiecości. Po kilku próbach przywykła do nowości i zaczęła szukać odpowiedniego tempa. Ułożył śródręcza na jej talii, wspomagając nieco. Udało jej się wyczuć pasującą im obojgu prędkość, wywołując zadowolony pomruk. Nie było to łatwe zadanie, jednak przyjemność jakiej doznawała była tego warta. Kropelka potu spłynęła po jej skroni, gdy jeszcze przyspieszyła, chcąc dotrzeć do finału. Niepohamowane jęki rozbrzmiewały echem po pomieszczeniu, zanim oboje osiągnęli szczyt. Opadła obok niego, wciąż jeszcze dysząc cicho. Rozciągnął rękę, by mogła oprzeć głowę o jego triceps. Skorzystała z tego, wbijając niewidzący wzrok w sufit.
- Cholera, jesteś w tym coraz lepsza.- pochwalił, idąc za jej przykładem.- To pierwszy raz, kiedy chciałaś spróbować być na górze. Jak wrażenia?
- Męczące, ale satysfakcjonujące jak nie wiem.- wyrzuciła na jednym tchu, zostawiając uchylone wargi.- A twoje?
- Jesteś głucha na komplementy. Muszę wprost? Było zajebiście.- parsknął, prawie się śmiejąc. Podziwiali sklepienie, jak gdyby było na nim milion gwiazd, zamiast nudnej, białej farby.
- Teraz bajka.- przypomniała mu, przekręcając się. Zrobiło jej się niewygodnie, więc zarzuciła mu przedramię na brzuch. Zgiął lewicę w łokciu, odkładając dłoń na jej lędźwiach. Zarumieniła się dziewczęco, dostrzegając dziwną czułość tego przypadkowego uścisku.
- O Livii?- upewnił się. Potwierdziła, zamieniając się w słuch.- Nie pamiętam kiedy to było. Może rok temu, może więcej. Musiałem załatwić ważną sprawę dla Maluma, w sąsiednim mieście. Nie, nie powiem ci jaką, nie twój interes.- dopowiedział, widząc, że już-już otwiera usta, by coś wtrącić.- W każdym razie... Pojechała ze mną, bo jej rodzice tego chcieli. Zakładam, że też miała coś do zrobienia. Było mi wszystko jedno, chociaż strasznie zawadzała. Uparta dziewucha. Konsekwentnie pakowała się w każde tarapaty, jakie pojawiały się na horyzoncie. Gorzej niż ty. No nic, do rzeczy. Czas leciał, a ja wciąż tam tkwiłem. W nocy spałem na sianie w stodole przypadkowego gospodarza, który nie miał nic przeciwko. Ona także. Brała mnie chcica, bo zbyt długo nie pieprzyłem się z kobietą. Nie byłem uzależniony od kontaktu seksualnego - nie zrozum mnie źle. Chodziło raczej o rosnącą frustrację z powodu ciągnącego się w nieskończoność namawiania kogoś do uświadczenia mi pewnej przysługi. Nie ma lepszego sposobu na wyładowanie nerwów. To co miałem zrobić? Była chętna, wyglądała przy mnie wręcz jak zapatrzona w obrazek. Zerżnąłem ją raz, drugi. Właściwe trwało dość długo, zanim mi się znudziło. Potem już nie chciała się odczepić. Ubzdurała sobie jakieś głupoty i nie mogę się jej pozbyć. Wierz mi, że próbowałem. Zwyczajnie się nie da.- skrzywił się, jak gdyby chodziło o jakieś okropne stworzenie, miast ładnej blondynki. Roześmiała się serdecznie. Podejrzewała coś w tym stylu. Pomięła w ręku jego poskręcane kudły, zdając sobie sprawę, że niedługo wróci do siebie.- Masz dla mnie więcej, poza tym?
- Nie, nie sądzę.- wydusiła ze słabo wyczuwalnym żalem.
- Zostać jeszcze trochę?- zaproponował, nie zdradzając żadnych emocji. Nie miała pojęcia czy powinna odmówić. Wolałaby, aby to on decydował.
- Jeśli chcesz.
- Poleżymy sobie po prostu, dobra?
- Zgoda.- wypogodniała prędko, wypuszczając głęboki dech. Zapowiadała się udana noc, czyli dokładnie taka, jakiej jej ostatnio brakowało.
niedziela, 28 czerwca 2015
Dziesiąty.
Był więcej niż zdenerwowany. Najlepszym określeniem było po prostu „wkurwienie“. Powodem był Malum, przymuszający go do osobistego żegnania każdego gościa. Rozumiał, że przyjęcie koniecznie musiało odbyć się u niego. Rozumiał, że musiał być w miarę uprzejmy i cywilizowany. Rozumiał nawet, że cholerna Livia poprosiła rodziców, by móc za tydzień wprosić się na obiad, a jemu nie wypadało odmówić. Natomiast nie mógł pojąć dlaczego po tym wszystkim nie mógł zamknąć się w komnatach którejś z dziwek i nie wychodzić stamtąd, póki słońce ponownie nie wzejdzie. Przecież wykonał głupie polecenia. Było już po całej tej maskaradzie! Chciał tylko odpocząć, ulżyć sobie, wtulić się w czyjeś pachnące posłuszeństwem ramiona. Nie znosił tłumów, bo w nich zawsze mógł kryć sie ktoś, kto chciał wyłącznie jego zguby. Rzadko kiedy jakaś kolacja kończyła się pozytywnie, bez szwanku dla niego. Miał wielu wrogów, tego był świadom aż nazbyt dobrze. Gorzej, że niektórzy z nich świetnie kryli swoją tożsamość. Otrząsnął się z myśli, ściskając dłoń kolejnego wazeliniarza w eleganckiej marynareczce. Miał ochotę powiedzieć mu, że ma sobie wepchnąć w dupę swoją formalność, jednak nie bardzo mógł. Zamiast tego uśmiechnął się sztucznie i cmoknął knykcie jego tłustej żony. Kto wymyśla by karmić bogate kobiety? Czy one luster nie mają? Krągłości krągłościami, ale to była nieprzetopiona słonina w dziewięćdziesięciu kilogramach, co najmniej. A jeszcze dochodził ciężar organów i kości. Już miał rzucić sarkastyczną uwagą, gdy Malum zgarnął ją sprzed jego oczu, chwaląc przy tym jak to pięknie wygląda w tej gorsetowej sukni. Jakby najlepszym sposobem na sympatię było wchodzenie ludziom w...
- To już koniec. Wszyscy pojechali.- oznajmił jego brat, przerywając mu - jakże kolorowe - spostrzeżenia.
- Po co była ta cała błazenada?- warknął w odpowiedzi, zamykając bramę.
- Musiałem coś dyskretnie obgadać, a w naszym przypadku - najciemniej pod latarnią. Poza tym u mnie by się nie zmieścili.- wyjaśnił pogodnie, dotrzymując mu kroku w drodze do drzwi domostwa. Cały Malum, zawsze coś kombinował. Szkoda tylko, że potem trzeba było wyciągać go z kłopotów w które niebywale łatwo się pakował. Zmarszczył nagle brwi, posyłając mu karcące spojrzenie.- Wiesz, mogłeś być bardziej delikatny w stosunku do May. Chciała tylko pomóc. Pewnie nabawiła się oparzeń i ran od szkła.
- Wsadź sobie głęboko swoje cenne rady. Nie chcę ich.- odparł machinalnie, przyzwyczajony do jego gderania. Ten jednak nie poddawał się, wciąż brnąc w temat.
- Ona jest niebywale krucha, pamiętasz o tym?
- Naprawdę?- parsknął, uznając to za ostatnią rzecz, którą można o tej dziewczynie powiedzieć.- Rodzice traktowali ją jak szmatę, uciekła z domu, jakiś gej sprzedał ją jako niewolnicę, zbrukałem ją kilkukrotnie. Pomijając sterty małych rzeczy, a równie ważnych. Na jakiej podstawie sądzisz, że jest krucha? Bo ja nie słyszałem, żeby nadzwyczaj narzekała. Jest silniejsza od ciebie. Nie mów mi co mam robić, jestem starszy i mądrzejszy. Pamiętaj o tym.- podsumował, zatrzaskując mu wrota przed nosem. Wiedział, że i tak wejdzie, ale potrzebował paru sekund dla siebie, by móc się oddalić. Nie chciał rozmowy z nim. Postąpił zbyt impulsywnie, trudno. Stało się to się nie odstanie. Nie będzie przepraszał, bo to jej wina. Miała tylko słuchać poleceń. Co trudnego było w siedzeniu w swoim pokoju? On zrobiłby to nawet bez komendy, ale ona? Nie, oczywiście, chciała pomóc. Na jaką cholerę? Wściekłe, chaotyczne myśli chodziły mu po głowie, kiedy instynktownie wchodził po schodach, by znaleźć jej pokój. Wyrobił sobie już nawyk, nie musiał patrzeć co robi. Tym razem zatrzymał się na ostatnim stopniu. I co jej powie? „Hej, jesteś głupia. Pieprzmy się“? Żałosne, nawet jak na niego. Stwierdził, że zostawi wizytę na później. Jej złość zelżeje, jego pożądanie się wzmocni. W dwóch słowach - będzie lepiej. Cofnął się, udając do własnych komnat. Legnął na łóżko, sięgając po lekturę ze stolika. „Ojciec Goriot“. Nie zachwycał go, ale chętnie czytał wszystko, co tylko wpadło mu w ręce. Zagłębił się między strony, znikając pośród nich.
Nie miał pojęcia w którym momencie zasnął. Obudziło go natarczywe pukanie do drzwi. Przetarł skroń, wypatrując przez małe okienko pory dnia. Tuż po świcie. Zmusił się do podniesienia z posłania i przemierzenia tych kilku kroków. Hałas ustał, gdy otworzył barierę. Po drugiej stronie stała spanikowana Karma. Zgrabna szatynka pogładziła nerwowo swoje długie kosmyki i już wiedział, że stało się coś, co go rozsierdzi.
- Mówże, kobieto.- warknął, zauważając, że minęło ponad dziesięć milczących sekund. Otworzyła usta, by od razu je zamknąć. Przypominała przy tym rybę bez wody. Ścisnął jej ramię, obligując do posłuszeństwa.- Mów.
- Melodie.- wychrypiała, a oczy zaszły jej łzami, jakby nie była przygotowana na reakcję, która mogła nastąpić.
- No co z nią?- pospieszył, tracąc cierpliwość. Co się mogło stać?
- Uciekła. Nie wiadomo kiedy, ale możliwe, że już wczoraj. Od kolacji nikt jej nie widział, a to był dobry dzień na ucieczkę. Otwarta brama, mnóstwo kręcących się ludzi, którzy jej nie znali. Nie wiemy jak, po prostu jej się udało. Proszę, niech pan na mnie nie krzyczy. Niech pan mi nie robi krzywdy.- zasłoniła twarz dłońmi, pilnując raczej swojego płaczu niż bezpieczeństwa. Wezbrało w nim apogeum furii. Zatrzaskując drzwi, wystrzelił korytarzem. Znalazł pokój gościnny w którym zwykle przesiadywał Malum. Aktualnie spał, więc trzeba było zrzucić go na ziemię w ramach pobudki.
- Oszalałeś?- syknął, opanowując drżenie obolałych mięśni.
- Jedziesz do miasta. May zabrała dupę w troki i nie ma jej od wczoraj. Znajdziesz ją, gdziekolwiek poszła. Jeśli jest w lesie - ja ją znajdę. Rozumiesz?- pochylił się do brata, podciągając go za szatę.- To twoja wina. Gdyby nie to idiotyczne przyjęcie to nie miałaby okazji, by chociaż pomyśleć o zwianiu stąd. Podnoś się i jedź jej szukać. Nawet nie próbuj wracać, zanim nie sprawdzisz dokładnie całej okolicy.- zakomenderował, po czym pobiegł do stajni. Każda minuta wydała mu się cenna. Jeśli uciekła w nocy to mogła stać jej się krzywda. Nigdy nie ufał zagajnikowi, zawsze kręcili się tam obrzydliwi ludzie, a tacy uwielbiają zmrok i takie ładne panienki, zdane na łaskę losu. Niech by to szlag trafił, że zrezygnował z wejścia tam zaraz po zakończeniu kolacji. Mógłby wtedy szybciej zacząć szukać. Byłoby większe prawdopodobieństwo sukcesu. Wsiadł na Nigruma, nie dbając o zakładanie siodła czy uzdy. Ruszył w pościg za zagubioną gdzieś w kniejach Melodie, powtarzając sobie, że zabije każdego, kto śmiał jej dotknąć. Była jego własnością, tylko jego. Przedarł się przez gąszcz na wprost za bramą. Wytłumaczył sobie, iż nie poszłaby tak po prostu ścieżką, bo to byłoby niesamowicie durne, a rozumu akurat jej nie brakowało. Musiała wybrać drogę przed siebie. Po dłuższej chwili napięcia, natknął się na strzępek białego materiału wiszący na trującym krzewie cisu. Nie mógł przewidzieć czy należy do niej, ale skąd by się tu znalazł, gdyby nie? Zabrał go ze sobą, chowając w kieszeni. Począł dalej błądzić między drzewami. Przemierzył każdy skrawek lasu z dala od przedepceń i kilka rzadziej używanych szlaków. Nie było po niej śladu. Wpadł na pomysł, że zajrzy nad jezioro, nad które dawno temu ją zabrał. Nic. Objechał je wkoło i dopiero wtedy dostrzegł ruch. Głęboko w puszczy, zebrało się parę głośnych osób. Popędził w tamtym kierunku, będąc pewnym, że musieli przynajmniej ją widzieć. I miał rację. Kończyli akurat zdzieranie z niej ubrań. W ogólnym rozrachunku wydało mu się to okropnie niesprawiedliwe, że tak sumiennie ją przywiązali. Jakby się bali, że zrobi im krzywdę. Niczym pierwszorzędny furiat - elegancko przejechał koniem po jednym z oprawców, pilnując by złamał kości przynajmniej w kilku miejscach. Bez trudu rozpoznał Francesa, wodzącego teraz palcami po biuście dziewczyny. Wbił nóż w ramię jego towarzysza, zeskakując z konia. Wyciągnął go gładko, pozwalając mężczyźnie opaść z jękiem bólu na podłoże. Dwójka wdrapała się na swoje wierzchowce i spieprzała szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Santiago - z którym miał okazję spotykać się wcześniej - ukłonił się lekko, odsuwając z rękoma w górze. Nigdy nie był typem od pochopnych decyzji. Czarnowłosy pozwolił mu oddalić się w spokoju. Favril za to bez zastanowienia zaatakował, powodując głęboką, ciętą ranę przy barku. Tego debila znał aż za dobrze jako swojego zaciętego przeciwnika. Beznamiętnie machnął ostrzem, otwierając skórę jego przedramienia. Wykrwawi się, jeśli nie weźmie nóg za pas i tego nie zatamuje. Szczęściem, miał na tyle instynktu samozachowawczego, by wsiąść na swojego ogiera i odjechać. Został sam na sam z Francesem, który nic sobie nie robił ze sceny za swoimi plecami, wciąż z pożądaniem pieszcząc jej bezbronne ciało. Dojrzał w jej oczach strach, pomieszany z bólem. Nie płakała, chociaż chyba powinna. Skoncentrował się na uderzeniu w odpowiedni punkt blondyna. Sztylet wtopił się w jego lędźwia, niczym w masło. Krzyk zaskoczenia wydarł się z jego gardła, kiedy własny kręgosłup zmusił go do upadku na kolana.
