Z dnia na dzień czuła się coraz lepiej. Szramy po chłoście zagoiły się, pozostawiając na zawsze sinoczerwone, gdzieniegdzie wypukłe ślady. Niekiedy miała problem z zaczerpnięciem oddechu, spowodowany powikłaniami po odbytym zapaleniu płuc. Azula była naprawdę genialną uzdrowicielką, skoro wyciągnęła ją z tylu chorób, chociaż jej organizm był bardzo osłabiony. Przy współczesnej medycynie jakoś trudno jej było w to uwierzyć.
Wstała ostrożnie, pamiętając o niezbyt gwałtownych ruchach. Niezwykle łatwo było sprowokować u niej zawroty głowy. Dotykając bosymi stopami zimnej posadzki, czuła się najlepiej. Wciągnęła ostro powietrze, by zakaszleć po chwili w konsekwencji. To podobno miało jej przejść, gdy przyzwyczai się na nowo do pracy. Niepewnie podeszła do szafy. Otworzyła ją na oścież, pocierając zmarznięte ramiona. Bez kołdry w pokoju wydawało jej się chłodno. Przesuwała wieszaki, marszcząc brwi. Ubrań jakby przybyło. Wciągnęła wpierw najcieplejszą bieliznę, jaką znalazła. Później wybrała jeździeckie spodnie i gruby, beżowy sweter. Dopiero w pełni odziana, pozwoliła sobie na minimalny uśmiech. Miała drobną nadzieję, że uda jej się znów poczuć w posiadłości tak dobrze, jak przed upłynięciem tej feralnej połówki roku. Z cichym skrzypnięciem uchyliła drzwi, wyślizgując się na korytarz. Oparła się dłonią o poręcz, schodząc pomalutku w dół. Dotarła do salonu, całkiem z siebie zadowolona. Zauważyła zmiany. Z boku dostawiona była nowa półka, dopiero zapełniająca się książkami. Stolik był przesunięty bliżej fotela, który wydawał się być intensywnie używany.
- Co tu robisz?- Podskoczyła, gdy głos rozległ się tuż za nią. Przełknęła ślinę, karcąc się w duchu.
- Wracam do żywych.- odpowiedziała płochliwie, choć chciała wydać się pewna swego. Odwróciła się do niego, bo tego wymagała kultura.
- Chodź, zjesz coś.- westchnął ciężko, wskazując jadalnię. Nie zdążyła przyjrzeć mu się uważniej, bo od razu ruszył do celu. Podreptała za nim, dostrzegając poprawę swojego stanu. Krew lepiej przepływała, więc błędnik nie był już uciążliwy. Była zła, że jej serce przyspieszyło na jego widok. Nie był wart grama miłości, nawet od tak mało znaczącej osoby jak ona. Usadził ją na jej zwyczajowym miejscu przy stole. Sam przystanął przy barku, wlewając sobie czerwonego wina. Obracał kieliszek w dłoniach, jakby była to najbardziej zajmująca czynność na świecie. Otrząsnął się i wyszedł do kuchni. Gdy to zrobił, uderzyła czołem w blat, zakładając przedramiona na karku. Za dużo myśli kłębiło się w jej umyśle. Chciała je uciszyć, krzyknąć, by dały jej święty spokój, ale nie potrafiła. Trzymała w pamięci, ile bólu jej sprawił.
Arma wniosła tacę ze śniadaniem w postaci jajecznicy na boczku. Supeł w jej żołądku dał o sobie znać, kiedy wciągnęła smakowity zapach unoszący się z talerza. Trzasnęły drzwi i znów mogła obserwować czarnowłosego. Starał się ukryć oblicze między falującymi kosmykami, jednak nie w pełni mu się udawało.
- Zamierzasz usiąść obok czy tylko spoglądać na mnie spod byka?- sarknęła, przeżuwając zachłannie posiłek.
- Jeszcze się zastanawiam.- wzruszył obojętnie ramionami, nie przybliżając się nawet o pół kroku. Przełknęła jeden z ostatnich kęsów, dziobiąc bezsensownie w naczynie, byle się czymś zająć.- Jak się czujesz?
- To ma znaczenie?- pociągnęła ton do niebotycznie wysokiego. Posłała mu nasycone urazą spojrzenie, kończąc jedzenie zamaszystym machnięciem widelca.
- Od teraz będziemy rozmawiać w ten sposób?- warknął nieprzyjaźnie, zaciskając szczęki.
- W jaki?- udała wielce zaskoczoną, ciamkając złożonymi wargami.
- Właśnie w taki.- Wskazał dłonią na jej zachowanie, po czym pokręcił głową, jakby strząsał z siebie resztki zainteresowania.- Zresztą, nieważne.- Poddał się, planując odejść prędko do swoich komnat.
- Och. Nie rzucisz mną nagle o podłogę z zamiarem przywrócenia mnie do służby twoim seksualnym potrzebom?- zatrzymała go, chwytając za rękaw, gdy przesuwał się tuż obok niej. Wyszarpnął się mimochodem, po czym przyszpilił ją do stołu, zamykając między swoimi przegubami. Pochylił się, by mówić tuż nad jej twarzą.
- Jesteś na to o wiele, wiele za słaba, a wbrew twojej, jakże szlachetnej opinii o mnie - nie jestem aż takim brutalem, by dla jednej potrzeby zabijać kobietę.- wyjaśnił spokojnie, zachrypłym głosem. Zaraz potem ulotnił się migiem, zostawiając ją pod potężnym wrażeniem swojego magnetyzmu. Zupełnie się tego nie spodziewała. Mimo całego oporu, jaki stawiała sobie samej, nie dała rady powstrzymać pożądania, jakie napłynęło do jej lędźwi po takim przedstawieniu. Przypomniało jej się, jak kiedyś Rache tłumaczyła jej, że Vinctus nie jest złym człowiekiem. „Udaje potwora, bo tak jest łatwiej, lecz wcale nim nie jest“. Sama nie wiedziała czy w to wierzyła. Przed tym wszystkim - tak. Jednak trauma chłosty i pobrzmiewające słowa złamanej przysięgi ciążyły jej na rozumie, podobnie do kamieni ciągnących tonącego na dno.
- Weź się w garść.- skarciła się półtonem. Dostawiła krzesło na jego miejsce i wyniosła użyty talerz. Arma powitała ją ciepłym uśmiechem, podbródkiem typując na stertę brudów koło zlewu. May zakasała sweter do łokci, zbierając się do roboty. Zamoczyła gąbkę w gorącej wodzie i rozpoczęła szorowanie.
- Brakowało nam ciebie.- zainicjowała rozmowę następczyni Sofi. Ruda kątem oka oszacowała jej sylwetę. Miała króciutkie, czarne loczki, ciemną skórę latynoski i zgrabną figurę. Aktualnie zajmowała się szykowaniem obiadu, który wymagał kilku godzin marynowania oraz przynajmniej godziny podduszania.- Vins bardzo się przejmował twoim stanem.
- Czyżby?- błyskawicznie poddała to w zwątpienie.
- Oczywiście. Wszystkie musiałyśmy chodzić wokół niego na paluszkach. Nigdy nie było w tym domu takiej głuszy jak przez ostatnie pół roku. Sofi bała się go odwiedzać, bo był wobec każdego dziwnie agresywny.
- On zawsze jest agresywny.- parsknęła, podkreślając to mocno. Ułożyła zmyty garnek na boku, sięgając po następny. Jej towarzyszka westchnęła przeciągle, jakby chciała przekazać, że młoda jeszcze wielu rzeczy nie pojmuje.- Czy Rache pracuje dzisiaj przy winie?- zapytała, przypominając sobie nagle o koleżance. Chętnie pogawędziłaby z nią. Ona bez ochyby wyłożyłaby jej niezbędne informacje. Podskoczyła z przestrachem na dźwięk pokrywy od patelni, upadającej z impetem na podłogę.- O matko. Nic ci się nie stało?- Dosunęła się do Army natychmiastowo, ujmując w swoje jej dłonie. Przypadkiem nadepnęła bosą stopą na pokruszone fragmenty szkła, jednak zignorowała to.
- May, to...- zająknęła się tamta, wpatrując się w nią wielkimi, pięknie obramowanymi oczami.
- Jesteś ranna?- poruszyła ważną kwestię, wyszukując jakichś poważnych zarysowań na starszej od siebie kobiecie.
- Nic mi nie jest, ale... May, jeśli chodzi o Rache... Czy Vinctus nie wspominał ci o niczym?- pisnęła ze współczuciem, jakby ukrywała jakiegoś rodzaju potworność.
- Nie. To coś istotnego?
- Idź do niego. Nie wiem czy wolno mi przekazać ci wieści. Zabierz ze sobą bandaż, żeby opatrzył ci przy okazji nogę.- Stanęła na palcach i z górnej półki zdjęła gruby zwitek bielutkiego materiału. Wręczyła go dziewczynie, popychając lekko, by ruszyła. Usłuchała polecenia, natychmiast kierując się do komnat czarnowłosego. Rany piekły ją przy każdym stąpnięciu, mimo tego parła dalej, z chwili na chwilę bardziej zaniepokojona. Zatrzymała się przed odpowiednimi drzwiami i załomotała w nie. Odpowiedziało jej niezadowolone mruczenie, ale otworzył.
- Czego chcesz?- Skasował ją wzrokiem od samej ziemi aż po czubek głowy.
- Gdzie jest Rache?- Nie bawiła się w owijanie w bawełnę. Przetarł policzek razem z okiem.
- Rache nie żyje.- oświadczył beznamiętnie, wyglądając na nieziemsko zmęczonego. Zachwiała się na taką szczerość, więc szybko podtrzymał ją w pasie.- Ty słaba idiotko. Wchodź.- podsumował, praktycznie wnosząc ją do pokoju. Ulokował ją na łóżku, po czym zamknął za nimi.
- J-jak... jak to n-nie żyje?- Próbowała to sobie przyswoić, błądząc ślepiami po swoim ciele.
- Normalnie. Umarła. Możesz mi wyklarować jakim cudem masz pokaleczone stopy, ty tępa wywłoko?- Uklęknął przy łożu, zabierając się do wyciągania malusieńkich kawałków pokrywy z jej skóry. Potrzebna mu była pęseta, którą na swoje szczęście trzymał w szafce nocnej.
- Co się stało?- drążyła, nie przejmując się ani bólem, ani jego obraźliwym tonem.
- Jesteś głucha czy głupia?
- Co się dokładnie stało? Dlaczego zmarła?- ponowiła pytanie, wywracając spojrzeniem na jego docinki.
- Zapalenie płuc, potem powikłania.
- Azula nie mogła jej pomóc?
- Nie każdego da się uratować, Melodie.- warknął, ściskając gniewnie jej kostkę. Przełknęła nerwowo ślinę, gdy naszła ją wyjątkowo nieprzyjemna myśl.
- Była zbyt zajęta mną, tak?- ścisnęło jej się gardło, kiedy wymawiała ostatnią sylabę.
- Trzeba było wybrać. Tylko jedną z was mogłem przywrócić, chociaż żadnej gwarancji też nie było.
- Dlaczego mnie?- Zachłysnęła się powietrzem. Pociągnęła nosem, odczuwając jak pod powiekami zbierają się łzy. Vinctus skończył opatrywać jej stopę i usiadł tuż przy niej.
- Nie zamierzam cię przekonywać, że miałaś większe szanse, bo i tak mi nie uwierzysz. Rache miała astmę, która zaatakowała razem z zapaleniem płuc. Mimo tego, że ciebie brały różne infekcje i dawałaś radę - jej przypadłość niestety nie dała się uleczyć pierwszym rzutem. Nie ryzykowałem. Kazałem Azuli przekazywać leki tylko na ciebie. Rache wiedziała dlaczego, nie oponowała. Nie rycz.- Przygarnął ją do ramienia, gdy zawyła mimowolnie. Wtuliła się w niego, szukając ukojenia. Pomarudził dyskretnie, po czym przyciągnął ją energicznie, by znalazła się na jego kolanach. Ułożyła skroń na jego piersi, drobnymi dłońmi obejmując samą siebie. Jedną ręką gładził jej gęste włosy, drugą lokując na jej plecach.- Przeżyłaś. Okaż wdzięczność zamiast umartwiać się nad trupami.
- Jak możesz tak mówić? Rache była...- Uniosła głowę, by powiedzieć mu parę dosadnych zdań, jednak powstrzymały ją jego obsydianowe tęczówki, które tak dobrze poznała. Połyskiwały w świetle lampy, wydając się być wilgotnymi. Gapiła się w nie, sparaliżowana.
- Znałem ją o wiele dłużej. Daj sobie spokój.- poinstruował, przerywając kontakt wzrokowy. Zaczerwieniła się, zmieszana swoim zachowaniem. Poderwała niepewnie trzęsącą się prawicę, by pogłaskać go po policzku. Zmarszczyła brwi, wyczuwając między włoskami zarostu bliznę, której wcześniej nie było.- Jest ich sporo. Miałem od groma roboty, kiedy ty sobie mdlałaś.
- Nie byłabym w takim stanie, gdybyś...
- Wiem.- przerwał jej krótko.- Liczysz, że cię przeproszę czy czego chcesz?
- Przeprosiny byłyby miłe.- przytaknęła słodko, uśmiechając się prawie niewidocznie.
- Nie jestem miły, jeśli jeszcze nie zdążyłaś zauważyć.- prychnął, odrzucając czarną grzywę za siebie.
- Kreujesz się na takiego dupka, nie jesteś nim.- stwierdziła, odważając się zaryzykować, by dostrzec jego reakcję. Pożałowała tego.
- Przypominam, że to przez tego nie-dupka, zostałaś wychłostana publicznie, co spowodowało późniejsze osłabienie i w efekcie tego prawie zeszłaś. Ten sam, jakże uroczy człowiek, brał cię przez półtorej roku, kiedy miał ochotę, nie patrząc na twoje samopoczucie. Złamałem jedyne słowo, jakie ci dałem. A ponad wszystko - kupiłem cię jako dziwkę, dla własnych celów. Powiedz, że jestem dobry, a cię wyśmieję. Ucz się na błędach, Melanie.- Zakończył, przekręcając jej imię. Wiedziała, że miał rację. Mimo tego coś w niej sprzeciwiało się tej opinii. Resztki nieuśpionych do końca uczuć zapewne miały tutaj niemałe znaczenie. Jednak do przodu wypychała się nadal pretensja, że wpędził ją w kłopoty. Miała mieszane odczucia.- Skończyliśmy? Pójdziesz już sobie?- nagabnął opryskliwie. Głupio było jej spytać czy mogłaby jeszcze zostać. Strzepnęła niewidzialny pyłek ze swetra i zebrała się w sobie, by wstać. Zdumiała się ździebko, gdy przytrzymał ją przy sobie. Oparła się na kolanach, zarzucając przedramiona na jego barki.- Nie rób tego.
- Wiesz, że też chcesz.- szepnęła ufnie, przychylając swoje usta do jego. Nie bronił się, to byłoby bezsensowne. Przygarnął ją silnie do swojego torsu, odginając głowę, by miała lepszy dostęp. Wplotła palce w jego tłustawe kudły i podrapała wrażliwy kark. Wsunął język na jej podniebienie, smakując je wciąż od nowa. Nie pozostała mu dłużna. Chłonęła jego męski, ziemisty zapach, który z tak bliska zniewalał wszystkie zmysły. Wzuł dłoń pod jej sweter, hołubiąc nagą skórę pod nim. Zsunęła się niżej, ocierając kroczem o jego powstającą erekcję. Otrzeźwiło go to nieco.
- Przestań, jesteś na to za słaba.- wycharczał, obracając lico na bok. Założyła pojedyncze kosmyki za jego ucho, dostępując do niego.
- Proszę, pozwól mi.- wymruczała, podgryzając płatek. Otarła paznokciami pod jego koszulą, zahaczając o pępek.
- Nie zmuszaj mnie.- burknął twardo, spinając mięśnie. Polizała wolno tył jego szczęki, jednocześnie wkładając rękę w jego spodnie. Syknął, kiedy zręcznie ujęła jego członek.
- Dziwne. Według mnie bardzo chcesz.- Obróciła prawicę kilka razy, pieszcząc go w ten sposób. Sztywniał pod każdym ruchem.- Powiedz mi czy się mylę.
- Pamiętaj, że sama się pchałaś.- warknął, poddając się. Pchnął ją brutalnie, by padła na plecy. Wyprostował na szybko jej nogi, ściągając z nich spodnie, razem z bielizną. Rozdarł wątły materiał własnego okrycia, rzucając je gdzieś za siebie. W tym czasie jej udało się pozbyć całej góry i zabierała się za rozwiązywanie pasa Vinctusa. Wyręczył ją, gubiąc resztę ubrań. Dawno nie widziała go nagiego albo rozognionego do tego stopnia. Zawisł nad nią, okalając jej twarz swoimi kłakami. Uwielbiała, gdy to się działo. Odgradzało ją to od świata wokół, pozwalając patrzeć wyłącznie w jego piękne oczy. Tym razem zaczął od ponownego zaatakowania jej ust, wpijając się w nie łapczywie. Pociągnął zębami jej dolną wargę, zasysając ją potem. Tego jej zawsze brakowało. Był niesamowicie seksowny, gdy całował. Zjechał na jej szyję, obdarzając ją dziesiątkami ciemnych malinek. Polizał przeciągle jej mostek od wgłębienia obręczy barkowej. Kciukiem podrażnił brodawkę lewej piersi, pod którą rozpoczynała się długa blizna, przechodząca przez wypalone znamię niewolnictwa. Wygięła się instynktownie. Zamknął usta na prawym sutku, nie przerywając sobie. Doprowadzał ją do wrzenia samymi ruchami języka na sensytywnym fragmencie. Wbiła paznokcie w jego łopatki, trąc nimi niżej. Rozchylił jej uda, przemieszczając się w ich kierunku powoli, zaszczycając uwagą każdy kawałeczek skóry po drodze. Musnął minimalnie jej łechtaczkę, wywołując przyspieszony oddech. Ponowił próbę, tym razem sprawniej. Jęknęła znacząco, zamykając pięść na kołdrze. Kontynuował w podobnym tonie, coraz śmielej do tego podchodząc, aż zwijała się z przyjemności. Wtedy uniósł się znów do jej warg i wsuwając jednocześnie dwa palce w jej mokry otwór, pocałował ją intensywnie. Wycofywał nieco dłoń, po czym agresywnie wracał na miejsce, co powodowało, że dziewczyna stękała głośno, mimo zatkanych ust. Odszukała po omacku jego erekcję. Potarła delikatnie główkę, za co otrzymała ciche westchnienie. Zdecydowanym manewrem przewrócił ją na brzuch i podniósł biodra. Ulokował się na kolanach za nią, by zablokować jej dłonie na plecach oraz płynnym ruchem wbić się w nią głęboko. Krzyknęła zaskoczona taką nagłością, jednak oburzenie prędko przeszło w zachwyt, kiedy zrobił to jeszcze raz i jeszcze. Było jej cholernie dobrze. Wtem zrobiło jej się słabo, a oczy zaczęły zachodzić białą mgiełką.
- Przerwijmy.- wydukała, gdy już naprawdę nie mogła znieść narastającego bólu. Natychmiast przestał, odwrócił ją na plecy i uniósł jej nogi, opierając je na swoich ramionach.
- Ostrzegałem cię, kretynko, że jesteś za słaba, ale ty nigdy nie słuchasz.- zdenerwował się, przytrzymując ją za kostki. Zasłoniła powieki śródręczem, licząc w myślach do trzydziestu.
- Poczekaj, zaraz mi przejdzie.- próbowała go przekonać. Zbladła zauważalnie, co chcąc nie chcąc go zmartwiło.
- Żadne poczekaj. Zaniosę cię do twoich komnat. Masz iść spać, jesteś zbyt zmęczona. Coś ty sobie w ogóle uroiła?
- Mam trudności z zasypianiem od kilku dni.- wyznała wstydliwie, wiedząc, że to istotne. Ściągnął brwi, obserwując ją uważnie.
- Coś ty znowu wykoncypowała?- zapytał sceptycznie, jakby wyczuwał w tym jakiś podstęp.- Może jeszcze mi wyskoczysz z tezą, że potrzebujesz się do kogoś przytulić i mam przyjść spać z tobą?
- Zapewne by pomogło.- parsknęła, choć wcale nie brała tego pod uwagę.
- Hm. Zrobię to, ale tym razem to ja postawię warunek.
- No słucham.
- Nie ruszysz się z łóżka na więcej niż godzinę, przez najbliższe dwa tygodnie.- wyłożył spokojnie.
- I tak nie mam wyjścia. Tak czy siak mnie uziemisz. Zgoda.- burknęła, wyciągając do niego dłoń jak do umowy. Potrząsnął nią, po czym wstał. Wziął May na ręce i bez trudu przeniósł ją do jej pokoju. Zamknął drzwi, oglądając na korytarzu czy aby nikt nie spozierał na nich zza rogu. Potem położył się przy jej boku, pozwalając jej drobnemu ciału wpasować się w swoje dla ciepła. Zamierzał wyjść, kiedy tylko jej ślepia zasklepi sen, ale zapomniał, że sam nie miał ostatnio zbyt dużo odpoczynku. Podparł brodę na jej włosach, przytulając sylwetę do siebie i zasnął głęboko, nie potrafiąc się powstrzymać.
Słodki kawałek piekła.
teoretycznie +18, ale wisi mi kto to czyta
poniedziałek, 7 listopada 2016
niedziela, 6 listopada 2016
Siedemnasty.
Przyłożył zmarznięte palce do wrzącej porcelany filiżanki. Przetarł brodą po ramieniu, aby pozbyć się nieprzyjemnego uczucia wilgoci na twardych włosach. Jego rękaw przemókł na wskroś, lecz wcale się tym nie przejął. Patrzył w jeden punkt na ścianie. Obraz palenia czarownicy. Kasztanowe pukle opadały po jej ramionach, gdy ogień tańczył wśród szczątek pozostałych z jej nóg. Szara suknia stanęła w płomieniach, jednak z twarzy kobiety nie zeszła duma. Pozostała nieugięta wobec swoich oprawców, swojego charakteru. Pociągnął duży łyk herbaty i pomyślał, że chciałby, aby May też taka była. Odstawił napój na stolik. Po dwudziestu minutach wgapiania się w zegar doszedł do wniosku, że zaraz zwariuje. W całym domu słychać było tylko to uciążliwe tykanie, jakby nic innego się nie działo. Jakby wszyscy stracili mowę po tamtym wydarzeniu. Jakby niestosownym było zrobić cokolwiek w jego obecności. Dobiegły go wyraźne postukiwania damskich obcasów, schodzących po oprawionych w drewno schodach. Zamknął powieki i czekał, aż dotrze do salonu.
- I?- rzucił w przestrzeń, gdy się zatrzymała.
- Znów gorzej. Próbuję wyleczyć tę infekcję, ale to nie należy do najprostszych zadań. Potrzebuję więcej jeżówki, a wiesz, że skończyła nam się w zeszłym tygodniu. Pozwól mi...
- Nie możesz jechać, ona cię potrzebuje. Co będzie, jeśli pogorszy jej się, gdy ty będziesz poza granicami miasta?- warknął nieprzyjaźnie, potrząsając głową.
- Są inne znachorki. Mogę podesłać tu moją dobrą przyjaciółkę. Będzie potrafiła pomóc, jeśli nadejdzie taka potrzeba.
- Nie.
- Posłuchaj, Vinnie.- westchnęła, podchodząc bliżej. Kucnęła przy nim, aby znaleźć się na jego linii wzroku. Jej lico opatuliła jaśniutka fryzura do ramion, grzywką zasłaniająca połowicznie oko.- Wiem, że nie chcesz tu obcych...
- Ostatnim razem, gdy do tego pokoju weszła osoba niepowołana, otrzymałem pogróżkę w postaci ubicia Melodie prawie na śmierć. Nie zgadzam się, by ktokolwiek oprócz ciebie się do niej zbliżał. Niech ktoś inny nazbiera ziół. Zapłacę za to potrójnie. Ty masz zostać.- przerwał jej stanowczo, wkładając wyzwanie w swój głos.- Opiszesz Malumowi lub Marcusowi o co chodzi, któryś z nich to załatwi.
- Nie będę mogła wiecznie tu mieszkać. Mam dom, rodzinę.- położyła dłoń na jego dłoni, by złagodzić ból swoich słów.- Zacznij godzić się z myślą, że możesz jej nie uratować.
- Przecież się budzi. Chodzi, oddycha, je.- wymamrotał, całkowicie pewien, że tyle wystarczy. To niezaprzeczalne oznaki, że jest z nią dobrze.
- Zbyt często słabnie, mdleje. Jest blada, wręcz sina. Ledwo przełyka. Nie ma siły samodzielnie zejść po schodach czy umyć się. Łapie infekcję za infekcją, nie nadążam z podawaniem jej leków. Rzadko kiedy jest w ogóle świadoma co się dzieje.- wyliczyła młódka, gładząc delikatnie jego twarde knykcie.- Niektóre rany nie chcą się porządnie zasklepić.
- A aloes?
- Nie wyraziłeś zgody na uzupełnienie jego zapasu.
- Wyrażę.
- To może nie...
- Ona jest silna. Walczy. Mam pozwolić na jej śmierć, bo tobie wydaje się, że nie da rady? To ona zdecyduje czy umrze czy nie. Nie ty. Wracaj do swoich komnat i spisz każdą rzecz, jakiej ci brakuje.
- To zakrawa na szaleństwo.- szepnęła na odchodne, powoli wychodząc na korytarz. Gdy bezruch nie był w stanie ukoić jego zszarganych nerwów - uderzył pięścią w stolik. Gdyby zapobiegł jej aresztowaniu nie byłoby teraz tych problemów. Byłaby przytomna i tak samo denerwująca jak zawsze.
Nigrum padał z nóg, jednak zacięcie galopował drożynami miasta w kierunku rynku. Jego właściciel rzucał wulgaryzmami w każdą stronę, wyglądając jak skoncentrowanie całego gniewu świata w jednej osobie. Zostawił konia w karczmie bliskiej centrum, a sam pobiegł do zebranego tłumu. Zaklął soczyście, gdy zauważył, że przedstawienie już się rozpoczęło. Rozpoznał w kacie swojego wroga. Hender musiał użyć całej swojej woli, by nie śmiać się jak szaleniec, któremu po latach oddali uwielbione zabawki. Nawet pod grubym płaszczem, jakim się okrywał, widać było jak napinają się jego mięśnie, by wsadzić w baty całą swoją siłę. Vinctus przepchał się pomiędzy ludźmi, zrzucając na twarz kurtynę z włosów. Nie mógł przerwać w żaden sposób. Mógł zapobiec temu, jeśli pojechałby szybciej i przekonał obecnych przed rozpoczęciem kary, że dziewczyna jest niewinna, a proces był bezprawny. Gdyby tylko pomyślał wcześniej. Zbyt bezpiecznie się poczuł, za bardzo namotała mu w głowie tym swoim idiotycznym gadaniem. Nie wziął pod uwagę takiego obrotu zdarzeń. Czekał niecierpliwie na ostatnie uderzenie. Każde uniesienie ręki tego kretyna powodowało, że sam czuł się bity. Niesprawiedliwym było, że to ona ma ponieść konsekwencje jego czynów. Była taka drobna i bezbronna, choć twierdziła, że miała złe doświadczenia. To jego przeszłość była zła. Wiedział, że był przyczyną każdej jej rany i każdego krzyku. Nie obronił jej, chociaż obiecał. Ba, przysiągł. Drgnął, gdy zauważył, że zawisła na nadgarstkach, kompletnie bezsilna. Zostało jeszcze pięć i zabierze ją do domu. Nigdy więcej nie pozwoli jej tknąć. Tylko cztery. Da jej wszystko, czego będzie pragnęła. Trzy. Pokaże jej, że potrafi ją ochronić, lepiej. Dwa. Pozwoli jej odejść, jeśli tak zdecyduje. Wyrwał się przed siebie, razem z ostatnim ciosem. Wyskoczył przed - rozchodzące się już zresztą - zbiorowisko, zawrotnym tempem podchodząc do Hendera.
- Zdejmij ją z tego.- syknął, po czym wskazał kamienny pręgierz. Szatyn uśmiechnął się podle, zakładając przedramiona na piersi.
- Znasz zasady, powinna tu jeszcze posterczeć jako przestroga.
- Mam gdzieś twoje pieprzone zasady. To nie była prośba.- oznajmił wściekle, popychając przeciwnika na narzędzie i zaciskając dłoń na jego szyi.
- Niezbyt mądre.- wycharczał tamten, ledwo łapiąc dech. Próbował uchwycić miecz przy swoim pasie, lecz niedotlenienie wiele utrudniało.
- Też masz je w dupie. Sąd był bezprawiem. Nie czekałeś wcale co powie Edward, wolałeś porwać ją i załatwić to tak, żebym oberwał niezależnie od prawdy. Odpłacę ci za to. Teraz ją puść, zanim pójdę do twoich przełożonych.- napluł mu w twarz, po czym zwolnił nacisk. Hender opadł na kolana, łapczywie wciągając powietrze.
