Nazajutrz obudziło ją gorejące słońce, wdzierające się poprzez malutkie, zakratowane okienko. Pech chciał, że świeciło jej prosto w twarz. Przetarła leniwie policzek, ścierając resztki powstałego w nocy kurzu i potu. Podniosła się, zupełnie zapominając o bolącej ranie, którą wczoraj wysmażył jej nowy pan. Syknęła, kurcząc wszelkie mięśnie, jakby miało to dać ulgę. Nie była delikatną dziewczynką. Nie po tym, co działo się u niej w domu. Jednak sygnet, który wytopił na jej torsie różę, mógł jak podejrzewała spowodować jakieś ropne zacieki. Wątpiła w zakażenie. Tego typu choroby się jej nie imały. Odetchnęła parę razy i - skupiając się na wykonaniu jak najmniejszej ilości ruchów rozciągających - wciągnęła wczorajsze ubranie, niepewna jednak czy nie powinna ustroić się w pracowniczy fartuch. Ogarnęła się przed lustrem, zaplatając swoje długie, kasztanowe włosy w ciasny warkocz. Były jej dumą, zapuszczaną przez ostatnich pięć lat. Ostrożnie gładziła je, oddzielając każdy fragment tuż przy sobie. Nie potrzebowała niczego do związania, bo przy tak gęstej czuprynie potrafiły godzinami utrzymać się same. Parę razy przejechała dwoma zgrabnymi palcami po powiekach, aby pozbyć się śpiących ziarenek z kącików. Męczyły ją odkąd tylko sięgała pamięć. Mama - przed wielką zmianą - opowiadała jej, że w nocy odwiedza nas taki piaskowy ludek, który sypie ze swojego worka głębokim snem. Dzięki niemu czujemy zmęczenie i jesteśmy w stanie zasnąć w nawet niezbyt komfortowych miejscach. Jedynym co po nim pozostaje jest właśnie ten piasek w oczach.
- Melanie.- dobiegło ją nagle zza drzwi.
- Melodie.- instynktownie poprawiła, nie bacząc na właściciela głosu.
- Tak idiotyczne, że zapomniałem.- parsknął jej pan, uchylając wejście.- May, słodka moja, chodź i zaparz mi herbatę.
- Przecież sam pan umie.- odparła z całkowitym przekonaniem, że jest to niezbity argument za którym powinien dać jej spokój. Przeliczyła się, zapominając jak zwykle, że to już nie jej prywatny dom, gdzie za pyskówki płaciło się inaczej.
- Owszem, ale od czegoś jednak tu jesteś. Skoro nie umiesz sprzątać to przydaj się na coś i zrób mi herbaty. Czy to zbyt wielka łaska jak na twoje dziecięce rączki?- zadrwił, patrząc na nią sceptycznie. Założyłaby się, że myślał teraz o czymś w rodzaju „na cholerę ją tu wziąłem, przecież nie pasuje ani trochę do wymaganych kwalifikacji“. Też się nad tym zastanawiała. Tak samo jak nad tym, kiedy w końcu zmusi ją do czegoś z charakterem seksualnym. Nie żeby na to czekała. Wręcz przeciwnie - chciała się od tego jak najdłużej utrzymać z daleka.
- Przepraszam, proszę pana. Z przyjemnością zaparzę tę herbatę.- skłoniła się, lekko zaczerwieniona. Spowodował to w większej części strach związany z posługą mu.
- Aż z przyjemnością to nie musisz. Nie liczę na sympatię z niczyjej strony.- warknął, jakby zezłościła go jej nagła pokora.- Wiesz chociaż gdzie znajduje się kuchnia?
- Nie, proszę pana. Czy byłby pan tak miły i wskazał mi kierunek?- przechyliła głowę, mrugając niewinnie. Chyba właśnie znalazła sposób denerwowania go, który był atrakcyjny dla niej pod wieloma względami. Pozornie była to zwykła uprzejmość, ale w środku faszerowała słowa jadem, by wypluć je najposłuszniej jak umiała. Wyglądał na takiego, który lubi mieć kontrolę, jednak najwyraźniej podobał mu się w tym sprzeciw drugiej strony. Ona mu tego nie da, więc szybko mu się znudzi. Taki właśnie był jej plan. Wymyśliła go teraz, na poczekaniu, kiedy ogniki w jego oczach paliły jej marnie chronioną duszę swoim gniewem. „Obsydian“ - powtarzała to słowo uparcie, jak mantrę. Hipnotyzujące spojrzenie odnajdywało sobie lokum w jej trzewiach, przekręcając wszystko z impetem. Czytał w ten sposób jej myśli, co nie było najlepszym pomysłem. Obszedł ją zimny dreszcz, okręcając na ramionach gęsią skórkę, niczym najmodniejszy szal. Oderwała wzrok od głębi jego koloru, przenosząc go na inne partie ciała mężczyzny. Kropelki potu, niewidoczne prawie, pięły się w górę, miast normalnie opadać w dół. Choć może to tylko wrażenie. Czarne, lśniące włosy opierały się o barki, kręcąc się w niektórych pasmach. Idąc dalej dostrzegła niedowiązaną do końca koszulę, która opinała odpowiednie fragmenty ciała, nie blokując zdolności ruchu. Na biodrach była nieco węższa. Spod najwyższych splotów wystawał kawał piersi, przyozdobionej męskim, ciemnym, choć nieco rzadkim zarostem. Coś jakby połowa włosów wypadła i nie odrosła z nieznanego jej powodu. Może ktoś je wyrwał? Uśmiechnęła się zażenowana na tą myśl. Spoczęła na dłoniach. Zainteresowały ją. Były duże, pewnie szorstkie, może ciepłe. Długie, eleganckie palce kończyły przybrudzone paznokcie, przycięte co do milimetra. Czyżby perfekcjonista? Spodnie miał dopasowane kolorystycznie, a cały strój komponował się ze stylem wnętrza posiadłości. Tylko ta blizna nie dawała jej spokoju. Skąd się wzięła? Nie zgrywała się ani trochę z jego wizerunkiem. Potęgowała poczucie, że jest naprawdę okropną osobą - razem z tymi szerokimi brwiami tworzyła zgrany duet.