- Czy ja kiedykolwiek darowałem komuś próbę dotknięcia którejś z moich kobiet bez pozwolenia?- zapytał twardo, pochylając się do konającego. Ten jęknął coś, co miało być odpowiedzią, po czym bezsilnie rozłożył się na ziemi. Vinctus skoncentrował swoją uwagę na nagiej młódce.- A z tobą co mam zrobić? Zachowałaś się wyjątkowo bezczelnie.- mruknął, wciąż zirytowany, ale z dużo większym opanowaniem. Poczuł ulgę, że się znalazła. Rozciął sznury, nie bawiąc się w odplątywanie. Wprawiła go w osłupienie, kiedy jak długa legła na grunt. Nie zdążył jej złapać. Osunęła się częściowo na sylwetę Francesa, nie mając siły by zmienić położenie. Ukląkł przy niej, okrywając swoim płaszczem - jedyną rzeczą, którą z przyzwyczajenia zdążył pochwycić przed wyjściem.- Jesteś niesamowicie głupia.- wypalił, przenosząc ją na najbliższe siedzisko.- Opowiadaj.
- Biegłam przed siebie. Znaleźli mnie jakąś godzinę po świtaniu i dowlekli tutaj. Przytwierdzili do drzewa. Potem on przyjechał. Zabił jednego z nich za obrabianie mu tyłów. Potem grali o mnie w karty. Wygrał, bo oszukiwał, ale oni zbyt się go bali, żeby protestować. Właśnie byli w trakcie...- dławiła słowa, nie unosząc nawet wzroku.
- Zamknij się już. Dosyć.- warknął, mimowolnie przyciągając ją do siebie. Na ten moment odłożył całą złość, pozwalając spływać kojącej czułości, jakiej potrzebowała. Bał się o nią. Cieszył się, że odnalazł ją żywą i prawie nietkniętą. To wypełniło jego organizm na krótką chwilę, podczas której dochodziła do siebie.
- Krwawisz. Podaj mi wodę i tamten strzępek z mojej bluzki.- poprosiła, wskazując biały materiał leżący pod drzewem. Gdy tylko wysunął się z jej objęć - wkurzenie powróciło. Jak w ogóle mogła coś takiego wymyślić? Traktował ją jak pieprzoną księżniczkę, a ona przy pierwszej lepszej okazji zwiała. Świetnie. Weź tu człowieku zaufaj kobiecie. Wykonał życzenie, krzywiąc się z niesmakiem. Drżącymi z wyczerpania dłońmi obmyła jego zabrudzone ramię, powoli zawiązując prowizoryczny opatrunek. Zdobyła się przy tym, by spojrzeć mu w oczy, co nie było najlepszym pomysłem. Percepcja stała się trudniejsza, a oddech dziwnie przyspieszony. Rozchyliła usta, zamierzając chyba coś powiedzieć. Czekał, aż spróbuje się wytłumaczyć. Spodziewał się czegoś w stylu: „działałam w amoku“, „skrzywdziłeś mnie“ albo „tak bardzo się bałam“. Wymamrotała tylko niezgrabne „przepraszam“, które raczej odnosiło się do przypadkowo uderzenia go ręką w obojczyk, niż do całej tej sytuacji. Zawiódł się na niej. To była ta emocja, której nie potrafił nazwać przez cały czas, gdy jej szukał. Zawiódł się jak jasna cholera. Zobojętniał na jej smutne spojrzenie, podnosząc się do pionu.
- Wejdziesz na Nigruma sama czy będę musiał ci pomóc?- dopytał z westchnieniem, nie licząc na reakcję. Uniósł ją jednym zrywem ponad głowę, prawie wrzucając na zwierzę. Sam wskoczył taktownie, nie doprawiając ogierowi nieprzyjemności. Dziewczyna poprawiła się na ile mogła, kurcząc za jego plecami.- Obejmij mnie.- poinstruował głosem wypranym z uczuć. Słabe palce ulokowały się przy jego podbrzuszu. Wyżej nie dała rady, rozumiał to. Kłusem pognał do domu, chcąc położyć ją w ciepłej kołdrze i dostarczyć tyle wody, ile będzie potrzebowała.
Miała wyrzuty sumienia ilekroć budziły ją drzwi zamykane na klucz. Nie chodziło o to, że zaczął używać zamka. Żałowała całej sytuacji. Nie było jej tu źle, a on widocznie starał się o jej bezpieczeństwo. Ta eskapada była najgłupszym planem, jaki mogła wymyślić. Szkoda tylko, że było za późno na tego typu rozważania. Odkąd ją przywiózł - pilnował każdego jej ruchu. Nie zawsze osobiście, ale robił to. Posłusznie spełniała każdą jego prośbę czy rozkaz, chcąc przywrócić jakąś formę zaufania do siebie. On nie rozumiał tego w ten sposób, więc jej działanie spełzało na niczym. Myślał, że to jej nowa gra, która ma go nią znudzić. Zaciskał pięści, obserwując wszystkie zachowania, jakich się dopuszczała. Nie było w tym niczego, co przypominało ją sprzed ucieczki. Ta May była inna, pozornie słaba i naiwnie sprytna. Szukał w jej zabawie dziur, ale nie było ich. Widocznie mocno zależało jej na utrzymywaniu iluzji grzecznej. Nieświadomie sprawiała mu tym ból, bo martwił się czy nie znajdzie potajemnie jakiegoś sposobu, by znów zniknąć. Taka przykrywka była dla tego celu najlepsza. Kto spodziewałby się, że taki potulny aniołek zechce czmychnąć? Nie przyszłoby mu do głowy za żadne skarby, że ona chce wywołać dokładnie odwrotny efekt. Kiedy nic nie działało, znalazła okazję. Otworzyła oczy wcześniej niż zwykle, wiedząc, że przed świtem przyszedł skontrolować jej stan. Robił to co jakiś czas, sprawdzając czy aby nie udaje dobrego samopoczucia. Gdy rozchyliła powieki - natychmiast wstał, zbierając się do wyjścia. Zdążyła pochwycić go za spodnie. Proszącym wzrokiem dała mu do zrozumienia, że chce, by ją pieprzył. Teraz, zaraz. Odetchnął ze zmęczeniem, rozgrywając cichą batalię z własnym umysłem. W końcu cofnął się, szukając czegoś w jej szafce. Wyciągnął linkę.
- Połóż dłonie przy oparciu łóżka.- polecił, wzdychając raz jeszcze. Nie musiał jej rozbierać, gdyż sypiała nago. Uniosła nadgarstki ponad głowę, przekręcając się wygodniej. Przywiązał ją, znacznie delikatniej niż jegomoście z lasu.- Co mam z tobą zrobić? Nie mam ochoty na seks.- wyrzucił z przekąsem po dłuższej chwili bezczynności. Usiadł przy jej boku, gładząc opuszkami palców po bladym biodrze.- Nie wiem jak wobec ciebie postępować.
- Przepraszam, że uciekłam.- wyszeptała, kierując trzeszcza na sufit. Nie chciała o tym mówić, lecz zdała sobie sprawę, iż nie da się nad tym przeskoczyć.- To impuls. Zrobiłeś to, co często robili rodzice. Nie roztrząsałam tego wcale.
- Jest ci tutaj tak źle?
- Jesteś głupi.- wymamrotała, żałując skrępowanych rąk. Mógłby ją uwolnić, skoro nie zamierzał korzystać.
- Pilnuj się.- spochmurniał. Zmusiła się, by powiedzieć:
- Często narzekam, ale cieszę się, że mam cię przy sobie.
- Ale to ja jestem głupi?- parsknął, pochylając się nad nią. Czarne kudły połaskotały jej biust.- Nie zaufam ci drugi raz, nieznośna dziewucho.- powiadomił ją półgłosem, przewiercając wzrokiem na wskroś. Wpadło jej do głowy rozwiązanie, ale nie potrafiła niczego z siebie wykrztusić, gdy tak się gapił. Odchrząknęła tylko cichutko.- Jesteś nieodpowiedzialną smarkulą, która nie potrafi nawet uciec od tyranii. Jak chciałaś sobie poradzić sama? Wszystko partaczysz. Odpowiedz mi - jak chciałaś to zrobić? Jak?
- Nie wiem.- pisnęła. Zacisnął palce na jej talii, spoglądając na opadający nerwowo tors. Przymknęła powieki.- Chcę złożyć śluby.
- Słucham?- zachłysnął się powietrzem, podnosząc do pionu.- Niby dlaczego?
- Nie możemy pominąć dramatycznej gadki? Nudzą mnie takie rzeczy. Chcę i tyle.- wycedziła, czując się urażona jego reakcją. Rozplątał wiązanie, by miała swobodę ruchu.
- To nie jest decyzja, którą podejmuje się w ułamku sekundy. Do tego typu spraw potrzeba pewności i oddania. Nie sądzisz, że po tym co zrobiłaś, mam prawo zapytać dlaczego do cholery chcesz się w to bawić?
- Po prostu uświadomiłam sobie, że umiem się tu odnaleźć. Jesteś całkiem porządnym facetem. Powiesz mi jak to się odbywa?
- Przysięga jest własna. Po niej nacinasz mostek i dajesz mi zlizać krew. Dalej robisz to ze mną.- wzruszył ramionami. Rozejrzała się za czymś ostrym.- Ty tak poważnie?
- Wyglądam, jakbym żartowała?- zasępiła się, wstając.- Pójdę po nóż.
- Zostaw. Przyniosę własny.- popchnął ją z powrotem na pościel, wymijając sprawnie. Poprawiła się do siadu skrzyżnego.Przełknęła ślinę, ostatni raz analizując powinność swojego postępowania. Nie bardzo dostrzegała inne możliwości. Wrócił zbyt szybko. Nie zdążyła zorientować się w tym, co może mu obiecać. Rzucił sztylet przed nią, rejestrując każdą oznakę zwątpienia. Wydęła usta w dzióbek, koncentrując się.
- Usiądź.- upomniała go, kiedy wciąż wisiał nad nią jak zaciekawiona surykatka. Wzniósł dłonie w obronnym geście, wykonując polecenie.
- Więc co mi powiesz?- pospieszył z leniwym uśmiechem, widząc, że kontemplacja słabo jej idzie. Zmrużyła oczy, mordując go wewnętrznie.
- Pójdę trochę na żywioł, pozwolisz.- fuknęła. Odetchnęła dla relaksu. Pozwoliła płynąć słowom, które jako pierwsze cisnęły się do jej warg.- Zaciągam wobec siebie samej zobowiązanie, by zawsze pozostać przy twoim boku. Zajmować się domem w miarę swoich możliwości. Sprawiać ci przyjemność w każdy sposób jakiego zechcesz. Służyć twym potrzebom oraz rozkazom. Nie niszczyć zamierzenie niczego, co jest twoje. Budować zaufanie od nowa i nie ciążyć na twojej dobroci. Przyjmować bez wahania kary, jak i nagrody. Przy tym wszystkim zachować jednak siebie, bo tylko to odróżni mnie od reszty twoich kobiet. Będę parzyć herbatę, podawać posiłki, prać ubrania, sortować nuty oraz grać najpiękniejsze z melodii. Dla nieznajomych będę obcą chlubą twego domu. Nigdy nie będziesz musiał się za mnie wstydzić. Nie opuszczę cię bez wyraźnej zgody. To ci ślubuję z czystym sumieniem.- zatrzymała się, antyszambrując jakiegoś rodzaju kontry. Zachował poważną minę.
- Akceptuję twoją przysięgę, składając własną, iż nie dam cię skrzywdzić. Od dziś - aż po uwolnienie - jesteś mą własnością.- rzekł, jakby zgodnie z regułą. Skinął przyzwalająco. Niezdarnie obróciła ostrze w dłoniach, drżąco przesuwając nim między piersiami.- Musisz to zrobić trochę mocniej. W tym miejscu krew krąży w małych ilościach.
- Dlaczego mostek?- wyjąkała, ściągając brwi. Przeciągnęła raz jeszcze, tym razem porządniej.
- Kwestia wiary w dobre intencje.- wytłumaczył, przychylając wargi do wątłej, czerwonej strużki. Delikatnie pogłaskała końcówki jego kruczych kłaków, nie mając pojęcia, co innego uczynić. Gdy skończył podciągnęła jego koszulę, zdejmując ją przez głowę. Wskazał ledwo widoczną bliznę.- Tnij.
- Ja?
- Na tym polega wiara. Możesz mnie zabić, ale ufam, że tego nie zrobisz.
- Ah. W porządku.- zawahała się, skupiając uwagę na odpowiedniej sile wbicia. Niezbyt intensywnie, jednak nie nadto finezyjnie. Nie skrzywił się, chociaż zrobiła to poprawnie. Przysunęła się na materacu, by sięgać celu. Nawilżyła usta, wysuwając język. Posłusznie spiła metalicznie smakującą ciecz, czując jak bije jego serce. Odrobinę przyspieszone tętno.
- Teraz nabrałem na ciebie ochoty.- przyznał ze śmiechem. Miauknęła żartobliwie, zanim ktoś zapukał we drzwi.
- To już koniec. Wszyscy pojechali.- oznajmił jego brat, przerywając mu - jakże kolorowe - spostrzeżenia.