- Dupek.- skomentował pod nosem, za co oberwał kopnięciem w brzuch. Odpiął klucz od kółka przy boku i rzucił go do stóp czarnowłosego. Ten wyminął go, wkładając pospiesznie przedmiot w zamek. Przytrzymał jej omdlewające ciało, w miarę możliwości obracając ją piersią do siebie. Nie widząc innej możliwości, założył ją na ramię. Nie patrząc na nic, ani na nikogo, przeniósł ją na Nigruma, po czym okrył swoim płaszczem. Jechał powoli, by nie wyrządzić jej większej krzywdy.
Frustrowało go, że za każdym razem, gdy się budziła, był przy niej ktoś inny, niż on sam. Jakby ktoś się uwziął i nie pozwalał jej otwierać oczu przy tym, który był winowajcą. On chciał tylko upewnić się, że nic jej nie będzie. W pierwszym tygodniu była przytomna przez krótką chwilę. W ciągu następnych było lepiej, a potem zaczęła łapać choroby. Ograniczył liczbę osób, które mogły ją odwiedzać do jednej. Zajmowała się nią najlepsza znachorka, jaką znał. Ufał jej, choć teraz nie był przekonany czy potrafi stuprocentowo zawierzyć komukolwiek. Nie miał jednak wyboru. Azula pomagała mu niegdyś leczyć Maluma. Skoro wyprowadziła jego z objęć śmierci to dlaczego miałoby nie udać się z Melodie? Niestety ona tego tak nie postrzegała, czym niezmiennie go denerwowała. Chciała zgasić w nim nadzieję, bo liczył na zbyt wiele. Dni upływały mu na pracy i bezmyślnym siedzeniu w salonie. Nie było niczego pośredniego. Nie miał chęci tykać kobiet, zaglądać do wina, ani jeździć za potencjalnymi interesami. Robił tyle, ile musiał zrobić, by przetrwać. Mijały miesiące, gdzieś w środku tego zamieszania z chorobami zmusił Azulę, by zamieszkała w posiadłości, póki May nie wyzdrowieje. Nie potrafiła odmówić, choć zrobiłaby to, gdyby wiedziała, co to będzie oznaczać. Siedziała przy jej łóżku całe dnie. Miksowała nowe kombinacje ziołowe. Stale musiała być krok przed zapaścią dziewczyny, by nie pozwolić jej odejść. Zima rzekomo już się kończyła, choć wciąż panował lodowaty chłód. Wypełnianie zleceń było trudne w takich warunkach, więc zajmowało mu dużo więcej uwagi, niż by tego chciał. Miał też świadomość, że im dłużej będzie unikał wchodzenia do jej komnat, tym bardziej ona go znienawidzi. Ile dokładnie minęło? Już prawie cztery miesięce odkąd widziała kogoś, kto nie był znachorką. Tłumaczył się tym, że mógłby pogorszyć jej stan, ale tak naprawdę obawiał się, że zastanie ją przytomną i usłyszy, że jest śmieciem, który złamał przysięgę krwi. Przez cały ten okres nie myślał o tym, co powiedziała wtedy w chatce. Nie chciał zaprzątać sobie tym głowy, bo znając jego szczęście, nie było aktualne. Lepiej dla niej, przynajmniej w tej kwestii.
Przerzucił stronę nowokupionej książki, pochłaniając jej niezwykle nudną treść.
- Melodie pyta czy zamierzasz unikać jej do końca życia.- parsknęła Azula, pojawiając się nagle w zasięgu wzroku. Miała iskierki w oczach i rozbawioną minę. Kiedy się uśmiechała w jej policzkach formowały się dołeczki. Nie miał pojęcia jak ma na to zaregować, więc nie zrobił tego wcale.- Powiem to inaczej - chciałaby, żebyś do niej przyszedł.
- Nie jestem kompletnym debilem, zrozumiałem za pierwszym razem.
- Jesteś pewien?
- Czego?
- Tego nie bycia debilem?
- Nie drażnij mnie, kobieto.- potarł skronie, udając, że niezwykle wciągnęła go lektura.
- Pół roku mija, a ty wciąż ją izolujesz.- przypomniała zniecierpliwiona, próbując wstrzymać reprymendę przebijającą się z jej tonu głosu.- Chyba czas pozwolić jej wrócić do normalności.
- Jeszcze niedawno sama miałaś wątpliwości czy w ogóle uda jej się przetrwać zimę.- wtrącił pochmurnie, przybliżając głowę do swojego zajęcia, przez co włosy zasłoniły mu całe światło wpadające przez okno.
- Sytuacja uległa poprawie, jest praktycznie zdrowa. Może nieco słaba, ale sprawna. Uwolnij ją z tej wieży i pozwól mi wrócić do domu. Rodzina za mną tęskni.- upomniała go.
- Przecież przychodzą cię odwiedzać co sobotę.- prychnął pogardliwie. Nie rozumiał dlaczego komukolwiek mogłoby brakować tej części życia.
- To nie to samo. W domu opowiadałam córce codziennie bajki na dobranoc. Odkąd mnie zabrakło robi to mój mąż i uwierz mi, że dla dziecka stwarza to różnicę. Zresztą ja też tęsknię. Chcę mieć kogo przytulać przez sen, tu zawsze jest tak okropnie zimno.
- Jesteś marudna.- skomentował krótko, sądząc, że uciął rozmowę.
- Powiem jej, że odpowiedzialność cię przerasta i nie chcesz jej oglądać, bo masz syndrom winnego szczeniaka.- założyła przedramiona na piersi, rzucając mu wyzwanie. Zastanawianie się, co takiego zrobił, że ktoś pokarał go taką znachorką, nie zajęło mu dużo czasu. Miał wiele złych rzeczy na sumieniu. Dziwił się, że w ogóle jeszcze oddycha. Odgarnął grzywę za siebie, by posłać jej zirytowane spojrzenie.
- Nie istnieje coś takiego.
- Skoro nie to dlaczego jestem tego świadkiem?- Ugięła lewą nogę w kolanie, by wyglądać bardziej bojowo. Nie miał ochoty na użeranie się z nią. Wystarczająco często Malum suszył mu o to głowę. Jakby ta dziewczyna obowiązkowo miała stać u niego na piedestale.
- Odczep się, co? Nie mam na to nastroju.
- Nigdy go nie masz. Do niczego nie mogę cię zmusić, więc zwyczajnie mówię, licząć po cichu, że posłuchasz. Idź do niej, powiedz jej to co powinieneś. Im dłużej będziesz czekał, tym gorzej to się skończy. Spakuję swoje ubrania. Zajrzę tu pojutrze. Nie ma mowy, bym spędziła tu choć jedną noc więcej.- obwieściła, po czym obróciła się dumnie na pięcie. Stukając koturnami, wyszła do swoich komnat. Jakoś nie chciało mu się przyznawać jej racji. Niezależnie od jego zachowania to wszystko i tak miało skończyć się tragedią. Zamknął swoją księgę i odłożył na wypchaną półkę. Postanowił skonstruować nową. Jednak najpierw skierował się do miejsca, którego tak unikał. Wlókł nogę za nogą po schodkach, z każdą chwilą mniej zdecydowany. Nie miał najmniejszego pomysłu w związku z tym, co mógłby powiedzieć. Zapukał do drzwi, zanim stracił resztki odwagi. Odpowiedziało mu kichnięcie. Zmarszczył brwi, po czym pchnął nogą zaporę, niepewnie wchodząc do środka. Zaschło mu w gardle na jej widok. Leżała na łóżku, okryta po szyję kołdrą. Włosy miała w nieładzie i zdawało mu się, że są mniej gęste. Jej policzki zdecydowanie wklęsły, uwydatniając kości. Nie wyglądała już jak kościotrup, ale nie wróciła też w pełni do dawnej świetności. Usta były wysuszone, lekko sinawe. Tylko te oczy, wciąż tak samo piękne, głęboko brązowe. Rozszerzyły się, gdy go dostrzegła. Nie dziwił się jej zaskoczeniu.
- Jesteś.- wyszeptała, będąc pod widocznym wrażeniem.- Fatalnie się prezentujesz.
- To żałuj, że nie widzisz siebie.- parsknął, choć przebrzmiały w tym nerwy.
- Azula mówiła, że szybko się zregeneruję, jeśli przestaniesz się ze mną cackać i dasz mi pracować.
- Jesteś jeszcze zbyt osłabiona.
- Nie wmawiaj mi teraz, że cię to obchodzi.- prychnęła pogardliwie, odwracając wzrok. Spodziewał się frazesu w tym guście, lecz nie ustrzegło go to przed ugodzeniem. Nie zamierzał się tłumaczyć. To jej sprawa, że nie potrafiła docenić, ile trudu włożył w jej ozdrowienie.
- Pójdziemy na kompromis.- Podrapał rękę z oparzeniem, którego nabawił się w ostatnim miesiącu.
- Słucham.- Skuliła się, otulając dokładniej ciepłym materiałem.
- Dajmy ci tydzień. Później stopniowo wrócisz do obowiązków.
- Jeden dzień.- poprawiła stanowczo.
- Pięć dni.- próbował negocjować, zwierając szczęki. Nie znosił, gdy ktoś mu się sprzeciwiał w takich momentach.
- Dwa dni.
- Cztery.
- Dwa.
- Trzy?
- Dwa.- powtórzyła kolejny raz, stawiając mocny nacisk.
- Dobra.- zgodził się, mimo całego gniewu, jaki wywoływało w nim takie podburzanie się.
- Dlaczego tak późno przyszedłeś?- zapytała z wyraźnym wyrzutem, wciąż na niego nie patrząc. To akurat stanowiło dla niego ułatwienie.
- Bo nie miałem ochoty zrobić tego wcześniej.- skłamał, wzruszając ramionami. A co miał powiedzieć? „Bałem się jak zareagujesz“? Jakoś się w tym nie widział. Nie zamierzał odgrywać żadnej historii miłosnej. Raz to przerabiał, wystarczy.
- Pozwoliłeś mnie skrzywdzić.- mruknęła, właściwie bardziej do siebie, niż do niego. Jakaś nieznana mu siła chciała ściągnąć go na kolana i zmusić, by opowiedział jej o wszystkim, przeprosił. Potrafił się temu oprzeć, bo przecież ten sposób postępowania był lepszy. Ona przestanie czuć coś do niego, a on w końcu nauczy się nie być do niej przywiązany. Nikt jej nie dotknie, jeśli przestanie być jego słabym punktem. Dlatego stał tak, wydając się być tym spokojnym dupkiem, jakim był zawsze, choć w środku staczał sam ze sobą bitwę.
- Owszem.- potwierdził po dłuższej chwili.
- Niczego już nie rozumiem. Wtedy, tuż przed tym... miałam wrażenie, jakbyś... no, odwzajemniał...- Pod jej powiekami zebrały się łzy, oblewające delikatnie jej blade lico.
- Błędny osąd.- Ledwo był w stanie wydusić z siebie te słowa.- Chciałabyś czegoś jeszcze? Mam dużo spraw do załatwienia. Nie mogę tu sterczeć.
- Nie, niczego. Idź.- przyzwoliła, chowając twarz w poduszce. Miał wielką potrzebę przytulić ją dla równowagi ducha, więc naturalnie zamiast tego wyszedł jak najszybciej.
- I?- rzucił w przestrzeń, gdy się zatrzymała.
- Znów gorzej. Próbuję wyleczyć tę infekcję, ale to nie należy do najprostszych zadań. Potrzebuję więcej jeżówki, a wiesz, że skończyła nam się w zeszłym tygodniu. Pozwól mi...
- Nie możesz jechać, ona cię potrzebuje. Co będzie, jeśli pogorszy jej się, gdy ty będziesz poza granicami miasta?- warknął nieprzyjaźnie, potrząsając głową.
- Są inne znachorki. Mogę podesłać tu moją dobrą przyjaciółkę. Będzie potrafiła pomóc, jeśli nadejdzie taka potrzeba.
- Nie.
- Posłuchaj, Vinnie.- westchnęła, podchodząc bliżej. Kucnęła przy nim, aby znaleźć się na jego linii wzroku. Jej lico opatuliła jaśniutka fryzura do ramion, grzywką zasłaniająca połowicznie oko.- Wiem, że nie chcesz tu obcych...
- Ostatnim razem, gdy do tego pokoju weszła osoba niepowołana, otrzymałem pogróżkę w postaci ubicia Melodie prawie na śmierć. Nie zgadzam się, by ktokolwiek oprócz ciebie się do niej zbliżał. Niech ktoś inny nazbiera ziół. Zapłacę za to potrójnie. Ty masz zostać.- przerwał jej stanowczo, wkładając wyzwanie w swój głos.- Opiszesz Malumowi lub Marcusowi o co chodzi, któryś z nich to załatwi.
- Nie będę mogła wiecznie tu mieszkać. Mam dom, rodzinę.- położyła dłoń na jego dłoni, by złagodzić ból swoich słów.- Zacznij godzić się z myślą, że możesz jej nie uratować.
- Przecież się budzi. Chodzi, oddycha, je.- wymamrotał, całkowicie pewien, że tyle wystarczy. To niezaprzeczalne oznaki, że jest z nią dobrze.
- Zbyt często słabnie, mdleje. Jest blada, wręcz sina. Ledwo przełyka. Nie ma siły samodzielnie zejść po schodach czy umyć się. Łapie infekcję za infekcją, nie nadążam z podawaniem jej leków. Rzadko kiedy jest w ogóle świadoma co się dzieje.- wyliczyła młódka, gładząc delikatnie jego twarde knykcie.- Niektóre rany nie chcą się porządnie zasklepić.
- A aloes?
- Nie wyraziłeś zgody na uzupełnienie jego zapasu.
- Wyrażę.
- To może nie...
- Ona jest silna. Walczy. Mam pozwolić na jej śmierć, bo tobie wydaje się, że nie da rady? To ona zdecyduje czy umrze czy nie. Nie ty. Wracaj do swoich komnat i spisz każdą rzecz, jakiej ci brakuje.
- To zakrawa na szaleństwo.- szepnęła na odchodne, powoli wychodząc na korytarz. Gdy bezruch nie był w stanie ukoić jego zszarganych nerwów - uderzył pięścią w stolik. Gdyby zapobiegł jej aresztowaniu nie byłoby teraz tych problemów. Byłaby przytomna i tak samo denerwująca jak zawsze.
Nigrum padał z nóg, jednak zacięcie galopował drożynami miasta w kierunku rynku. Jego właściciel rzucał wulgaryzmami w każdą stronę, wyglądając jak skoncentrowanie całego gniewu świata w jednej osobie. Zostawił konia w karczmie bliskiej centrum, a sam pobiegł do zebranego tłumu. Zaklął soczyście, gdy zauważył, że przedstawienie już się rozpoczęło. Rozpoznał w kacie swojego wroga. Hender musiał użyć całej swojej woli, by nie śmiać się jak szaleniec, któremu po latach oddali uwielbione zabawki. Nawet pod grubym płaszczem, jakim się okrywał, widać było jak napinają się jego mięśnie, by wsadzić w baty całą swoją siłę. Vinctus przepchał się pomiędzy ludźmi, zrzucając na twarz kurtynę z włosów. Nie mógł przerwać w żaden sposób. Mógł zapobiec temu, jeśli pojechałby szybciej i przekonał obecnych przed rozpoczęciem kary, że dziewczyna jest niewinna, a proces był bezprawny. Gdyby tylko pomyślał wcześniej. Zbyt bezpiecznie się poczuł, za bardzo namotała mu w głowie tym swoim idiotycznym gadaniem. Nie wziął pod uwagę takiego obrotu zdarzeń. Czekał niecierpliwie na ostatnie uderzenie. Każde uniesienie ręki tego kretyna powodowało, że sam czuł się bity. Niesprawiedliwym było, że to ona ma ponieść konsekwencje jego czynów. Była taka drobna i bezbronna, choć twierdziła, że miała złe doświadczenia. To jego przeszłość była zła. Wiedział, że był przyczyną każdej jej rany i każdego krzyku. Nie obronił jej, chociaż obiecał. Ba, przysiągł. Drgnął, gdy zauważył, że zawisła na nadgarstkach, kompletnie bezsilna. Zostało jeszcze pięć i zabierze ją do domu. Nigdy więcej nie pozwoli jej tknąć. Tylko cztery. Da jej wszystko, czego będzie pragnęła. Trzy. Pokaże jej, że potrafi ją ochronić, lepiej. Dwa. Pozwoli jej odejść, jeśli tak zdecyduje. Wyrwał się przed siebie, razem z ostatnim ciosem. Wyskoczył przed - rozchodzące się już zresztą - zbiorowisko, zawrotnym tempem podchodząc do Hendera.
- Zdejmij ją z tego.- syknął, po czym wskazał kamienny pręgierz. Szatyn uśmiechnął się podle, zakładając przedramiona na piersi.
- Znasz zasady, powinna tu jeszcze posterczeć jako przestroga.
- Mam gdzieś twoje pieprzone zasady. To nie była prośba.- oznajmił wściekle, popychając przeciwnika na narzędzie i zaciskając dłoń na jego szyi.
- Niezbyt mądre.- wycharczał tamten, ledwo łapiąc dech. Próbował uchwycić miecz przy swoim pasie, lecz niedotlenienie wiele utrudniało.
- Też masz je w dupie. Sąd był bezprawiem. Nie czekałeś wcale co powie Edward, wolałeś porwać ją i załatwić to tak, żebym oberwał niezależnie od prawdy. Odpłacę ci za to. Teraz ją puść, zanim pójdę do twoich przełożonych.- napluł mu w twarz, po czym zwolnił nacisk. Hender opadł na kolana, łapczywie wciągając powietrze.
- Dupek.- skomentował pod nosem, za co oberwał kopnięciem w brzuch. Odpiął klucz od kółka przy boku i rzucił go do stóp czarnowłosego. Ten wyminął go, wkładając pospiesznie przedmiot w zamek. Przytrzymał jej omdlewające ciało, w miarę możliwości obracając ją piersią do siebie. Nie widząc innej możliwości, założył ją na ramię. Nie patrząc na nic, ani na nikogo, przeniósł ją na Nigruma, po czym okrył swoim płaszczem. Jechał powoli, by nie wyrządzić jej większej krzywdy.
Frustrowało go, że za każdym razem, gdy się budziła, był przy niej ktoś inny, niż on sam. Jakby ktoś się uwziął i nie pozwalał jej otwierać oczu przy tym, który był winowajcą. On chciał tylko upewnić się, że nic jej nie będzie. W pierwszym tygodniu była przytomna przez krótką chwilę. W ciągu następnych było lepiej, a potem zaczęła łapać choroby. Ograniczył liczbę osób, które mogły ją odwiedzać do jednej. Zajmowała się nią najlepsza znachorka, jaką znał. Ufał jej, choć teraz nie był przekonany czy potrafi stuprocentowo zawierzyć komukolwiek. Nie miał jednak wyboru. Azula pomagała mu niegdyś leczyć Maluma. Skoro wyprowadziła jego z objęć śmierci to dlaczego miałoby nie udać się z Melodie? Niestety ona tego tak nie postrzegała, czym niezmiennie go denerwowała. Chciała zgasić w nim nadzieję, bo liczył na zbyt wiele. Dni upływały mu na pracy i bezmyślnym siedzeniu w salonie. Nie było niczego pośredniego. Nie miał chęci tykać kobiet, zaglądać do wina, ani jeździć za potencjalnymi interesami. Robił tyle, ile musiał zrobić, by przetrwać. Mijały miesiące, gdzieś w środku tego zamieszania z chorobami zmusił Azulę, by zamieszkała w posiadłości, póki May nie wyzdrowieje. Nie potrafiła odmówić, choć zrobiłaby to, gdyby wiedziała, co to będzie oznaczać. Siedziała przy jej łóżku całe dnie. Miksowała nowe kombinacje ziołowe. Stale musiała być krok przed zapaścią dziewczyny, by nie pozwolić jej odejść. Zima rzekomo już się kończyła, choć wciąż panował lodowaty chłód. Wypełnianie zleceń było trudne w takich warunkach, więc zajmowało mu dużo więcej uwagi, niż by tego chciał. Miał też świadomość, że im dłużej będzie unikał wchodzenia do jej komnat, tym bardziej ona go znienawidzi. Ile dokładnie minęło? Już prawie cztery miesięce odkąd widziała kogoś, kto nie był znachorką. Tłumaczył się tym, że mógłby pogorszyć jej stan, ale tak naprawdę obawiał się, że zastanie ją przytomną i usłyszy, że jest śmieciem, który złamał przysięgę krwi. Przez cały ten okres nie myślał o tym, co powiedziała wtedy w chatce. Nie chciał zaprzątać sobie tym głowy, bo znając jego szczęście, nie było aktualne. Lepiej dla niej, przynajmniej w tej kwestii.
Przerzucił stronę nowokupionej książki, pochłaniając jej niezwykle nudną treść.
- Melodie pyta czy zamierzasz unikać jej do końca życia.- parsknęła Azula, pojawiając się nagle w zasięgu wzroku. Miała iskierki w oczach i rozbawioną minę. Kiedy się uśmiechała w jej policzkach formowały się dołeczki. Nie miał pojęcia jak ma na to zaregować, więc nie zrobił tego wcale.- Powiem to inaczej - chciałaby, żebyś do niej przyszedł.
- Nie jestem kompletnym debilem, zrozumiałem za pierwszym razem.
- Jesteś pewien?
- Czego?
- Tego nie bycia debilem?
- Nie drażnij mnie, kobieto.- potarł skronie, udając, że niezwykle wciągnęła go lektura.
- Pół roku mija, a ty wciąż ją izolujesz.- przypomniała zniecierpliwiona, próbując wstrzymać reprymendę przebijającą się z jej tonu głosu.- Chyba czas pozwolić jej wrócić do normalności.
- Jeszcze niedawno sama miałaś wątpliwości czy w ogóle uda jej się przetrwać zimę.- wtrącił pochmurnie, przybliżając głowę do swojego zajęcia, przez co włosy zasłoniły mu całe światło wpadające przez okno.
- Sytuacja uległa poprawie, jest praktycznie zdrowa. Może nieco słaba, ale sprawna. Uwolnij ją z tej wieży i pozwól mi wrócić do domu. Rodzina za mną tęskni.- upomniała go.
- Przecież przychodzą cię odwiedzać co sobotę.- prychnął pogardliwie. Nie rozumiał dlaczego komukolwiek mogłoby brakować tej części życia.
- To nie to samo. W domu opowiadałam córce codziennie bajki na dobranoc. Odkąd mnie zabrakło robi to mój mąż i uwierz mi, że dla dziecka stwarza to różnicę. Zresztą ja też tęsknię. Chcę mieć kogo przytulać przez sen, tu zawsze jest tak okropnie zimno.
- Jesteś marudna.- skomentował krótko, sądząc, że uciął rozmowę.
- Powiem jej, że odpowiedzialność cię przerasta i nie chcesz jej oglądać, bo masz syndrom winnego szczeniaka.- założyła przedramiona na piersi, rzucając mu wyzwanie. Zastanawianie się, co takiego zrobił, że ktoś pokarał go taką znachorką, nie zajęło mu dużo czasu. Miał wiele złych rzeczy na sumieniu. Dziwił się, że w ogóle jeszcze oddycha. Odgarnął grzywę za siebie, by posłać jej zirytowane spojrzenie.
- Nie istnieje coś takiego.
- Skoro nie to dlaczego jestem tego świadkiem?- Ugięła lewą nogę w kolanie, by wyglądać bardziej bojowo. Nie miał ochoty na użeranie się z nią. Wystarczająco często Malum suszył mu o to głowę. Jakby ta dziewczyna obowiązkowo miała stać u niego na piedestale.
- Odczep się, co? Nie mam na to nastroju.
- Nigdy go nie masz. Do niczego nie mogę cię zmusić, więc zwyczajnie mówię, licząć po cichu, że posłuchasz. Idź do niej, powiedz jej to co powinieneś. Im dłużej będziesz czekał, tym gorzej to się skończy. Spakuję swoje ubrania. Zajrzę tu pojutrze. Nie ma mowy, bym spędziła tu choć jedną noc więcej.- obwieściła, po czym obróciła się dumnie na pięcie. Stukając koturnami, wyszła do swoich komnat. Jakoś nie chciało mu się przyznawać jej racji. Niezależnie od jego zachowania to wszystko i tak miało skończyć się tragedią. Zamknął swoją księgę i odłożył na wypchaną półkę. Postanowił skonstruować nową. Jednak najpierw skierował się do miejsca, którego tak unikał. Wlókł nogę za nogą po schodkach, z każdą chwilą mniej zdecydowany. Nie miał najmniejszego pomysłu w związku z tym, co mógłby powiedzieć. Zapukał do drzwi, zanim stracił resztki odwagi. Odpowiedziało mu kichnięcie. Zmarszczył brwi, po czym pchnął nogą zaporę, niepewnie wchodząc do środka. Zaschło mu w gardle na jej widok. Leżała na łóżku, okryta po szyję kołdrą. Włosy miała w nieładzie i zdawało mu się, że są mniej gęste. Jej policzki zdecydowanie wklęsły, uwydatniając kości. Nie wyglądała już jak kościotrup, ale nie wróciła też w pełni do dawnej świetności. Usta były wysuszone, lekko sinawe. Tylko te oczy, wciąż tak samo piękne, głęboko brązowe. Rozszerzyły się, gdy go dostrzegła. Nie dziwił się jej zaskoczeniu.
- Jesteś.- wyszeptała, będąc pod widocznym wrażeniem.- Fatalnie się prezentujesz.
- To żałuj, że nie widzisz siebie.- parsknął, choć przebrzmiały w tym nerwy.
- Azula mówiła, że szybko się zregeneruję, jeśli przestaniesz się ze mną cackać i dasz mi pracować.
- Jesteś jeszcze zbyt osłabiona.
- Nie wmawiaj mi teraz, że cię to obchodzi.- prychnęła pogardliwie, odwracając wzrok. Spodziewał się frazesu w tym guście, lecz nie ustrzegło go to przed ugodzeniem. Nie zamierzał się tłumaczyć. To jej sprawa, że nie potrafiła docenić, ile trudu włożył w jej ozdrowienie.
- Pójdziemy na kompromis.- Podrapał rękę z oparzeniem, którego nabawił się w ostatnim miesiącu.
- Słucham.- Skuliła się, otulając dokładniej ciepłym materiałem.
- Dajmy ci tydzień. Później stopniowo wrócisz do obowiązków.
- Jeden dzień.- poprawiła stanowczo.
- Pięć dni.- próbował negocjować, zwierając szczęki. Nie znosił, gdy ktoś mu się sprzeciwiał w takich momentach.
- Dwa dni.
- Cztery.
- Dwa.
- Trzy?
- Dwa.- powtórzyła kolejny raz, stawiając mocny nacisk.
- Dobra.- zgodził się, mimo całego gniewu, jaki wywoływało w nim takie podburzanie się.
- Dlaczego tak późno przyszedłeś?- zapytała z wyraźnym wyrzutem, wciąż na niego nie patrząc. To akurat stanowiło dla niego ułatwienie.
- Bo nie miałem ochoty zrobić tego wcześniej.- skłamał, wzruszając ramionami. A co miał powiedzieć? „Bałem się jak zareagujesz“? Jakoś się w tym nie widział. Nie zamierzał odgrywać żadnej historii miłosnej. Raz to przerabiał, wystarczy.
- Pozwoliłeś mnie skrzywdzić.- mruknęła, właściwie bardziej do siebie, niż do niego. Jakaś nieznana mu siła chciała ściągnąć go na kolana i zmusić, by opowiedział jej o wszystkim, przeprosił. Potrafił się temu oprzeć, bo przecież ten sposób postępowania był lepszy. Ona przestanie czuć coś do niego, a on w końcu nauczy się nie być do niej przywiązany. Nikt jej nie dotknie, jeśli przestanie być jego słabym punktem. Dlatego stał tak, wydając się być tym spokojnym dupkiem, jakim był zawsze, choć w środku staczał sam ze sobą bitwę.
- Owszem.- potwierdził po dłuższej chwili.
- Niczego już nie rozumiem. Wtedy, tuż przed tym... miałam wrażenie, jakbyś... no, odwzajemniał...- Pod jej powiekami zebrały się łzy, oblewające delikatnie jej blade lico.
- Błędny osąd.- Ledwo był w stanie wydusić z siebie te słowa.- Chciałabyś czegoś jeszcze? Mam dużo spraw do załatwienia. Nie mogę tu sterczeć.
- Nie, niczego. Idź.- przyzwoliła, chowając twarz w poduszce. Miał wielką potrzebę przytulić ją dla równowagi ducha, więc naturalnie zamiast tego wyszedł jak najszybciej.
wtorek, 1 listopada 2016
Szesnasty.
Atmosfera w pokoju była chłodna, co tylko potęgowało fakt, że czuła się niezręcznie stercząc nago między dwoma mężczyznami. Może poprosiłaby o ubranie, gdyby nie wiedziała czym mogłoby się to skończyć. Vinctus był przewrażliwiony na punkcie jej próśb, kiedy nie byli sami. Zresztą nawet na nią nie patrzył, skupił się wyłącznie na intruzie, posyłając ku niemu gromy i wszelkie nieszczęścia świata. Przybyły człowiek był skarlałej, niezbyt szczupłej postury. Miał nieokiełznaną, rudą grzywkę oraz zadbaną brodę. Zrzucił z głowy kaptur jasnobrązowego, gdy tylko przestąpił próg chaty. Jego poważna mina zwiastowała kłopoty, jednak kontrastowała z wesołymi ognikami, tańczącymi w zielonych, głęboko osadzonych tęczówkach. Wyciągnął się, jakby chciał w trymiga urosnąć, przy czym dało się usłyszeć strzyknięcia kości.
- Powiesz wreszcie co to za ważna sprawa czy zamierzasz czekać tak długo, aż rzucę tobą o ścianę?- warknął czarnowłosy, wywołując u niej ciarki. Jego niski głos nasycony złością, bez trudu mógł przyozdobić każdą część ciała człowieka gęsią skórką. Mężczyzna nie był mimo tego wzruszony. Spojrzał z politowaniem na zaciśnięte dłonie Vinctusa i zacmokał.
- Niech się pan nie denerwuje. Wie pan, że jestem po stronie prawa. Jeżeli nic nie zostało zrobione - wyjdzie pan z tego bez uszczerbku.- poinformował słodko, mówiąc jakby przez nos.
- CO nie zostało zrobione?
- To nie jest miejsce, żeby o tym rozmawiać. Chciałbym pojechać do pańskiej posiadłości, aby tam bez przeszkód wszystko omówić.- Mówiąc to rozejrzał się po pokoju z niesmakiem, oglądając połamane deski i rozrzucone szmaty.
- Śmiesz śledzić moje prywatne wyjście z kobietą, by przerwać nam dopiero kiedy dotarliśmy tutaj, w celu wyrażenia swojego życzenia powrotu do domu, który dopiero postanowiliśmy opuścić?- płomień w jego oczach niebezpiecznie wzrósł, co w końcu nieco zmieszało ewidentnego przedstawiciela państwowego.- Jeśli chciałeś nas cofnąć to trzeba było zrobić to od razu. Musiałeś iść za nami od samego początku, bo nikt oprócz mnie nie wie o istnieniu tej szopy. Masz coś na swoją obronę?
- Ja... To nie jest...- jąkał się zmieszany, czerwieniejąc na całej twarzy. W tym czasie Vins podszedł do niego, chwycił go za przód szaty i podniósł ponad podłogę, uginając mocno łokcie.
- Jeśli ktokolwiek będzie się tu kręcił lub cokolwiek stąd zniknie - choćby najmniejszy skrawek papieru - to przysięgam, że to ty za to odpowiesz. Nie będzie mnie wtedy obchodziło gdzie albo dla kogo pracujesz, ani czy masz kochającą rodzinę. Rozumiemy się?- wysyczał gniewnie, wykręcając wygodniej pięści. Rudy pokiwał energicznie na zgodę, by po chwili móc normalnie odetchnąć ze stopami na drewnianej posadzce.- Teraz wyjdź, zamierzam dokończyć to, co zaczęliśmy zanim bezczelnie przeszkodziłeś. Poczekaj na nas przed dworem. Marcus i tak nie wpuści cię do środka.
- Ale...- próbował dyskutować, powoli odzyskując butę.
- Albo robimy w ten sposób albo możesz się wypchać i liczyć z niepotrzebnymi stratami w ludziach, kiedy przyjdziecie po mnie siłą.- Zmrużył złowrogo powieki, odprowadzając niechcianego gościa wzrokiem do drzwi. Karzeł nie opierał się długo, widocznie świadomy realności tej groźby. Została sama z wściekłym Vinctusem. Potarła zimne ramiona, odkrywając biust, który przez całą tę scenę zasłaniała przegubem.
- Musisz ochłonąć?- zapytała bez cienia zawahania, opanowując bez problemu emocje. Przyzwyczaiła się do takich zdarzeń. Odkąd go poznała w jej życiu było pełno zwrotów akcji i wypadków.
- Kilka minut, dobra?- uderzył gwałtownie w ścianę, po czym wyszedł z domku, by zapalić. Zmarszczyła brwi. Takie zachowanie ją martwiło. Normalnie nic nie wyprowadzało go z równowagi do tego stopnia, żeby nie myślał o kontynuowaniu seksu. Naraz poczuła lodowaty powiew w trzewiach, sygnalizujący, że bardzo nie chciałaby, żeby miał znowu kłopoty z władzą. Przeczesała włosy palcami, wpatrując się w jego plecy za oknem. Stał dostojnie wyprostowany, a wokół niego kłębił się ciemnoszary, papierosowy dym. Las szumiał złowrogo, zrywając resztki kolorowych liści. Uświadomiła sobie jak długo już była pod jego opieką. Minął ponad rok odkąd pierwszy raz spojrzała na niego zza krat swojej celi. Pogłaskała delikatnie wypaloną pod piersią sygnaturę róży. Pamiętała jak głośny był jej krzyk, gdy przyłożył rozżarzony pręt do jej nagiej skóry. Z rozmyślań wyrwało ją trzaśnięcie drzwi.- Po prostu się ubierz.- Zrezygnowany machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. Oparł się o szafkę i zamknął ślepia. Posłusznie zebrała swoje rzeczy, wciągając je na siebie po cichu. Wciąż stał w ten sam sposób, wyglądając przez to na zmęczonego życiem. Zbliżyła się niepewnie, zatrzymując tuż przed nim. Pogładziła leciutko jego lico, przy okazji odsuwając niesforny, kruczoczarny kosmyk do reszty. Z nerwów w jej żołądku skręcił się supeł, mimo to wiedziała co chce zrobić. Wychyliła się nieco, wyciągając na palcach, póki nie poczuła jego oddechu przy swoim. Wycofanie się nie wchodziło w grę, nawet gdy otworzył oczy, porażając ją z bliska głębią ich koloru. Nie zdążył nic powiedzieć, chociaż zamierzał. Połączyła strachliwie swoje usta z jego w czułym geście. Planowała od razu zawrócić, jednak objął ją ostrożnie w pasie i przyciągnął troskliwie, by wydłużyć ten moment. Oddał pocałunek, garbiąc się nieznacznie dla wspólnej wygody. Wolną rękę wplotła we włosy spływające po jego karku. Nigdzie się nie spieszyli, powoli zabierając z tego jak najwięcej ciepła, które było im potrzebne. Muskał co rusz jej wargi, na nowo rozchylając je i zamykając. Wstydziła się przyznać, ale nogi ugięły się pod nią, gdy uczuła jego język drażniący zachęcająco jej własny. Podtrzymał ją w talii, automatycznie wtulając w siebie. Wszystko to było tak pełne troski, że pod jej powiekami zebrały się łzy. Miała świadomość tego, iż kiedy to dobiegnie końca zostanie zakrzyczana, choć to on sam doprowadził do tego, że zbliżenie trwało. Bardziej rozpaczliwie przylgnęła do niego, chcąc jeszcze przez minutę czuć jego smak i dotyk sylwety w uścisku. Nie opierał się, bez wahania pozwolił jej przejechać językiem po swoim podniebieniu, zbierając tym świeży aromat palonego tytoniu. Zagryzł minimalnie jej wargę, by móc possać ją z uwielbieniem i polizać na przeprosiny. Jęknęła słodko, wbijając paznokcie w jego szyję po zdrowej stronie. Z trudem zdobył się na puszczenie jej. Zaraz potem przekręcił gwałtownie głowę, odcinając się od niej. Nie był w stanie nic powiedzieć.
- Vinctus, ja...- zaczęła szeptem, opierając się znów na całych stopach, lecz wciąż z zamroczonym spojrzeniem.- Kocham cię...- dorzuciła lękliwie, załamując przy tym ton. Nigdy wcześniej tego nie mówiła, nikomu.
- May, to naprawdę nie jest dobra chwila.- westchnął ciężko, przecierając czoło. Zwiesiła ramiona, spuszczając źrenice do podłogi. Prawie podskoczyła, czując jak unosi jej brodę silną dłonią i ostatni raz skrótowo całuje.- Idziemy, ten pajac na nas czeka.
- Czy...- otworzyła usta, ściskając go za przegub.
- Pogadamy innym razem.- uciszył ją, przepuszczając w progu. Podobało jej się jedno, co dopiero teraz zdołała przyuważyć. Za każdym razem mówił o sobie i o niej jako jedności, używając „my“ zamiast rozdzielnej formy. Nie spodziewała się, że to może wiele znaczyć, jednak mile łechtało jej ego. Włożył jej łokieć na zgięcie swojego i poprowadził w stronę posiadłości.
Gdy tylko dotarli udał się z rudym urzędnikiem do piwnic, gdzie urządzony miał pokój do spotkań. Ona rozsiadła się przed półką z książkami, wybierając przypadkowo pierwszą lepszą lekturę. Nie zdążyła nawet wyciągnąć upatrzonej okładki, gdy rozległ się hałas. Frontowe wrota zostały otworzone z całą mocą i wpadł przez nie wysoki, brązowowłosy mężczyzna o nieprzyjaznym spojrzeniu. Do pasa miał przymocowany miecz, a za nim powiewała brunatna peleryna. Podszedł do niej, gdy tylko ją zauważył i siłą zmusił do powstania.
- Jest pani aresztowana za kradzież.- oznajmił cierpko, zakuwając ją w kajdany. Włożył palce między jej kudły i szarpnął za nie, aby poszła z nim bez protestów.
- Jaką kradzież?- zamarła, zapominając krzyknąć z bólu. Mimowolnie przebierała nogami.
- Hej, stój, co ty robisz?!- wydarł się Marcus, wybiegając nagle z głębi pokoju obok. Stanął przed przybyszem, torując mu dalszą drogę.- Zwariowałeś, Hender? Co ty z nią robisz? Nie wolno ci wchodzić tu w taki sposób.
- Słuchaj uważnie, nie będę powtarzał. Ta tutaj jest oskarżona o przestępstwo. Nie mam czasu na ceregiele. Albo się zamkniesz i dasz mi ją wyprowadzić albo będę zmuszony wyładować się w domu na swojej żonce, a tego byśmy chyba nie chcieli, prawda?- burknął kąśliwie, ściskając brutalniej jej kłaki. Marcus cały się spiął, jakby walcząc sam ze sobą.
- Jesteś świnią mieszając do tego moją siostrę.
- Tak myślałem, że zachowasz się rozsądnie.- prychnął oprawca, po czym wywlókł ją na zewnątrz. Za bramą czekał powóz z zakratowanymi oknami. Wrzucił ją do niego, przy okazji uszkadzając jej kostkę o co kompletnie nie dbał. Zaryglował drzwiczki i wskoczył na miejsce woźnicy. Przeturlała się wewnątrz pojazdu, gdy ruszył, solidnie obrywając siedzeniem w skroń.
Obudziła się wewnątrz celi, czując pulsujący ból głowy. Marszcząc brwi, próbowała go rozmasować. Rozejrzała się uważnie w jakim dokładnie znajduje się położeniu. Małe pomieszczenie, właściwie dla jednej osoby. Niewielkie, polowe łóżko i ustęp pod ścianą. Kraty w drzwiach solidne, grube. Ogarnął ją przejmujący chłód. Wydedukowała na tej podstawie, że to zapewne piwnica. Nieprzyjemne deja vu wbiło sztylet w jej trzewia, mrożąc nieprzyjemnie krew w żyłach. Znów trafiła do więzienia. Znów zamknęli ją za coś, czego nie zrobiła. Na korytarzu rozległy się kroki, więc wytężyła słuch, śledząc czy to do niej ktoś idzie. Wkrótce przekonała się, że owszem. Przed wejściem pojawił się ten sam facet, który ją tu przywiózł.
- Zostałaś skazana na publiczną chłostę za kradzież cennego naszyjnika.- oznajmił i nie czekając na jakąkolwiek reakcję postanowił się oddalić. Drgnęła. Chwyciła krat i impulsywnie krzyknęła za nim.
- Hej!
- Wykonanie kary odbędzie się za godzinę. W tym czasie przemyśl sobie wszystko.- dopowiedział na odchodne, zanim zniknął w bocznym gabinecie. Osunęła się bezradnie po murze, chowając zrozpaczoną twarz między kolanami.
Westchnął głęboko, znudzony toczącą się rozmową. Ile można powtarzać w kółko to samo? Miał dobre alibi, nie było go tam. Ani razu nie dał przeciwnikowi skończyć, ale co ciekawego miał jeszcze do dodania? Wyciągnął dłoń do drinka, by uchylić potężny łyk, którym o mało się nie udławił, gdy mężczyźnie udało się w końcu wykrztusić:
- Nie chodzi o pana, tylko o dziewczynę.
- TERAZ mi to mówisz?- syknął gniewnie, choć dobrze wiedział, że była to wyłącznie wina jego samego, bo nie chciał wcześniej słuchać.- Jaką dziewczynę?
- Melodie, a przynajmniej takie imię zostało podane. Towarzyszyła dziś panu, tak? Wyglądała jak opisana osoba.
- Opisana przez kogo?- zdenerwował się, miażdżąc w dłoni winogrono, którym zamierzał się poczęstować.
- Anonimowego człowieka, który zgłosił kradzież. Niech pan nie nalega, nie wolno mi podawać żadnych danych personalnych.- Karzeł pokręcił się w krześle, grzebiąc chwilę w teczce.- Jednak z tego, co mówił pan wcześniej wynika, że pańska kobieta nigdy nie opuszcza terenu posiadłości, co uniemożliwia jej udział w zbrodni. Potwierdza pan jej obecność tutaj trzy dni temu? Czy ktoś oprócz pana również mógłby potwierdzić?
- Jasne, że tak, ty kompletny kretynie. Połowa domatorek może potwierdzić, idź i pytaj.
- Dobrze. To wszystko, pójdę spisać od nich zeznania. Żegnam.- skinął krótko głową, wciąż uśmiechając się pod nosem, jakby miał coś za skórą. Vinctus podniósł się i poczuł potrzebę sprawdzenia co z May. Była jego czułym punktem, choć nigdy przed nikim by tego nie przyznał. Pokonał stopnie dzielące piwniczne piętro i jej komnatę, przeskakując co dwa. Bez pukania otworzył drzwi, by zastać puste, zasłane łoże. Miał złe przeczucia, chociaż jej brak w pokoju nie musiał koniecznie oznaczać, że coś się stało. Zapewne zwyczajnie miała ochotę pograć na fortepianie lub poczytać którąś z ksiąg z jego zbioru. Najspokojniej jak potrafił zszedł do salonu, gdzie zastał zagnieciony dywan i książkę do połowy wyciągniętą z półki.
- Nie podoba mi się to.- mruknął sam do siebie, poprawiając obie rzeczy. Serce podskoczyło mu do gardła, kiedy szukał jej w każdym następnym pokoju. W kuchni natknął się na Marcusa.- Widziałeś Melodie?
- Stary, nie wiem jak ci to powiedzieć, żebyś mnie nie zabił...- rzucił krótkowłosy, cofając się powoli wgłąb pomieszczenia. Naraz narosła w nim furia. Czekał na dalszy ciąg wypowiedzi.- Był tu Hender. Wpadł bez zapowiedzi i wytargał ją siłą poza bramę. Mówił coś o oskarżeniu. Nie mogłem nic zrobić, zagroził, że jeśli mu przeszkodzę to zemści się na mojej siostrze.
- Kiedy to było?
- Z godzinę temu.
- Zamordowałbym cię, ale nie mam na to czasu.- margnął wściekle, obracając się na pięcie. Wybiegł z domu, chwytając po drodze płaszcz i szal. Nie bawił się z siodłaniem konia, po prostu wskoczył mu na grzbiet. Pojechał galopem do bramy, a potem w kierunku miasta, przeklinając dziewczynę za jej zdolność wpadania w kłopoty.
Trzęsła się na siedzeniu powozu. Okryli ją tylko jakąś narzutą, zabierając ubrania. Jechała w stronę rynku, gdzie miała odbyć się jej kara. Coś jej w tym wszystkim nie pasowało. Dlaczego sąd odbył się bez jej udziału i tak szybko? Jakby ktoś chciał zapobiec możliwości uniewinnienia. Wiedziała, że tym razem miałaby wymówkę potwierdzoną przez mnóstwo osób, gdyby tylko dać im szansę ją przedstawić. Nie wychodziła z dworu, więc jakim cudem ktoś zobaczył akurat ją? To musiał być ktoś, kogo znała lub kto znał ją. Zastanawiała się nad tym jeszcze, gdy nagle kareta się zatrzymała. Mężczyzna, zwany Hender, wytargał ją siłą na zewnątrz. Zrzucił z jej ramion materiał, zostawiając ją całkiem nagą przed zbierającym się tłumem. Umocował sobie przy pasie bat. Ponownie pochwycił jej włosy, ciągnąć za nie, by szła za nim do pręgierza. Zalała ją panika. Tym razem naprawdę miało do tego dojść. Próbowała z nim walczyć, ale trzymał mocno, a jej ręce były skrępowane. Odwrócił ją twarzą do słupa i przycisnął do niego, unosząc wysoko jej dłonie. Wpiął jej nadgarstki w kajdany należące do kamiennej konstrukcji. Kątem oka obserwowała co dalej robił, oddychając płytko. Stanął przodem do ludzi i zaczął głośną przemowę.
- Ta tutaj została oskarżona o kradzież cennego naszyjnika. Sąd skazał ją na pięćdziesiąt smagnięć przez plecy. Strzeżcie się popełnić przestępstwo, bo skończycie jak ona.- postraszył, po czym na powrót mogła oglądać jego mściwe oblicze. Jego brwi naturalnie układały się łukiem. Włosy miał przetłuszczone, a oczy pałały błękitną nienawiścią. Uśmiechnął się do niej wrednie, oblizując lubieżnie usta.- To będzie przyjemność.- powiedział cicho, by wyłącznie ona usłyszała. Przełknęła ślinę, zaciskając powieki razem z pięściami. Do jej uszu doleciał nieprzyjemny dźwięk przebijania powietrza, po którym nastąpiło pierwsze uderzenie. Zagryzła wargę, by nie krzyknąć. Nie miała szansy przygotować się na kolejny, bo nadszedł prawie od razu po tamtym. Czuła jak bat tworzy na jej plecach, ramionach i pośladkach fioletowo-brunatne siniaki. Po dwunastym trafieniu wrzasnęła, gdy rzemień przebił jej skórę, oblewając ją stróżką rozgrzanej krwi. Miała wrażenie, jakby każdy cios był bardziej brutalny od swojego poprzednika. Ciało paliło ją żywym ogniem. Chciała się wykręcać, lecz to powodowało jedynie więcej miejsca dla nowych ran. Błagała, by przestał, gdy przypadkiem przesunęła się na tyle, że uderzył w jej brzuch oraz pierś. Pozostawał nieugięty. Rozsiewał nastrój ohydnej, wypaczonej rozkoszy, płynącej z wykonywanego bezprawnie wyroku. Otworzyła oczy, szukając wokół wsparcia, którego nikt nie chciał jej udzielić. Jej pole widzenia było zbyt małe. Łzy ześlizgiwały się, chłodząc wrzące z upokorzenia policzki. Nagle, mimo obejmującego ją, przejmującego cierpienia, obleciał ją zimny dreszcz. Dostrzegła znajomą personę wśród obserwatorów. Długie, czarne włosy zasłaniały jego wzburzone oblicze. Sterczał tam, zamiast rzucić się do pomocy. Nie powstrzymał Hendera przed znęcaniem się nad nią. Zawyła dobitnie, wyginając obitą sylwetę. Płakała nad głębokimi bruzdami, tworzącymi się licznie po jej tyle. Nie pamiętała już ile batów na nią spadło. W którymś momencie po prostu zawisła na przegubach, tracąc przytomność.
- Powiesz wreszcie co to za ważna sprawa czy zamierzasz czekać tak długo, aż rzucę tobą o ścianę?- warknął czarnowłosy, wywołując u niej ciarki. Jego niski głos nasycony złością, bez trudu mógł przyozdobić każdą część ciała człowieka gęsią skórką. Mężczyzna nie był mimo tego wzruszony. Spojrzał z politowaniem na zaciśnięte dłonie Vinctusa i zacmokał.
- Niech się pan nie denerwuje. Wie pan, że jestem po stronie prawa. Jeżeli nic nie zostało zrobione - wyjdzie pan z tego bez uszczerbku.- poinformował słodko, mówiąc jakby przez nos.
- CO nie zostało zrobione?
- To nie jest miejsce, żeby o tym rozmawiać. Chciałbym pojechać do pańskiej posiadłości, aby tam bez przeszkód wszystko omówić.- Mówiąc to rozejrzał się po pokoju z niesmakiem, oglądając połamane deski i rozrzucone szmaty.
- Śmiesz śledzić moje prywatne wyjście z kobietą, by przerwać nam dopiero kiedy dotarliśmy tutaj, w celu wyrażenia swojego życzenia powrotu do domu, który dopiero postanowiliśmy opuścić?- płomień w jego oczach niebezpiecznie wzrósł, co w końcu nieco zmieszało ewidentnego przedstawiciela państwowego.- Jeśli chciałeś nas cofnąć to trzeba było zrobić to od razu. Musiałeś iść za nami od samego początku, bo nikt oprócz mnie nie wie o istnieniu tej szopy. Masz coś na swoją obronę?
- Ja... To nie jest...- jąkał się zmieszany, czerwieniejąc na całej twarzy. W tym czasie Vins podszedł do niego, chwycił go za przód szaty i podniósł ponad podłogę, uginając mocno łokcie.
- Jeśli ktokolwiek będzie się tu kręcił lub cokolwiek stąd zniknie - choćby najmniejszy skrawek papieru - to przysięgam, że to ty za to odpowiesz. Nie będzie mnie wtedy obchodziło gdzie albo dla kogo pracujesz, ani czy masz kochającą rodzinę. Rozumiemy się?- wysyczał gniewnie, wykręcając wygodniej pięści. Rudy pokiwał energicznie na zgodę, by po chwili móc normalnie odetchnąć ze stopami na drewnianej posadzce.- Teraz wyjdź, zamierzam dokończyć to, co zaczęliśmy zanim bezczelnie przeszkodziłeś. Poczekaj na nas przed dworem. Marcus i tak nie wpuści cię do środka.
- Ale...- próbował dyskutować, powoli odzyskując butę.
- Albo robimy w ten sposób albo możesz się wypchać i liczyć z niepotrzebnymi stratami w ludziach, kiedy przyjdziecie po mnie siłą.- Zmrużył złowrogo powieki, odprowadzając niechcianego gościa wzrokiem do drzwi. Karzeł nie opierał się długo, widocznie świadomy realności tej groźby. Została sama z wściekłym Vinctusem. Potarła zimne ramiona, odkrywając biust, który przez całą tę scenę zasłaniała przegubem.
- Musisz ochłonąć?- zapytała bez cienia zawahania, opanowując bez problemu emocje. Przyzwyczaiła się do takich zdarzeń. Odkąd go poznała w jej życiu było pełno zwrotów akcji i wypadków.
- Kilka minut, dobra?- uderzył gwałtownie w ścianę, po czym wyszedł z domku, by zapalić. Zmarszczyła brwi. Takie zachowanie ją martwiło. Normalnie nic nie wyprowadzało go z równowagi do tego stopnia, żeby nie myślał o kontynuowaniu seksu. Naraz poczuła lodowaty powiew w trzewiach, sygnalizujący, że bardzo nie chciałaby, żeby miał znowu kłopoty z władzą. Przeczesała włosy palcami, wpatrując się w jego plecy za oknem. Stał dostojnie wyprostowany, a wokół niego kłębił się ciemnoszary, papierosowy dym. Las szumiał złowrogo, zrywając resztki kolorowych liści. Uświadomiła sobie jak długo już była pod jego opieką. Minął ponad rok odkąd pierwszy raz spojrzała na niego zza krat swojej celi. Pogłaskała delikatnie wypaloną pod piersią sygnaturę róży. Pamiętała jak głośny był jej krzyk, gdy przyłożył rozżarzony pręt do jej nagiej skóry. Z rozmyślań wyrwało ją trzaśnięcie drzwi.- Po prostu się ubierz.- Zrezygnowany machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. Oparł się o szafkę i zamknął ślepia. Posłusznie zebrała swoje rzeczy, wciągając je na siebie po cichu. Wciąż stał w ten sam sposób, wyglądając przez to na zmęczonego życiem. Zbliżyła się niepewnie, zatrzymując tuż przed nim. Pogładziła leciutko jego lico, przy okazji odsuwając niesforny, kruczoczarny kosmyk do reszty. Z nerwów w jej żołądku skręcił się supeł, mimo to wiedziała co chce zrobić. Wychyliła się nieco, wyciągając na palcach, póki nie poczuła jego oddechu przy swoim. Wycofanie się nie wchodziło w grę, nawet gdy otworzył oczy, porażając ją z bliska głębią ich koloru. Nie zdążył nic powiedzieć, chociaż zamierzał. Połączyła strachliwie swoje usta z jego w czułym geście. Planowała od razu zawrócić, jednak objął ją ostrożnie w pasie i przyciągnął troskliwie, by wydłużyć ten moment. Oddał pocałunek, garbiąc się nieznacznie dla wspólnej wygody. Wolną rękę wplotła we włosy spływające po jego karku. Nigdzie się nie spieszyli, powoli zabierając z tego jak najwięcej ciepła, które było im potrzebne. Muskał co rusz jej wargi, na nowo rozchylając je i zamykając. Wstydziła się przyznać, ale nogi ugięły się pod nią, gdy uczuła jego język drażniący zachęcająco jej własny. Podtrzymał ją w talii, automatycznie wtulając w siebie. Wszystko to było tak pełne troski, że pod jej powiekami zebrały się łzy. Miała świadomość tego, iż kiedy to dobiegnie końca zostanie zakrzyczana, choć to on sam doprowadził do tego, że zbliżenie trwało. Bardziej rozpaczliwie przylgnęła do niego, chcąc jeszcze przez minutę czuć jego smak i dotyk sylwety w uścisku. Nie opierał się, bez wahania pozwolił jej przejechać językiem po swoim podniebieniu, zbierając tym świeży aromat palonego tytoniu. Zagryzł minimalnie jej wargę, by móc possać ją z uwielbieniem i polizać na przeprosiny. Jęknęła słodko, wbijając paznokcie w jego szyję po zdrowej stronie. Z trudem zdobył się na puszczenie jej. Zaraz potem przekręcił gwałtownie głowę, odcinając się od niej. Nie był w stanie nic powiedzieć.
- Vinctus, ja...- zaczęła szeptem, opierając się znów na całych stopach, lecz wciąż z zamroczonym spojrzeniem.- Kocham cię...- dorzuciła lękliwie, załamując przy tym ton. Nigdy wcześniej tego nie mówiła, nikomu.
- May, to naprawdę nie jest dobra chwila.- westchnął ciężko, przecierając czoło. Zwiesiła ramiona, spuszczając źrenice do podłogi. Prawie podskoczyła, czując jak unosi jej brodę silną dłonią i ostatni raz skrótowo całuje.- Idziemy, ten pajac na nas czeka.
- Czy...- otworzyła usta, ściskając go za przegub.
- Pogadamy innym razem.- uciszył ją, przepuszczając w progu. Podobało jej się jedno, co dopiero teraz zdołała przyuważyć. Za każdym razem mówił o sobie i o niej jako jedności, używając „my“ zamiast rozdzielnej formy. Nie spodziewała się, że to może wiele znaczyć, jednak mile łechtało jej ego. Włożył jej łokieć na zgięcie swojego i poprowadził w stronę posiadłości.
Gdy tylko dotarli udał się z rudym urzędnikiem do piwnic, gdzie urządzony miał pokój do spotkań. Ona rozsiadła się przed półką z książkami, wybierając przypadkowo pierwszą lepszą lekturę. Nie zdążyła nawet wyciągnąć upatrzonej okładki, gdy rozległ się hałas. Frontowe wrota zostały otworzone z całą mocą i wpadł przez nie wysoki, brązowowłosy mężczyzna o nieprzyjaznym spojrzeniu. Do pasa miał przymocowany miecz, a za nim powiewała brunatna peleryna. Podszedł do niej, gdy tylko ją zauważył i siłą zmusił do powstania.
- Jest pani aresztowana za kradzież.- oznajmił cierpko, zakuwając ją w kajdany. Włożył palce między jej kudły i szarpnął za nie, aby poszła z nim bez protestów.
- Jaką kradzież?- zamarła, zapominając krzyknąć z bólu. Mimowolnie przebierała nogami.
- Hej, stój, co ty robisz?!- wydarł się Marcus, wybiegając nagle z głębi pokoju obok. Stanął przed przybyszem, torując mu dalszą drogę.- Zwariowałeś, Hender? Co ty z nią robisz? Nie wolno ci wchodzić tu w taki sposób.
- Słuchaj uważnie, nie będę powtarzał. Ta tutaj jest oskarżona o przestępstwo. Nie mam czasu na ceregiele. Albo się zamkniesz i dasz mi ją wyprowadzić albo będę zmuszony wyładować się w domu na swojej żonce, a tego byśmy chyba nie chcieli, prawda?- burknął kąśliwie, ściskając brutalniej jej kłaki. Marcus cały się spiął, jakby walcząc sam ze sobą.