- Po co była ta cała błazenada?- warknął w odpowiedzi, zamykając bramę.
- Musiałem coś dyskretnie obgadać, a w naszym przypadku - najciemniej pod latarnią. Poza tym u mnie by się nie zmieścili.- wyjaśnił pogodnie, dotrzymując mu kroku w drodze do drzwi domostwa. Cały Malum, zawsze coś kombinował. Szkoda tylko, że potem trzeba było wyciągać go z kłopotów w które niebywale łatwo się pakował. Zmarszczył nagle brwi, posyłając mu karcące spojrzenie.- Wiesz, mogłeś być bardziej delikatny w stosunku do May. Chciała tylko pomóc. Pewnie nabawiła się oparzeń i ran od szkła.
- Wsadź sobie głęboko swoje cenne rady. Nie chcę ich.- odparł machinalnie, przyzwyczajony do jego gderania. Ten jednak nie poddawał się, wciąż brnąc w temat.
- Ona jest niebywale krucha, pamiętasz o tym?
- Naprawdę?- parsknął, uznając to za ostatnią rzecz, którą można o tej dziewczynie powiedzieć.- Rodzice traktowali ją jak szmatę, uciekła z domu, jakiś gej sprzedał ją jako niewolnicę, zbrukałem ją kilkukrotnie. Pomijając sterty małych rzeczy, a równie ważnych. Na jakiej podstawie sądzisz, że jest krucha? Bo ja nie słyszałem, żeby nadzwyczaj narzekała. Jest silniejsza od ciebie. Nie mów mi co mam robić, jestem starszy i mądrzejszy. Pamiętaj o tym.- podsumował, zatrzaskując mu wrota przed nosem. Wiedział, że i tak wejdzie, ale potrzebował paru sekund dla siebie, by móc się oddalić. Nie chciał rozmowy z nim. Postąpił zbyt impulsywnie, trudno. Stało się to się nie odstanie. Nie będzie przepraszał, bo to jej wina. Miała tylko słuchać poleceń. Co trudnego było w siedzeniu w swoim pokoju? On zrobiłby to nawet bez komendy, ale ona? Nie, oczywiście, chciała pomóc. Na jaką cholerę? Wściekłe, chaotyczne myśli chodziły mu po głowie, kiedy instynktownie wchodził po schodach, by znaleźć jej pokój. Wyrobił sobie już nawyk, nie musiał patrzeć co robi. Tym razem zatrzymał się na ostatnim stopniu. I co jej powie? „Hej, jesteś głupia. Pieprzmy się“? Żałosne, nawet jak na niego. Stwierdził, że zostawi wizytę na później. Jej złość zelżeje, jego pożądanie się wzmocni. W dwóch słowach - będzie lepiej. Cofnął się, udając do własnych komnat. Legnął na łóżko, sięgając po lekturę ze stolika. „Ojciec Goriot“. Nie zachwycał go, ale chętnie czytał wszystko, co tylko wpadło mu w ręce. Zagłębił się między strony, znikając pośród nich.
Nie miał pojęcia w którym momencie zasnął. Obudziło go natarczywe pukanie do drzwi. Przetarł skroń, wypatrując przez małe okienko pory dnia. Tuż po świcie. Zmusił się do podniesienia z posłania i przemierzenia tych kilku kroków. Hałas ustał, gdy otworzył barierę. Po drugiej stronie stała spanikowana Karma. Zgrabna szatynka pogładziła nerwowo swoje długie kosmyki i już wiedział, że stało się coś, co go rozsierdzi.
- Mówże, kobieto.- warknął, zauważając, że minęło ponad dziesięć milczących sekund. Otworzyła usta, by od razu je zamknąć. Przypominała przy tym rybę bez wody. Ścisnął jej ramię, obligując do posłuszeństwa.- Mów.
- Melodie.- wychrypiała, a oczy zaszły jej łzami, jakby nie była przygotowana na reakcję, która mogła nastąpić.
- No co z nią?- pospieszył, tracąc cierpliwość. Co się mogło stać?
- Uciekła. Nie wiadomo kiedy, ale możliwe, że już wczoraj. Od kolacji nikt jej nie widział, a to był dobry dzień na ucieczkę. Otwarta brama, mnóstwo kręcących się ludzi, którzy jej nie znali. Nie wiemy jak, po prostu jej się udało. Proszę, niech pan na mnie nie krzyczy. Niech pan mi nie robi krzywdy.- zasłoniła twarz dłońmi, pilnując raczej swojego płaczu niż bezpieczeństwa. Wezbrało w nim apogeum furii. Zatrzaskując drzwi, wystrzelił korytarzem. Znalazł pokój gościnny w którym zwykle przesiadywał Malum. Aktualnie spał, więc trzeba było zrzucić go na ziemię w ramach pobudki.
- Oszalałeś?- syknął, opanowując drżenie obolałych mięśni.
- Jedziesz do miasta. May zabrała dupę w troki i nie ma jej od wczoraj. Znajdziesz ją, gdziekolwiek poszła. Jeśli jest w lesie - ja ją znajdę. Rozumiesz?- pochylił się do brata, podciągając go za szatę.- To twoja wina. Gdyby nie to idiotyczne przyjęcie to nie miałaby okazji, by chociaż pomyśleć o zwianiu stąd. Podnoś się i jedź jej szukać. Nawet nie próbuj wracać, zanim nie sprawdzisz dokładnie całej okolicy.- zakomenderował, po czym pobiegł do stajni. Każda minuta wydała mu się cenna. Jeśli uciekła w nocy to mogła stać jej się krzywda. Nigdy nie ufał zagajnikowi, zawsze kręcili się tam obrzydliwi ludzie, a tacy uwielbiają zmrok i takie ładne panienki, zdane na łaskę losu. Niech by to szlag trafił, że zrezygnował z wejścia tam zaraz po zakończeniu kolacji. Mógłby wtedy szybciej zacząć szukać. Byłoby większe prawdopodobieństwo sukcesu. Wsiadł na Nigruma, nie dbając o zakładanie siodła czy uzdy. Ruszył w pościg za zagubioną gdzieś w kniejach Melodie, powtarzając sobie, że zabije każdego, kto śmiał jej dotknąć. Była jego własnością, tylko jego. Przedarł się przez gąszcz na wprost za bramą. Wytłumaczył sobie, iż nie poszłaby tak po prostu ścieżką, bo to byłoby niesamowicie durne, a rozumu akurat jej nie brakowało. Musiała wybrać drogę przed siebie. Po dłuższej chwili napięcia, natknął się na strzępek białego materiału wiszący na trującym krzewie cisu. Nie mógł przewidzieć czy należy do niej, ale skąd by się tu znalazł, gdyby nie? Zabrał go ze sobą, chowając w kieszeni. Począł dalej błądzić między drzewami. Przemierzył każdy skrawek lasu z dala od przedepceń i kilka rzadziej używanych szlaków. Nie było po niej śladu. Wpadł na pomysł, że zajrzy nad jezioro, nad które dawno temu ją zabrał. Nic. Objechał je wkoło i dopiero wtedy dostrzegł ruch. Głęboko w puszczy, zebrało się parę głośnych osób. Popędził w tamtym kierunku, będąc pewnym, że musieli przynajmniej ją widzieć. I miał rację. Kończyli akurat zdzieranie z niej ubrań. W ogólnym rozrachunku wydało mu się to okropnie niesprawiedliwe, że tak sumiennie ją przywiązali. Jakby się bali, że zrobi im krzywdę. Niczym pierwszorzędny furiat - elegancko przejechał koniem po jednym z oprawców, pilnując by złamał kości przynajmniej w kilku miejscach. Bez trudu rozpoznał Francesa, wodzącego teraz palcami po biuście dziewczyny. Wbił nóż w ramię jego towarzysza, zeskakując z konia. Wyciągnął go gładko, pozwalając mężczyźnie opaść z jękiem bólu na podłoże. Dwójka wdrapała się na swoje wierzchowce i spieprzała szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Santiago - z którym miał okazję spotykać się wcześniej - ukłonił się lekko, odsuwając z rękoma w górze. Nigdy nie był typem od pochopnych decyzji. Czarnowłosy pozwolił mu oddalić się w spokoju. Favril za to bez zastanowienia zaatakował, powodując głęboką, ciętą ranę przy barku. Tego debila znał aż za dobrze jako swojego zaciętego przeciwnika. Beznamiętnie machnął ostrzem, otwierając skórę jego przedramienia. Wykrwawi się, jeśli nie weźmie nóg za pas i tego nie zatamuje. Szczęściem, miał na tyle instynktu samozachowawczego, by wsiąść na swojego ogiera i odjechać. Został sam na sam z Francesem, który nic sobie nie robił ze sceny za swoimi plecami, wciąż z pożądaniem pieszcząc jej bezbronne ciało. Dojrzał w jej oczach strach, pomieszany z bólem. Nie płakała, chociaż chyba powinna. Skoncentrował się na uderzeniu w odpowiedni punkt blondyna. Sztylet wtopił się w jego lędźwia, niczym w masło. Krzyk zaskoczenia wydarł się z jego gardła, kiedy własny kręgosłup zmusił go do upadku na kolana.
- Czy ja kiedykolwiek darowałem komuś próbę dotknięcia którejś z moich kobiet bez pozwolenia?- zapytał twardo, pochylając się do konającego. Ten jęknął coś, co miało być odpowiedzią, po czym bezsilnie rozłożył się na ziemi. Vinctus skoncentrował swoją uwagę na nagiej młódce.- A z tobą co mam zrobić? Zachowałaś się wyjątkowo bezczelnie.- mruknął, wciąż zirytowany, ale z dużo większym opanowaniem. Poczuł ulgę, że się znalazła. Rozciął sznury, nie bawiąc się w odplątywanie. Wprawiła go w osłupienie, kiedy jak długa legła na grunt. Nie zdążył jej złapać. Osunęła się częściowo na sylwetę Francesa, nie mając siły by zmienić położenie. Ukląkł przy niej, okrywając swoim płaszczem - jedyną rzeczą, którą z przyzwyczajenia zdążył pochwycić przed wyjściem.- Jesteś niesamowicie głupia.- wypalił, przenosząc ją na najbliższe siedzisko.- Opowiadaj.
- Biegłam przed siebie. Znaleźli mnie jakąś godzinę po świtaniu i dowlekli tutaj. Przytwierdzili do drzewa. Potem on przyjechał. Zabił jednego z nich za obrabianie mu tyłów. Potem grali o mnie w karty. Wygrał, bo oszukiwał, ale oni zbyt się go bali, żeby protestować. Właśnie byli w trakcie...- dławiła słowa, nie unosząc nawet wzroku.
- Zamknij się już. Dosyć.- warknął, mimowolnie przyciągając ją do siebie. Na ten moment odłożył całą złość, pozwalając spływać kojącej czułości, jakiej potrzebowała. Bał się o nią. Cieszył się, że odnalazł ją żywą i prawie nietkniętą. To wypełniło jego organizm na krótką chwilę, podczas której dochodziła do siebie.
- Krwawisz. Podaj mi wodę i tamten strzępek z mojej bluzki.- poprosiła, wskazując biały materiał leżący pod drzewem. Gdy tylko wysunął się z jej objęć - wkurzenie powróciło. Jak w ogóle mogła coś takiego wymyślić? Traktował ją jak pieprzoną księżniczkę, a ona przy pierwszej lepszej okazji zwiała. Świetnie. Weź tu człowieku zaufaj kobiecie. Wykonał życzenie, krzywiąc się z niesmakiem. Drżącymi z wyczerpania dłońmi obmyła jego zabrudzone ramię, powoli zawiązując prowizoryczny opatrunek. Zdobyła się przy tym, by spojrzeć mu w oczy, co nie było najlepszym pomysłem. Percepcja stała się trudniejsza, a oddech dziwnie przyspieszony. Rozchyliła usta, zamierzając chyba coś powiedzieć. Czekał, aż spróbuje się wytłumaczyć. Spodziewał się czegoś w stylu: „działałam w amoku“, „skrzywdziłeś mnie“ albo „tak bardzo się bałam“. Wymamrotała tylko niezgrabne „przepraszam“, które raczej odnosiło się do przypadkowo uderzenia go ręką w obojczyk, niż do całej tej sytuacji. Zawiódł się na niej. To była ta emocja, której nie potrafił nazwać przez cały czas, gdy jej szukał. Zawiódł się jak jasna cholera. Zobojętniał na jej smutne spojrzenie, podnosząc się do pionu.
- Wejdziesz na Nigruma sama czy będę musiał ci pomóc?- dopytał z westchnieniem, nie licząc na reakcję. Uniósł ją jednym zrywem ponad głowę, prawie wrzucając na zwierzę. Sam wskoczył taktownie, nie doprawiając ogierowi nieprzyjemności. Dziewczyna poprawiła się na ile mogła, kurcząc za jego plecami.- Obejmij mnie.- poinstruował głosem wypranym z uczuć. Słabe palce ulokowały się przy jego podbrzuszu. Wyżej nie dała rady, rozumiał to. Kłusem pognał do domu, chcąc położyć ją w ciepłej kołdrze i dostarczyć tyle wody, ile będzie potrzebowała.
Miała wyrzuty sumienia ilekroć budziły ją drzwi zamykane na klucz. Nie chodziło o to, że zaczął używać zamka. Żałowała całej sytuacji. Nie było jej tu źle, a on widocznie starał się o jej bezpieczeństwo. Ta eskapada była najgłupszym planem, jaki mogła wymyślić. Szkoda tylko, że było za późno na tego typu rozważania. Odkąd ją przywiózł - pilnował każdego jej ruchu. Nie zawsze osobiście, ale robił to. Posłusznie spełniała każdą jego prośbę czy rozkaz, chcąc przywrócić jakąś formę zaufania do siebie. On nie rozumiał tego w ten sposób, więc jej działanie spełzało na niczym. Myślał, że to jej nowa gra, która ma go nią znudzić. Zaciskał pięści, obserwując wszystkie zachowania, jakich się dopuszczała. Nie było w tym niczego, co przypominało ją sprzed ucieczki. Ta May była inna, pozornie słaba i naiwnie sprytna. Szukał w jej zabawie dziur, ale nie było ich. Widocznie mocno zależało jej na utrzymywaniu iluzji grzecznej. Nieświadomie sprawiała mu tym ból, bo martwił się czy nie znajdzie potajemnie jakiegoś sposobu, by znów zniknąć. Taka przykrywka była dla tego celu najlepsza. Kto spodziewałby się, że taki potulny aniołek zechce czmychnąć? Nie przyszłoby mu do głowy za żadne skarby, że ona chce wywołać dokładnie odwrotny efekt. Kiedy nic nie działało, znalazła okazję. Otworzyła oczy wcześniej niż zwykle, wiedząc, że przed świtem przyszedł skontrolować jej stan. Robił to co jakiś czas, sprawdzając czy aby nie udaje dobrego samopoczucia. Gdy rozchyliła powieki - natychmiast wstał, zbierając się do wyjścia. Zdążyła pochwycić go za spodnie. Proszącym wzrokiem dała mu do zrozumienia, że chce, by ją pieprzył. Teraz, zaraz. Odetchnął ze zmęczeniem, rozgrywając cichą batalię z własnym umysłem. W końcu cofnął się, szukając czegoś w jej szafce. Wyciągnął linkę.