- Jesteś świnią mieszając do tego moją siostrę.
- Tak myślałem, że zachowasz się rozsądnie.- prychnął oprawca, po czym wywlókł ją na zewnątrz. Za bramą czekał powóz z zakratowanymi oknami. Wrzucił ją do niego, przy okazji uszkadzając jej kostkę o co kompletnie nie dbał. Zaryglował drzwiczki i wskoczył na miejsce woźnicy. Przeturlała się wewnątrz pojazdu, gdy ruszył, solidnie obrywając siedzeniem w skroń.
Obudziła się wewnątrz celi, czując pulsujący ból głowy. Marszcząc brwi, próbowała go rozmasować. Rozejrzała się uważnie w jakim dokładnie znajduje się położeniu. Małe pomieszczenie, właściwie dla jednej osoby. Niewielkie, polowe łóżko i ustęp pod ścianą. Kraty w drzwiach solidne, grube. Ogarnął ją przejmujący chłód. Wydedukowała na tej podstawie, że to zapewne piwnica. Nieprzyjemne deja vu wbiło sztylet w jej trzewia, mrożąc nieprzyjemnie krew w żyłach. Znów trafiła do więzienia. Znów zamknęli ją za coś, czego nie zrobiła. Na korytarzu rozległy się kroki, więc wytężyła słuch, śledząc czy to do niej ktoś idzie. Wkrótce przekonała się, że owszem. Przed wejściem pojawił się ten sam facet, który ją tu przywiózł.
- Zostałaś skazana na publiczną chłostę za kradzież cennego naszyjnika.- oznajmił i nie czekając na jakąkolwiek reakcję postanowił się oddalić. Drgnęła. Chwyciła krat i impulsywnie krzyknęła za nim.
- Hej!
- Wykonanie kary odbędzie się za godzinę. W tym czasie przemyśl sobie wszystko.- dopowiedział na odchodne, zanim zniknął w bocznym gabinecie. Osunęła się bezradnie po murze, chowając zrozpaczoną twarz między kolanami.
Westchnął głęboko, znudzony toczącą się rozmową. Ile można powtarzać w kółko to samo? Miał dobre alibi, nie było go tam. Ani razu nie dał przeciwnikowi skończyć, ale co ciekawego miał jeszcze do dodania? Wyciągnął dłoń do drinka, by uchylić potężny łyk, którym o mało się nie udławił, gdy mężczyźnie udało się w końcu wykrztusić:
- Nie chodzi o pana, tylko o dziewczynę.
- TERAZ mi to mówisz?- syknął gniewnie, choć dobrze wiedział, że była to wyłącznie wina jego samego, bo nie chciał wcześniej słuchać.- Jaką dziewczynę?
- Melodie, a przynajmniej takie imię zostało podane. Towarzyszyła dziś panu, tak? Wyglądała jak opisana osoba.
- Opisana przez kogo?- zdenerwował się, miażdżąc w dłoni winogrono, którym zamierzał się poczęstować.
- Anonimowego człowieka, który zgłosił kradzież. Niech pan nie nalega, nie wolno mi podawać żadnych danych personalnych.- Karzeł pokręcił się w krześle, grzebiąc chwilę w teczce.- Jednak z tego, co mówił pan wcześniej wynika, że pańska kobieta nigdy nie opuszcza terenu posiadłości, co uniemożliwia jej udział w zbrodni. Potwierdza pan jej obecność tutaj trzy dni temu? Czy ktoś oprócz pana również mógłby potwierdzić?
- Jasne, że tak, ty kompletny kretynie. Połowa domatorek może potwierdzić, idź i pytaj.
- Dobrze. To wszystko, pójdę spisać od nich zeznania. Żegnam.- skinął krótko głową, wciąż uśmiechając się pod nosem, jakby miał coś za skórą. Vinctus podniósł się i poczuł potrzebę sprawdzenia co z May. Była jego czułym punktem, choć nigdy przed nikim by tego nie przyznał. Pokonał stopnie dzielące piwniczne piętro i jej komnatę, przeskakując co dwa. Bez pukania otworzył drzwi, by zastać puste, zasłane łoże. Miał złe przeczucia, chociaż jej brak w pokoju nie musiał koniecznie oznaczać, że coś się stało. Zapewne zwyczajnie miała ochotę pograć na fortepianie lub poczytać którąś z ksiąg z jego zbioru. Najspokojniej jak potrafił zszedł do salonu, gdzie zastał zagnieciony dywan i książkę do połowy wyciągniętą z półki.
- Nie podoba mi się to.- mruknął sam do siebie, poprawiając obie rzeczy. Serce podskoczyło mu do gardła, kiedy szukał jej w każdym następnym pokoju. W kuchni natknął się na Marcusa.- Widziałeś Melodie?
- Stary, nie wiem jak ci to powiedzieć, żebyś mnie nie zabił...- rzucił krótkowłosy, cofając się powoli wgłąb pomieszczenia. Naraz narosła w nim furia. Czekał na dalszy ciąg wypowiedzi.- Był tu Hender. Wpadł bez zapowiedzi i wytargał ją siłą poza bramę. Mówił coś o oskarżeniu. Nie mogłem nic zrobić, zagroził, że jeśli mu przeszkodzę to zemści się na mojej siostrze.
- Kiedy to było?
- Z godzinę temu.
- Zamordowałbym cię, ale nie mam na to czasu.- margnął wściekle, obracając się na pięcie. Wybiegł z domu, chwytając po drodze płaszcz i szal. Nie bawił się z siodłaniem konia, po prostu wskoczył mu na grzbiet. Pojechał galopem do bramy, a potem w kierunku miasta, przeklinając dziewczynę za jej zdolność wpadania w kłopoty.
Trzęsła się na siedzeniu powozu. Okryli ją tylko jakąś narzutą, zabierając ubrania. Jechała w stronę rynku, gdzie miała odbyć się jej kara. Coś jej w tym wszystkim nie pasowało. Dlaczego sąd odbył się bez jej udziału i tak szybko? Jakby ktoś chciał zapobiec możliwości uniewinnienia. Wiedziała, że tym razem miałaby wymówkę potwierdzoną przez mnóstwo osób, gdyby tylko dać im szansę ją przedstawić. Nie wychodziła z dworu, więc jakim cudem ktoś zobaczył akurat ją? To musiał być ktoś, kogo znała lub kto znał ją. Zastanawiała się nad tym jeszcze, gdy nagle kareta się zatrzymała. Mężczyzna, zwany Hender, wytargał ją siłą na zewnątrz. Zrzucił z jej ramion materiał, zostawiając ją całkiem nagą przed zbierającym się tłumem. Umocował sobie przy pasie bat. Ponownie pochwycił jej włosy, ciągnąć za nie, by szła za nim do pręgierza. Zalała ją panika. Tym razem naprawdę miało do tego dojść. Próbowała z nim walczyć, ale trzymał mocno, a jej ręce były skrępowane. Odwrócił ją twarzą do słupa i przycisnął do niego, unosząc wysoko jej dłonie. Wpiął jej nadgarstki w kajdany należące do kamiennej konstrukcji. Kątem oka obserwowała co dalej robił, oddychając płytko. Stanął przodem do ludzi i zaczął głośną przemowę.
- Ta tutaj została oskarżona o kradzież cennego naszyjnika. Sąd skazał ją na pięćdziesiąt smagnięć przez plecy. Strzeżcie się popełnić przestępstwo, bo skończycie jak ona.- postraszył, po czym na powrót mogła oglądać jego mściwe oblicze. Jego brwi naturalnie układały się łukiem. Włosy miał przetłuszczone, a oczy pałały błękitną nienawiścią. Uśmiechnął się do niej wrednie, oblizując lubieżnie usta.- To będzie przyjemność.- powiedział cicho, by wyłącznie ona usłyszała. Przełknęła ślinę, zaciskając powieki razem z pięściami. Do jej uszu doleciał nieprzyjemny dźwięk przebijania powietrza, po którym nastąpiło pierwsze uderzenie. Zagryzła wargę, by nie krzyknąć. Nie miała szansy przygotować się na kolejny, bo nadszedł prawie od razu po tamtym. Czuła jak bat tworzy na jej plecach, ramionach i pośladkach fioletowo-brunatne siniaki. Po dwunastym trafieniu wrzasnęła, gdy rzemień przebił jej skórę, oblewając ją stróżką rozgrzanej krwi. Miała wrażenie, jakby każdy cios był bardziej brutalny od swojego poprzednika. Ciało paliło ją żywym ogniem. Chciała się wykręcać, lecz to powodowało jedynie więcej miejsca dla nowych ran. Błagała, by przestał, gdy przypadkiem przesunęła się na tyle, że uderzył w jej brzuch oraz pierś. Pozostawał nieugięty. Rozsiewał nastrój ohydnej, wypaczonej rozkoszy, płynącej z wykonywanego bezprawnie wyroku. Otworzyła oczy, szukając wokół wsparcia, którego nikt nie chciał jej udzielić. Jej pole widzenia było zbyt małe. Łzy ześlizgiwały się, chłodząc wrzące z upokorzenia policzki. Nagle, mimo obejmującego ją, przejmującego cierpienia, obleciał ją zimny dreszcz. Dostrzegła znajomą personę wśród obserwatorów. Długie, czarne włosy zasłaniały jego wzburzone oblicze. Sterczał tam, zamiast rzucić się do pomocy. Nie powstrzymał Hendera przed znęcaniem się nad nią. Zawyła dobitnie, wyginając obitą sylwetę. Płakała nad głębokimi bruzdami, tworzącymi się licznie po jej tyle. Nie pamiętała już ile batów na nią spadło. W którymś momencie po prostu zawisła na przegubach, tracąc przytomność.
niedziela, 23 października 2016
Piętnasty.
Była zdenerwowana. Marcus wpadł tu rano i ustawiał wszystkich po kątach, jakby byli jego własnością. Miała dosyć dyrygowania w jego wykonaniu, zwłaszcza, że robił to chyba tylko dla przykrywki, by nikt nie zauważył jak dyskretnie przystawia się do Rache.
Najgłośniej jak potrafiła wyrzuciła powietrze z płuc. Potrzebowała pracy, solidnej, najlepiej siłowej. Jak burza wtargnęła do salonu i zawisła nad spokojnym Vinctusem.
- Czy ty nie możesz choć przez chwilę zająć się sobą?- warknął nieprzyjaźnie, dając jej do zrozumienia, że chciałby wreszcie móc poczytać. Tupnęła nagą stopą, próbując ściągnąć na siebie jego uwagę.- Myślisz, że co ci to da? Nie jesteś już taką małą dziewczynką, żebym miał się przejmować jakimiś fochami. Idź sobie.- odgonił ją ręką, drugą przerzucając stronę. Ponowiła próbę, dodając coś w rodzaju fuknięcia. Pomasował sobie skroń i zacisnął szczękę.- Czego chcesz, Melanie?
- MELODIE.- prawie krzyknęła. Za każdym razem to robił, jakby czerpał sadystyczną radość z jej złości. Prawdopodobnie właśnie tak było, co wcale jej nie pocieszało.
- Będę mówił jak chcę. Przypominam, że jesteś moją własnością. Mogę cię nawet ochrzcić Wiadro, a i tak będziesz musiała reagować.- skontrował, znów tracąc zainteresowanie, choć gdzieś w kącikach jego ust czaił się uśmiech.
- Daj mi coś do roboty.- poprosiła, krzywiąc się. Niezbyt podobał jej się fakt, że ma nad nią tak dużą władzę, nawet jeśli teoretycznie zawdzięczała mu życie.
- Jesteś irytująca. Możesz umyć podłogi.
- Ktoś inny już to zrobił, jeśli nie zauważyłeś.- parsknęła z lekką pogardą. Posłał jej zabójcze spojrzenie, jakby taka pyskówka nie była na miejscu. Uniosła tylko wyzywająco brwi.
- Wierz mi lub nie, ale nie wiem o absolutnie wszystkim co dzieje się w tym domu.
- Znajdź mi inne zajęcie.- żachnęła się, marszcząc gniewnie nos. Wywrócił oczami.
- Czy ty masz pięć lat, a ja jestem twoją matką?- sarknął w odpowiedzi i próbował wrócić do przerwanej czynności. Zebrała się w sobie, wyrywając książkę z jego rąk. Przeszła kilka kroków, po czym odłożyła ją na półkę, okładką do góry. Ponownie na niego spojrzała, przygotowana na burzę. On jednak tylko kpiarsko wygiął wargi.- Co chcesz tym osiągnąć? Jeśli postanowiłem Cię zignorować to zrobię to niezależnie od tego, co wymyślisz.
- A postanowiłeś tak?
- Wyobraź sobie, że owszem.- Odwrócił się plecami do niej, sięgając po zapasowy tom, leżący w niedalekiej odległości od fotela. Niewiele myśląc, wpakowała się na jego kolana, zanim zdążył położyć tam nową lekturę.- Jesteś impertynencka i uparta.- margnął, niechętnie opierając książkę na podłokietniku. Ostentacyjnie otworzył ją z głośnym hukiem i zagłębił się w treść. Miała chwilę czasu na przemyślenie dalszej strategii. Jego ciemne oczy wodziły po rękopisie szybciej, niż się tego spodziewała. Musiał mieć wieloletnią wprawę, by tak sprawnie łączyć litery w słowa. Był na tym wyjątkowo skupiony. Kruczoczarne, poskręcane pasmo włosów opadło mu na twarz, ale zdążyła założyć mu je za ucho, nim w ogóle się poruszył. Jego długa grzywa zawsze sprawiała wrażenie wilgotnej lub tłustej. Była zdziwiona, kiedy okazała się w miarę miła w dotyku. Zakręciła na palcu jeden kosmyk, przygryzając przy tym nieświadomie usta. Koniuszkiem palców prawej dłoni przejechała po jego policzku. Wyczuła zagłębienia po młodzieńczym trądziku, delikatne blizny od drobnych ran i szorstką, męską szczecinę, powoli znów zamieniającą się w wyraźny zarost. Na podbródku, pod warstwą dłuższych włosków odnalazła wyraźną, lecz dość cienką szramę. Zaciekawiła się jakim cudem jest tak dobrze ukryta, że wcześniej jej nie dostrzegała. Jak zwykle zjechała nieco niżej, szukając nad grdyką podłużnego śladu od duszenia czymś wąskim. Jeszcze nie opowiedział jej skąd to ma, ale za każdym razem, gdy przesuwała po tym miejscu dłonią - spinał się natychmiastowo. Teraz także nie było inaczej, jednak to nie oderwało go od połykania tekstu w zawrotnym tempie. Wydęła lekko wargi, zastanawiając się co by tu zrobić. W końcu na jej twarz wpłynął uśmiech samozadowolenia. Zebrała wszystkie czarne kudły, które znalazły się na jego ramieniu w kitę i przerzuciła je na plecy, stwarzając swobodny dostęp do szyi. Pochyliła się do niej, przekrzywiając głowę pod odpowiednim do zadania kątem. Dmuchnęła na wrażliwą skórę, po czym leciutko musnęła ją ustami. Czuła jak przechodzi go dreszcz, który oczywiście kompletnie zignorował. Z niecierpliwością liznęła fragment tuż przy linii szczęki, by zaraz potem zrobić to samo niżej i zakończyć na najczulszym punkcie, kawałek za obojczykiem. Zatoczyła tam kwiatowy wzór, czujnie obserwując jego reakcję na ile była w stanie. Dłonie trzymające ramy książki były napięte i nieruchome. Miała przeczucie, że intensywny wzrok ustał na którymś akapicie, kiedy po upłynięciu minuty wciąż się nie poruszył. Ona tymczasem paznokciami pociągnęła skrawek jego koszuli, by dać sobie możliwość przeniesienia uwagi na bardziej zakryte terytorium. Podwinęła nogi mocno do siebie, żeby móc niby przypadkiem uciskać nimi jego przyrodzenie, które budziło się do życia. Zostawiając rękę pod materiałem, skierowała się zupełnie w drugą stronę. Serią drobnych pocałunków dostała się do wyczulonego na mocniejsze przyjemności karku. Finezyjnie wgryzła się w niego, łagodząc to kolejnymi otarciami wilgotnym językiem. Wyprostował się mimowolnie, jakby wiedziony nagłym strzałem pożądania od miejsca pieszczot po sam dół.
- Możesz mi łaskawie wyjaśnić co do cholery robisz?- wymruczał, wkładając w to mnóstwo chrypy. Odsunął ją od siebie, by odnaleźć jej ciemnobrązowe spojrzenie.
- Szukam sobie zajęcia, a o co chodzi?- Wykonała najbardziej niewinną minę na jaką było ją stać. Zdawało jej się, że dojrzała płomień w jego oczach. Zarumieniła się, uświadamiając sobie, że wywołała u niego głód doznań. W zasadzie to właśnie chciała osiągnąć, ale czym innym jest o tym myśleć, a czym innym zobaczyć z tak bliska.
- Rozepnij ten swój piekielny gorset.- poinstruował władczo, wskazując wzrokiem twardą tkaninę wypychającą dumnie jej biust. Parsknęła rozbawiona.
- Sam kazałeś mi go ubrać, więc powinieneś sam się go pozbyć. Zresztą nie jestem w stanie sięgnąć wiązania, przecież jest z tyłu.
- Marudna kobieto. Wstań i plecami do mnie.- rozkazał, popychając jej ramię. Przyzwyczaiła się już do tej formy proszenia. Posłusznie stanęła, zakładając dłonie na udach. Kopnął nieznacznie jej łydkę, żeby rozsunęła nieco nogi. Sam wysunął się naprzód i pociągnął tasiemkę związaną na kokardę w okolicy jej lędźwi. Miał problem z kontrolowaniem dokładności ruchów, więc poluźnienie diabelstwa chwilę mu zajęło. Z każdą sekundą robił się tylko bardziej nerwowy. Zaciskała usta, byle nie skomentować cichych wulgaryzmów, jakie z siebie wyrzucał. Nareszcie nadszedł moment, gdy gorset opadł, zatrzymując się dopiero na biodrach. Podciągnęła go i zdjęła górą. Vinctus szarpnął ją w talii i przekręcił do siebie. Uwielbiała patrzeć na pragnienie, którego przy niej nie chciał kontrolować. Bez pozwolenia rozsiadła się na nim okrakiem, jednocześnie rozchełstując jego koszulę. Pasował jej fakt, że ostatnio wszystkie jakie nosił były sznurowane. Dość miała męczenia się z guzikami. Wbiła paznokcie w jego tors i przeciągnęła nimi aż do pępka. Każde wynaturzenie w postaci szramy tylko dodatkowo ją nakręcało. Nauczyła się go.- Nie będziemy się bawić.- obwieścił, sięgając spodni. Rozpiął je naprędce, wyjmując nabrzmiałego członka. Uniosła się, by ustawić go nad sobą i bez dyskusji nabiła się na niego. Z gardła obojga wyrwał się jęk pełen swego rodzaju ulgi. Oparła ręce o fotel po jego obu stronach, gdy on chwycił ją stanowczo za kulszę by ustalić porządany rytm. Wchodził głęboko, wpatrując się w nią intensywnie. Taka pozycja była dla niej doskonała. Bardzo szybko doświadczyła słodkich fali rozkoszy, które powoli rozrastały się i powodowały, że miała ochotę krzyczeć. Doskonale wiedziała, że za każdym razem musiał się cholernie powstrzymywać, żeby dać jej dojść przed sobą. Poczuła pierwszy skurcz orgazmu, więc nachyliła się i zacisnęła zęby na jego szyi. Syknął, wgniatając palce w jej bladą skórę. Chwilę później także skończył, wyczerpany natężeniem swojego nasycenia. Wtuliła się w niego, poszukując spokoju dla oddechu. Pozwolił jej na to bez słowa.
- Zadowolona?- uniósł brew, przyglądając się jej. Kiedy nie było reakcji szarpnął stanowczo za jej włosy. Skrzywiła się paskudnie, układając w myślach zawiły plan jak zamordować go we śnie.
- Owszem.- wykrztusiła pod wpływem przymusu. Walczyli na spojrzenia przez kilka minut, póki nie zrzucił jej bez uprzedzenia z kolan.
- To idź już sobie.- machnął ręką i sięgnął do porzuconej książki. Rzuciła się w jej kierunku, co spowodowało, że zbiła sobie biust o kant okładki.- Czy ciebie już do reszty uszkodziło na rozumie, durna kobieto?!- wydarł się, naraz wstając i ciągnąc ją do pionu. Potarła obolałe łokcie, szukając na piersi śladu po uderzeniu. Z prawej strony, blisko brodawki zaczęła robić się centymetrowa, sina plama.- Jak będziesz się oszpecać to nie licz, że cię tknę następnym razem.
- Bardzo zabawne, naprawdę.- wzniosła oczy do nieba, puszczając tę uwagę bokiem.
- Co to miało na celu do cholery?- przyłożył dłoń do obicia, masując je delikatnie.
- Zajmij się mną, zamiast...
- A co niby robiłem przed chwilą?- przerwał, podszywając głos kpiną. Uderzyła go w ramię, żeby się zamknął.- Uważaj sobie, mam granicę cierpliwości.
- Zlituj się. Umieram tu z nudów. Jeszcze trochę i rzucę się z okna, jeśli tylko znajdę jakieś odpowiednio duże, niezakratowane.- odrzuciła na plecy gęstą, kasztanową grzywę. Vinctus roześmiał się na to oświadczenie, co było zaskoczeniem na tyle, że podskoczyła nerwowo. Za każdym razem, gdy to robił była tak samo zachwycona. Miał fantastyczny śmiech, głęboki, ale nie tubalny.
- Załóż coś na siebie. Pójdziemy na spacer.- zapowiedział, nagle całkiem poważny. Klasnęła w dłonie i pobiegła w stronę swoich komnat bez żadnych obiekcji. Całe wieki trzymał ją w budynku, nie pozwalając na najmniejszy krok poza działkę. Prawie potknęła się o ostatni schodek, zanim wpadła przez swoje drzwi do pokoju. Narzuciła pospiesznie ciemną bluzkę ze sporym dekoltem i skrojone specjalnie na nią burgundowe spodnie. Na nogi wsunęła długie buty na niewysokim koturnie. Zdążyła jeszcze przejrzeć się w lusterku, by związać włosy w wysoką kitę. Tym razem spokojniej, zeszła dumnie do przedpokoju. Vins już tam czekał, trzymając w rękach jeden ze swoich starych płaszczów. Podał go jej, kiedy znalazła się w jego zasięgu.- Na dworze jest zimno, musisz być porządnie zakryta.- poinstruował, sięgając jeszcze do szafki po szal. Sam był już kompletnie ubrany, więc pomógł jej owijać się w gruby materiał.- Lato przeszło w wyjątkowo kąśliwą jesień.
- Dziękuję.- odchyliła się, gotowa do wyjścia. Przepchnęła się przed nim, nie potrafiąc ukryć zachwytu, że nie ma nic przeciwko wycieczce. Bojowym marszem przebyła odległość dzielącą ją od bramy.
- Ktoś tutaj jest podekscytowany. Brakuje ci tylko ogona, żebyś mogła nim merdać.- sarknął, obserwując ją z wypisanym na twarzy sztucznym zniesmaczeniem.- Znam kogoś, kto szuka psa stróżującego. Nadawałabyś się, może cię polecę.
- Poczucie humoru masz dzisiaj na bardzo niskim poziomie, przyznaję.- uśmiechnęła się złośliwie, marszcząc przy tym nos. Przyciągnął ją do siebie za przegub, zakładając siłą jej dłoń na swój ugięty łokieć.
- Trzymaj się mnie, żadnych sztuczek. Bez głupich uwag. Nie pytaj o idiotyczne sprawy. Nie komentuj niczego, co zobaczysz. Staraj się być grzeczna.- wygłosił krótką przemowę, wychodząc z nią poza furtę.
- Lubisz, kiedy jestem niegrzeczna.- zaoponowała natychmiastowo. Posłał jej mordercze spojrzenie.
- Nie w terenie, kretynko.
- Niezbyt miło się do mnie zwracasz, wiesz?- rzuciła z przekąsem, w duchu fascynując się otoczeniem. Żółknące liście, podmokła ziemia, wilgotny zapach powietrza po deszczu. Zaciągnęła się tym aromatem, czując go głęboko w płucach. Kropelki wody z trawy, zostawiały na jej butach ciemne plamki. Zimny, lecz niezbyt ostry wiatr mierzwił jej fryzurę i dotykał czule jej nagich policzków. W zasadzie można by to uznać za romantyczną scenerię, gdyby nie mina jej towarzysza, któremu bliżej było do buca, niż amanta.
- Och, wybacz, o pani, czyliż nie jesteś najsłodszą z dam?- ścisnął usta, by powstał dzióbek, skłaniając się usłużnie do jej piersi. Roześmiała się serdecznie, odrobinę zniesmaczona. Taki jej nie pasował na dłuższą metę. Wolała gbura, bo lepiej go znała.
- Widzisz, jak chcesz to potrafisz.- wspięła się na palce i ucałowała go w tył szczęki. Spiął się cały.
- Nie rób tak. Nie lubię takich zachowań.
- Wiem.- Przeskoczyła nam kamieniem leżącym na boku dróżki. Była zbyt mała, by mogli iść na niej razem, więc oczywiście ona musiała przepychać się poboczem.- Dlaczego zachowujesz się jak dupek?
- Mówiłem coś o takich pytaniach.- warknął przez zaciśnięte zęby.
- Nie. Mówiłeś o takich idiotycznych. To jest mądre i szalenie istotne.- przekonywała z miną profesorki sztuk wyższych. Jej rudawa kita podnosiła się i opadała przy każdym kroku, co nieco ją denerwowało.
- Nie odpowiem na nie. Wymyśl inne.
- Skąd masz bliznę pod brodą?- Nie musiała się nawet zastanawiać, co ją interesuje.
- Czy ty musisz być najbardziej wścibską gówniarą na jaką mogłem trafić? Co ci powiedziałem jak się poznaliśmy? Miałaś nie wnikać w takie rzeczy.- Czasami nie miała pojęcia jak on to robi, że w jednej chwili jest radosny, a w następnej rozsadza go furia bez wyraźnego powodu.
- Dokąd idziemy?- zmieniła płynnie temat, zanim się rozkręcił. Wzruszył obojętnie ramionami.
- Możemy iść do skrytki, w domu nie mam już bibułki do tytoniu.- uprzytomnił sobie. Wskazał na skręt w lewo na rozwidleniu. Przytaknęła posłusznie. Dobry kilometr posuwali się w ciszy między opadającymi duszami drzew w postaci kolorowych skrawków. Kilka razy ledwo powstrzymywała się przed wyrwaniem do przodu za marchewkowym futerkiem wiewiórki, która pędziła przed siebie, jakby się paliło. Vinctus odezwał się do niej dopiero, kiedy zatrzymała się, dostrzegając znajomą roślinkę.- Czego?
- Poziomki. Pozwól mi zebrać garstkę. Zawsze je lubiłam.- zrobiła słodką minkę. Puścił ją, przyzwalając niemo. Upadła na kolana, wsadzając rękę między listki. Wygrzebała z nich kilka owoców, które ułożyła na wolnej dłoni. Podniosła się po chwili, wyciągając do niego swoje zbiory, aby się poczęstował.
- Paskudne małe truskawki. Nie chcę.
- Dziwak.- podsumowała dobitnie, pakując sobie między wargi wszystkie na raz.
- Powiedziała ta normalna.- prychnął, kończąc wszelkie dyskusje. W pół godziny później doszli do celu. Chatka nadal prezentowała się tak samo: jasne ściany, słomkowy dach, wszędzie chwasty. Uroczy widok dla wielbicieli tajemniczości. Takie miejsce w środku lasu mogło wzbudzić przyjemne ciarki. May przypomniała sobie z pewnym wstrząsem jak wyglądała jej poprzednia wizyta i zagryzła usta. Po tamtych wydarzeniach już nigdy nawet nie zbliżyła się do całowania go.- Wchodzisz czy będziesz się gapić do wieczora?- pospieszył ją, lustrując uważnie okolicę w poszukiwaniu potencjalnych wrogów. Drgnęła, wyrwana z pewnego transu i przestąpiła próg. Wszystko było porozwalane, czyli tak jak pamiętała. Usiadła na blacie na którym wtedy tak mocno ją zerżnął, po czym złożyła nogę na nodze. Czarnowłosy pokręcił się chwilę, spakował do kieszeni małe pudełko i rozsiadł się wygodnie w krześle.
- Miałeś tyle czasu, nie mogłeś tu posprzątać?- zagadnęła, przesuwając stopą jakieś graty.
- Wyobraź sobie, że mam lepsze rzeczy do roboty. Pasuje mi to jak jest.- podrapał się szczecinie.Skrzyżował ramiona na torsie, przechylając głowę na bok.- Pamiętam czemu ostatnio znalazłaś się na tym stoliku.
- Nie ty jeden.
- Czyżbyś to źle kojarzyła? Przecież było miło.- nasycił głos ironią, przez moment brzmiąc jak siedmiolatek.
- Komu było, temu było. Nie wiem dlaczego masz taki problem z całowaniem, ale powinieneś się leczyć.- warknęła, ciągnąć za wstążkę na swoich włosach, by opadły z całym majestatem. Skupiła się na tym na tyle, że nie zauważyła jak podszedł. Odgarnęła kasztanową kurtynę z twarzy i w następnej chwili krzyknęła zszokowana jego widokiem tuż przed sobą.
- Bu.- dorzucił, zaciskając wargi. Próbował powstrzymać rozbawienie.
- Gdybym nie była twoją własnością to usłyszałbyś jak pokaźny mam zasób niepochlebnego słownictwa.
- Wielka szkoda, ale ja w innej sprawie.- ukazał pełną grację swoich pożółkłych od palenia zębów w szerokim uśmiechu. Pogładził palcem wskazującym jej chłodny - zaczerwieniony od smagającego na dworze wiatru - policzek.- Masz ochotę naprawić nieco swoje wspomnienia?
- Czy ty wiecznie masz w głowie tylko to?- wywróciła oczyma, odpinając guziki płaszcza.
- Wiesz, nie kupuję tylu kobiet po to, żeby sobie odmawiać.
- O dziwo ma to sens.- skinęła, po czym szybkim ruchem zdjęła bluzkę. Miała sięgnąć do spodni, jednak pchnął ją w tył, więc złożyła ręce z tyłu, podpierając się przed wyrżnięciem głową w ścianę. Zamierzała go opieprzyć, lecz ostra reprymenda zmieniła się w jej gardle w przeciągły jęk, kiedy poczuła jego język na swoim sztywniejącym sutku. Kciukiem drażnił drugi, co wzmagało w niej potrzebę przyciągnięcia go maksymalnie do siebie. Pisnęła, gdy ugryzł ją w szyję i stanowczym, niskim głosem mruknął w jej ucho, że ma podnieść tyłek. Posłusznie zeskoczyła ze stolika, aby mógł zszarpnąć materiał okrywający jej nogi. W międzyczasie pozwolił rozchełstać swój płaszcz i koszulę. Schwycił dziewczynę za talię, oparł o jedyne okno i wsadził na swoje biodra. Już miał rozpinać pas, kiedy usłyszał stukanie. Wychylił lico za sylwetkę May, by dostrzec postać stukającą w szybę.
- Bez jaj, kurwa.
Najgłośniej jak potrafiła wyrzuciła powietrze z płuc. Potrzebowała pracy, solidnej, najlepiej siłowej. Jak burza wtargnęła do salonu i zawisła nad spokojnym Vinctusem.
- Czy ty nie możesz choć przez chwilę zająć się sobą?- warknął nieprzyjaźnie, dając jej do zrozumienia, że chciałby wreszcie móc poczytać. Tupnęła nagą stopą, próbując ściągnąć na siebie jego uwagę.- Myślisz, że co ci to da? Nie jesteś już taką małą dziewczynką, żebym miał się przejmować jakimiś fochami. Idź sobie.- odgonił ją ręką, drugą przerzucając stronę. Ponowiła próbę, dodając coś w rodzaju fuknięcia. Pomasował sobie skroń i zacisnął szczękę.- Czego chcesz, Melanie?
- MELODIE.- prawie krzyknęła. Za każdym razem to robił, jakby czerpał sadystyczną radość z jej złości. Prawdopodobnie właśnie tak było, co wcale jej nie pocieszało.
- Będę mówił jak chcę. Przypominam, że jesteś moją własnością. Mogę cię nawet ochrzcić Wiadro, a i tak będziesz musiała reagować.- skontrował, znów tracąc zainteresowanie, choć gdzieś w kącikach jego ust czaił się uśmiech.
- Daj mi coś do roboty.- poprosiła, krzywiąc się. Niezbyt podobał jej się fakt, że ma nad nią tak dużą władzę, nawet jeśli teoretycznie zawdzięczała mu życie.
- Jesteś irytująca. Możesz umyć podłogi.
- Ktoś inny już to zrobił, jeśli nie zauważyłeś.- parsknęła z lekką pogardą. Posłał jej zabójcze spojrzenie, jakby taka pyskówka nie była na miejscu. Uniosła tylko wyzywająco brwi.
- Wierz mi lub nie, ale nie wiem o absolutnie wszystkim co dzieje się w tym domu.
- Znajdź mi inne zajęcie.- żachnęła się, marszcząc gniewnie nos. Wywrócił oczami.
- Czy ty masz pięć lat, a ja jestem twoją matką?- sarknął w odpowiedzi i próbował wrócić do przerwanej czynności. Zebrała się w sobie, wyrywając książkę z jego rąk. Przeszła kilka kroków, po czym odłożyła ją na półkę, okładką do góry. Ponownie na niego spojrzała, przygotowana na burzę. On jednak tylko kpiarsko wygiął wargi.- Co chcesz tym osiągnąć? Jeśli postanowiłem Cię zignorować to zrobię to niezależnie od tego, co wymyślisz.
- A postanowiłeś tak?
- Wyobraź sobie, że owszem.- Odwrócił się plecami do niej, sięgając po zapasowy tom, leżący w niedalekiej odległości od fotela. Niewiele myśląc, wpakowała się na jego kolana, zanim zdążył położyć tam nową lekturę.- Jesteś impertynencka i uparta.- margnął, niechętnie opierając książkę na podłokietniku. Ostentacyjnie otworzył ją z głośnym hukiem i zagłębił się w treść. Miała chwilę czasu na przemyślenie dalszej strategii. Jego ciemne oczy wodziły po rękopisie szybciej, niż się tego spodziewała. Musiał mieć wieloletnią wprawę, by tak sprawnie łączyć litery w słowa. Był na tym wyjątkowo skupiony. Kruczoczarne, poskręcane pasmo włosów opadło mu na twarz, ale zdążyła założyć mu je za ucho, nim w ogóle się poruszył. Jego długa grzywa zawsze sprawiała wrażenie wilgotnej lub tłustej. Była zdziwiona, kiedy okazała się w miarę miła w dotyku. Zakręciła na palcu jeden kosmyk, przygryzając przy tym nieświadomie usta. Koniuszkiem palców prawej dłoni przejechała po jego policzku. Wyczuła zagłębienia po młodzieńczym trądziku, delikatne blizny od drobnych ran i szorstką, męską szczecinę, powoli znów zamieniającą się w wyraźny zarost. Na podbródku, pod warstwą dłuższych włosków odnalazła wyraźną, lecz dość cienką szramę. Zaciekawiła się jakim cudem jest tak dobrze ukryta, że wcześniej jej nie dostrzegała. Jak zwykle zjechała nieco niżej, szukając nad grdyką podłużnego śladu od duszenia czymś wąskim. Jeszcze nie opowiedział jej skąd to ma, ale za każdym razem, gdy przesuwała po tym miejscu dłonią - spinał się natychmiastowo. Teraz także nie było inaczej, jednak to nie oderwało go od połykania tekstu w zawrotnym tempie. Wydęła lekko wargi, zastanawiając się co by tu zrobić. W końcu na jej twarz wpłynął uśmiech samozadowolenia. Zebrała wszystkie czarne kudły, które znalazły się na jego ramieniu w kitę i przerzuciła je na plecy, stwarzając swobodny dostęp do szyi. Pochyliła się do niej, przekrzywiając głowę pod odpowiednim do zadania kątem. Dmuchnęła na wrażliwą skórę, po czym leciutko musnęła ją ustami. Czuła jak przechodzi go dreszcz, który oczywiście kompletnie zignorował. Z niecierpliwością liznęła fragment tuż przy linii szczęki, by zaraz potem zrobić to samo niżej i zakończyć na najczulszym punkcie, kawałek za obojczykiem. Zatoczyła tam kwiatowy wzór, czujnie obserwując jego reakcję na ile była w stanie. Dłonie trzymające ramy książki były napięte i nieruchome. Miała przeczucie, że intensywny wzrok ustał na którymś akapicie, kiedy po upłynięciu minuty wciąż się nie poruszył. Ona tymczasem paznokciami pociągnęła skrawek jego koszuli, by dać sobie możliwość przeniesienia uwagi na bardziej zakryte terytorium. Podwinęła nogi mocno do siebie, żeby móc niby przypadkiem uciskać nimi jego przyrodzenie, które budziło się do życia. Zostawiając rękę pod materiałem, skierowała się zupełnie w drugą stronę. Serią drobnych pocałunków dostała się do wyczulonego na mocniejsze przyjemności karku. Finezyjnie wgryzła się w niego, łagodząc to kolejnymi otarciami wilgotnym językiem. Wyprostował się mimowolnie, jakby wiedziony nagłym strzałem pożądania od miejsca pieszczot po sam dół.
- Możesz mi łaskawie wyjaśnić co do cholery robisz?- wymruczał, wkładając w to mnóstwo chrypy. Odsunął ją od siebie, by odnaleźć jej ciemnobrązowe spojrzenie.
- Szukam sobie zajęcia, a o co chodzi?- Wykonała najbardziej niewinną minę na jaką było ją stać. Zdawało jej się, że dojrzała płomień w jego oczach. Zarumieniła się, uświadamiając sobie, że wywołała u niego głód doznań. W zasadzie to właśnie chciała osiągnąć, ale czym innym jest o tym myśleć, a czym innym zobaczyć z tak bliska.
- Rozepnij ten swój piekielny gorset.- poinstruował władczo, wskazując wzrokiem twardą tkaninę wypychającą dumnie jej biust. Parsknęła rozbawiona.
- Sam kazałeś mi go ubrać, więc powinieneś sam się go pozbyć. Zresztą nie jestem w stanie sięgnąć wiązania, przecież jest z tyłu.
- Marudna kobieto. Wstań i plecami do mnie.- rozkazał, popychając jej ramię. Przyzwyczaiła się już do tej formy proszenia. Posłusznie stanęła, zakładając dłonie na udach. Kopnął nieznacznie jej łydkę, żeby rozsunęła nieco nogi. Sam wysunął się naprzód i pociągnął tasiemkę związaną na kokardę w okolicy jej lędźwi. Miał problem z kontrolowaniem dokładności ruchów, więc poluźnienie diabelstwa chwilę mu zajęło. Z każdą sekundą robił się tylko bardziej nerwowy. Zaciskała usta, byle nie skomentować cichych wulgaryzmów, jakie z siebie wyrzucał. Nareszcie nadszedł moment, gdy gorset opadł, zatrzymując się dopiero na biodrach. Podciągnęła go i zdjęła górą. Vinctus szarpnął ją w talii i przekręcił do siebie. Uwielbiała patrzeć na pragnienie, którego przy niej nie chciał kontrolować. Bez pozwolenia rozsiadła się na nim okrakiem, jednocześnie rozchełstując jego koszulę. Pasował jej fakt, że ostatnio wszystkie jakie nosił były sznurowane. Dość miała męczenia się z guzikami. Wbiła paznokcie w jego tors i przeciągnęła nimi aż do pępka. Każde wynaturzenie w postaci szramy tylko dodatkowo ją nakręcało. Nauczyła się go.- Nie będziemy się bawić.- obwieścił, sięgając spodni. Rozpiął je naprędce, wyjmując nabrzmiałego członka. Uniosła się, by ustawić go nad sobą i bez dyskusji nabiła się na niego. Z gardła obojga wyrwał się jęk pełen swego rodzaju ulgi. Oparła ręce o fotel po jego obu stronach, gdy on chwycił ją stanowczo za kulszę by ustalić porządany rytm. Wchodził głęboko, wpatrując się w nią intensywnie. Taka pozycja była dla niej doskonała. Bardzo szybko doświadczyła słodkich fali rozkoszy, które powoli rozrastały się i powodowały, że miała ochotę krzyczeć. Doskonale wiedziała, że za każdym razem musiał się cholernie powstrzymywać, żeby dać jej dojść przed sobą. Poczuła pierwszy skurcz orgazmu, więc nachyliła się i zacisnęła zęby na jego szyi. Syknął, wgniatając palce w jej bladą skórę. Chwilę później także skończył, wyczerpany natężeniem swojego nasycenia. Wtuliła się w niego, poszukując spokoju dla oddechu. Pozwolił jej na to bez słowa.
- Zadowolona?- uniósł brew, przyglądając się jej. Kiedy nie było reakcji szarpnął stanowczo za jej włosy. Skrzywiła się paskudnie, układając w myślach zawiły plan jak zamordować go we śnie.
- Owszem.- wykrztusiła pod wpływem przymusu. Walczyli na spojrzenia przez kilka minut, póki nie zrzucił jej bez uprzedzenia z kolan.
- To idź już sobie.- machnął ręką i sięgnął do porzuconej książki. Rzuciła się w jej kierunku, co spowodowało, że zbiła sobie biust o kant okładki.- Czy ciebie już do reszty uszkodziło na rozumie, durna kobieto?!- wydarł się, naraz wstając i ciągnąc ją do pionu. Potarła obolałe łokcie, szukając na piersi śladu po uderzeniu. Z prawej strony, blisko brodawki zaczęła robić się centymetrowa, sina plama.- Jak będziesz się oszpecać to nie licz, że cię tknę następnym razem.
- Bardzo zabawne, naprawdę.- wzniosła oczy do nieba, puszczając tę uwagę bokiem.
- Co to miało na celu do cholery?- przyłożył dłoń do obicia, masując je delikatnie.
- Zajmij się mną, zamiast...
- A co niby robiłem przed chwilą?- przerwał, podszywając głos kpiną. Uderzyła go w ramię, żeby się zamknął.- Uważaj sobie, mam granicę cierpliwości.
- Zlituj się. Umieram tu z nudów. Jeszcze trochę i rzucę się z okna, jeśli tylko znajdę jakieś odpowiednio duże, niezakratowane.- odrzuciła na plecy gęstą, kasztanową grzywę. Vinctus roześmiał się na to oświadczenie, co było zaskoczeniem na tyle, że podskoczyła nerwowo. Za każdym razem, gdy to robił była tak samo zachwycona. Miał fantastyczny śmiech, głęboki, ale nie tubalny.
- Załóż coś na siebie. Pójdziemy na spacer.- zapowiedział, nagle całkiem poważny. Klasnęła w dłonie i pobiegła w stronę swoich komnat bez żadnych obiekcji. Całe wieki trzymał ją w budynku, nie pozwalając na najmniejszy krok poza działkę. Prawie potknęła się o ostatni schodek, zanim wpadła przez swoje drzwi do pokoju. Narzuciła pospiesznie ciemną bluzkę ze sporym dekoltem i skrojone specjalnie na nią burgundowe spodnie. Na nogi wsunęła długie buty na niewysokim koturnie. Zdążyła jeszcze przejrzeć się w lusterku, by związać włosy w wysoką kitę. Tym razem spokojniej, zeszła dumnie do przedpokoju. Vins już tam czekał, trzymając w rękach jeden ze swoich starych płaszczów. Podał go jej, kiedy znalazła się w jego zasięgu.- Na dworze jest zimno, musisz być porządnie zakryta.- poinstruował, sięgając jeszcze do szafki po szal. Sam był już kompletnie ubrany, więc pomógł jej owijać się w gruby materiał.- Lato przeszło w wyjątkowo kąśliwą jesień.
- Dziękuję.- odchyliła się, gotowa do wyjścia. Przepchnęła się przed nim, nie potrafiąc ukryć zachwytu, że nie ma nic przeciwko wycieczce. Bojowym marszem przebyła odległość dzielącą ją od bramy.
- Ktoś tutaj jest podekscytowany. Brakuje ci tylko ogona, żebyś mogła nim merdać.- sarknął, obserwując ją z wypisanym na twarzy sztucznym zniesmaczeniem.- Znam kogoś, kto szuka psa stróżującego. Nadawałabyś się, może cię polecę.
- Poczucie humoru masz dzisiaj na bardzo niskim poziomie, przyznaję.- uśmiechnęła się złośliwie, marszcząc przy tym nos. Przyciągnął ją do siebie za przegub, zakładając siłą jej dłoń na swój ugięty łokieć.
- Trzymaj się mnie, żadnych sztuczek. Bez głupich uwag. Nie pytaj o idiotyczne sprawy. Nie komentuj niczego, co zobaczysz. Staraj się być grzeczna.- wygłosił krótką przemowę, wychodząc z nią poza furtę.
- Lubisz, kiedy jestem niegrzeczna.- zaoponowała natychmiastowo. Posłał jej mordercze spojrzenie.
- Nie w terenie, kretynko.
- Niezbyt miło się do mnie zwracasz, wiesz?- rzuciła z przekąsem, w duchu fascynując się otoczeniem. Żółknące liście, podmokła ziemia, wilgotny zapach powietrza po deszczu. Zaciągnęła się tym aromatem, czując go głęboko w płucach. Kropelki wody z trawy, zostawiały na jej butach ciemne plamki. Zimny, lecz niezbyt ostry wiatr mierzwił jej fryzurę i dotykał czule jej nagich policzków. W zasadzie można by to uznać za romantyczną scenerię, gdyby nie mina jej towarzysza, któremu bliżej było do buca, niż amanta.
- Och, wybacz, o pani, czyliż nie jesteś najsłodszą z dam?- ścisnął usta, by powstał dzióbek, skłaniając się usłużnie do jej piersi. Roześmiała się serdecznie, odrobinę zniesmaczona. Taki jej nie pasował na dłuższą metę. Wolała gbura, bo lepiej go znała.
- Widzisz, jak chcesz to potrafisz.- wspięła się na palce i ucałowała go w tył szczęki. Spiął się cały.
- Nie rób tak. Nie lubię takich zachowań.
- Wiem.- Przeskoczyła nam kamieniem leżącym na boku dróżki. Była zbyt mała, by mogli iść na niej razem, więc oczywiście ona musiała przepychać się poboczem.- Dlaczego zachowujesz się jak dupek?
- Mówiłem coś o takich pytaniach.- warknął przez zaciśnięte zęby.
- Nie. Mówiłeś o takich idiotycznych. To jest mądre i szalenie istotne.- przekonywała z miną profesorki sztuk wyższych. Jej rudawa kita podnosiła się i opadała przy każdym kroku, co nieco ją denerwowało.
- Nie odpowiem na nie. Wymyśl inne.
- Skąd masz bliznę pod brodą?- Nie musiała się nawet zastanawiać, co ją interesuje.
- Czy ty musisz być najbardziej wścibską gówniarą na jaką mogłem trafić? Co ci powiedziałem jak się poznaliśmy? Miałaś nie wnikać w takie rzeczy.- Czasami nie miała pojęcia jak on to robi, że w jednej chwili jest radosny, a w następnej rozsadza go furia bez wyraźnego powodu.
- Dokąd idziemy?- zmieniła płynnie temat, zanim się rozkręcił. Wzruszył obojętnie ramionami.
- Możemy iść do skrytki, w domu nie mam już bibułki do tytoniu.- uprzytomnił sobie. Wskazał na skręt w lewo na rozwidleniu. Przytaknęła posłusznie. Dobry kilometr posuwali się w ciszy między opadającymi duszami drzew w postaci kolorowych skrawków. Kilka razy ledwo powstrzymywała się przed wyrwaniem do przodu za marchewkowym futerkiem wiewiórki, która pędziła przed siebie, jakby się paliło. Vinctus odezwał się do niej dopiero, kiedy zatrzymała się, dostrzegając znajomą roślinkę.- Czego?
- Poziomki. Pozwól mi zebrać garstkę. Zawsze je lubiłam.- zrobiła słodką minkę. Puścił ją, przyzwalając niemo. Upadła na kolana, wsadzając rękę między listki. Wygrzebała z nich kilka owoców, które ułożyła na wolnej dłoni. Podniosła się po chwili, wyciągając do niego swoje zbiory, aby się poczęstował.
- Paskudne małe truskawki. Nie chcę.
- Dziwak.- podsumowała dobitnie, pakując sobie między wargi wszystkie na raz.
- Powiedziała ta normalna.- prychnął, kończąc wszelkie dyskusje. W pół godziny później doszli do celu. Chatka nadal prezentowała się tak samo: jasne ściany, słomkowy dach, wszędzie chwasty. Uroczy widok dla wielbicieli tajemniczości. Takie miejsce w środku lasu mogło wzbudzić przyjemne ciarki. May przypomniała sobie z pewnym wstrząsem jak wyglądała jej poprzednia wizyta i zagryzła usta. Po tamtych wydarzeniach już nigdy nawet nie zbliżyła się do całowania go.- Wchodzisz czy będziesz się gapić do wieczora?- pospieszył ją, lustrując uważnie okolicę w poszukiwaniu potencjalnych wrogów. Drgnęła, wyrwana z pewnego transu i przestąpiła próg. Wszystko było porozwalane, czyli tak jak pamiętała. Usiadła na blacie na którym wtedy tak mocno ją zerżnął, po czym złożyła nogę na nodze. Czarnowłosy pokręcił się chwilę, spakował do kieszeni małe pudełko i rozsiadł się wygodnie w krześle.
- Miałeś tyle czasu, nie mogłeś tu posprzątać?- zagadnęła, przesuwając stopą jakieś graty.
- Wyobraź sobie, że mam lepsze rzeczy do roboty. Pasuje mi to jak jest.- podrapał się szczecinie.Skrzyżował ramiona na torsie, przechylając głowę na bok.- Pamiętam czemu ostatnio znalazłaś się na tym stoliku.
- Nie ty jeden.
- Czyżbyś to źle kojarzyła? Przecież było miło.- nasycił głos ironią, przez moment brzmiąc jak siedmiolatek.
- Komu było, temu było. Nie wiem dlaczego masz taki problem z całowaniem, ale powinieneś się leczyć.- warknęła, ciągnąć za wstążkę na swoich włosach, by opadły z całym majestatem. Skupiła się na tym na tyle, że nie zauważyła jak podszedł. Odgarnęła kasztanową kurtynę z twarzy i w następnej chwili krzyknęła zszokowana jego widokiem tuż przed sobą.
- Bu.- dorzucił, zaciskając wargi. Próbował powstrzymać rozbawienie.
- Gdybym nie była twoją własnością to usłyszałbyś jak pokaźny mam zasób niepochlebnego słownictwa.
- Wielka szkoda, ale ja w innej sprawie.- ukazał pełną grację swoich pożółkłych od palenia zębów w szerokim uśmiechu. Pogładził palcem wskazującym jej chłodny - zaczerwieniony od smagającego na dworze wiatru - policzek.- Masz ochotę naprawić nieco swoje wspomnienia?
- Czy ty wiecznie masz w głowie tylko to?- wywróciła oczyma, odpinając guziki płaszcza.
- Wiesz, nie kupuję tylu kobiet po to, żeby sobie odmawiać.
- O dziwo ma to sens.- skinęła, po czym szybkim ruchem zdjęła bluzkę. Miała sięgnąć do spodni, jednak pchnął ją w tył, więc złożyła ręce z tyłu, podpierając się przed wyrżnięciem głową w ścianę. Zamierzała go opieprzyć, lecz ostra reprymenda zmieniła się w jej gardle w przeciągły jęk, kiedy poczuła jego język na swoim sztywniejącym sutku. Kciukiem drażnił drugi, co wzmagało w niej potrzebę przyciągnięcia go maksymalnie do siebie. Pisnęła, gdy ugryzł ją w szyję i stanowczym, niskim głosem mruknął w jej ucho, że ma podnieść tyłek. Posłusznie zeskoczyła ze stolika, aby mógł zszarpnąć materiał okrywający jej nogi. W międzyczasie pozwolił rozchełstać swój płaszcz i koszulę. Schwycił dziewczynę za talię, oparł o jedyne okno i wsadził na swoje biodra. Już miał rozpinać pas, kiedy usłyszał stukanie. Wychylił lico za sylwetkę May, by dostrzec postać stukającą w szybę.
- Bez jaj, kurwa.
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Czternasty.
Wyszarpnęła się z objęć snu, nie otwierając jednak oczu. Czuła męski, ziemisty zapach, ciepło cudzego ciała i twardy członek - otulony cienkim materiałem - wbijający się mimowolnie w jej lędźwie. Zdziwiła się, że leżą wtuleni w taki sposób. Jego duża dłoń sztywno obejmowała jej biust, co prawie podsumowała parsknięciem. Poruszyła się nieznacznie, podciągając nogi o kilka cali.
- Cholera, dziewucho.- warknął w jej potargane, rudawe włosy.- Chciałem jeszcze pospać.
- Przecież możesz.- odpowiedziała cicho, łagodnie. Przygarnął ją mocniej, ciągnąc w górę. Otarła się o niego, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu. Instynktownie wypięła pośladki.
- Od ponad trzech dni nie byłem w tobie. Jak mam dalej bezczynnie spoczywać, skoro ściskasz mnie strategicznie swoim zgrabnym tyłkiem?- parsknął, schylając się do jej skroni. Ucałował ją delikatnie, wywołując dreszcz. Wciągnął stanowczo powietrze, jakby o czymś postanawiając.- Będziesz grzeczna i położysz się płasko, rozkładając szeroko nogi oraz ramiona?- wymruczał wprost do jej ucha, przesycając głos erotyzmem. Posłusznie skinęła, chociaż taka pozycja zwiastowała kłopoty. Usunął się, wstając. Szukał czegoś w szafce. Z ciężkim westchnieniem wygładziła pod sobą kołdrę i ułożyła się na niej stosownie. Zbliżył się do jej lewego nadgarstka.- Skarbie, nie w ten sposób. Twarzą do dołu.- pouczył czule, pomagając jej naprawić błąd. Spięła się na takie zachowanie, pozwalając sobie na chwilę przestrachu. Przywiązał jej przeguby i kostki do ram posłania, uniemożliwiając ruchy. Odrzucił burzę kasztanowych kosmyków z okolic łopatek, gładząc pieszczotliwie jej kark.- To dla ciebie coś nowego, prawda?- zagadnął poważnie.- Czeka cię teraz kara. Nie wiem co tu robiłaś w nocy, ale nie miałaś do tego prawa. Na początku planowałem odpuścić ci to przewinienie, jednak tłumaczyłem ci już, iż nikomu nie wolno tu wchodzić bez mojej wyraźnej zgody czy zaproszenia. Nie chcę, byś myślała, że jesteś pod tym względem wyjątkowa. Spróbujemy teraz udzielić ci lekcji pokory. Mam nadzieję, że pierwszej i ostatniej.- wyjaśnił. Drgnęła nerwowo, nagle świadoma swojej bezbronności. Przesunął grubym, skórzanym pasem po jej udzie, po to, by pokazać na czym będzie polegała reprymenda.- Odliczaj na głos każde smagnięcie.- rozkazał surowo, okrajając ton do beznamiętnego. Uniósł dłoń do pierwszego strzału i z całą mocą wycelował w jej miękki, blady tyłek. Jęknęła, zgodnie z poleceniem wymawiając jedynkę. Zamachnął się drugi raz. Po piątym nie mogła powstrzymać zbolałych okrzyków. Wciąż licząc, zaciskała zęby. Po jej policzkach płynęły łzy upokorzenia. Jednocześnie zaświtała jej myśl, że skoro musi ponosić tak wielką pokutę to niewątpliwie jest w tym pokoju coś ukrytego, co musi być ważną tajemnicą. Pokrzepiło ją to.
- Licz!- fuknął agresywnie, gdy przez moment milczała. Nie szczędził siły, więc prawie wrzasnęła pożądane „dwanaście“.- Głośniej!- uderzył jeszcze.
- Trzynaście!- rzuciła, trzęsąc się. Spinała mięśnie i kręciła się, jak tylko mogła, byle uniknąć kolejnego ciosu. Niestety wierzganie było ledwo możliwe. Pas przecinał powietrze z nieprzyjemnym świstem, co zwiastowało każde przyłożenie. Czuła pieczenie i była pewna, że jej tył nieestetycznie spuchł. Spłynęła na nią fala ulgi, gdy nie nadszedł dwudziesty pierwszy strzał. Oddychała spazmami.
- Bardzo dobrze.- pochwalił, gładząc podrażniony pośladek, który palił ją żywym ogniem. Zsunął palce niżej, wchodząc nimi głęboko w jej kobiecość. Naraz uprzytomnił jej tym, iż mimo całego cierpienia - jest niepoprawnie podniecona. Poruszył się w jej wnętrzu, co wywołało przeciągły, dziewczęcy jęk. Natychmiast usunął stamtąd dłoń i skoncentrował uwagę na wyższym punkcie. Nigdy tego nie robił, więc zdziwiła się, gdy jego kciuk spenetrował ostrożnie jej odbyt.- Jesteś piękna taka bezsilna.- prychnął, siadając na brzegu łóżka. Złożył ręce na wybrzuszeniu własnych spodni, w czasie, gdy ona oparła się policzkiem o chłodną powierzchnię pościeli. Spojrzał w jej ciemnobrązowe, zaszklone oczy.- Będziesz posłuszna?
- Będę.- szepnęła, zniewolona przez chrypę. Posłał jej półuśmiech i zabrał się do rozluźniania węzłów. Po kilku minutach była wolna. Rozmasowała zbolałe nadgarstki.- Okrutna strona ciebie.- skomentowała z przekąsem. Potwierdził, odrzucając grzywę na plecy.
- Nie uważasz, że zasłużyłaś?
- Prawdopodobnie tak.- przyznała, wzbijając wzrok do sufitu.- Zgaduję - teraz powinnam paść na kolana?