- Połóż dłonie przy oparciu łóżka.- polecił, wzdychając raz jeszcze. Nie musiał jej rozbierać, gdyż sypiała nago. Uniosła nadgarstki ponad głowę, przekręcając się wygodniej. Przywiązał ją, znacznie delikatniej niż jegomoście z lasu.- Co mam z tobą zrobić? Nie mam ochoty na seks.- wyrzucił z przekąsem po dłuższej chwili bezczynności. Usiadł przy jej boku, gładząc opuszkami palców po bladym biodrze.- Nie wiem jak wobec ciebie postępować.
- Przepraszam, że uciekłam.- wyszeptała, kierując trzeszcza na sufit. Nie chciała o tym mówić, lecz zdała sobie sprawę, iż nie da się nad tym przeskoczyć.- To impuls. Zrobiłeś to, co często robili rodzice. Nie roztrząsałam tego wcale.
- Jest ci tutaj tak źle?
- Jesteś głupi.- wymamrotała, żałując skrępowanych rąk. Mógłby ją uwolnić, skoro nie zamierzał korzystać.
- Pilnuj się.- spochmurniał. Zmusiła się, by powiedzieć:
- Często narzekam, ale cieszę się, że mam cię przy sobie.
- Ale to ja jestem głupi?- parsknął, pochylając się nad nią. Czarne kudły połaskotały jej biust.- Nie zaufam ci drugi raz, nieznośna dziewucho.- powiadomił ją półgłosem, przewiercając wzrokiem na wskroś. Wpadło jej do głowy rozwiązanie, ale nie potrafiła niczego z siebie wykrztusić, gdy tak się gapił. Odchrząknęła tylko cichutko.- Jesteś nieodpowiedzialną smarkulą, która nie potrafi nawet uciec od tyranii. Jak chciałaś sobie poradzić sama? Wszystko partaczysz. Odpowiedz mi - jak chciałaś to zrobić? Jak?
- Nie wiem.- pisnęła. Zacisnął palce na jej talii, spoglądając na opadający nerwowo tors. Przymknęła powieki.- Chcę złożyć śluby.
- Słucham?- zachłysnął się powietrzem, podnosząc do pionu.- Niby dlaczego?
- Nie możemy pominąć dramatycznej gadki? Nudzą mnie takie rzeczy. Chcę i tyle.- wycedziła, czując się urażona jego reakcją. Rozplątał wiązanie, by miała swobodę ruchu.
- To nie jest decyzja, którą podejmuje się w ułamku sekundy. Do tego typu spraw potrzeba pewności i oddania. Nie sądzisz, że po tym co zrobiłaś, mam prawo zapytać dlaczego do cholery chcesz się w to bawić?
- Po prostu uświadomiłam sobie, że umiem się tu odnaleźć. Jesteś całkiem porządnym facetem. Powiesz mi jak to się odbywa?
- Przysięga jest własna. Po niej nacinasz mostek i dajesz mi zlizać krew. Dalej robisz to ze mną.- wzruszył ramionami. Rozejrzała się za czymś ostrym.- Ty tak poważnie?
- Wyglądam, jakbym żartowała?- zasępiła się, wstając.- Pójdę po nóż.
- Zostaw. Przyniosę własny.- popchnął ją z powrotem na pościel, wymijając sprawnie. Poprawiła się do siadu skrzyżnego.Przełknęła ślinę, ostatni raz analizując powinność swojego postępowania. Nie bardzo dostrzegała inne możliwości. Wrócił zbyt szybko. Nie zdążyła zorientować się w tym, co może mu obiecać. Rzucił sztylet przed nią, rejestrując każdą oznakę zwątpienia. Wydęła usta w dzióbek, koncentrując się.
- Usiądź.- upomniała go, kiedy wciąż wisiał nad nią jak zaciekawiona surykatka. Wzniósł dłonie w obronnym geście, wykonując polecenie.
- Więc co mi powiesz?- pospieszył z leniwym uśmiechem, widząc, że kontemplacja słabo jej idzie. Zmrużyła oczy, mordując go wewnętrznie.
- Pójdę trochę na żywioł, pozwolisz.- fuknęła. Odetchnęła dla relaksu. Pozwoliła płynąć słowom, które jako pierwsze cisnęły się do jej warg.- Zaciągam wobec siebie samej zobowiązanie, by zawsze pozostać przy twoim boku. Zajmować się domem w miarę swoich możliwości. Sprawiać ci przyjemność w każdy sposób jakiego zechcesz. Służyć twym potrzebom oraz rozkazom. Nie niszczyć zamierzenie niczego, co jest twoje. Budować zaufanie od nowa i nie ciążyć na twojej dobroci. Przyjmować bez wahania kary, jak i nagrody. Przy tym wszystkim zachować jednak siebie, bo tylko to odróżni mnie od reszty twoich kobiet. Będę parzyć herbatę, podawać posiłki, prać ubrania, sortować nuty oraz grać najpiękniejsze z melodii. Dla nieznajomych będę obcą chlubą twego domu. Nigdy nie będziesz musiał się za mnie wstydzić. Nie opuszczę cię bez wyraźnej zgody. To ci ślubuję z czystym sumieniem.- zatrzymała się, antyszambrując jakiegoś rodzaju kontry. Zachował poważną minę.
- Akceptuję twoją przysięgę, składając własną, iż nie dam cię skrzywdzić. Od dziś - aż po uwolnienie - jesteś mą własnością.- rzekł, jakby zgodnie z regułą. Skinął przyzwalająco. Niezdarnie obróciła ostrze w dłoniach, drżąco przesuwając nim między piersiami.- Musisz to zrobić trochę mocniej. W tym miejscu krew krąży w małych ilościach.
- Dlaczego mostek?- wyjąkała, ściągając brwi. Przeciągnęła raz jeszcze, tym razem porządniej.
- Kwestia wiary w dobre intencje.- wytłumaczył, przychylając wargi do wątłej, czerwonej strużki. Delikatnie pogłaskała końcówki jego kruczych kłaków, nie mając pojęcia, co innego uczynić. Gdy skończył podciągnęła jego koszulę, zdejmując ją przez głowę. Wskazał ledwo widoczną bliznę.- Tnij.
- Ja?
- Na tym polega wiara. Możesz mnie zabić, ale ufam, że tego nie zrobisz.
- Ah. W porządku.- zawahała się, skupiając uwagę na odpowiedniej sile wbicia. Niezbyt intensywnie, jednak nie nadto finezyjnie. Nie skrzywił się, chociaż zrobiła to poprawnie. Przysunęła się na materacu, by sięgać celu. Nawilżyła usta, wysuwając język. Posłusznie spiła metalicznie smakującą ciecz, czując jak bije jego serce. Odrobinę przyspieszone tętno.
- Teraz nabrałem na ciebie ochoty.- przyznał ze śmiechem. Miauknęła żartobliwie, zanim ktoś zapukał we drzwi.
niedziela, 21 czerwca 2015
Dziewiąty.
Od rana pracowała w kuchni. Przez ostatnie kilka dni szykowała się kolacja dla gości Vinsa. Chodził cały w nerwach, przestawiając wszystkich z kąta w kąt. Nie lubił takich imprez, było to widać na pierwszy rzut oka. Jednak tym razem Malum postanowił zaprzęgnąć do tego jego i dziewczyny. Nie był to chyba najlepszy z pomysłów, ale nikt się nad tym nie zastanawiał. Rozplanowano zarys spotkania oraz dokładny przebieg obiadu. Każda potrawa miała być przyrządzona perfekcyjnie, by nikt nie mógł do niczego się doczepić. Wino było ściągnięte z najgłębszych zakamarków magazynu, a wszelkie warzywa prosto z grządki. Obierała ziemniaki, podglądając uwijające się w gotowaniu, smażeniu, obtaczaniu, układaniu czy parzeniu kobiety. Nie chciały dać jej poważniejszej roboty, ale nie gniewała się o to. Była tu wciąż nowa, w dodatku mało co umiała. Nie należało wpychać jej trudnych zadań, kiedy stawka stała na górnej półce. Wytarła wycieńczone dłonie w fartuch. Jak na razie oskórowała ponad trzy kilogramy kartofli. Zostało jeszcze drugie tyle. Oczywiście nie całość miała być postawiona normalnie. Część była do podsmażenia z mięsem, część do zupy, a część do wypchania indyka. Przedramieniem zdjęła przyklejone do czoła włoski. Pociła się, bo w pomieszczeniu panowała duchota. Zbyt wiele osób kręciło się od blatu do blatu, zabierając cenny tlen i wiatr, wpadający przez okno. Sofi instruowała każdego po kolei, jako najbardziej doświadczona kucharka.
- Źle trzymasz, przesuń kciuk niżej. Wychodzą kanciaste kiedy tak robisz.- wyjaśniła, w końcu poprawiając i ją. Zmieniła uchwyt z radością zauważając, że w tym nowym ręka mniej się męczy. Parsknęła pod nosem, bo absurdalnym było cieszyć się z odkrycia czegoś takiego. Nigdy nie przypuszczała, że domowe obowiązki mogą sprawiać taką przyjemność. Teraz szło jej znacznie sprawniej.- Dobrze.- pochwaliła ciemnoskóra, gdy już skończyła.- Claire, znajdź młodej zajęcie.
- Za mną, słoneczko.- rzuciła nonszalancko zielonooka, długonoga szatynka. Zaprowadziła ją do salonu, po którym kręciło się już kilka kobiet. Letie, Susan, Karma i Maria. Zdążyła poznać wiele z nich odkąd przybyła. Z częścią nawet dobrze jej się rozmawiało.- Siadaj i graj. Trochę luzu wszystkim się przyda, a nic tak nie uspokaja jak muzyka.- poleciła, puszczając jej oko.
Późnym południem do posiadłości zaczęli zjeżdżać się goście. Vinctus wyglądał, jakby całą noc nie zmrużył powiek. Ona starała się wciąż grać, nie zwracając uwagi na kłębiącą się wokół publikę. Wszyscy uznali ją za ciekawy punkt programu - w czasie, gdy ona próbowała tylko zelżyć domownikom w stresie. Wybrała nuty znanej etiudy Chopina, nie chcąc demonstrować prywatnych melodii czarnowłosego. Gapie patrzyli zafascynowani jak przebiera drobnymi paluszkami po klawiszach.
- Sam ją nauczyłeś?- nagabnął właściciela posiadłości mężczyzna z długą, rudawą brodą.
- Potrafiła to jeszcze zanim się poznaliśmy.- odpowiedział całkowicie poważnie. Kątem oka spostrzegła, że im więcej w pomieszczeniu zbierało się osób, tym częściej nerwowo się rozglądał. Zapewne bał się, iż coś może zniknąć w razie nieuwagi. Uśmiechnęła się, wywołując niemą sympatię tłumku. Policzyła w myślach około dwudziestu postaci z których każda patrzyła inaczej. Blondyn, którego dane jej było zapoznać kilka dni temu, nie zjawił się dzisiaj. Malum pomachał jej dyskretnie, chowając w twarzy ogniki wesołości. Stał przy oknie, napawając się czystym, zewnętrznym powietrzem. Zauważyła pierwsze gwiazdy na niebie, które niewyraźnie odcinały się od ciemniejącego błękitu. Podążył za jej wzrokiem. Jemu najwidoczniej całe to przyjęcie pasowało. Nie odstępował od ludu, wiedział dokładnie gdzie się ustawić. Czasem ktoś podał mu rękę, innym razem poklepał po ramieniu. Duża część organizacji należała do niego, w końcu to zwykle jego posiadłość była oblegana w razie podobnych sytuacji. Nie wiedziała czemu tym razem odbywało się to pod kontrolą starszego brata. W zamyśleniu przeskoczyła ton za wysoko, przez co dalszą grę prowadziła w skupieniu. Z lekką paniką czytała chybotliwie zapisaną pięciolinię, gubiąc się w dziele, które znała na pamięć. Przeklinała pismo Vinctusa. Chociaż na ogół bardzo jej się podobało - tym razem ciężko było je rozczytać, skoro oszalałe spojrzenie napotykało zakrzywione znaczki. Czas nie był jej sprzymierzeńcem, bo utwór wymagał konkretnego tempa. Prócz tego jednego błędu nie popełniła już żadnego, choć wymagało to od niej wysiłku, którego nie znała wcześniej. Włosy opadły jej za ramiona, gdy w akcie kulminacyjnym dobił a w klawiaturę zamaszystym gestem, godnym profesjonalnego grajka. Goście zaklaskali, zachwyceni teatralnością tej sceny. Musiała przyznać samej sobie ciche gratulacje. Wstała i skłoniła się dziewczęco, odgarniając fartuszek, stylizowany na francuską pokojówkę.
- Pozazdrościć.- wyłapała uwagę, rzuconą gospodarzowi. Pochwalił ją skinięciem głowy, wywołując pełen zapału rumieniec. Przeprosiła usłużnie tłumek, oznajmiając, iż udaje się teraz do kuchni. Przyjęli to z delikatnym rozczarowaniem, jednak szybko przepuścili między sobą. Vins złapał ją za ramie, gdy przechodziła przez korytarz.
- Nie baw się w noszenie na stół. Oddaj to innym.- polecił dość cicho, by usłyszała tylko ona. Zmarszczyła brwi, poddając ten pomysł w zwątpienie.
- Chcę pomóc.- wyjaśniła, nie rozumiejąc czemu miałaby zrezygnować. Westchnął, irytując się jej uporem. Wciąż kontrolował czy rozmowa jest ściszona na tyle, by nikt nie mógł jej powtórzyć.