- Skoro proponujesz.- margnął, jakby od niechcenia. Nawilżyła wargi, zsuwając się na podłogę. Usadowiła się przed nim, na wprost swojej twarzy mając jego podbrzusze. Zsunęła materiał z jego ud, odsłaniając sterczący członek. Nie czekając zbyt długo nachyliła się do niego i objęła ustami, trzymając mocno trzon, by utworzyć wrażenie panowania nad całością. Twardniał bardziej pod tym dotykiem, oddając się jej władzy. Cofnęła się nieco, muskając językiem nabrzmiałą główkę. Odnalazła wędzidełko, atakując je z rozmysłem. Drugą ręką ściskała jądra, ciągnąc nieznacznie. Vinctus obserwował to z zadowoleniem, które okazał poprzez pogładzenie jej czupryny. Ponownie podporządkowała go sobie, wyznaczając tempo w którym wsuwał się i wysuwał z niej. Ssała przy tym z całą natarczywością, nie chcąc jednak niczego uszkodzić. Przyspieszyła zwinnie, starając się umieszczać go jak najgłębiej. Podobały jej się ciche pomruki, którymi mężczyzna aprobował jej działania. Kurczowo uchwycił się jej, gdy poczuła jak cały się spina, by dojść. Ciepły potok słonawo-gorzkiego płynu zalał jej gardło, przez co była bliska zachłyśnięcia. Z trudem przełknęła, po czym wstała z klęczek.
- Pójdę się ubrać, jeśli to wszystko.- poinformowała miłym głosem. Przyzwolił gestem. Wyszła w pośpiechu, przebiegając przez korytarze. Wyjątkowo, dziś niezbyt komfortowo czuła się nago. Zapewne spowodowane to było czerwonymi śladami pokrywającymi jej pośladki. Wprawiały ją w zażenowanie. Zatrzasnęła drzwi swojego pokoju, rzucając się na chłodną narzutę materaca.- Cholerny kompleks wyższości. Nad wszystkim musi sprawować kontrolę.- prychnęła rozjuszona, sycząc pod wpływem dotyku materiału na podrażnionych sferach. Gdy emocje opadły i w pełni się uspokoiła, podeszła do szafy, by wyjąć z niej jakąś lekką suknię. Biały, cienki krój w rzymskim stylu nadawał się idealnie, przy okazji ciesząc oko przebijającymi się oznakami braku bielizny. Z parteru zabrzmiał dzwonek - Malum przywiózł go ostatnim razem jako prezent dla Sofi - sygnalizujący posiłek. Westchnęła ciężko, zmuszona do ponownego przemieszczenia się. Najwolniejszym krokiem jakim potrafiła, przeszła do pomieszczenia dla służby. Kręciło się tam kilka zaspanych twarzy, wszystkie w podobnych strojach do domowej pracy. Rudowłosa, niziutka dziewczyna o stanowczym spojrzeniu, zareagowała na jej widok piskiem.
- Nie powinno cię tu być.- wyjaśniła, chwytając ją za ramię.
- Dlaczego? To normalne, że jadam z wami.- zmarszczyła brwi w odpowiedzi, wyrywając się machinalnie. Poprawiła opadające ramiączko.
- Vinctus na pewno chciałby, abyś towarzyszyła mu podczas śniadania. Faworytka zawsze spędza z nim czas, gdy wraca z dłuższych podróży, to tradycja.- wytłumaczyła tonem, jakby to była oczywistość. Popchnęła ją znacząco do drzwi.
- Jestem faworytką?- uniosła brew, odwracając się ostatni raz przed wyjściem, do towarzyszki.
- Bez wątpienia. Pieprzy się wyłącznie z tobą od miesięcy.
- Hm.- prychnęła pod nosem, wchodząc do sali jadalnej. Siedział na swoim standardowym miejscu. Przypominał jej jakiegoś rodzaju władcę. Stanęła przy jego boku, gdy akurat delektował się winem. Nawet nie obdarzył jej spojrzeniem.- Mogę dołączyć?
- Chcesz jeść w tym stroju?- wskazał głową jej suknię.
- Coś w tym złego?- podparła dłoń o biodro, uginając lewe kolano. Zlustrował ją od nagich stóp po czubek rozczochranej fryzury.- Zdarzało mi się spożywać tutaj nago, wiesz?
- To, co w tej chwili nosisz jest tak subtelnie seksowne, że aż prawie wulgarne.
- Prawie robi wielką różnicę, czyż nie?- posłała mu filuterny uśmiech, odsuwając sobie krzesło. Nie czekała na zgodę. Rozciągnęła się wygodnie na siedzeniu.- Więc, panie tajemniczy... słyszałam pewne plotki.
- Zamieniam się w słuch, Melanie.- wzruszył ramionami, opierając opuszki palców na kolanach. Zmrużyła oczy, mordując go w myślach. Zrobił znudzoną minę.- Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś miała problem z bólem tył...
- Bo mam.- przerwała mu, nim zdążył dokończyć słowo.- Jednak doskonale znasz powód z jakiego tak patrzę.
- Czyżby?- udał zdziwienie, popijając kolejny łyk trunku.- Nie, nic mi nie świta.- oznajmił po dłuższej chwili.
- Mam na imię Melodie.- warknęła. W następnej sekundzie do pokoju weszła wysoka, brązowowłosa dziewczyna, trzymająca tacę z zastawą. Rozłożyła zręcznie talerze, sztućce i kieliszek dla niej.
- Sofi przysłała mnie z pytaniem, na co ma pan dziś ochotę.- skłoniła się przed nim, mrugając kilka razy ponad normę.
- Nie przygotowała niczego do tej pory? Zwykle to robi. Dlaczego teraz pyta?
- Nie wiem, proszę pana. Jest dość rozkojarzona od wczorajszego poranka.- odpowiedziała, niepewna jego reakcji.
- Przyślij ją do tutaj, a śniadaniem niech zajmie się Arma. May, zjadłabyś coś konkretnego?- przetarł policzek, wyczekując.
- Nie, nie sądzę.- rzuciła odruchowo, zaskoczona możliwością wyboru.
- Słyszałaś. Przekaż Armie, że ma wolną wolę.- zwrócił się do brązowowłosej. Natychmiast dygnęła i wyszła. Pociągnął następny łyk. Przybrał poważny wyraz twarzy, jakby się czymś niepokoił. Czarne kosmyki opadały po jego ramionach, fragmentami ginąc pod materiałem luźnej koszuli. Jego zarost powoli robił się zbyt gęsty. Zauważyła już jakiś czas temu, że gdy musi się ogolić znika na cały dzień. Potarł ręką o udo, wbijając wzrok w szafkę z alkoholem. Położyła policzek na ramieniu, przyglądając mu się. Co takiego podejrzewał? Skrzyżowała nogi, przygryzając dolną wargę. Wyciągnęła stopę bardziej przed siebie i musnęła nią jego łydkę. Żadnego odzewu, ruchu czy choćby mrugnięcia. Zdeterminowana, przesunęła nią wyżej, do kolana. Wciąż nic. Dalej nie sięgała w tej pozycji, więc chciała się cofnąć. Chwycił ją za kostkę, uniemożliwiając ucieczkę.- Czy to zaproszenie?- wymruczał, przewiercając ją obsydianem swoich tęczówek. Poczuła falę pożądania, spływającą od karku w dół. Podniosła kącik ust, skłaniając się ku byciu wyzywającą.
- Jak uważasz?- zapytała gładko z nutą wyrachowania. Wiele się nauczyła przez pobyt w tej posiadłości. Musieli przerwać, gdy zjawiła się ciemnoskóra kobieta.
- Chciałeś mnie widzieć.- oświadczyła. May wiedziała, że tylko ona sama, Sofi i Rache zwracają się do niego bez przedrostka „pan“. Wskazał jej krzesło obok siebie, więc usiadła.
- Co się dzieje?- przeszedł od razu do sedna, podając jej swoje wino. Podziękowała, rezygnując z tej propozycji. Zamknął powieki, wyglądając, jakby nagle wszystko rozumiał.- Nie posłuchałaś mnie, prawda?
- Przepraszam, to było silniejsze ode mnie.- spuściła brodę, zawstydzona.
- Co teraz? Potrzebuję cię tutaj.- prawie wyszeptał. Dostrzegła łzy na obliczu kuchennej.
- Nie mogę zostać. Proszę, nie zmuszaj mnie. Jesteś dla mnie jak brat, ale to nie może być dłużej mój dom. Wybacz mi to. Masz tu najlepszą opiekę, a Arma będzie mnie zastępować lepiej, niż ktokolwiek mógłby. Tak po prostu musi być.- westchnęła ciężko, prostując wygniecenia fartucha. Vinctus przedstawiał obraz kogoś, kto został brutalnie wyrwany z codzienności, do której był przyzwyczajony.
- Przeprowadzisz się do niego, czy tak?
- Zgadza się. Pojmujesz sytuację?- szukała potwierdzenia, nie chcąc jego krzywdy.
- Będziesz tam szczęśliwa?- dopytał, zaciskając szczękę. May nigdy go takiego nie widziała. Wprawiało ją to w osłupienie, jednak dość pozytywnie. Prawdopodobnie miał uczucia.
- Będę. Kocham Jose, a on kocha mnie. Nie masz pojęcia, jaki był rozanielony, gdy mu powiedziałam. Oświadczył mi się, kolejny raz.
- Doczekał się aprobaty? Długo się o to starał.
- Udało mu się.- na jej usta wpłynął w końcu nieśmiały uśmiech.
- Życz mu ode mnie powodzenia.- machnął poddańczo ręką, wprawiając Sofi w dużo lepszy nastrój. Szybko wstała i pochyliła się, by pocałować go w czoło.
- Tak zrobię, obiecuję. Dziękuję.- pisnęła, po czym wybiegła. Dla Melodie cała ta rozmowa była niezrozumiała, co było irytujące. Wniesiono posiłek w postaci naleśników zapiekanych z serem pleśniowym i posiekaną szalotką. Pachniało przyjemnie. Bez gadania zabrała się za jedzenie. Czarnowłosy polał jej z otwartej butelki. Spożywali w ciszy, do ostatniego kęsa. Później pociągnął ją za nadgarstek, by przesiadła się na jego kolana. Poprawiła się, rozkładając szeroko nogi. Ścisnęła udami jego boki. Założyła przedramiona na jego szyi i pochyliła się do niej. Musnęła ją wargami wpierw delikatnie, potem mocniej, na koniec z pomocą zębów. Odnalazła czuły punkt, językiem kręcąc na nim ósemkę za ósemką. Oddychał szybciej, zaciskając palce w jej włosach. Otarła się o jego krocze, kontynuując pieszczotę w nieco niższym miejscu, tuż nad obojczykiem. Musiała uchylić jego koszulę, by dosięgnąć aż tam. Znudziła się trzymaniem jej, więc powoli rozpięła kilka pierwszych guzików. Zeszła pocałunkami w okolicę mostka, wyginając przy tym plecy w lekki łuk. Odepchnęła materiał na tyle, że mogła objąć ustami jego męskie sutki. Syknął, gdy to zrobiła. W pierwszym odruchu - przyparł ją dosadniej, w drugim - odsunął ją zdecydowanie. Jednym ruchem zrzucił ze stołu zastawę. Wydała okropny brzdęk podczas upadku, jednak żadne z nich się tym nie przejęło. Podniósł ją za talię i posadził na brzegu mebla. Podniósł się dla własnej wygody.Wyszarpnął ją z sukni, by bezkarnie przywrzeć wargami do jej unoszących się w przyspieszeniu piersi. Ssał je intensywnie, na przemian gryząc lub liżąc. Jęczała głośno, pod wpływem nieznanego dotąd, słodkiego bólu. Oddalił się nieco, nie puszczając. Krzyknęła, czując to szarpnięcie wyjątkowo intymnie. Zostawił tam czerwono-fioletowe ślady. Uniósł głowę, obdarzając uwagą zagłębienie między kośćmi obręczy barkowej. Wetknął w nie czubek języka, oblizując dokładnie. Finezyjnie wpił się zębami w jej szyję, by wciągnąć skórę w dominujący sposób. Za każdym razem, gdy to robił, powstawały nowe plamy, dające świadectwo tego, że ona należy tylko do niego. Nie przerwał, nawet kiedy rozchełstała i opuściła jego spodnie, razem z bielizną. Chwyciła dosadnie jego erekcję, pocierając energicznie od podstawy do samego czubka. Warknął rozochocony, kładąc ją siłą na plecach i przyciągając jej biodra bliżej krawędzi. Rozwarł jej uda najwydatniej, jak była w stanie to znieść, po czym wbił się w nią pewnie, wywołując kolejny okrzyk. Trzymając za wnętrze nóg, ponawiał aktywność w zwiększającym się tempie. Kropelka potu spłynęła mu po skroni, nim wydał z siebie ostatni pomruk zadowolenia i doszedł głęboko w niej. Ona sama szczytowała minutę wcześniej, choć nie miała pojęcia jak to możliwe. Pobijała własne rekordy. Ułożył łokcie niedaleko jej twarzy i oparł na nich swój ciężar, pozostając wciąż wewnątrz niej.
- Co ty ze mną robisz, kobieto?- warknął, znów wwiercając się w nią wzrokiem. Wzruszyła ramionami, niezdolna wypowiedzieć choćby słówko. Otuliły ją jego miękkie kudły, łaskocząc trochę. Pogłaskała go po policzku, wiedziona nagłą potrzebą. Nie zaprotestował, ale równocześnie nie był zachwycony tym gestem. Nie przepadał za czułościami. Zawsze kierował się rzeczowym światopoglądem w którym nie było przewidzianego punktu dla bliższych namiętności. Ciało było tylko ciałem, wymagającym zaspokojenia. Przynajmniej sprawiał wrażenie dokładnie takiej osoby. Na ułamek sekundy zwątpiła.
Do południa pomagała Rache w magazynie, nosząc lżejsze beczki na tyły. Starannie układała je według przeznaczenia, tak jak jej przykazano. Miały zostać rozesłane w ramach prezentów, co na Vinctusie wymusił Malum, choć powód był jej nieznany. W międzyczasie próbowała wybadać mijane dziewczyny o sprawę Sofi, która zajmowała jej myśli od porannej rozmowy. Nikt jednak nie chciał jej o niczym powiedzieć. Poddała się za setną porażką, uznając, że zapyta samego czarnowłosego, gdy nadarzy się okazja. Skończyła pracę po drugiej, wieszając ostatni z wypranych fartuchów na słońcu. To było ostatnie zadanie, jakie dostała na dziś. Przeciągnęła się z satysfakcją, zanim ruszyła wgłąb posiadłości. Znalazła go w saloniku. Czytał jakąś grubą książkę, której tytuł zapisany był niezrozumiałymi dla niej znakami. Uklęknęła przed nim, cierpliwie czekając, aż zechce poświęcić jej odrobinę swojej uwagi. Trwało to prawie pół godziny i już zamierzała zrezygnować. Wstała. Zdążyła nawet odwrócić się do wyjścia, gdy zdecydował się przemówić.
- Czego chcesz? Mam prawo spędzać czas na innych rozrywkach, prócz niańczenia cię.
- Ahm.- wymamrotała zawstydzona, uświadamiając sobie, że faktycznie zajmuje mu większość prawie każdej doby w tygodniu. Zaczerwieniła się malowniczo, wciąż stojąc do niego plecami.- Przepraszam za kłopot.
- Jeszcze żaden kłopot. Mówże czegoś chciała.- pospieszył ją, zdradzając rosnącą irytację wywołaną jej postawą. Odetchnęła, przywracając sobie spokój. Obróciła się na pięcie, posyłając mu nieśmiały uśmiech.
- Mogłabym zapytać, co takiego stało się z Sofi? Nie za bardzo połapałam się w tym zamieszaniu.- wydusiła, nie wierząc, że po tym wstępie naprawdę zdobyła się na odwagę. Rzucił na ziemię poduszkę i wzrokiem nakazał jej usiąść. Posłusznie umościła się tuż przed nim. Dzięki temu mógł patrzeć na nią z góry. W zadumie mechanicznie pogładził zarost. Oparł łokcie na kolanach, pochylając się nieco przed siebie. Parę kosmyków ześlizgnęło się po ramieniu, uderzając w jego tors, czego wcale nie zarejestrował.
- Nie będę ukrywał, że to nie jest twój biznes i nie powinnaś się wtrącać.- zaczął, unosząc brew dla podkreślenia tego, że jest niebywale wścibska, skoro zajmuje swój umysł czymś takim.- Jednakże niedługo i tak dowiedziałabyś się, więc nie ma sensu zatajać tych informacji. Sofi jest w ciąży z ogrodnikiem Maluma. Zabawnie, prawda? Randkowali od kilku lat. Ostrzegałem, że jeśli zaczną się pieprzyć to stracą kontrolę i tak to się skończy. Długo wytrzymali, przyznaję. Cóż, teraz zamieszkają razem. Dlatego odeszła ze swojego kuchennego stanowiska.- wytłumaczył pokrótce, nie mogąc powstrzymać się od sarkastycznego parskania. Zwilżyła wargi, zakładając włosy za ucho. Były w tym zagadnienia, których nie pojmowała.
- Na jakich zasadach tu przebywała? Myślałam, że twoim kobietom nie wolno mieć innych mężczyzn.- zauważyła, uważnie dobierając słowa. Podrapał się po potylicy, mając problem ze znalezieniem właściwej odpowiedzi.
- Znałem Sofi jeszcze z czasów, gdy była dzieckiem. Dorastaliśmy w jednej okolicy, chociaż była ode mnie o wiele młodsza. Jej rodzice zmarli, zostawiając ją samą na pastwę ludzi, rządzących się modą na brak tolerancji dla ciemnoskórych. Zabiliby ją, bo jako słaba nastolatka nie była nikomu przydatna. Ja już wtedy budowałem to miejsce, a raczej wnosiłem do niego odrobinę życia, które zabrali ze sobą poprzedni nabywcy. Pozwoliłem jej tu mieszkać. Może, aby nie czuć się samotnym w tak wielkiej i pustej przestrzeni. Nie znam swoich powodów. Była wdzięczna. Obiecała zostać ze mną na zawsze, robić wszystko, czego będę potrzebował. Na początek chciałem seksu, ale szybko z tego zrezygnowałem. Nie podobało mi się jej oddanie, bo chociaż starała się niezmiernie to widocznie nie było jej to w smak. Przydzieliłem jej gotowanie. To było najlepsze, co mogłem wybrać. Od tamtej pory kuchnia była jej zakątkiem. Kolejne sprowadzane kobiety wcale jej nie przeszkadzały. Przyuczała je na swój pokręcony sposób do nowego trybu współbytu. Nie składała mi żadnych ślubów, prócz tamtej pierwszej obietnicy, ale pozostawała wierna. Nie była tym, czym są tu inne. Jest wolna tak samo teraz, jak była przedtem. Po prostu dotarło to do niej z opóźnieniem.- zakończył obojętnie, zachowując się, jakby to wcale go nie dotyczyło.
- Nie znałam tej strony ciebie.- orzekła oczarowana, wpatrując się w niego rozszerzonymi oczami.
- Jakiej?- burknął, pochmurniejąc znacząco. Zmarszczył czoło, krzywiąc się z powodu jej spojrzenia.
- Tej autentycznie dobrej.- odparła, nim jeszcze zdążyła pomyśleć, czy jej to nie zaszkodzi. Zasępił się, próbując nie zdzielić jej przez głowę.- Imponujesz mi.- dodała przytomniej, co wcale go nie pocieszało.
- Co mnie to obchodzi?- wycharczał i otworzył na powrót swoją wielką księgę.- Czy to wszystko? Możesz już sobie pójść?
- Tak. Dziękuję.- wyszczerzyła się. Zdecydowała się jeszcze na jeden wyskok, którego później mogła żałować. Po podniesieniu się, a przed odejściem - pochyliła się do niego i cmoknęła go w policzek. Nie czekała na reakcję, aby przypadkiem nie paść trupem, więc praktycznie wybiegła z pokoju. Tymczasem Vinctus zastygł, przerażony tym, o czym przypomniał mu ten pocałunek.
- Cholera, dziewucho.- warknął w jej potargane, rudawe włosy.- Chciałem jeszcze pospać.
- Przecież możesz.- odpowiedziała cicho, łagodnie. Przygarnął ją mocniej, ciągnąc w górę. Otarła się o niego, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu. Instynktownie wypięła pośladki.
- Od ponad trzech dni nie byłem w tobie. Jak mam dalej bezczynnie spoczywać, skoro ściskasz mnie strategicznie swoim zgrabnym tyłkiem?- parsknął, schylając się do jej skroni. Ucałował ją delikatnie, wywołując dreszcz. Wciągnął stanowczo powietrze, jakby o czymś postanawiając.- Będziesz grzeczna i położysz się płasko, rozkładając szeroko nogi oraz ramiona?- wymruczał wprost do jej ucha, przesycając głos erotyzmem. Posłusznie skinęła, chociaż taka pozycja zwiastowała kłopoty. Usunął się, wstając. Szukał czegoś w szafce. Z ciężkim westchnieniem wygładziła pod sobą kołdrę i ułożyła się na niej stosownie. Zbliżył się do jej lewego nadgarstka.- Skarbie, nie w ten sposób. Twarzą do dołu.- pouczył czule, pomagając jej naprawić błąd. Spięła się na takie zachowanie, pozwalając sobie na chwilę przestrachu. Przywiązał jej przeguby i kostki do ram posłania, uniemożliwiając ruchy. Odrzucił burzę kasztanowych kosmyków z okolic łopatek, gładząc pieszczotliwie jej kark.- To dla ciebie coś nowego, prawda?- zagadnął poważnie.- Czeka cię teraz kara. Nie wiem co tu robiłaś w nocy, ale nie miałaś do tego prawa. Na początku planowałem odpuścić ci to przewinienie, jednak tłumaczyłem ci już, iż nikomu nie wolno tu wchodzić bez mojej wyraźnej zgody czy zaproszenia. Nie chcę, byś myślała, że jesteś pod tym względem wyjątkowa. Spróbujemy teraz udzielić ci lekcji pokory. Mam nadzieję, że pierwszej i ostatniej.- wyjaśnił. Drgnęła nerwowo, nagle świadoma swojej bezbronności. Przesunął grubym, skórzanym pasem po jej udzie, po to, by pokazać na czym będzie polegała reprymenda.- Odliczaj na głos każde smagnięcie.- rozkazał surowo, okrajając ton do beznamiętnego. Uniósł dłoń do pierwszego strzału i z całą mocą wycelował w jej miękki, blady tyłek. Jęknęła, zgodnie z poleceniem wymawiając jedynkę. Zamachnął się drugi raz. Po piątym nie mogła powstrzymać zbolałych okrzyków. Wciąż licząc, zaciskała zęby. Po jej policzkach płynęły łzy upokorzenia. Jednocześnie zaświtała jej myśl, że skoro musi ponosić tak wielką pokutę to niewątpliwie jest w tym pokoju coś ukrytego, co musi być ważną tajemnicą. Pokrzepiło ją to.
- Licz!- fuknął agresywnie, gdy przez moment milczała. Nie szczędził siły, więc prawie wrzasnęła pożądane „dwanaście“.- Głośniej!- uderzył jeszcze.
- Trzynaście!- rzuciła, trzęsąc się. Spinała mięśnie i kręciła się, jak tylko mogła, byle uniknąć kolejnego ciosu. Niestety wierzganie było ledwo możliwe. Pas przecinał powietrze z nieprzyjemnym świstem, co zwiastowało każde przyłożenie. Czuła pieczenie i była pewna, że jej tył nieestetycznie spuchł. Spłynęła na nią fala ulgi, gdy nie nadszedł dwudziesty pierwszy strzał. Oddychała spazmami.
- Bardzo dobrze.- pochwalił, gładząc podrażniony pośladek, który palił ją żywym ogniem. Zsunął palce niżej, wchodząc nimi głęboko w jej kobiecość. Naraz uprzytomnił jej tym, iż mimo całego cierpienia - jest niepoprawnie podniecona. Poruszył się w jej wnętrzu, co wywołało przeciągły, dziewczęcy jęk. Natychmiast usunął stamtąd dłoń i skoncentrował uwagę na wyższym punkcie. Nigdy tego nie robił, więc zdziwiła się, gdy jego kciuk spenetrował ostrożnie jej odbyt.- Jesteś piękna taka bezsilna.- prychnął, siadając na brzegu łóżka. Złożył ręce na wybrzuszeniu własnych spodni, w czasie, gdy ona oparła się policzkiem o chłodną powierzchnię pościeli. Spojrzał w jej ciemnobrązowe, zaszklone oczy.- Będziesz posłuszna?
- Będę.- szepnęła, zniewolona przez chrypę. Posłał jej półuśmiech i zabrał się do rozluźniania węzłów. Po kilku minutach była wolna. Rozmasowała zbolałe nadgarstki.- Okrutna strona ciebie.- skomentowała z przekąsem. Potwierdził, odrzucając grzywę na plecy.
- Nie uważasz, że zasłużyłaś?
- Prawdopodobnie tak.- przyznała, wzbijając wzrok do sufitu.- Zgaduję - teraz powinnam paść na kolana?
- Skoro proponujesz.- margnął, jakby od niechcenia. Nawilżyła wargi, zsuwając się na podłogę. Usadowiła się przed nim, na wprost swojej twarzy mając jego podbrzusze. Zsunęła materiał z jego ud, odsłaniając sterczący członek. Nie czekając zbyt długo nachyliła się do niego i objęła ustami, trzymając mocno trzon, by utworzyć wrażenie panowania nad całością. Twardniał bardziej pod tym dotykiem, oddając się jej władzy. Cofnęła się nieco, muskając językiem nabrzmiałą główkę. Odnalazła wędzidełko, atakując je z rozmysłem. Drugą ręką ściskała jądra, ciągnąc nieznacznie. Vinctus obserwował to z zadowoleniem, które okazał poprzez pogładzenie jej czupryny. Ponownie podporządkowała go sobie, wyznaczając tempo w którym wsuwał się i wysuwał z niej. Ssała przy tym z całą natarczywością, nie chcąc jednak niczego uszkodzić. Przyspieszyła zwinnie, starając się umieszczać go jak najgłębiej. Podobały jej się ciche pomruki, którymi mężczyzna aprobował jej działania. Kurczowo uchwycił się jej, gdy poczuła jak cały się spina, by dojść. Ciepły potok słonawo-gorzkiego płynu zalał jej gardło, przez co była bliska zachłyśnięcia. Z trudem przełknęła, po czym wstała z klęczek.
- Pójdę się ubrać, jeśli to wszystko.- poinformowała miłym głosem. Przyzwolił gestem. Wyszła w pośpiechu, przebiegając przez korytarze. Wyjątkowo, dziś niezbyt komfortowo czuła się nago. Zapewne spowodowane to było czerwonymi śladami pokrywającymi jej pośladki. Wprawiały ją w zażenowanie. Zatrzasnęła drzwi swojego pokoju, rzucając się na chłodną narzutę materaca.- Cholerny kompleks wyższości. Nad wszystkim musi sprawować kontrolę.- prychnęła rozjuszona, sycząc pod wpływem dotyku materiału na podrażnionych sferach. Gdy emocje opadły i w pełni się uspokoiła, podeszła do szafy, by wyjąć z niej jakąś lekką suknię. Biały, cienki krój w rzymskim stylu nadawał się idealnie, przy okazji ciesząc oko przebijającymi się oznakami braku bielizny. Z parteru zabrzmiał dzwonek - Malum przywiózł go ostatnim razem jako prezent dla Sofi - sygnalizujący posiłek. Westchnęła ciężko, zmuszona do ponownego przemieszczenia się. Najwolniejszym krokiem jakim potrafiła, przeszła do pomieszczenia dla służby. Kręciło się tam kilka zaspanych twarzy, wszystkie w podobnych strojach do domowej pracy. Rudowłosa, niziutka dziewczyna o stanowczym spojrzeniu, zareagowała na jej widok piskiem.
- Nie powinno cię tu być.- wyjaśniła, chwytając ją za ramię.
- Dlaczego? To normalne, że jadam z wami.- zmarszczyła brwi w odpowiedzi, wyrywając się machinalnie. Poprawiła opadające ramiączko.
- Vinctus na pewno chciałby, abyś towarzyszyła mu podczas śniadania. Faworytka zawsze spędza z nim czas, gdy wraca z dłuższych podróży, to tradycja.- wytłumaczyła tonem, jakby to była oczywistość. Popchnęła ją znacząco do drzwi.
- Jestem faworytką?- uniosła brew, odwracając się ostatni raz przed wyjściem, do towarzyszki.
- Bez wątpienia. Pieprzy się wyłącznie z tobą od miesięcy.
- Hm.- prychnęła pod nosem, wchodząc do sali jadalnej. Siedział na swoim standardowym miejscu. Przypominał jej jakiegoś rodzaju władcę. Stanęła przy jego boku, gdy akurat delektował się winem. Nawet nie obdarzył jej spojrzeniem.- Mogę dołączyć?
- Chcesz jeść w tym stroju?- wskazał głową jej suknię.