- A ja chcę, żebyś poszła do siebie.- zacisnął zęby, spoglądając na ludzi wyłaniających się z salonu.- Nie mogę z tobą teraz dyskutować. Rób co mówię.- warknął, po czym oddalił się, prowadząc ich do jadalni. Przez dłuższą chwilę nie wiedziała co począć. Jego prośba była głupia, bo czym miała się zajmować siedząc posłusznie w pokoju? Przecież to nudne, a tutaj przynajmniej coś się dzieje. Przeanalizowała jak bardzo będzie na nią zły, jeśli się przeciwstawi i zdecydowała, że nie aż tak, by miała się bać. Nie należał chyba do impulsywnych typów, chociaż tego akurat nie była pewna. Wszelkie sytuacje, które mogły to potwierdzić nagle wypadły jej z pamięci. Wzruszyła ramionami, wstępując do kuchennej sieni. Czekały tam grupkami na swój przydział kobiety, które nadawały się raczej do podawania potraw niż do ich przyrządzania. W samym centrum, przy garach, kręciły się te bardziej uzdolnione. Sofi niespodziewanie poklepała ją po plecach. Z początku wydawała jej się nieśmiała, jednak to wrażenie ustąpiło, gdy zaczęła częściej z nią rozmawiać.
- Dobrze, że jesteś. Ponosisz?- zapytała najbardziej miłym głosem, jaki dane jej było usłyszeć w tym tygodniu. Nie potrafiła odmówić, nawet jeśli wciąż wahała się nad słusznością własnego postępowania. Zadławiła się słowami „zabronił mi“, które mimo woli chciały uciec spomiędzy jej warg. Przełknęła je, wbrew nagłemu lękowi wymawiając:
-Jasne. Co mam wziąć?- wyciągnęła dłonie, gotowa przyjąć na nie tacę. Murzynka położyła ją z ufnością, od razu zajmując się kimś następnym. Roboty był ogrom, a to zdecydowanie był jej żywioł. Denise otworzyła jej drzwi, przepuszczając przed sobą. Musiała być ostrożna, bo przydzielono jej ciężką wazę z zupą. Szła powolnie, stawiając stopę tuż przy stopie. Uczyli ją tego, miała złe wspomnienia. Za każdym razem przysuwali niezapowiedziane przeszkody, przez które traciła równowagę. Zyskała wtedy mnóstwo ran i poparzeń. Nikt nie zwracał uwagi na to czy jest w stanie w ogóle trzymać coś w rękach, po prostu została do tego zobligowana. Pamiętała bolesne bąble, które wyskakiwały na całej długości przedramienia, śródręcza, palców, piersi, a czasem twarzy. Pomijając je, były też otwarte rany spowodowane pękniętym szkłem lub wpadnięciem na jakiś ostry krawędź mebla. Dużo krzyczeli, kiedy zniszczyła coś prócz siebie. Strząsnęła złe wspomnienia, nie chcąc by powróciło drżenie ciała. Zatrzymała się przy wejściu do jadalni. Specjalnie wybrała tę okrężną drogę przez sień, aby uniknąć zderzenia z kimś powracającym do kuchni. Przykuła uwagę wszystkich, gdy tylko przekroczyła próg. Vinctus powstał, nie potrafiąc ukryć gniewu. W tym momencie uświadomiła sobie jak daleko pomyliła się w swoim osądzie. Strach wpełzł do jej umysłu, paraliżując go. Wielka postać stanęła przed nią, kipiąc furią. Oczy ciskały błyskawice, a usta ściągnęły się w wyrazie złości.
- Mówiłem, że masz zostawić to w cholerę!- zagrzmiał, brzmiąc nieco zbyt głośno w przytłaczającej ciszy. Natychmiast wzbudził szepty wśród swoich gości. Zająknęła się, nie wiedząc co mogłaby powiedzieć. Nie miała niczego na swoją obronę. - Przepraszam?- pisnęła, zmuszając się do oczyszczenia gardła chrząknięciem. Przymknął na chwilę powieki, jakby przywołując cierpliwość. Nie podziałało jednak, więc z całej siły wytrącił jej z rąk tacę, oblewając wrzątkiem od twarzy w dół. Krzyknęła mimowolnie, czując wbijające się w nogi kawałki rozpękniętej wazy. Nie zwrócił na to uwagi. Mocno zamknął dłoń na jej ramieniu, dosłownie wyrzucając za drzwi jadalni, które później zatrzasnął. Wylądowała na tyłku, obijając nieprzyjemnie kości obręczy biodrowej. Łzy zebrały się pod powiekami, zamazując troskliwie scenerię. Spłynęły strumykami po sparzonych policzkach, błądząc dalej po szyi i znikając w dekolcie. Zamrugała, przywracając zmysły. Zacisnęła zęby, z bólem podnosząc się do kolan. Nic szczególnego jej nie dolegało. Gorąc nie uszkodził struktury ciała mocniej, niż wywołując pieczenie. Zaczerwieniona, powoli ruszyła do swoich komnat, tak jak polecił przedtem. Dławiła się myślami, zmuszając do szczególnej ostrożności na schodach. Dywan wydawał się złowieszczo odstawać w nieodpowiednich miejscach, ale spodziewała się tego. Zwykle wszystko działo się na złość, gdy człowiek akurat cierpiał. Podparła się barierki, tracąc siłę w wyniku przypływu dreszczy. Wróciły wspomnienia, które tak namiętnie odganiała. Spoczęła na najwyższym stopniu, pewna niemożności dalszej drogi. Najpierw spokój ducha, potem dalszy wysiłek. Dała szansę refleksjom, by nie hamować więcej niż jednej potrzeby na raz. Przeanalizowała na chłodno swoją ucieczkę z domu, kolejny raz dochodząc do wniosku, że nie miała wyjścia. Klejące ubranie przypomniało o sobie, podsuwając pod nos obiadowy zapach. Parsknęła mimochodem, choć była to ostatnia rzecz, której by się po sobie spodziewała. Zmieniła kierunek wędrówki, obierając za cel łazienkę. Zgrabnie się obmyła, nie zużywając nazbyt wiele wody. Wszystko robiła w pośpiechu, jakby za przyłapanie na tym groziło równie srogie skarcenie. Wytarła tułów, podłogę wokół wanny i samą wannę. Irracjonalny lęk przepełnił jej żyły sprawniej niż wszelaka przeszłość. Rzuciła ubranie w kąt, nago przebiegając do pokoju. Ni stąd, ni zowąd pojawiła się idea. Ucieczka. To była idealna okazja do potajemnej ewakuacji. Wejście było otwarte, aby goście swobodnie się czuli. To tak, jakby świat dawał jej znak, że czuwa nad nią i może niezwłocznie udać się daleko stąd. Przełknęła nerwowo ślinę, godząc się. Wciągnęła pierwsze dłuższe spodnie jakie znalazła w szafie. W przebłysku strachu, gdyż ktoś pokręcił się w korytarzu niższego piętra - pochwyciła zwiewną, białą bluzkę z rękawem do nadgarstka. Drżącymi rękoma usiłowała zamocować buty, jednak te walczyły długo z jej zamiarami. Nie miały ochotę na dziki pęd, jaki zamierzała im zafundować. Dyskretnie wyjrzała przed drzwi, spodziewając się zastać którąś z kobiet. Wszystkie okazały się być zbyt zajęte przyjęciem, by wykonywać inne obowiązki. To znacznie ułatwiało sprawę. Cichutko zeskakiwała po schodkach, nie mącąc milczenia domu. Tylko jadalnia grzmiała rozmowami, czasem wypuszczając pojedynczy okrzyk niskiego, męskiego głosu lub śmiech zaproszonych pań. Przemknęła między ścianami, posuwając się jasno do wyjścia. Gdy już do niego dotarła, odetchnęła głęboko. Liczyła, że ten jeden oddech pozwoli jej na przetrwanie w następnych minutach. Pobiegła do bramy, nie dbając o kamuflaż. Liczyła się szybkość i skuteczność działania. Zresztą w jadalni nie było okna, przez które ktoś mógłby ją zobaczyć. Nie wzięła ze sobą niczego, gdyż mogło to osłabić siłę kroków lub wydać odgłos, który zwróciłby czyjąś uwagę. Podeszła do całej misji strategicznie, choć mało miała czasu na obmyślenie jej. Nie zastanawiała się na chłodno czy naprawdę tego chce. Po tym co się stało - impulsywnie zadecydowała o ucieczce. Źle jej było przez tamten jeden moment, gdy ją skrzywdził, a potem, podczas kiedy emocje nie zdążyły opaść - zastąpiła to adrenaliną związaną z wydostaniem się z uwięzi. Może w jutro pożałuje swojej porywczości, teraz jednak uważnie rozglądała się poza wejściem na posiadłość. Las, las i jeszcze trochę lasu. Ścieżka lasem, przy lesie i naprzeciw lasu. Piękną sobie wybrał okolicę na osiedlenie się. Wszędzie stały bryczki, wyczekujące zakończenia spotkania. Ich woźnicy zebrali się w grupkę i radośnie dyskutowali, pokrzykując co chwila radosne uwagi. Schyliła się, przemykając bezszelestnie za zasłoną tłumu pojazdów. Zgięta w pół, prześlizgnęła się między pierwsze fale drzew. Lekko stąpała po suchym mchu, w skupieniu wypatrując potencjalnych wrogów. Najprościej było iść przed siebie, więc właśnie tym się zajęła. W razie zguby mogła zawrócić, bezproblemowo odnajdując właściwą drogę. Unikała jednak przedeptów, gdyż tam najłatwiej było kogoś spotkać. Kiedy już zabrnęła dostatecznie głęboko, by nie wypatrzyło jej nawet sokole oko - rozpoczęła bieg. Liczne rosochy zaczepiały się o poły jej szaty, jakby chcąc wstrzymać przed postępkiem. Pożałowała, że nie wybrała czegoś cieplejszego do narzucenia na siebie. Bowiem im dalej w bór - tym mniej słońca, a tym samym chłodniej oraz ciemniej. Pęd powietrza, który sama powodowała, chlastał jej włosy. Organizm szybko pobierał tlen, nieprzyzwyczajony do długiego biegu. Na policzki wpłynęły malownicze rumieńce, usta rozchylając w pragnieniu. Nogi powoli opadły z sił, podczas gdy ona wciąż biegła, potykając się o kolejne zwalone gałęzie, konary czy pozostawione, grube pnie. Co jakiś czas upadała na kolana, podnosząc się niezwłocznie w kontynuacji szaleńczej wyprawy. W końcu - kiedy słońce całkowicie zniknęło, a korony drzew przesłoniły wszystkie skrawki nieba - zatrzymała się, rozkładając bezradnie dłonie na zimnej ziemi. Przyłożyła czoło do podłoża, opanowując niemożność oddechu.
- Cholera, cholera, cholera...- jąkała niczym mantrę, uzdrawiając zaćmiony umysł. Przemoczyła cały materiał potem, zapewniając sobie zziębnięcie. Rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, co nadałoby się do rozpalenia ognia. Niby pełno drewien, lecz czym wzniecić iskrę? Krzemieni nie było, zapałek nie zabrała. Pogładziła swoje obdrapane ramię, z którego rosochy zdążyły zedrzeć rękaw bluzki. Widniało na nim coś w rodzaju wysypki od trującego bluszczu. Napluła na dłoń i roztarła ślinę na skórze. Miała nadzieje, że to wystarczy. Poddała ognisko w niepamięć, skreślając je z listy niezbędnych rzeczy. Przytknęła palce do kory buku, niemo wzywając wszystkie instynkty. Pomyślała o pójściu jeszcze kawałek, lecz szybko porzuciła ten plan, uprzytamniając sobie swoje okropne zmęczenie. Schowała ręce wewnątrz koszulki, okrywając skostniałymi dłońmi barki. Sutki nieprzyjemnie odstawały, coraz mocniej obrastając w gęsią skórkę. Ułożyła się w mchu pod najszerszym z drzew. Miała nadzieję złapać odrobinę snu, aby przeciążone ciało uległo procesowi regeneracji. Budził ją każdy odgłos otoczenia, choć żadnego nie wydał człowiek.
Obudziła się chyba o świcie, choć nie mogła być tego pewna. Las przepuszczał niewiele światła, jednak ptaki rozpoczęły już swoje radosne trele. Uczuła głód. Zignorowała go, określając jako najmniejszy z teraźniejszych problemów. Postarała się skoncentrować na orientacji w terenie. Jeśli poszłaby dalej naprzód, najpewniej zaszłaby po prostu bardzo głęboko w zagaj. Nie znała okolicy, nie mogła więc wiedzieć gdzie kończy się ta pułapka. Wschód lub zachód kończył się wpadnięciem na ścieżkę, a tam mógł ją znaleźć ktokolwiek, czego nie mogła zaryzykować. Cofnięcie się było równoznaczne z kapitulacją. Nagle rozdarł ją przeraźliwy smutek, jak gdyby uczyniła coś złego. Jęknęła zrezygnowana. Może to była zbyt impulsywna decyzja? Może powinna niepostrzeżenie wślizgnąć się na tyły posiadłości i udać, że tam właśnie cały czas przebywała? Tylko czy to by się udało? Nie zakładała, że jej szukał, bo właściwie po co miałby to robić? Nie była jedyną kurwą na świecie. Jednak coś mówiło jej, że ten postępek był nieodwołalny i nie da rady po prostu go wymazać. Skrobnęła paznokciem skałę obok, decydując się podnieść. Będzie szła na wprost, póki starczy jej siły - to postanowiła.
Żałośnie kiwając się z lewej na prawą, przemierzała setkami kolejne metry. Już miała upaść, gdy stukot podków o drogę uprzytomnił jej rychłe zetknięcie z drogą. Skok adrenaliny umożliwił ukrycie się za iglakiem, kiedy hałas ucichł, a na ziemię twardo spadły czyjeś stopy. Musieli ją zauważyć. Wstrzymała powietrze, naiwnie zaciskając powieki. Poczuła ciepło i odór męskiego cielska, które stanęło tuż przed nią.