- Coś w tym złego?- podparła dłoń o biodro, uginając lewe kolano. Zlustrował ją od nagich stóp po czubek rozczochranej fryzury.- Zdarzało mi się spożywać tutaj nago, wiesz?
- To, co w tej chwili nosisz jest tak subtelnie seksowne, że aż prawie wulgarne.
- Prawie robi wielką różnicę, czyż nie?- posłała mu filuterny uśmiech, odsuwając sobie krzesło. Nie czekała na zgodę. Rozciągnęła się wygodnie na siedzeniu.- Więc, panie tajemniczy... słyszałam pewne plotki.
- Zamieniam się w słuch, Melanie.- wzruszył ramionami, opierając opuszki palców na kolanach. Zmrużyła oczy, mordując go w myślach. Zrobił znudzoną minę.- Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś miała problem z bólem tył...
- Bo mam.- przerwała mu, nim zdążył dokończyć słowo.- Jednak doskonale znasz powód z jakiego tak patrzę.
- Czyżby?- udał zdziwienie, popijając kolejny łyk trunku.- Nie, nic mi nie świta.- oznajmił po dłuższej chwili.
- Mam na imię Melodie.- warknęła. W następnej sekundzie do pokoju weszła wysoka, brązowowłosa dziewczyna, trzymająca tacę z zastawą. Rozłożyła zręcznie talerze, sztućce i kieliszek dla niej.
- Sofi przysłała mnie z pytaniem, na co ma pan dziś ochotę.- skłoniła się przed nim, mrugając kilka razy ponad normę.
- Nie przygotowała niczego do tej pory? Zwykle to robi. Dlaczego teraz pyta?
- Nie wiem, proszę pana. Jest dość rozkojarzona od wczorajszego poranka.- odpowiedziała, niepewna jego reakcji.
- Przyślij ją do tutaj, a śniadaniem niech zajmie się Arma. May, zjadłabyś coś konkretnego?- przetarł policzek, wyczekując.
- Nie, nie sądzę.- rzuciła odruchowo, zaskoczona możliwością wyboru.
- Słyszałaś. Przekaż Armie, że ma wolną wolę.- zwrócił się do brązowowłosej. Natychmiast dygnęła i wyszła. Pociągnął następny łyk. Przybrał poważny wyraz twarzy, jakby się czymś niepokoił. Czarne kosmyki opadały po jego ramionach, fragmentami ginąc pod materiałem luźnej koszuli. Jego zarost powoli robił się zbyt gęsty. Zauważyła już jakiś czas temu, że gdy musi się ogolić znika na cały dzień. Potarł ręką o udo, wbijając wzrok w szafkę z alkoholem. Położyła policzek na ramieniu, przyglądając mu się. Co takiego podejrzewał? Skrzyżowała nogi, przygryzając dolną wargę. Wyciągnęła stopę bardziej przed siebie i musnęła nią jego łydkę. Żadnego odzewu, ruchu czy choćby mrugnięcia. Zdeterminowana, przesunęła nią wyżej, do kolana. Wciąż nic. Dalej nie sięgała w tej pozycji, więc chciała się cofnąć. Chwycił ją za kostkę, uniemożliwiając ucieczkę.- Czy to zaproszenie?- wymruczał, przewiercając ją obsydianem swoich tęczówek. Poczuła falę pożądania, spływającą od karku w dół. Podniosła kącik ust, skłaniając się ku byciu wyzywającą.
- Jak uważasz?- zapytała gładko z nutą wyrachowania. Wiele się nauczyła przez pobyt w tej posiadłości. Musieli przerwać, gdy zjawiła się ciemnoskóra kobieta.
- Chciałeś mnie widzieć.- oświadczyła. May wiedziała, że tylko ona sama, Sofi i Rache zwracają się do niego bez przedrostka „pan“. Wskazał jej krzesło obok siebie, więc usiadła.
- Co się dzieje?- przeszedł od razu do sedna, podając jej swoje wino. Podziękowała, rezygnując z tej propozycji. Zamknął powieki, wyglądając, jakby nagle wszystko rozumiał.- Nie posłuchałaś mnie, prawda?
- Przepraszam, to było silniejsze ode mnie.- spuściła brodę, zawstydzona.
- Co teraz? Potrzebuję cię tutaj.- prawie wyszeptał. Dostrzegła łzy na obliczu kuchennej.
- Nie mogę zostać. Proszę, nie zmuszaj mnie. Jesteś dla mnie jak brat, ale to nie może być dłużej mój dom. Wybacz mi to. Masz tu najlepszą opiekę, a Arma będzie mnie zastępować lepiej, niż ktokolwiek mógłby. Tak po prostu musi być.- westchnęła ciężko, prostując wygniecenia fartucha. Vinctus przedstawiał obraz kogoś, kto został brutalnie wyrwany z codzienności, do której był przyzwyczajony.
- Przeprowadzisz się do niego, czy tak?
- Zgadza się. Pojmujesz sytuację?- szukała potwierdzenia, nie chcąc jego krzywdy.
- Będziesz tam szczęśliwa?- dopytał, zaciskając szczękę. May nigdy go takiego nie widziała. Wprawiało ją to w osłupienie, jednak dość pozytywnie. Prawdopodobnie miał uczucia.
- Będę. Kocham Jose, a on kocha mnie. Nie masz pojęcia, jaki był rozanielony, gdy mu powiedziałam. Oświadczył mi się, kolejny raz.
- Doczekał się aprobaty? Długo się o to starał.
- Udało mu się.- na jej usta wpłynął w końcu nieśmiały uśmiech.
- Życz mu ode mnie powodzenia.- machnął poddańczo ręką, wprawiając Sofi w dużo lepszy nastrój. Szybko wstała i pochyliła się, by pocałować go w czoło.
- Tak zrobię, obiecuję. Dziękuję.- pisnęła, po czym wybiegła. Dla Melodie cała ta rozmowa była niezrozumiała, co było irytujące. Wniesiono posiłek w postaci naleśników zapiekanych z serem pleśniowym i posiekaną szalotką. Pachniało przyjemnie. Bez gadania zabrała się za jedzenie. Czarnowłosy polał jej z otwartej butelki. Spożywali w ciszy, do ostatniego kęsa. Później pociągnął ją za nadgarstek, by przesiadła się na jego kolana. Poprawiła się, rozkładając szeroko nogi. Ścisnęła udami jego boki. Założyła przedramiona na jego szyi i pochyliła się do niej. Musnęła ją wargami wpierw delikatnie, potem mocniej, na koniec z pomocą zębów. Odnalazła czuły punkt, językiem kręcąc na nim ósemkę za ósemką. Oddychał szybciej, zaciskając palce w jej włosach. Otarła się o jego krocze, kontynuując pieszczotę w nieco niższym miejscu, tuż nad obojczykiem. Musiała uchylić jego koszulę, by dosięgnąć aż tam. Znudziła się trzymaniem jej, więc powoli rozpięła kilka pierwszych guzików. Zeszła pocałunkami w okolicę mostka, wyginając przy tym plecy w lekki łuk. Odepchnęła materiał na tyle, że mogła objąć ustami jego męskie sutki. Syknął, gdy to zrobiła. W pierwszym odruchu - przyparł ją dosadniej, w drugim - odsunął ją zdecydowanie. Jednym ruchem zrzucił ze stołu zastawę. Wydała okropny brzdęk podczas upadku, jednak żadne z nich się tym nie przejęło. Podniósł ją za talię i posadził na brzegu mebla. Podniósł się dla własnej wygody.Wyszarpnął ją z sukni, by bezkarnie przywrzeć wargami do jej unoszących się w przyspieszeniu piersi. Ssał je intensywnie, na przemian gryząc lub liżąc. Jęczała głośno, pod wpływem nieznanego dotąd, słodkiego bólu. Oddalił się nieco, nie puszczając. Krzyknęła, czując to szarpnięcie wyjątkowo intymnie. Zostawił tam czerwono-fioletowe ślady. Uniósł głowę, obdarzając uwagą zagłębienie między kośćmi obręczy barkowej. Wetknął w nie czubek języka, oblizując dokładnie. Finezyjnie wpił się zębami w jej szyję, by wciągnąć skórę w dominujący sposób. Za każdym razem, gdy to robił, powstawały nowe plamy, dające świadectwo tego, że ona należy tylko do niego. Nie przerwał, nawet kiedy rozchełstała i opuściła jego spodnie, razem z bielizną. Chwyciła dosadnie jego erekcję, pocierając energicznie od podstawy do samego czubka. Warknął rozochocony, kładąc ją siłą na plecach i przyciągając jej biodra bliżej krawędzi. Rozwarł jej uda najwydatniej, jak była w stanie to znieść, po czym wbił się w nią pewnie, wywołując kolejny okrzyk. Trzymając za wnętrze nóg, ponawiał aktywność w zwiększającym się tempie. Kropelka potu spłynęła mu po skroni, nim wydał z siebie ostatni pomruk zadowolenia i doszedł głęboko w niej. Ona sama szczytowała minutę wcześniej, choć nie miała pojęcia jak to możliwe. Pobijała własne rekordy. Ułożył łokcie niedaleko jej twarzy i oparł na nich swój ciężar, pozostając wciąż wewnątrz niej.
- Co ty ze mną robisz, kobieto?- warknął, znów wwiercając się w nią wzrokiem. Wzruszyła ramionami, niezdolna wypowiedzieć choćby słówko. Otuliły ją jego miękkie kudły, łaskocząc trochę. Pogłaskała go po policzku, wiedziona nagłą potrzebą. Nie zaprotestował, ale równocześnie nie był zachwycony tym gestem. Nie przepadał za czułościami. Zawsze kierował się rzeczowym światopoglądem w którym nie było przewidzianego punktu dla bliższych namiętności. Ciało było tylko ciałem, wymagającym zaspokojenia. Przynajmniej sprawiał wrażenie dokładnie takiej osoby. Na ułamek sekundy zwątpiła.
Do południa pomagała Rache w magazynie, nosząc lżejsze beczki na tyły. Starannie układała je według przeznaczenia, tak jak jej przykazano. Miały zostać rozesłane w ramach prezentów, co na Vinctusie wymusił Malum, choć powód był jej nieznany. W międzyczasie próbowała wybadać mijane dziewczyny o sprawę Sofi, która zajmowała jej myśli od porannej rozmowy. Nikt jednak nie chciał jej o niczym powiedzieć. Poddała się za setną porażką, uznając, że zapyta samego czarnowłosego, gdy nadarzy się okazja. Skończyła pracę po drugiej, wieszając ostatni z wypranych fartuchów na słońcu. To było ostatnie zadanie, jakie dostała na dziś. Przeciągnęła się z satysfakcją, zanim ruszyła wgłąb posiadłości. Znalazła go w saloniku. Czytał jakąś grubą książkę, której tytuł zapisany był niezrozumiałymi dla niej znakami. Uklęknęła przed nim, cierpliwie czekając, aż zechce poświęcić jej odrobinę swojej uwagi. Trwało to prawie pół godziny i już zamierzała zrezygnować. Wstała. Zdążyła nawet odwrócić się do wyjścia, gdy zdecydował się przemówić.
- Czego chcesz? Mam prawo spędzać czas na innych rozrywkach, prócz niańczenia cię.
- Ahm.- wymamrotała zawstydzona, uświadamiając sobie, że faktycznie zajmuje mu większość prawie każdej doby w tygodniu. Zaczerwieniła się malowniczo, wciąż stojąc do niego plecami.- Przepraszam za kłopot.
- Jeszcze żaden kłopot. Mówże czegoś chciała.- pospieszył ją, zdradzając rosnącą irytację wywołaną jej postawą. Odetchnęła, przywracając sobie spokój. Obróciła się na pięcie, posyłając mu nieśmiały uśmiech.
- Mogłabym zapytać, co takiego stało się z Sofi? Nie za bardzo połapałam się w tym zamieszaniu.- wydusiła, nie wierząc, że po tym wstępie naprawdę zdobyła się na odwagę. Rzucił na ziemię poduszkę i wzrokiem nakazał jej usiąść. Posłusznie umościła się tuż przed nim. Dzięki temu mógł patrzeć na nią z góry. W zadumie mechanicznie pogładził zarost. Oparł łokcie na kolanach, pochylając się nieco przed siebie. Parę kosmyków ześlizgnęło się po ramieniu, uderzając w jego tors, czego wcale nie zarejestrował.
- Nie będę ukrywał, że to nie jest twój biznes i nie powinnaś się wtrącać.- zaczął, unosząc brew dla podkreślenia tego, że jest niebywale wścibska, skoro zajmuje swój umysł czymś takim.- Jednakże niedługo i tak dowiedziałabyś się, więc nie ma sensu zatajać tych informacji. Sofi jest w ciąży z ogrodnikiem Maluma. Zabawnie, prawda? Randkowali od kilku lat. Ostrzegałem, że jeśli zaczną się pieprzyć to stracą kontrolę i tak to się skończy. Długo wytrzymali, przyznaję. Cóż, teraz zamieszkają razem. Dlatego odeszła ze swojego kuchennego stanowiska.- wytłumaczył pokrótce, nie mogąc powstrzymać się od sarkastycznego parskania. Zwilżyła wargi, zakładając włosy za ucho. Były w tym zagadnienia, których nie pojmowała.
- Na jakich zasadach tu przebywała? Myślałam, że twoim kobietom nie wolno mieć innych mężczyzn.- zauważyła, uważnie dobierając słowa. Podrapał się po potylicy, mając problem ze znalezieniem właściwej odpowiedzi.
- Znałem Sofi jeszcze z czasów, gdy była dzieckiem. Dorastaliśmy w jednej okolicy, chociaż była ode mnie o wiele młodsza. Jej rodzice zmarli, zostawiając ją samą na pastwę ludzi, rządzących się modą na brak tolerancji dla ciemnoskórych. Zabiliby ją, bo jako słaba nastolatka nie była nikomu przydatna. Ja już wtedy budowałem to miejsce, a raczej wnosiłem do niego odrobinę życia, które zabrali ze sobą poprzedni nabywcy. Pozwoliłem jej tu mieszkać. Może, aby nie czuć się samotnym w tak wielkiej i pustej przestrzeni. Nie znam swoich powodów. Była wdzięczna. Obiecała zostać ze mną na zawsze, robić wszystko, czego będę potrzebował. Na początek chciałem seksu, ale szybko z tego zrezygnowałem. Nie podobało mi się jej oddanie, bo chociaż starała się niezmiernie to widocznie nie było jej to w smak. Przydzieliłem jej gotowanie. To było najlepsze, co mogłem wybrać. Od tamtej pory kuchnia była jej zakątkiem. Kolejne sprowadzane kobiety wcale jej nie przeszkadzały. Przyuczała je na swój pokręcony sposób do nowego trybu współbytu. Nie składała mi żadnych ślubów, prócz tamtej pierwszej obietnicy, ale pozostawała wierna. Nie była tym, czym są tu inne. Jest wolna tak samo teraz, jak była przedtem. Po prostu dotarło to do niej z opóźnieniem.- zakończył obojętnie, zachowując się, jakby to wcale go nie dotyczyło.
- Nie znałam tej strony ciebie.- orzekła oczarowana, wpatrując się w niego rozszerzonymi oczami.
- Jakiej?- burknął, pochmurniejąc znacząco. Zmarszczył czoło, krzywiąc się z powodu jej spojrzenia.
- Tej autentycznie dobrej.- odparła, nim jeszcze zdążyła pomyśleć, czy jej to nie zaszkodzi. Zasępił się, próbując nie zdzielić jej przez głowę.- Imponujesz mi.- dodała przytomniej, co wcale go nie pocieszało.
- Co mnie to obchodzi?- wycharczał i otworzył na powrót swoją wielką księgę.- Czy to wszystko? Możesz już sobie pójść?
- Tak. Dziękuję.- wyszczerzyła się. Zdecydowała się jeszcze na jeden wyskok, którego później mogła żałować. Po podniesieniu się, a przed odejściem - pochyliła się do niego i cmoknęła go w policzek. Nie czekała na reakcję, aby przypadkiem nie paść trupem, więc praktycznie wybiegła z pokoju. Tymczasem Vinctus zastygł, przerażony tym, o czym przypomniał mu ten pocałunek.
niedziela, 16 sierpnia 2015
Trzynasty.
Skończyli pracę mocno po piątej nad ranem. Dokumentów okazało się być więcej, niż mogli przypuszczać. Malum zebrał je razem, obwiązał sznurkiem i zabrał ze sobą. Musiał niezwłocznie wracać do swojej posiadłości. Pożegnał się uprzejmie, obiecując przyjechać niedługo, aby nie nudziła się sama. Vinsowi miało trochę zająć jego zadanie. Wtenczas mogła poszperać dyskretnie w poszukiwaniu wskazówek, co do jego przeszłości. Krótkowłosy wyjaśnił jej sytuację z cieniem tylko jednym słowem: Elisa. Pragnęła zagłębić się nieco w to wszystko, bo na tą chwilę mało rozumiała. Dobrze, dziewczyna mogła ukazać mu się, gdyż podobno żyła w tym lesie, ale dlaczego popędził za nią? Z tego co mówił jego brat - to nawet nie była miłość. Czy zdarzyło się coś o czym wie tylko Vinctus, a co ma decydujące znaczenie? Usiadła na fotelu w saloniku, przyglądając się uważnie półkom. Gdzieniegdzie powtykane były kartki, jednak nie zapisano na nich niczego istotnego, czego dowiedziała się już jakiś czas temu. Przebiegło jej przez myśl, by zajrzeć do jego pokoju. Musiał chować jakieś informacje, skoro nikogo nie chciał tam wpuścić. Ten jeden raz, gdy u niego była, nie rozglądała się. Powoli wstała, niepewna czy to dobry plan. Gdyby ktoś ją przyłapał nie byłoby zbyt ciekawie. Przekładała z wahaniem stopy, cichutko przemierzając korytarz. Stanęła przed zamkniętymi drzwiami, mając ostatni moment, by się wycofać.
- Trudny wybór, prawda?- zadrwił kobiecy głos, uświadamiając jej czyjąś obecność. Odwróciła się, by spojrzeć prosto w błękitne oczy Rache.
- Mam kłopoty?- zapytała instynktownie, wzdychając cierpiętniczo. Blondynka parsknęła, kręcąc głową nad jej głupotą.
- Nie masz, ale nie wypróbowuj mojej cierpliwości. Czego zamierzałaś szukać w jego komnatach?- podparła ręce pod boki, przyjmując pozę wyrachowanego oprawcy.- Tylko nie kręć.
- Chciałam... chciałam się przekonać czego tak pilnie strzeże.- rzuciła półprawdą, przytakując samej sobie. Niemka dłuższą chwilę walczyła ze sobą, zanim pokonała ją sympatia do May.
- Możesz tam posprzątać. Dam ci dwie godziny, po upływie których więcej nie będziesz próbować się wkraść. Zgoda?- wyciągnęła szczupłą dłoń, przyglądając się rudowłosej spod przymrużonych powiek.
- Dziękuję.- mruknęła z uśmiechem, pieczętując uściskiem umowę. Szybko pobiegła na górę, odebrać miotłę ze składzika. Powróciła równie gładko, bez obaw otwierając tajemnicze wrota. Przesunęła wzrokiem po - całkiem zwyczajnym właściwie - wnętrzu. Brązowe ściany, kilka półek z książkami, nieduży dywan, łóżko z twardym materacem, stolik, fotel i szafa. Jedna z lamp była zepsuta, więc nocą wszystko przykrywał ponury półmrok. Ucieszyła się, że przyszła tu w dzień, gdy okno rzucało wystarczającą ilość światła. Omiotła pospiesznie podłogę, pamiętając, iż kiedy stąd wyjdzie musi być choć odrobinę czyściej, dla zachowania pozorów. Przy parapecie znalazła szmatkę. Sprawnie przetarła nią kurze i pajęczyny. Pościeliła jeszcze leże, otrzepując przy okazji poduszki.
- Tyle wystarczy.- zapewniła samą siebie, zadowolona z efektów. Zamierzała, jeśli wystarczy jej na to czasu, dodatkowo umyć okienko. Na razie podążyła jednak do szafy, spodziewając się ukrytych w niej treści. Odpuściła wertowanie jego ubrań, klękając ku wypełnionej przedmiotami dolnej części. Kilka luźnych stron, zapisanych pochyłym pismem, tak charakterystycznym dla niego. Niektóre były wierszami, inne luźnymi spostrzeżeniami, jakby wyrwanymi z dziennika. „Dziwna sprawa, nigdy nie czułem niczego w tym stylu. Coś ciągnie mnie do niej i nie jestem pewien, czy to ja sam o tym decyduje, czy obca siła. Mała ma w sobie coś nietypowego, czego nie miała żadna poprzednia, jednak nie powiedziałbym niczego wyjątkowego o jej umyśle. Brakuje mi jakiegoś elementu, ale jakiego? Ile mam czasu, żeby się w tym połapać, zanim zupełnie się dla niej zatracę?“. Zmarszczyła brwi. Jak ma cokolwiek zrozumieć z tej paplaniny? On sam widocznie tego nie potrafił. Z frustracją przełożyła kartki na bok, oglądając inne rzeczy. Pęk pędzli, pudełko pełne farb, pojedyncza strzała, pleciona bransoletka, wysuszona róża, puste pergaminy, kompas, złożona luneta, metalowy pręt, para gwoździ i połamany grzebień. Nic z tego jej nie interesowało. Zamknęła szafę, zbliżając się do półek. Wyciągnęła najbardziej zniszczoną z książek. Okładka była popalona, a strony mocno już pożółkłe. Wyglądała na diariusz, ale nie ten, którego fragment czytała. Tekst był z pierwszej ręki, dyktowany przez mężczyznę. Dukt nie zgadzał się z należącym do Vinctusa, lecz rozpoznawała podobieństwa. Musiał należeć do kogoś z rodziny. Skupiła się, szukając w myślach czy znała litery Maluma. Prędko przekonała się, że nie, co w niczym jej nie pomogło. Wykreśliła go mimo wszystko. Dlaczego jego dziennik miałby być tutaj? Rozważyła zabranie go do siebie, rezygnując bystro. Na pewno oberwałaby za to, gdy czarnowłosy by wrócił. Nie miała także czasu, aby poczytać, więc odłożyła go starannie na miejsce. Fuknęła zniecierpliwiona - to wszystko było bezcelowe.
Zsiadł z Nigruma, nie chcąc wykończyć go bezustanną jazdą. Marcus zeskoczył w kłusie z Veloxa, popisując się zwinnością. Zareagował prychnięciem, wzruszeniem ramionami, wywróceniem wzrokiem i skręceniem głowy w przeciwną stronę.
- Cóż za pokaz.- zadrwił mu w odpowiedzi, przywiązując swojego perłowego rumaka, tuż obok jego karego.
- Przypomnij mi, dlaczego jeszcze znoszę twoje towarzystwo?- warknął, otwierając przed sobą drzwi oberży. Gospodarz natychmiast rzucił się w ich stronę, wyczuwając zysk.
- Ponieważ instynktownie wyczuwasz swoje skretynienie oraz moją wyższość.- oznajmił wyniośle jego towarzysz, ciszej dodając:- Również dlatego, że jestem najlepszy w swoim fachu.
- Kto tu jest idiotą?- wzniósł oczy do nieba, jakby prosił o cierpliwość. Otyły facet, owinięty splamionym fartuchem, podszedł do nich, kłaniając się nieco średniowiecznie.
- Czego panowie sobie zażyczą?- wyseplenił przejętym głosem. Porozumieli się spojrzeniem, uznając, że konkurs głupoty wygrał właśnie on. Usiedli w najgłębszym kącie sali, zmuszając typa, by za nimi podążył.
- Dwa kufle piwa. Przed wejściem są nasze konie. Napój je i daj siana.- poinstruował Marcus, wydając się o wiele bardziej władczym, niż w pierwszej chwili. Sprzedawca powtórzył dokładnie, co ma zrobić, zanim odszedł w pośpiechu.- A teraz do rzeczy.- zwrócił się do długowłosego, odrzucając dominujący ton.- Jak to ma wyglądać? Przyjedziemy tam i co?
- Pogadam z tą całą Teresą, wyciągnę coś o jej mężu. Jeśli będzie skora do pomocy to może znajdzie nam dokumenty, które Gonde przysięgał, że ma gdzieś na strychu.- wyjaśnił pokrótce. Nie lubił papierkowej roboty, ale byli w plecy ze zleceniem, więc musiał się tym zająć.
- Co gdyby nie była chętna na współpracę?- zagadnął. Wrócił właściciel, stawiając przed nimi zamówienie. Prędko się oddalił, widząc, iż przeszkodził w rozmowie.
- Sam dobrze wiesz. Trzeba będzie przeszukać budynek, tak czy siak. Włamiemy się.- uniósł kufel jak do toastu, po czym pociągnął zdrowy łyk.- Uch. Jeden dzień, a ja już tęsknię do moich win.- skrzywił się, zniesmaczony.
- Gdybym był tobą, tęskniłbym raczej do tej rzeszy kobiet.- uśmiechnął się półgębkiem Marcus, jeszcze bardziej znacząco wyginając - i tak już zdeformowany - łuk brwiowy.
- Wątpię, by którejś brakowało mojego towarzystwa.- parsknął, zdziwiony, iż jeszcze nie znudziły mu się drwiny w tym temacie.
- A droga Rache?- przypomniał, kontynuując. Przywołał wesołe iskry do oczu, co zdecydowanie dawało Vinsowi podstawy do nowych sądów o przyjacielu.
- Droga Rache rzadko ostatnio ma czas na rozmowy ze mną. Dużo pracuje.
- Więc Sofi? Komu będzie gotować, skoro ciebie zabrakło?- zacmokał brązowooki, popijając swój trunek.
- Chociażby Malumowi, który zobowiązał się często tam przebywać.
- Czymże ta obietnica była spowodowana?
- Dobrze wiesz czym.- posłał mu wymowne spojrzenie, irytując się bliskością uciążliwej kwestii. Ulubionym przedmiotem konwersacji Marcusa była ostatnio Melodie, czego on osobiście, nie mógł pojąć. Uparli się wszyscy, by męczyć go tą dziewczyną, podczas gdy on najchętniej odsunąłby wszelkie myśli o niej. Zerknął dookoła, rejestrując dość obskurne wnętrze. Brudną podłogę właśnie próbowała uprzątnąć jakaś kobieta. Zapewne żona gospodarza. Przysadzista, niziutka, z zatroskaną miną. Przypominała partnerki wikingów. Podśpiewywała coś pod nosem, lekko marszcząc przy tym czoło.
- Może ty za którąś cnisz?- nagabnął niewinnie, ściągając na siebie jego uwagę.
- Nic ci do tego. Zamknij się. Trzeba było zostać z Malumem, jeśli chciałeś rozprawiać o takich bzdurach.- potarł nerwowo skroń, zabijając kompana spojrzeniem. Zapowiadała się długa podróż.
Rozłożyła się na łóżku, gładząc materiał kołdry. Poddała się. Niczego w tym pokoju nie ma. Przejrzała półki, szafę, stolik, a nawet podłogę pod dywanem. Nic, ponad drobne notatki i dziennik niewiadomego pochodzenia. To nie wystarczało. Wciągnęła głęboko powietrze, rozpoznając zapach Vinsa. Czy on by jej pomógł? Postanowiła spróbować, kiedy powróci. Zwizualizowała sobie jego osobę, sprawdzając jak dobrze zapamiętała poszczególne elementy. Mocne brwi, obsydianowe oczy, skrzywiony nos, sznyta na ustach, zeszpecenie przy dalszych granicach zadbanego zarostu, rozległe oparzenie po lewej stronie szyi. Poskładała to w całość, łącząc najistotniejszym elementem - długimi przed łokieć, poskręcanymi, czarnymi włosami. Wolała nie przypominać sobie reszty jego ciała. Wystarczało tyle.
- Melodie, twój czas minął.- uprzytomniła jej Rache, wsuwając głowę przez uchylone drzwi. Roześmiała się, spostrzegając gdzie rudowłosa się znajduje.- Rozumiem, że trochę ci brakuje towarzysza?
- Nie, to wcale nie to.- burknęła zarumieniona, uciekając z twardego materaca. Przepchnęła się obok starszej dziewczyny, nie zaszczycając jej swym wzrokiem ani na sekundę. Zwiała czym prędzej do siebie, po drodze oddając miotłę. Nie cieszyła się długo spokojem. Ktoś leciutko zapukał.- Proszę.
- Można?- blondynka gładko wślizgnęła się do środka. May podziwiała jej urodę. Miała mocne rysy, lecz delikatne usposobienie. Śliczne, złote kosmyki splatała z boku w malutkie warkocze, by resztę puścić wolno po plecach. Drobne, jasne piegi pokrywały jej ramiona, przechodząc po barkach do bladej twarzyczki. Błękitne ślepia zawsze pałały sympatią oraz ciepłem, jakiego nie widziała dotąd u nikogo innego. Mimowolnie skinęła przyzwalająco, wpatrując się uważnie w tę przyjazną postać.- Zdawało mi się, że nie masz z kim gawędzić. Mam rację?
- Trochę.- przyznała szczerze, podciągając kolana do siebie. Rache skorzystała z tego, wdrapując się na miejsce obok niej.
- Wyobraź sobie, iż ja także. Skończyłam wczorajszą pracę na tyle sukcesywnie, że dziś nie mam nic do roboty. Mogę z tobą posiedzieć?- zapytała, rozbrajając ją swoim uśmiechem.
- Jasne, będzie mi miło.
- Cudnie. Zacznijmy od dowiedzenia się, jaka jest twoja historia. Moją już znasz.- przypomniała, świecąc podekscytowaniem.
- Uciekłam z domu. Zgarnęli mnie za jakieś przestępstwo, którego nie popełniłam. W drodze na plac, gdzie mieli wykonać na mnie karę chłosty, zostałam porwana przez przemytników. Ci z kolei sprzedali mnie komuś w porcie. Ten, będąc gejem, wymienił mnie za niewolnika dla siebie. Stamtąd wykupił mnie Vinctus i oto jestem!- zamaszystym gestem rozłożyła teatralnie ramiona, prawie trącając koleżankę w pierś. Ta zachichotała, doceniając artystyczny wydźwięk.
Rozmawiały w ten sposób następne kilka godzin, przeskakując łatwo z tematu na temat. Odkryły, że całkiem nieźle się dogadują.
Dotarli do posiadłości Gonde’ów tuż przed zmrokiem. Jazda konna wystarczająco go odstresowała, by teraz mógł bez przeszkód załomotać do bram właścicielki. Marcus był dobre pół kilometra za nim, więc do drzwi podszedł samotnie. Nie zawahał się, mimo niezbyt odpowiedniej pory. W całej okolicy zabrzmiało jego doniosłe pukanie. Jeśli Teresa była w domu - musiała usłyszeć. Dał jej najwyżej pięć minut na otwarcie, gdyż domostwo nie było szczególnie wielkie. Zaświeciło się okienko przy wejściu, obwieszczając czyjeś przybycie. Ukazała się przed nim młodziutka dziewczyna, o surowej twarzy, ściągniętej powagą.
- Pani Gonde nie ma.- obwieściła.- Czy coś przekazać?
- Poszukasz mi, dziecko, dokumentów pana Gonde, które powinny być na strychu?- dopytał od razu, kątem oka spostrzegając, że Marcus w końcu do niego dołączył.
- Nie jestem osobą decyzyjną. Nie wolno mi robić takich rzeczy bez zgody pani Gonde.- odparła zwięźle, już-już zamykając mu przed nosem. Wsunął stopę w szparę między drzwiami, a futryną. Była zmuszona ponownie otworzyć.
- Posłuchaj, lala. Mamy coś ważnego do załatwienia. Twoja pani raczej nie byłaby zadowolona, słysząc twoją odmowę w tak ważnej sprawie.- warknął agresywniej, przymuszając się do miłego wyrazu twarzy. Uśmiechnęła się sztucznie, czekając aż zabierze nogę. Zrobił to, więc trzasnęła, tym razem skutecznie. Zabrzmiał trzask zamka.- Czyli nie po dobroci.- skomentował, odwracając się. Krótkowłosy parsknął głucho, już współczując biednej właścicielce.
Zaczekali dwie godziny pod pobliskim drzewem, zanim zrobiło się zupełnie ciemno. Obgadali w tym czasie plan działania. Kiedy wszystkie światła w okolicy pogasły, zebrali się do dzieła. Wspięli się po zabudowaniach i roztrzaskali okno umieszczone na poddaszu. Marcus pierwszy wskoczył do środka.
- Uważaj, straszny tu syf.- ostrzegł go, zanim pozwolił podążyć za sobą. Znaleźli się w absolutnej ciemnicy.
- Widzisz tu cokolwiek?- zbulwersował się Vinctus, samemu nie dostrzegając nawet konturów.
- Cienias. Chodź.- zarechotał, wspomagając go ściśnięciem ręki na jego ramieniu. Poprowadził go do korytarza, a następnie do schodów. W tym momencie zapaliło się światło, ujawniając postać wściekłej, czterdziestoletniej kobiety.
- Jak śmialiście włamywać się tutaj?- fuknęła, przybliżając się o trzy kroki. Nagle stanęła, wyglądając na zszokowaną.- Marcus?
- Cholera.- zaklął, wkładając w to mało przekonania.- Witaj, Tereso.
- Od kiedy współpracujesz z tym bękartem diabła?- jęknęła przeciągle, przecierając zmęczone policzki. Uśmiechnęli się obaj na to określenie.
- Odkąd pamiętam.- ukłonił się, tylko ją drażniąc.
- Będą ze cztery lata.- wyjaśnił jej grzecznie Vins. Złapała się za głowę, choć była odrobinę uspokojona.
- Spałem z nią pięć lat temu.- uzmysłowił mu szeptem Marcus, zasłaniając dłonią połowę twarzy, by nie czytała z ruchu warg. Długowłosy zacisnął usta w rozbawieniu, decydując się na brak komentarza.
- Czego tu szukacie?- opanowała się, poprawiając podomkę.
- Dobrze wiesz.
- Spaliłam je.- mruknęła pochmurnie. Autentycznie nabrał ochoty, by ją zabić. Zbliżył się nawet, wyciągając dłonie z rozstawionymi szeroko palcami.
- Blefuje.- powiadomił go Marcus, podążając na górę. Natychmiast ruszył za nim. Mimo protestów kobiety, zamknęli się na strychu i przekopali cały burdel, jaki tam chowała. Udało im się znaleźć połowę odpowiednich tekstów.- Czyli to była półprawda. Reszty tu nie ma.
- Zajebiście. Będą kłopoty.
Trzeci dzień go nie było. Leżała bezładnie na łóżku, podziwiając sufit. Brakowało jej męskiego, mocnego głosu. Nie mogła spać. Mijała trzecia w nocy, a ona zachodziła w głowę, gdzie on się podziewał. Potrzebowała dotyku jego silnych rąk i czarnych strąków łaskoczących jej ramion. Przyznała sama przed sobą, że tęskniła. Był jedynym męskim osobnikiem w bliskim otoczeniu. Maluma nie liczyła - zachowywał się tak, jak kobiety wokół niej. Postukała palcem w prześcieradło. Gdyby mogła poczuć chociaż zapach, może udałoby jej się odpocząć. Zrezygnowała z ubierania się. Wymknęła się z pokoju, przebiegając na palcach po schodach. Rozejrzała się uważnie, czy w korytarzu na dole nikogo nie ma. Nie zarejestrowała ruchu, więc przesunęła się bezgłośnie do drzwi jego czterech ścian. Zamknęła za sobą i zapaliła lampy, by zorientować się, jak trafić na materac. Przy okazji upewniła się, że jest tu sama. Zapamiętując krótką drogę, zgasiła światło. Opadła na poduszki, wciągając upragnioną woń. Roześmiała się, uprzytamniając sobie niedorzeczność tej chwili. Nie zdążyła się zorientować, kiedy zasnęła.
- Co jest kurwa?- warknął nisko jakiś mężczyzna. Skupiła się, próbując unieść zmęczone powieki. Przetarła je mocno, opierając się na łokciu, dla lepszej widoczności.
- Vinctus...- zająknęła się, nagle całkiem przytomna. Była w jego komnatach. Nie powinna tu być.
- Co do cholery robisz w moim łóżku?- ucisnął nasadę nosa, mimowolnie pożerając wzrokiem to, co wystawało poza kołdrę. Instynkt zareagował prosto. Wstała, pokazując całą resztę. Wciągnął ostro powietrze.- Cios poniżej pasa.
- Wybacz. Ja... może sobie pójdę.- wymamrotała, zasłaniając przedramieniem piersi. Nie ruszyła się z miejsca, nie mając dość odwagi. Wygiął drwiąco brew.
- Rozumiem ten strach. Jesteś świadoma, że nie wolno ci tu wchodzić.- skinął, rozpinając guziki koszuli.- Uspokój się i wyjaśnij mi, co cię sprowadziło? Byle szybko, jestem padnięty.
- Ja...- zaczęła znowu, szukając inspiracji w wystroju pomieszczenia. Przybliżył się, zasłaniając półnagim torsem jej pole widzenia.
- Tak, ty. To wiemy oboje. Dalej.- pospieszył, gładząc jej miękkie kosmyki. Spojrzała mu w oczy, zatapiając się w ich głębi. Walczyła z własną samokontrolą, byle tylko go nie pocałować. Odchrząknął sugestywnie.
- Nie mogłam spać.- rzuciła w końcu.- Brakowało mi twojej obecności.- dodała, czując wypływający rumieniec. Musnął opuszkami palców jej policzek. Pochylił się i cmoknął czubek jej włosów.
- Jesteś urocza.- parsknął. Oddalił się, by zmienić ubranie. Pokręciła stopą w dywanie, zamierzając zadać niepoprawne pytanie. Związał włosy w luźną kitę, ponownie podchodząc.- O co chodzi?
- Mogłabym... zostać z tobą?- spuściła wzrok, spodziewając się stanowczej odmowy.
- Mogłabyś, ale spróbuj tylko się rozpychać, a urwę ci łeb.
- Trudny wybór, prawda?- zadrwił kobiecy głos, uświadamiając jej czyjąś obecność. Odwróciła się, by spojrzeć prosto w błękitne oczy Rache.
- Mam kłopoty?- zapytała instynktownie, wzdychając cierpiętniczo. Blondynka parsknęła, kręcąc głową nad jej głupotą.
- Nie masz, ale nie wypróbowuj mojej cierpliwości. Czego zamierzałaś szukać w jego komnatach?- podparła ręce pod boki, przyjmując pozę wyrachowanego oprawcy.- Tylko nie kręć.
- Chciałam... chciałam się przekonać czego tak pilnie strzeże.- rzuciła półprawdą, przytakując samej sobie. Niemka dłuższą chwilę walczyła ze sobą, zanim pokonała ją sympatia do May.
- Możesz tam posprzątać. Dam ci dwie godziny, po upływie których więcej nie będziesz próbować się wkraść. Zgoda?- wyciągnęła szczupłą dłoń, przyglądając się rudowłosej spod przymrużonych powiek.
- Dziękuję.- mruknęła z uśmiechem, pieczętując uściskiem umowę. Szybko pobiegła na górę, odebrać miotłę ze składzika. Powróciła równie gładko, bez obaw otwierając tajemnicze wrota. Przesunęła wzrokiem po - całkiem zwyczajnym właściwie - wnętrzu. Brązowe ściany, kilka półek z książkami, nieduży dywan, łóżko z twardym materacem, stolik, fotel i szafa. Jedna z lamp była zepsuta, więc nocą wszystko przykrywał ponury półmrok. Ucieszyła się, że przyszła tu w dzień, gdy okno rzucało wystarczającą ilość światła. Omiotła pospiesznie podłogę, pamiętając, iż kiedy stąd wyjdzie musi być choć odrobinę czyściej, dla zachowania pozorów. Przy parapecie znalazła szmatkę. Sprawnie przetarła nią kurze i pajęczyny. Pościeliła jeszcze leże, otrzepując przy okazji poduszki.
- Tyle wystarczy.- zapewniła samą siebie, zadowolona z efektów. Zamierzała, jeśli wystarczy jej na to czasu, dodatkowo umyć okienko. Na razie podążyła jednak do szafy, spodziewając się ukrytych w niej treści. Odpuściła wertowanie jego ubrań, klękając ku wypełnionej przedmiotami dolnej części. Kilka luźnych stron, zapisanych pochyłym pismem, tak charakterystycznym dla niego. Niektóre były wierszami, inne luźnymi spostrzeżeniami, jakby wyrwanymi z dziennika. „Dziwna sprawa, nigdy nie czułem niczego w tym stylu. Coś ciągnie mnie do niej i nie jestem pewien, czy to ja sam o tym decyduje, czy obca siła. Mała ma w sobie coś nietypowego, czego nie miała żadna poprzednia, jednak nie powiedziałbym niczego wyjątkowego o jej umyśle. Brakuje mi jakiegoś elementu, ale jakiego? Ile mam czasu, żeby się w tym połapać, zanim zupełnie się dla niej zatracę?“. Zmarszczyła brwi. Jak ma cokolwiek zrozumieć z tej paplaniny? On sam widocznie tego nie potrafił. Z frustracją przełożyła kartki na bok, oglądając inne rzeczy. Pęk pędzli, pudełko pełne farb, pojedyncza strzała, pleciona bransoletka, wysuszona róża, puste pergaminy, kompas, złożona luneta, metalowy pręt, para gwoździ i połamany grzebień. Nic z tego jej nie interesowało. Zamknęła szafę, zbliżając się do półek. Wyciągnęła najbardziej zniszczoną z książek. Okładka była popalona, a strony mocno już pożółkłe. Wyglądała na diariusz, ale nie ten, którego fragment czytała. Tekst był z pierwszej ręki, dyktowany przez mężczyznę. Dukt nie zgadzał się z należącym do Vinctusa, lecz rozpoznawała podobieństwa. Musiał należeć do kogoś z rodziny. Skupiła się, szukając w myślach czy znała litery Maluma. Prędko przekonała się, że nie, co w niczym jej nie pomogło. Wykreśliła go mimo wszystko. Dlaczego jego dziennik miałby być tutaj? Rozważyła zabranie go do siebie, rezygnując bystro. Na pewno oberwałaby za to, gdy czarnowłosy by wrócił. Nie miała także czasu, aby poczytać, więc odłożyła go starannie na miejsce. Fuknęła zniecierpliwiona - to wszystko było bezcelowe.
Zsiadł z Nigruma, nie chcąc wykończyć go bezustanną jazdą. Marcus zeskoczył w kłusie z Veloxa, popisując się zwinnością. Zareagował prychnięciem, wzruszeniem ramionami, wywróceniem wzrokiem i skręceniem głowy w przeciwną stronę.
- Cóż za pokaz.- zadrwił mu w odpowiedzi, przywiązując swojego perłowego rumaka, tuż obok jego karego.
- Przypomnij mi, dlaczego jeszcze znoszę twoje towarzystwo?- warknął, otwierając przed sobą drzwi oberży. Gospodarz natychmiast rzucił się w ich stronę, wyczuwając zysk.
- Ponieważ instynktownie wyczuwasz swoje skretynienie oraz moją wyższość.- oznajmił wyniośle jego towarzysz, ciszej dodając:- Również dlatego, że jestem najlepszy w swoim fachu.
- Kto tu jest idiotą?- wzniósł oczy do nieba, jakby prosił o cierpliwość. Otyły facet, owinięty splamionym fartuchem, podszedł do nich, kłaniając się nieco średniowiecznie.
- Czego panowie sobie zażyczą?- wyseplenił przejętym głosem. Porozumieli się spojrzeniem, uznając, że konkurs głupoty wygrał właśnie on. Usiedli w najgłębszym kącie sali, zmuszając typa, by za nimi podążył.
- Dwa kufle piwa. Przed wejściem są nasze konie. Napój je i daj siana.- poinstruował Marcus, wydając się o wiele bardziej władczym, niż w pierwszej chwili. Sprzedawca powtórzył dokładnie, co ma zrobić, zanim odszedł w pośpiechu.- A teraz do rzeczy.- zwrócił się do długowłosego, odrzucając dominujący ton.- Jak to ma wyglądać? Przyjedziemy tam i co?
- Pogadam z tą całą Teresą, wyciągnę coś o jej mężu. Jeśli będzie skora do pomocy to może znajdzie nam dokumenty, które Gonde przysięgał, że ma gdzieś na strychu.- wyjaśnił pokrótce. Nie lubił papierkowej roboty, ale byli w plecy ze zleceniem, więc musiał się tym zająć.
- Co gdyby nie była chętna na współpracę?- zagadnął. Wrócił właściciel, stawiając przed nimi zamówienie. Prędko się oddalił, widząc, iż przeszkodził w rozmowie.
- Sam dobrze wiesz. Trzeba będzie przeszukać budynek, tak czy siak. Włamiemy się.- uniósł kufel jak do toastu, po czym pociągnął zdrowy łyk.- Uch. Jeden dzień, a ja już tęsknię do moich win.- skrzywił się, zniesmaczony.
- Gdybym był tobą, tęskniłbym raczej do tej rzeszy kobiet.- uśmiechnął się półgębkiem Marcus, jeszcze bardziej znacząco wyginając - i tak już zdeformowany - łuk brwiowy.
- Wątpię, by którejś brakowało mojego towarzystwa.- parsknął, zdziwiony, iż jeszcze nie znudziły mu się drwiny w tym temacie.
- A droga Rache?- przypomniał, kontynuując. Przywołał wesołe iskry do oczu, co zdecydowanie dawało Vinsowi podstawy do nowych sądów o przyjacielu.
- Droga Rache rzadko ostatnio ma czas na rozmowy ze mną. Dużo pracuje.
- Więc Sofi? Komu będzie gotować, skoro ciebie zabrakło?- zacmokał brązowooki, popijając swój trunek.
- Chociażby Malumowi, który zobowiązał się często tam przebywać.
- Czymże ta obietnica była spowodowana?
- Dobrze wiesz czym.- posłał mu wymowne spojrzenie, irytując się bliskością uciążliwej kwestii. Ulubionym przedmiotem konwersacji Marcusa była ostatnio Melodie, czego on osobiście, nie mógł pojąć. Uparli się wszyscy, by męczyć go tą dziewczyną, podczas gdy on najchętniej odsunąłby wszelkie myśli o niej. Zerknął dookoła, rejestrując dość obskurne wnętrze. Brudną podłogę właśnie próbowała uprzątnąć jakaś kobieta. Zapewne żona gospodarza. Przysadzista, niziutka, z zatroskaną miną. Przypominała partnerki wikingów. Podśpiewywała coś pod nosem, lekko marszcząc przy tym czoło.
- Może ty za którąś cnisz?- nagabnął niewinnie, ściągając na siebie jego uwagę.
- Nic ci do tego. Zamknij się. Trzeba było zostać z Malumem, jeśli chciałeś rozprawiać o takich bzdurach.- potarł nerwowo skroń, zabijając kompana spojrzeniem. Zapowiadała się długa podróż.
Rozłożyła się na łóżku, gładząc materiał kołdry. Poddała się. Niczego w tym pokoju nie ma. Przejrzała półki, szafę, stolik, a nawet podłogę pod dywanem. Nic, ponad drobne notatki i dziennik niewiadomego pochodzenia. To nie wystarczało. Wciągnęła głęboko powietrze, rozpoznając zapach Vinsa. Czy on by jej pomógł? Postanowiła spróbować, kiedy powróci. Zwizualizowała sobie jego osobę, sprawdzając jak dobrze zapamiętała poszczególne elementy. Mocne brwi, obsydianowe oczy, skrzywiony nos, sznyta na ustach, zeszpecenie przy dalszych granicach zadbanego zarostu, rozległe oparzenie po lewej stronie szyi. Poskładała to w całość, łącząc najistotniejszym elementem - długimi przed łokieć, poskręcanymi, czarnymi włosami. Wolała nie przypominać sobie reszty jego ciała. Wystarczało tyle.
- Melodie, twój czas minął.- uprzytomniła jej Rache, wsuwając głowę przez uchylone drzwi. Roześmiała się, spostrzegając gdzie rudowłosa się znajduje.- Rozumiem, że trochę ci brakuje towarzysza?
- Nie, to wcale nie to.- burknęła zarumieniona, uciekając z twardego materaca. Przepchnęła się obok starszej dziewczyny, nie zaszczycając jej swym wzrokiem ani na sekundę. Zwiała czym prędzej do siebie, po drodze oddając miotłę. Nie cieszyła się długo spokojem. Ktoś leciutko zapukał.- Proszę.
- Można?- blondynka gładko wślizgnęła się do środka. May podziwiała jej urodę. Miała mocne rysy, lecz delikatne usposobienie. Śliczne, złote kosmyki splatała z boku w malutkie warkocze, by resztę puścić wolno po plecach. Drobne, jasne piegi pokrywały jej ramiona, przechodząc po barkach do bladej twarzyczki. Błękitne ślepia zawsze pałały sympatią oraz ciepłem, jakiego nie widziała dotąd u nikogo innego. Mimowolnie skinęła przyzwalająco, wpatrując się uważnie w tę przyjazną postać.- Zdawało mi się, że nie masz z kim gawędzić. Mam rację?
- Trochę.- przyznała szczerze, podciągając kolana do siebie. Rache skorzystała z tego, wdrapując się na miejsce obok niej.
- Wyobraź sobie, iż ja także. Skończyłam wczorajszą pracę na tyle sukcesywnie, że dziś nie mam nic do roboty. Mogę z tobą posiedzieć?- zapytała, rozbrajając ją swoim uśmiechem.
- Jasne, będzie mi miło.
- Cudnie. Zacznijmy od dowiedzenia się, jaka jest twoja historia. Moją już znasz.- przypomniała, świecąc podekscytowaniem.
- Uciekłam z domu. Zgarnęli mnie za jakieś przestępstwo, którego nie popełniłam. W drodze na plac, gdzie mieli wykonać na mnie karę chłosty, zostałam porwana przez przemytników. Ci z kolei sprzedali mnie komuś w porcie. Ten, będąc gejem, wymienił mnie za niewolnika dla siebie. Stamtąd wykupił mnie Vinctus i oto jestem!- zamaszystym gestem rozłożyła teatralnie ramiona, prawie trącając koleżankę w pierś. Ta zachichotała, doceniając artystyczny wydźwięk.
Rozmawiały w ten sposób następne kilka godzin, przeskakując łatwo z tematu na temat. Odkryły, że całkiem nieźle się dogadują.
Dotarli do posiadłości Gonde’ów tuż przed zmrokiem. Jazda konna wystarczająco go odstresowała, by teraz mógł bez przeszkód załomotać do bram właścicielki. Marcus był dobre pół kilometra za nim, więc do drzwi podszedł samotnie. Nie zawahał się, mimo niezbyt odpowiedniej pory. W całej okolicy zabrzmiało jego doniosłe pukanie. Jeśli Teresa była w domu - musiała usłyszeć. Dał jej najwyżej pięć minut na otwarcie, gdyż domostwo nie było szczególnie wielkie. Zaświeciło się okienko przy wejściu, obwieszczając czyjeś przybycie. Ukazała się przed nim młodziutka dziewczyna, o surowej twarzy, ściągniętej powagą.
- Pani Gonde nie ma.- obwieściła.- Czy coś przekazać?
- Poszukasz mi, dziecko, dokumentów pana Gonde, które powinny być na strychu?- dopytał od razu, kątem oka spostrzegając, że Marcus w końcu do niego dołączył.
- Nie jestem osobą decyzyjną. Nie wolno mi robić takich rzeczy bez zgody pani Gonde.- odparła zwięźle, już-już zamykając mu przed nosem. Wsunął stopę w szparę między drzwiami, a futryną. Była zmuszona ponownie otworzyć.
- Posłuchaj, lala. Mamy coś ważnego do załatwienia. Twoja pani raczej nie byłaby zadowolona, słysząc twoją odmowę w tak ważnej sprawie.- warknął agresywniej, przymuszając się do miłego wyrazu twarzy. Uśmiechnęła się sztucznie, czekając aż zabierze nogę. Zrobił to, więc trzasnęła, tym razem skutecznie. Zabrzmiał trzask zamka.- Czyli nie po dobroci.- skomentował, odwracając się. Krótkowłosy parsknął głucho, już współczując biednej właścicielce.
Zaczekali dwie godziny pod pobliskim drzewem, zanim zrobiło się zupełnie ciemno. Obgadali w tym czasie plan działania. Kiedy wszystkie światła w okolicy pogasły, zebrali się do dzieła. Wspięli się po zabudowaniach i roztrzaskali okno umieszczone na poddaszu. Marcus pierwszy wskoczył do środka.
- Uważaj, straszny tu syf.- ostrzegł go, zanim pozwolił podążyć za sobą. Znaleźli się w absolutnej ciemnicy.
- Widzisz tu cokolwiek?- zbulwersował się Vinctus, samemu nie dostrzegając nawet konturów.
- Cienias. Chodź.- zarechotał, wspomagając go ściśnięciem ręki na jego ramieniu. Poprowadził go do korytarza, a następnie do schodów. W tym momencie zapaliło się światło, ujawniając postać wściekłej, czterdziestoletniej kobiety.
- Jak śmialiście włamywać się tutaj?- fuknęła, przybliżając się o trzy kroki. Nagle stanęła, wyglądając na zszokowaną.- Marcus?
- Cholera.- zaklął, wkładając w to mało przekonania.- Witaj, Tereso.
- Od kiedy współpracujesz z tym bękartem diabła?- jęknęła przeciągle, przecierając zmęczone policzki. Uśmiechnęli się obaj na to określenie.
- Odkąd pamiętam.- ukłonił się, tylko ją drażniąc.
- Będą ze cztery lata.- wyjaśnił jej grzecznie Vins. Złapała się za głowę, choć była odrobinę uspokojona.
- Spałem z nią pięć lat temu.- uzmysłowił mu szeptem Marcus, zasłaniając dłonią połowę twarzy, by nie czytała z ruchu warg. Długowłosy zacisnął usta w rozbawieniu, decydując się na brak komentarza.
- Czego tu szukacie?- opanowała się, poprawiając podomkę.
- Dobrze wiesz.
- Spaliłam je.- mruknęła pochmurnie. Autentycznie nabrał ochoty, by ją zabić. Zbliżył się nawet, wyciągając dłonie z rozstawionymi szeroko palcami.
- Blefuje.- powiadomił go Marcus, podążając na górę. Natychmiast ruszył za nim. Mimo protestów kobiety, zamknęli się na strychu i przekopali cały burdel, jaki tam chowała. Udało im się znaleźć połowę odpowiednich tekstów.- Czyli to była półprawda. Reszty tu nie ma.
- Zajebiście. Będą kłopoty.
Trzeci dzień go nie było. Leżała bezładnie na łóżku, podziwiając sufit. Brakowało jej męskiego, mocnego głosu. Nie mogła spać. Mijała trzecia w nocy, a ona zachodziła w głowę, gdzie on się podziewał. Potrzebowała dotyku jego silnych rąk i czarnych strąków łaskoczących jej ramion. Przyznała sama przed sobą, że tęskniła. Był jedynym męskim osobnikiem w bliskim otoczeniu. Maluma nie liczyła - zachowywał się tak, jak kobiety wokół niej. Postukała palcem w prześcieradło. Gdyby mogła poczuć chociaż zapach, może udałoby jej się odpocząć. Zrezygnowała z ubierania się. Wymknęła się z pokoju, przebiegając na palcach po schodach. Rozejrzała się uważnie, czy w korytarzu na dole nikogo nie ma. Nie zarejestrowała ruchu, więc przesunęła się bezgłośnie do drzwi jego czterech ścian. Zamknęła za sobą i zapaliła lampy, by zorientować się, jak trafić na materac. Przy okazji upewniła się, że jest tu sama. Zapamiętując krótką drogę, zgasiła światło. Opadła na poduszki, wciągając upragnioną woń. Roześmiała się, uprzytamniając sobie niedorzeczność tej chwili. Nie zdążyła się zorientować, kiedy zasnęła.
- Co jest kurwa?- warknął nisko jakiś mężczyzna. Skupiła się, próbując unieść zmęczone powieki. Przetarła je mocno, opierając się na łokciu, dla lepszej widoczności.
- Vinctus...- zająknęła się, nagle całkiem przytomna. Była w jego komnatach. Nie powinna tu być.
- Co do cholery robisz w moim łóżku?- ucisnął nasadę nosa, mimowolnie pożerając wzrokiem to, co wystawało poza kołdrę. Instynkt zareagował prosto. Wstała, pokazując całą resztę. Wciągnął ostro powietrze.- Cios poniżej pasa.
- Wybacz. Ja... może sobie pójdę.- wymamrotała, zasłaniając przedramieniem piersi. Nie ruszyła się z miejsca, nie mając dość odwagi. Wygiął drwiąco brew.
- Rozumiem ten strach. Jesteś świadoma, że nie wolno ci tu wchodzić.- skinął, rozpinając guziki koszuli.- Uspokój się i wyjaśnij mi, co cię sprowadziło? Byle szybko, jestem padnięty.
- Ja...- zaczęła znowu, szukając inspiracji w wystroju pomieszczenia. Przybliżył się, zasłaniając półnagim torsem jej pole widzenia.
- Tak, ty. To wiemy oboje. Dalej.- pospieszył, gładząc jej miękkie kosmyki. Spojrzała mu w oczy, zatapiając się w ich głębi. Walczyła z własną samokontrolą, byle tylko go nie pocałować. Odchrząknął sugestywnie.
- Nie mogłam spać.- rzuciła w końcu.- Brakowało mi twojej obecności.- dodała, czując wypływający rumieniec. Musnął opuszkami palców jej policzek. Pochylił się i cmoknął czubek jej włosów.
- Jesteś urocza.- parsknął. Oddalił się, by zmienić ubranie. Pokręciła stopą w dywanie, zamierzając zadać niepoprawne pytanie. Związał włosy w luźną kitę, ponownie podchodząc.- O co chodzi?
- Mogłabym... zostać z tobą?- spuściła wzrok, spodziewając się stanowczej odmowy.
- Mogłabyś, ale spróbuj tylko się rozpychać, a urwę ci łeb.
Subskrybuj:
Posty (Atom)