- Bu.- rzucił nieznajomy, gdy tylko otworzyła oczy. Wbrew sobie podskoczyła wystraszona.- Co takie małe dziewczę robi samo w lesie?- zagadnął, wbijając nóż w drzewo, tuż przy jej szyi. Zamarła. Posłał jej pełen wyższości uśmiech, zakręcając na palcu kosmyk jej rudawych włosów.- Co? Boisz się odpowiedzieć?
- Favril, podprowadź ją tutaj!- zażądał dziwnie znajomy głos. Barczysty, krótko przystrzyżony facet wyciągnął broń z drewna, po czym pochwycił ją za ramię i pociągnął za sobą.
- Ładna zdobycz, co panowie?- zwrócił się do towarzyszy. Obkręcił ją za biodra, aby lepiej oddać komizm swojej uwagi. Kilku z nich zagwizdało, reszta tylko łapczywie się uśmiechała.- Będzie z niej dobra nagroda za wygraną, skoro nie było kogo dziś okraść.- dodał. Uchyliła usta, ledwo rozumiejąc co miał na myśli. Obdarzyła szybkim spojrzeniem typa na drugim koniu od jej prawicy. Poznawała go. Spotkali się na balu, przy winie. Ten sam trzeci podbródek kołysał się, sygnalizując oddech. Wyglądał na mniej pijanego niż wtedy, była jednak pewna, że nie zachowywał całkowitej trzeźwości. Również ją rozpoznał, co zwiastowało raczej kłopoty.
- To panienka Ameta. Pamiętam ją z tego głupiego jublu u Greenloftów.- oznajmił bez chwili zwłoki.
- Tym przyjemniej będzie sobie jej poużywać.- mężczyzna pogłaskał jej policzek, kciukiem ściągając jej usta do utworzenia dzióbka.- Zechcesz, o pani, pójść z nami. Pobawimy się trochę.- wymruczał jak do dziecka, wyciągając rękę do najbliższego jeźdźca.- Poproszę o kawałek liny. Zagwarantujemy malutkiej wygodną przechadzkę.- zadrwił, przyjmując zwinięty sznurek. Odsunęła się, licząc na odrobinę zrozumienia z jego strony. Prychnął tylko, siłą przyciągając ją na poprzednie miejsce. Przewiązał jej nadgarstki, skupiając się na robieniu jak najmocniejszych węzłów. Chwycił pozostały, długi kawał i wsiadł na swojego wierzchowca. Wykorzystał powróz tak, jak robią to farmerzy - do ciągnięcia swojej zwierzyny. Jechali dość szybko, by mogła czuć się obolała i wymęczona - jednak zachowywali w tym finezję, nie doprowadzając do zbyt mocnego upadku czy utraty przytomności.
- Myślicie, że szef dziś dołączy? Ostatnim razem miał się zjawić, a nas wystawił.- rozpoczął konwersację ktoś z przodu grupy.
- To dupek. Niczego od niego nie wymagaj, bo i tak zrobi co mu się podoba. W zeszłym tygodniu prawie złapali mnie i Constanina, a on nic z tym nie zrobił. Jeszcze pomagał nas ścigać. Palant.
- Mogliście być bardziej uważni. Wszyscy wiedzą, że straż lubi się tam kręcić.- westchnął zarośnięty szatyn, sprawiając wrażenie, jakby słyszał tą historię dziesiątki razy.- Odpuść już zrzucanie win. Jest szefem. Co miał zrobić? Ratować cię, narażając na szwank samego siebie? A co, ty byś to zrobił gdyby szło o niego?
- Zamknij się, Santiago. Po prostu się zamknij.- skomentował tamten, wrzucając w to więcej agresji niż w poprzednią kwestię.
- Nie umiesz zaakceptować racji mądrzejszego?- zakpinkował inny, którego twarzy nie mogła dojrzeć. Rozpoczęła się kłótnia, więc zajęła umysł czymś innym. Co ją obchodziły ich wzajemne przytyki? Ważne, by Favril - czy jak mu tam było na imię - nie przyspieszył. Powłóczyła w tempie nogami, żałując każdej czynności minionej doby. Ucieczka była idiotycznym planem, zwłaszcza w takim czasie. Nawet gdyby Vinctus zauważył jej zniknięcie to miał teraz mnóstwo rzeczy na głowie i raczej nie postanowiłby, że warto by ją znaleźć. Jaki był z niej pożytek? Ciągle tylko przeciwstawiała się, psuła coś, nie umiała czegoś wykonać. Nawet kochanka była z niej marna. Pogodziła się z myślą, że jest zdana wyłącznie na ich zachcianki. Nie miałaby siły na kolejny bieg po wolność - nie po tym głupim ciągnięciu. Dotarli w końcu do małej polanki, gdzie rozłożone były prowizoryczne siedzenia. Na obrzeżach leżały porozrzucane ubrania, skradzione pieniądze, rzeczy osobiste oraz koce do spania.
- Witaj w naszym ślicznym zakątku.- zacmokał ohydny jegomość, wskazując przedramieniem całą powierzchnię dla porozwalanych przedmiotów. Podprowadził ją do drzewa najbliżej siedzisk, po czym taktownie skinął.- To twoja prywatna komnata.- zakomenderował z rechotem, przywiązując ją na wysokości talii. Dłonie wciąż miała skrępowane, ale dodatkowo je usztywnił, umiejscawiając nad głową. Dalej przymocował ramiona, by potem pochylić się i w lekkim rozkroku umocnić jej stopy.- Nie dość, że wygodniej będzie ci się stało to jeszcze taka pozycja pozwoli łatwiej cię zgwałcić. Radość dla wszystkich, nie uważasz?- poklepał ją po policzku w pieszczotliwym geście. Splunęła mu w twarz, zapominając o wszelkich naukach, jakie do tej pory zafundował jej czarnooki. Skrzywił się tylko, sprawnie wyciągając mały nożyk.- Dziecino, ty się sama prosisz o kłopoty.- wycharczał, bawiąc się ostrzem. Odciął nogawki jej spodni, zostawiając coś na kształt koślawej, drugiej pary majtek. Nie starał się jakoś szczególnie, by nie zadać jej bólu, więc po draśniętych udach zaczęły płynąć malutkie strużki krwi. Zagryzła wargi, nie chcąc dać nikomu satysfakcji z powodu zadanej kary. Odwróciła wzrok, nie chcąc żadnego kontaktu z tymi ludźmi. Oni tymczasem rozłożyli się wygodnie, ustalając między sobą, jakie będą zasady wygranej. Polało się piwo, bez którego nie wyobrażali sobie gry w karty. Wybrali oczywiście pokera, ale nie zamierzała nawet przez chwilę interesować się rozgrywką. Wolała zdechnąć z nudów, podczas gapienia się w sklepienie. Irytowały ją śmiechy pomieszane z uwagami skierowanymi do niej, lecz skutecznie je ignorowała. Był już późny ranek, a przynajmniej tak sądziła. Ptaki wciąż ćwierkały, ale inaczej niż kiedy wstawała. Dodatkowo stąd widziała większy kawałek nieba, więc łatwiej było określić margines błędu. Stawiała na godzinę dziewiątą lub dziesiątą. O tej porze była już zwykle na nogach, krzątając się z jednego kąta posiadłości do drugiego. Kolejny raz usłyszała przybysza. Tym razem koń był jeden, a jegomość całkowicie jej znany.
- Witam, chłopcy. Jak wam minęła ta wspaniała noc?- zeskoczył z wierzchowca, nie mącąc sobie głowy przywiązywaniem go. Zwierzę było wyuczone by czekać. Nie zauważył jej, tego mogła być pewna. Stał tyłem do niej. Wiedziała, że spółkuje z nimi i nie ma co szukać ratunku w jego ramionach. Czyli pierwsze wrażenie było trafne - nie należało powierzać mu swojego zaufania.
- Fatalnie, szefie. Nic ciekawego do rabunku. Za to parę godzin temu znaleźliśmy tą tutaj.- odezwał się Favril. Wskazał na nią głową, jednak gość nie odwrócił się od razu.- Gramy sobie o nią w karty, dołączy szef?- dorzucił radośnie, pogwizdując pod nosem.- Podobno była pupilkiem Ameta.- zarechotał, przelewając czarę ciekawości.
- Melodie, jeśli mnie pamięć nie myli.- wychrypiał, jednocześnie zaskoczony i ucieszony.
- Frances.- warknęła w ramach powitania. Tak jak się spodziewała, poprawił ją.
- Dla ciebie pan Delevine. Cóż sprowadziło cię do lasu bez żadnej obstawy?- dopytał, przybliżając się. Zasłonił wątłym ciałkiem połowę widoku na swoich podwładnych. Nie zamierzała udzielać odpowiedzi.
- Od kiedy jest pan posiadaczem grupki przestępców, hm?- zakpiła, wymownie wywracając tęczówkami.
- Ty masz swoje sekrety i ja mam. Zostawmy to.- puścił jej perskie oko, odwracając się z powrotem do towarzyszy.- Zagram z wami o tę piękną panią.- oświadczył, usadawiając się pomiędzy nimi.- Żeby jednak nie zaczynać od przyjemności - poproszę o konkretny raport ze sprzedaży. Constantin was informował co udało mu się opchnąć? Obiecałem odrąbać mu łeb, jeśli w końcu nie przyniesie jakichś dobrych wiadomości. Po ostatnich transakcjach trochę się na was zawiodłem. Zwłaszcza w zeszłym tygodniu. Marco, nadal obrabiasz mi dupę po tamtym pościgu? Bo słyszałem, że nie możesz się powstrzymać.- wycelował palcem w niskiego, brzydkiego faceta, na którego twarzy wykwitło zawstydzenie.
- Szefie, to nie tak...- wybąkał, machając bezradnie nadgarstkami.
- A jak, ty koślawa świnio? No proszę, tłumacz się. Ratuje ci tyłek po każdym przekręcie, bo sam nie potrafisz ukraść nawet pieprzonego portfela, a ty co? Wiesz, że nie toleruję hipokryzji? Kiedy ostatnim razem ty mnie z czegoś wyciągałeś, żebyś mógł mieć powody, co do głupich pretensji? Nie przypominam sobie żadnej takiej sytuacji. Wiesz, kurwa, dlaczego?- wszystko to wypowiedział spokojnym głosem, naciskając jedynie na wulgaryzmy. Uśmiechnął się do zlękniętego kurdupla, kulącego się teraz na siedzisku.- Wiesz, kurwa, dlaczego?!
- Nie...- wyjąkał, nakrywając kolana przedramionami. Bawił ją jego strach. Przez ten jeden moment trzymała stronę blondyna, który widocznie przerażał własnych pracowników.
- Ponieważ ja nie popełniam błędów!- krzyknął, podkreślając to teatralnym skinieniem.- Co sprowadza się - wiesz do czego?
- Nie...
- Otóż do tego, mój drogi, że zostajesz zwolniony ze swojej służby. Pakuj manele, bo masz jakieś trzydzieści sekund zanim poderżnę ci gardło. Do tego czasu masz zniknąć z mojego pola widzenia. Czy to jasne? Świetnie. Zacznijmy liczyć, chłopcy. Jeden. Dwa.- mruczał, delikatnie wyciągając zza pasa ukryte ostrze. Śmiertelnie przerażony Marco natychmiast poderwał się i rozpoczął bieg do wnętrza lasu. Frances doliczył do piętnastu, po czym rozbawiony odparł: „No przecież nie dam mu tak spieprzyć. Wyda mnie pierwszym napotkanym osobom“. Rozprostował kości, strzykając przy tym knykciami. Pochylił się lekko, odliczając sobie samemu czas do startu. Pognał przez knieje w zawrotnym tempie z łatwością doganiając przysadzistego mężczyznę. Wbił mu nóż w gardło i pozwolił osunąć się w dół, do mchu. Schylił się tylko, wycierając krew w jego szatę. Powoli, śpiewnym krokiem wrócił na poprzednie miejsce.- Ktoś jeszcze chce szkalować mi tyły?- spytał dla pewności, chowając broń. Wszystkie głowy weszły w ruch, kręcąc ostro w ramach zaprzeczenia.- Pięknie. Poproszę o raporcik i możemy grać.
- Źle trzymasz, przesuń kciuk niżej. Wychodzą kanciaste kiedy tak robisz.- wyjaśniła, w końcu poprawiając i ją. Zmieniła uchwyt z radością zauważając, że w tym nowym ręka mniej się męczy. Parsknęła pod nosem, bo absurdalnym było cieszyć się z odkrycia czegoś takiego. Nigdy nie przypuszczała, że domowe obowiązki mogą sprawiać taką przyjemność. Teraz szło jej znacznie sprawniej.- Dobrze.- pochwaliła ciemnoskóra, gdy już skończyła.- Claire, znajdź młodej zajęcie.
- Za mną, słoneczko.- rzuciła nonszalancko zielonooka, długonoga szatynka. Zaprowadziła ją do salonu, po którym kręciło się już kilka kobiet. Letie, Susan, Karma i Maria. Zdążyła poznać wiele z nich odkąd przybyła. Z częścią nawet dobrze jej się rozmawiało.- Siadaj i graj. Trochę luzu wszystkim się przyda, a nic tak nie uspokaja jak muzyka.- poleciła, puszczając jej oko.
Późnym południem do posiadłości zaczęli zjeżdżać się goście. Vinctus wyglądał, jakby całą noc nie zmrużył powiek. Ona starała się wciąż grać, nie zwracając uwagi na kłębiącą się wokół publikę. Wszyscy uznali ją za ciekawy punkt programu - w czasie, gdy ona próbowała tylko zelżyć domownikom w stresie. Wybrała nuty znanej etiudy Chopina, nie chcąc demonstrować prywatnych melodii czarnowłosego. Gapie patrzyli zafascynowani jak przebiera drobnymi paluszkami po klawiszach.
- Sam ją nauczyłeś?- nagabnął właściciela posiadłości mężczyzna z długą, rudawą brodą.
- Potrafiła to jeszcze zanim się poznaliśmy.- odpowiedział całkowicie poważnie. Kątem oka spostrzegła, że im więcej w pomieszczeniu zbierało się osób, tym częściej nerwowo się rozglądał. Zapewne bał się, iż coś może zniknąć w razie nieuwagi. Uśmiechnęła się, wywołując niemą sympatię tłumku. Policzyła w myślach około dwudziestu postaci z których każda patrzyła inaczej. Blondyn, którego dane jej było zapoznać kilka dni temu, nie zjawił się dzisiaj. Malum pomachał jej dyskretnie, chowając w twarzy ogniki wesołości. Stał przy oknie, napawając się czystym, zewnętrznym powietrzem. Zauważyła pierwsze gwiazdy na niebie, które niewyraźnie odcinały się od ciemniejącego błękitu. Podążył za jej wzrokiem. Jemu najwidoczniej całe to przyjęcie pasowało. Nie odstępował od ludu, wiedział dokładnie gdzie się ustawić. Czasem ktoś podał mu rękę, innym razem poklepał po ramieniu. Duża część organizacji należała do niego, w końcu to zwykle jego posiadłość była oblegana w razie podobnych sytuacji. Nie wiedziała czemu tym razem odbywało się to pod kontrolą starszego brata. W zamyśleniu przeskoczyła ton za wysoko, przez co dalszą grę prowadziła w skupieniu. Z lekką paniką czytała chybotliwie zapisaną pięciolinię, gubiąc się w dziele, które znała na pamięć. Przeklinała pismo Vinctusa. Chociaż na ogół bardzo jej się podobało - tym razem ciężko było je rozczytać, skoro oszalałe spojrzenie napotykało zakrzywione znaczki. Czas nie był jej sprzymierzeńcem, bo utwór wymagał konkretnego tempa. Prócz tego jednego błędu nie popełniła już żadnego, choć wymagało to od niej wysiłku, którego nie znała wcześniej. Włosy opadły jej za ramiona, gdy w akcie kulminacyjnym dobił a w klawiaturę zamaszystym gestem, godnym profesjonalnego grajka. Goście zaklaskali, zachwyceni teatralnością tej sceny. Musiała przyznać samej sobie ciche gratulacje. Wstała i skłoniła się dziewczęco, odgarniając fartuszek, stylizowany na francuską pokojówkę.
- Pozazdrościć.- wyłapała uwagę, rzuconą gospodarzowi. Pochwalił ją skinięciem głowy, wywołując pełen zapału rumieniec. Przeprosiła usłużnie tłumek, oznajmiając, iż udaje się teraz do kuchni. Przyjęli to z delikatnym rozczarowaniem, jednak szybko przepuścili między sobą. Vins złapał ją za ramie, gdy przechodziła przez korytarz.
- Nie baw się w noszenie na stół. Oddaj to innym.- polecił dość cicho, by usłyszała tylko ona. Zmarszczyła brwi, poddając ten pomysł w zwątpienie.
- Chcę pomóc.- wyjaśniła, nie rozumiejąc czemu miałaby zrezygnować. Westchnął, irytując się jej uporem. Wciąż kontrolował czy rozmowa jest ściszona na tyle, by nikt nie mógł jej powtórzyć.
- A ja chcę, żebyś poszła do siebie.- zacisnął zęby, spoglądając na ludzi wyłaniających się z salonu.- Nie mogę z tobą teraz dyskutować. Rób co mówię.- warknął, po czym oddalił się, prowadząc ich do jadalni. Przez dłuższą chwilę nie wiedziała co począć. Jego prośba była głupia, bo czym miała się zajmować siedząc posłusznie w pokoju? Przecież to nudne, a tutaj przynajmniej coś się dzieje. Przeanalizowała jak bardzo będzie na nią zły, jeśli się przeciwstawi i zdecydowała, że nie aż tak, by miała się bać. Nie należał chyba do impulsywnych typów, chociaż tego akurat nie była pewna. Wszelkie sytuacje, które mogły to potwierdzić nagle wypadły jej z pamięci. Wzruszyła ramionami, wstępując do kuchennej sieni. Czekały tam grupkami na swój przydział kobiety, które nadawały się raczej do podawania potraw niż do ich przyrządzania. W samym centrum, przy garach, kręciły się te bardziej uzdolnione. Sofi niespodziewanie poklepała ją po plecach. Z początku wydawała jej się nieśmiała, jednak to wrażenie ustąpiło, gdy zaczęła częściej z nią rozmawiać.
- Dobrze, że jesteś. Ponosisz?- zapytała najbardziej miłym głosem, jaki dane jej było usłyszeć w tym tygodniu. Nie potrafiła odmówić, nawet jeśli wciąż wahała się nad słusznością własnego postępowania. Zadławiła się słowami „zabronił mi“, które mimo woli chciały uciec spomiędzy jej warg. Przełknęła je, wbrew nagłemu lękowi wymawiając:
-Jasne. Co mam wziąć?- wyciągnęła dłonie, gotowa przyjąć na nie tacę. Murzynka położyła ją z ufnością, od razu zajmując się kimś następnym. Roboty był ogrom, a to zdecydowanie był jej żywioł. Denise otworzyła jej drzwi, przepuszczając przed sobą. Musiała być ostrożna, bo przydzielono jej ciężką wazę z zupą. Szła powolnie, stawiając stopę tuż przy stopie. Uczyli ją tego, miała złe wspomnienia. Za każdym razem przysuwali niezapowiedziane przeszkody, przez które traciła równowagę. Zyskała wtedy mnóstwo ran i poparzeń. Nikt nie zwracał uwagi na to czy jest w stanie w ogóle trzymać coś w rękach, po prostu została do tego zobligowana. Pamiętała bolesne bąble, które wyskakiwały na całej długości przedramienia, śródręcza, palców, piersi, a czasem twarzy. Pomijając je, były też otwarte rany spowodowane pękniętym szkłem lub wpadnięciem na jakiś ostry krawędź mebla. Dużo krzyczeli, kiedy zniszczyła coś prócz siebie. Strząsnęła złe wspomnienia, nie chcąc by powróciło drżenie ciała. Zatrzymała się przy wejściu do jadalni. Specjalnie wybrała tę okrężną drogę przez sień, aby uniknąć zderzenia z kimś powracającym do kuchni. Przykuła uwagę wszystkich, gdy tylko przekroczyła próg. Vinctus powstał, nie potrafiąc ukryć gniewu. W tym momencie uświadomiła sobie jak daleko pomyliła się w swoim osądzie. Strach wpełzł do jej umysłu, paraliżując go. Wielka postać stanęła przed nią, kipiąc furią. Oczy ciskały błyskawice, a usta ściągnęły się w wyrazie złości.
- Mówiłem, że masz zostawić to w cholerę!- zagrzmiał, brzmiąc nieco zbyt głośno w przytłaczającej ciszy. Natychmiast wzbudził szepty wśród swoich gości. Zająknęła się, nie wiedząc co mogłaby powiedzieć. Nie miała niczego na swoją obronę. - Przepraszam?- pisnęła, zmuszając się do oczyszczenia gardła chrząknięciem. Przymknął na chwilę powieki, jakby przywołując cierpliwość. Nie podziałało jednak, więc z całej siły wytrącił jej z rąk tacę, oblewając wrzątkiem od twarzy w dół. Krzyknęła mimowolnie, czując wbijające się w nogi kawałki rozpękniętej wazy. Nie zwrócił na to uwagi. Mocno zamknął dłoń na jej ramieniu, dosłownie wyrzucając za drzwi jadalni, które później zatrzasnął. Wylądowała na tyłku, obijając nieprzyjemnie kości obręczy biodrowej. Łzy zebrały się pod powiekami, zamazując troskliwie scenerię. Spłynęły strumykami po sparzonych policzkach, błądząc dalej po szyi i znikając w dekolcie. Zamrugała, przywracając zmysły. Zacisnęła zęby, z bólem podnosząc się do kolan. Nic szczególnego jej nie dolegało. Gorąc nie uszkodził struktury ciała mocniej, niż wywołując pieczenie. Zaczerwieniona, powoli ruszyła do swoich komnat, tak jak polecił przedtem. Dławiła się myślami, zmuszając do szczególnej ostrożności na schodach. Dywan wydawał się złowieszczo odstawać w nieodpowiednich miejscach, ale spodziewała się tego. Zwykle wszystko działo się na złość, gdy człowiek akurat cierpiał. Podparła się barierki, tracąc siłę w wyniku przypływu dreszczy. Wróciły wspomnienia, które tak namiętnie odganiała. Spoczęła na najwyższym stopniu, pewna niemożności dalszej drogi. Najpierw spokój ducha, potem dalszy wysiłek. Dała szansę refleksjom, by nie hamować więcej niż jednej potrzeby na raz. Przeanalizowała na chłodno swoją ucieczkę z domu, kolejny raz dochodząc do wniosku, że nie miała wyjścia. Klejące ubranie przypomniało o sobie, podsuwając pod nos obiadowy zapach. Parsknęła mimochodem, choć była to ostatnia rzecz, której by się po sobie spodziewała. Zmieniła kierunek wędrówki, obierając za cel łazienkę. Zgrabnie się obmyła, nie zużywając nazbyt wiele wody. Wszystko robiła w pośpiechu, jakby za przyłapanie na tym groziło równie srogie skarcenie. Wytarła tułów, podłogę wokół wanny i samą wannę. Irracjonalny lęk przepełnił jej żyły sprawniej niż wszelaka przeszłość. Rzuciła ubranie w kąt, nago przebiegając do pokoju. Ni stąd, ni zowąd pojawiła się idea. Ucieczka. To była idealna okazja do potajemnej ewakuacji. Wejście było otwarte, aby goście swobodnie się czuli. To tak, jakby świat dawał jej znak, że czuwa nad nią i może niezwłocznie udać się daleko stąd. Przełknęła nerwowo ślinę, godząc się. Wciągnęła pierwsze dłuższe spodnie jakie znalazła w szafie. W przebłysku strachu, gdyż ktoś pokręcił się w korytarzu niższego piętra - pochwyciła zwiewną, białą bluzkę z rękawem do nadgarstka. Drżącymi rękoma usiłowała zamocować buty, jednak te walczyły długo z jej zamiarami. Nie miały ochotę na dziki pęd, jaki zamierzała im zafundować. Dyskretnie wyjrzała przed drzwi, spodziewając się zastać którąś z kobiet. Wszystkie okazały się być zbyt zajęte przyjęciem, by wykonywać inne obowiązki. To znacznie ułatwiało sprawę. Cichutko zeskakiwała po schodkach, nie mącąc milczenia domu. Tylko jadalnia grzmiała rozmowami, czasem wypuszczając pojedynczy okrzyk niskiego, męskiego głosu lub śmiech zaproszonych pań. Przemknęła między ścianami, posuwając się jasno do wyjścia. Gdy już do niego dotarła, odetchnęła głęboko. Liczyła, że ten jeden oddech pozwoli jej na przetrwanie w następnych minutach. Pobiegła do bramy, nie dbając o kamuflaż. Liczyła się szybkość i skuteczność działania. Zresztą w jadalni nie było okna, przez które ktoś mógłby ją zobaczyć. Nie wzięła ze sobą niczego, gdyż mogło to osłabić siłę kroków lub wydać odgłos, który zwróciłby czyjąś uwagę. Podeszła do całej misji strategicznie, choć mało miała czasu na obmyślenie jej. Nie zastanawiała się na chłodno czy naprawdę tego chce. Po tym co się stało - impulsywnie zadecydowała o ucieczce. Źle jej było przez tamten jeden moment, gdy ją skrzywdził, a potem, podczas kiedy emocje nie zdążyły opaść - zastąpiła to adrenaliną związaną z wydostaniem się z uwięzi. Może w jutro pożałuje swojej porywczości, teraz jednak uważnie rozglądała się poza wejściem na posiadłość. Las, las i jeszcze trochę lasu. Ścieżka lasem, przy lesie i naprzeciw lasu. Piękną sobie wybrał okolicę na osiedlenie się. Wszędzie stały bryczki, wyczekujące zakończenia spotkania. Ich woźnicy zebrali się w grupkę i radośnie dyskutowali, pokrzykując co chwila radosne uwagi. Schyliła się, przemykając bezszelestnie za zasłoną tłumu pojazdów. Zgięta w pół, prześlizgnęła się między pierwsze fale drzew. Lekko stąpała po suchym mchu, w skupieniu wypatrując potencjalnych wrogów. Najprościej było iść przed siebie, więc właśnie tym się zajęła. W razie zguby mogła zawrócić, bezproblemowo odnajdując właściwą drogę. Unikała jednak przedeptów, gdyż tam najłatwiej było kogoś spotkać. Kiedy już zabrnęła dostatecznie głęboko, by nie wypatrzyło jej nawet sokole oko - rozpoczęła bieg. Liczne rosochy zaczepiały się o poły jej szaty, jakby chcąc wstrzymać przed postępkiem. Pożałowała, że nie wybrała czegoś cieplejszego do narzucenia na siebie. Bowiem im dalej w bór - tym mniej słońca, a tym samym chłodniej oraz ciemniej. Pęd powietrza, który sama powodowała, chlastał jej włosy. Organizm szybko pobierał tlen, nieprzyzwyczajony do długiego biegu. Na policzki wpłynęły malownicze rumieńce, usta rozchylając w pragnieniu. Nogi powoli opadły z sił, podczas gdy ona wciąż biegła, potykając się o kolejne zwalone gałęzie, konary czy pozostawione, grube pnie. Co jakiś czas upadała na kolana, podnosząc się niezwłocznie w kontynuacji szaleńczej wyprawy. W końcu - kiedy słońce całkowicie zniknęło, a korony drzew przesłoniły wszystkie skrawki nieba - zatrzymała się, rozkładając bezradnie dłonie na zimnej ziemi. Przyłożyła czoło do podłoża, opanowując niemożność oddechu.
- Cholera, cholera, cholera...- jąkała niczym mantrę, uzdrawiając zaćmiony umysł. Przemoczyła cały materiał potem, zapewniając sobie zziębnięcie. Rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, co nadałoby się do rozpalenia ognia. Niby pełno drewien, lecz czym wzniecić iskrę? Krzemieni nie było, zapałek nie zabrała. Pogładziła swoje obdrapane ramię, z którego rosochy zdążyły zedrzeć rękaw bluzki. Widniało na nim coś w rodzaju wysypki od trującego bluszczu. Napluła na dłoń i roztarła ślinę na skórze. Miała nadzieje, że to wystarczy. Poddała ognisko w niepamięć, skreślając je z listy niezbędnych rzeczy. Przytknęła palce do kory buku, niemo wzywając wszystkie instynkty. Pomyślała o pójściu jeszcze kawałek, lecz szybko porzuciła ten plan, uprzytamniając sobie swoje okropne zmęczenie. Schowała ręce wewnątrz koszulki, okrywając skostniałymi dłońmi barki. Sutki nieprzyjemnie odstawały, coraz mocniej obrastając w gęsią skórkę. Ułożyła się w mchu pod najszerszym z drzew. Miała nadzieję złapać odrobinę snu, aby przeciążone ciało uległo procesowi regeneracji. Budził ją każdy odgłos otoczenia, choć żadnego nie wydał człowiek.
Obudziła się chyba o świcie, choć nie mogła być tego pewna. Las przepuszczał niewiele światła, jednak ptaki rozpoczęły już swoje radosne trele. Uczuła głód. Zignorowała go, określając jako najmniejszy z teraźniejszych problemów. Postarała się skoncentrować na orientacji w terenie. Jeśli poszłaby dalej naprzód, najpewniej zaszłaby po prostu bardzo głęboko w zagaj. Nie znała okolicy, nie mogła więc wiedzieć gdzie kończy się ta pułapka. Wschód lub zachód kończył się wpadnięciem na ścieżkę, a tam mógł ją znaleźć ktokolwiek, czego nie mogła zaryzykować. Cofnięcie się było równoznaczne z kapitulacją. Nagle rozdarł ją przeraźliwy smutek, jak gdyby uczyniła coś złego. Jęknęła zrezygnowana. Może to była zbyt impulsywna decyzja? Może powinna niepostrzeżenie wślizgnąć się na tyły posiadłości i udać, że tam właśnie cały czas przebywała? Tylko czy to by się udało? Nie zakładała, że jej szukał, bo właściwie po co miałby to robić? Nie była jedyną kurwą na świecie. Jednak coś mówiło jej, że ten postępek był nieodwołalny i nie da rady po prostu go wymazać. Skrobnęła paznokciem skałę obok, decydując się podnieść. Będzie szła na wprost, póki starczy jej siły - to postanowiła.
Żałośnie kiwając się z lewej na prawą, przemierzała setkami kolejne metry. Już miała upaść, gdy stukot podków o drogę uprzytomnił jej rychłe zetknięcie z drogą. Skok adrenaliny umożliwił ukrycie się za iglakiem, kiedy hałas ucichł, a na ziemię twardo spadły czyjeś stopy. Musieli ją zauważyć. Wstrzymała powietrze, naiwnie zaciskając powieki. Poczuła ciepło i odór męskiego cielska, które stanęło tuż przed nią.
- Bu.- rzucił nieznajomy, gdy tylko otworzyła oczy. Wbrew sobie podskoczyła wystraszona.- Co takie małe dziewczę robi samo w lesie?- zagadnął, wbijając nóż w drzewo, tuż przy jej szyi. Zamarła. Posłał jej pełen wyższości uśmiech, zakręcając na palcu kosmyk jej rudawych włosów.- Co? Boisz się odpowiedzieć?
- Favril, podprowadź ją tutaj!- zażądał dziwnie znajomy głos. Barczysty, krótko przystrzyżony facet wyciągnął broń z drewna, po czym pochwycił ją za ramię i pociągnął za sobą.
- Ładna zdobycz, co panowie?- zwrócił się do towarzyszy. Obkręcił ją za biodra, aby lepiej oddać komizm swojej uwagi. Kilku z nich zagwizdało, reszta tylko łapczywie się uśmiechała.- Będzie z niej dobra nagroda za wygraną, skoro nie było kogo dziś okraść.- dodał. Uchyliła usta, ledwo rozumiejąc co miał na myśli. Obdarzyła szybkim spojrzeniem typa na drugim koniu od jej prawicy. Poznawała go. Spotkali się na balu, przy winie. Ten sam trzeci podbródek kołysał się, sygnalizując oddech. Wyglądał na mniej pijanego niż wtedy, była jednak pewna, że nie zachowywał całkowitej trzeźwości. Również ją rozpoznał, co zwiastowało raczej kłopoty.
- To panienka Ameta. Pamiętam ją z tego głupiego jublu u Greenloftów.- oznajmił bez chwili zwłoki.
- Tym przyjemniej będzie sobie jej poużywać.- mężczyzna pogłaskał jej policzek, kciukiem ściągając jej usta do utworzenia dzióbka.- Zechcesz, o pani, pójść z nami. Pobawimy się trochę.- wymruczał jak do dziecka, wyciągając rękę do najbliższego jeźdźca.- Poproszę o kawałek liny. Zagwarantujemy malutkiej wygodną przechadzkę.- zadrwił, przyjmując zwinięty sznurek. Odsunęła się, licząc na odrobinę zrozumienia z jego strony. Prychnął tylko, siłą przyciągając ją na poprzednie miejsce. Przewiązał jej nadgarstki, skupiając się na robieniu jak najmocniejszych węzłów. Chwycił pozostały, długi kawał i wsiadł na swojego wierzchowca. Wykorzystał powróz tak, jak robią to farmerzy - do ciągnięcia swojej zwierzyny. Jechali dość szybko, by mogła czuć się obolała i wymęczona - jednak zachowywali w tym finezję, nie doprowadzając do zbyt mocnego upadku czy utraty przytomności.
- Myślicie, że szef dziś dołączy? Ostatnim razem miał się zjawić, a nas wystawił.- rozpoczął konwersację ktoś z przodu grupy.
- To dupek. Niczego od niego nie wymagaj, bo i tak zrobi co mu się podoba. W zeszłym tygodniu prawie złapali mnie i Constanina, a on nic z tym nie zrobił. Jeszcze pomagał nas ścigać. Palant.
- Mogliście być bardziej uważni. Wszyscy wiedzą, że straż lubi się tam kręcić.- westchnął zarośnięty szatyn, sprawiając wrażenie, jakby słyszał tą historię dziesiątki razy.- Odpuść już zrzucanie win. Jest szefem. Co miał zrobić? Ratować cię, narażając na szwank samego siebie? A co, ty byś to zrobił gdyby szło o niego?
- Zamknij się, Santiago. Po prostu się zamknij.- skomentował tamten, wrzucając w to więcej agresji niż w poprzednią kwestię.
- Nie umiesz zaakceptować racji mądrzejszego?- zakpinkował inny, którego twarzy nie mogła dojrzeć. Rozpoczęła się kłótnia, więc zajęła umysł czymś innym. Co ją obchodziły ich wzajemne przytyki? Ważne, by Favril - czy jak mu tam było na imię - nie przyspieszył. Powłóczyła w tempie nogami, żałując każdej czynności minionej doby. Ucieczka była idiotycznym planem, zwłaszcza w takim czasie. Nawet gdyby Vinctus zauważył jej zniknięcie to miał teraz mnóstwo rzeczy na głowie i raczej nie postanowiłby, że warto by ją znaleźć. Jaki był z niej pożytek? Ciągle tylko przeciwstawiała się, psuła coś, nie umiała czegoś wykonać. Nawet kochanka była z niej marna. Pogodziła się z myślą, że jest zdana wyłącznie na ich zachcianki. Nie miałaby siły na kolejny bieg po wolność - nie po tym głupim ciągnięciu. Dotarli w końcu do małej polanki, gdzie rozłożone były prowizoryczne siedzenia. Na obrzeżach leżały porozrzucane ubrania, skradzione pieniądze, rzeczy osobiste oraz koce do spania.
- Witaj w naszym ślicznym zakątku.- zacmokał ohydny jegomość, wskazując przedramieniem całą powierzchnię dla porozwalanych przedmiotów. Podprowadził ją do drzewa najbliżej siedzisk, po czym taktownie skinął.- To twoja prywatna komnata.- zakomenderował z rechotem, przywiązując ją na wysokości talii. Dłonie wciąż miała skrępowane, ale dodatkowo je usztywnił, umiejscawiając nad głową. Dalej przymocował ramiona, by potem pochylić się i w lekkim rozkroku umocnić jej stopy.- Nie dość, że wygodniej będzie ci się stało to jeszcze taka pozycja pozwoli łatwiej cię zgwałcić. Radość dla wszystkich, nie uważasz?- poklepał ją po policzku w pieszczotliwym geście. Splunęła mu w twarz, zapominając o wszelkich naukach, jakie do tej pory zafundował jej czarnooki. Skrzywił się tylko, sprawnie wyciągając mały nożyk.- Dziecino, ty się sama prosisz o kłopoty.- wycharczał, bawiąc się ostrzem. Odciął nogawki jej spodni, zostawiając coś na kształt koślawej, drugiej pary majtek. Nie starał się jakoś szczególnie, by nie zadać jej bólu, więc po draśniętych udach zaczęły płynąć malutkie strużki krwi. Zagryzła wargi, nie chcąc dać nikomu satysfakcji z powodu zadanej kary. Odwróciła wzrok, nie chcąc żadnego kontaktu z tymi ludźmi. Oni tymczasem rozłożyli się wygodnie, ustalając między sobą, jakie będą zasady wygranej. Polało się piwo, bez którego nie wyobrażali sobie gry w karty. Wybrali oczywiście pokera, ale nie zamierzała nawet przez chwilę interesować się rozgrywką. Wolała zdechnąć z nudów, podczas gapienia się w sklepienie. Irytowały ją śmiechy pomieszane z uwagami skierowanymi do niej, lecz skutecznie je ignorowała. Był już późny ranek, a przynajmniej tak sądziła. Ptaki wciąż ćwierkały, ale inaczej niż kiedy wstawała. Dodatkowo stąd widziała większy kawałek nieba, więc łatwiej było określić margines błędu. Stawiała na godzinę dziewiątą lub dziesiątą. O tej porze była już zwykle na nogach, krzątając się z jednego kąta posiadłości do drugiego. Kolejny raz usłyszała przybysza. Tym razem koń był jeden, a jegomość całkowicie jej znany.
- Witam, chłopcy. Jak wam minęła ta wspaniała noc?- zeskoczył z wierzchowca, nie mącąc sobie głowy przywiązywaniem go. Zwierzę było wyuczone by czekać. Nie zauważył jej, tego mogła być pewna. Stał tyłem do niej. Wiedziała, że spółkuje z nimi i nie ma co szukać ratunku w jego ramionach. Czyli pierwsze wrażenie było trafne - nie należało powierzać mu swojego zaufania.
- Fatalnie, szefie. Nic ciekawego do rabunku. Za to parę godzin temu znaleźliśmy tą tutaj.- odezwał się Favril. Wskazał na nią głową, jednak gość nie odwrócił się od razu.- Gramy sobie o nią w karty, dołączy szef?- dorzucił radośnie, pogwizdując pod nosem.- Podobno była pupilkiem Ameta.- zarechotał, przelewając czarę ciekawości.
- Melodie, jeśli mnie pamięć nie myli.- wychrypiał, jednocześnie zaskoczony i ucieszony.
- Frances.- warknęła w ramach powitania. Tak jak się spodziewała, poprawił ją.
- Dla ciebie pan Delevine. Cóż sprowadziło cię do lasu bez żadnej obstawy?- dopytał, przybliżając się. Zasłonił wątłym ciałkiem połowę widoku na swoich podwładnych. Nie zamierzała udzielać odpowiedzi.
- Od kiedy jest pan posiadaczem grupki przestępców, hm?- zakpiła, wymownie wywracając tęczówkami.
- Ty masz swoje sekrety i ja mam. Zostawmy to.- puścił jej perskie oko, odwracając się z powrotem do towarzyszy.- Zagram z wami o tę piękną panią.- oświadczył, usadawiając się pomiędzy nimi.- Żeby jednak nie zaczynać od przyjemności - poproszę o konkretny raport ze sprzedaży. Constantin was informował co udało mu się opchnąć? Obiecałem odrąbać mu łeb, jeśli w końcu nie przyniesie jakichś dobrych wiadomości. Po ostatnich transakcjach trochę się na was zawiodłem. Zwłaszcza w zeszłym tygodniu. Marco, nadal obrabiasz mi dupę po tamtym pościgu? Bo słyszałem, że nie możesz się powstrzymać.- wycelował palcem w niskiego, brzydkiego faceta, na którego twarzy wykwitło zawstydzenie.
- Szefie, to nie tak...- wybąkał, machając bezradnie nadgarstkami.
- A jak, ty koślawa świnio? No proszę, tłumacz się. Ratuje ci tyłek po każdym przekręcie, bo sam nie potrafisz ukraść nawet pieprzonego portfela, a ty co? Wiesz, że nie toleruję hipokryzji? Kiedy ostatnim razem ty mnie z czegoś wyciągałeś, żebyś mógł mieć powody, co do głupich pretensji? Nie przypominam sobie żadnej takiej sytuacji. Wiesz, kurwa, dlaczego?- wszystko to wypowiedział spokojnym głosem, naciskając jedynie na wulgaryzmy. Uśmiechnął się do zlękniętego kurdupla, kulącego się teraz na siedzisku.- Wiesz, kurwa, dlaczego?!
- Nie...- wyjąkał, nakrywając kolana przedramionami. Bawił ją jego strach. Przez ten jeden moment trzymała stronę blondyna, który widocznie przerażał własnych pracowników.
- Ponieważ ja nie popełniam błędów!- krzyknął, podkreślając to teatralnym skinieniem.- Co sprowadza się - wiesz do czego?
- Nie...
- Otóż do tego, mój drogi, że zostajesz zwolniony ze swojej służby. Pakuj manele, bo masz jakieś trzydzieści sekund zanim poderżnę ci gardło. Do tego czasu masz zniknąć z mojego pola widzenia. Czy to jasne? Świetnie. Zacznijmy liczyć, chłopcy. Jeden. Dwa.- mruczał, delikatnie wyciągając zza pasa ukryte ostrze. Śmiertelnie przerażony Marco natychmiast poderwał się i rozpoczął bieg do wnętrza lasu. Frances doliczył do piętnastu, po czym rozbawiony odparł: „No przecież nie dam mu tak spieprzyć. Wyda mnie pierwszym napotkanym osobom“. Rozprostował kości, strzykając przy tym knykciami. Pochylił się lekko, odliczając sobie samemu czas do startu. Pognał przez knieje w zawrotnym tempie z łatwością doganiając przysadzistego mężczyznę. Wbił mu nóż w gardło i pozwolił osunąć się w dół, do mchu. Schylił się tylko, wycierając krew w jego szatę. Powoli, śpiewnym krokiem wrócił na poprzednie miejsce.- Ktoś jeszcze chce szkalować mi tyły?- spytał dla pewności, chowając broń. Wszystkie głowy weszły w ruch, kręcąc ostro w ramach zaprzeczenia.- Pięknie. Poproszę o raporcik i możemy grać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)