- Chodź ze mną to ci pokażę.- powiedział, ściągając ją do realności. Mała zmarszczka pojawiła się ponad jego garbatym nosem. Chciał rządzić, ale słyszeć choć lekki opór przy tym. To go nakręcało. Rozgryzła to wyjątkowo szybko. Natychmiast pomyślała, że z resztą w takim razie nie będzie większego problemu. Pomyliła się już na wejściu, jak się potem miało okazać. Ten facet miał pozostać nieokiełznaną zagadką. Poszła z nim piętro niżej. Minęli salon, jadalnię i coś w rodzaju małej spiżarki. Na końcu stała kuchnia. Drewniana podłoga, kamień na ścianie - coś jak improwizowana chatka wiedźmy. Szafki i blaty były przyjemne, ciemnobrązowe. Pokazał jej witki służące do palenia oraz gdzie otwiera się piecyk. Wyjął herbatę, dzbanek i wyszedł, zostawiając ją nieogarniętą. Zebrała się w sobie, wywołała płomienie, postawiła naczynie z wodą na kuchence. Poprawiła bluzkę, pozwalając napłynąć samozadowoleniu. Do tej pory szło dobrze. Oddzieliła piąstkę ziół i wsypała je do ozdobnego czajnika, który wcześniej usadziła na tacce. Dołożyła do tego grawerowaną wzorami celtyckimi filiżankę. Zalała wszystko, gdy tylko zawrzała woda. Ot, cała filozofia. Wyszukała kostki cukru oraz miarkę mleka, po czym dołączyła je do zastawy. Całe dzieciństwo uczyli ją kultury przy podawaniu napoi. Każde niepowodzenie karane było uderzeniem niezbyt delikatnym z obu stron macierzyńskich. Teraz przy wspomnieniu tego, trzęsły jej się ręce. Nie mogła w ten sposób nic zanieść - upadłaby lub rozlała na dywan. Oparła plecy o zimną ścianę. Spokój musiał ją wypełnić, a potrzebował na to dwóch minut. Oddychała spazmatycznie, licząc na nagłe ukojenie. W końcu udało jej się opanować. Zebrała się w sobie, kurczowo zacisnęła palce na przyciężkiej tacy i pewnym krokiem pomaszerowała elegancko do salonu. Założyła, że tam właśnie będzie siedział. Nie pomyliła się. Czytał jakieś grube tomiszcze i nawet nie raczył zauważyć jej przyjścia. Wsunęła zamówioną herbatę na stolik przed nim, na którym częściowo opierał nogi. Dopiero wtedy zarejestrował jej obecność.
- Proszę.- powiedziała grzecznie, przerywając milczącą ciszę. Kiwnął głową w ramach podziękowania. Wzrokiem zasugerował, by usiadła na jego kolanach. Przełknęła nerwowo ślinę, ale zrobiła to. Pozwolił jej oprzeć się łopatkami o lewą część fotela - tak było wygodniej. Oplótł ręką jej plecy, z przodu utrzymując lekturę. Nie zamierzał sobie przeszkadzać. Z tak bliskiej odległości, wyraźnie czuła zapach jego skóry. Pachniał piżmem, winem i potem. Wyjątkowo męskie połączenie. Jego pot był specyficzny. Niby nieprzyjemny, aczkolwiek wywoływał dziwne wrażenia w okolicach klatki piersiowej oraz przybrzusza. Były to wrażenia przyjemne, pulsujące z lekka i jakby kołujące. Nie czuła wcześniej czegoś takiego, ale może to być kwestia tego, że nigdy nie miała bliższego kontaktu z mężczyzną. Zaciągnęła się nowością, niepotrzebnie wzbudzając w sobie chęć konwersacji. Poruszył się, sięgając gdzieś w tył. Podskoczyła dziecinnie, gdy przyłożył jej coś zimnego do szyi. Powstrzymała odruch ucieczki. Kilka chwil później wsunął w jej dłoń małe lusterko.- Co to?- spytała, oglądając w nim naszyjnik, którym ją przyozdobił.
- Prezent.- prychnął, powracając do poprzedniego zajęcia. Uważnie wymacała założoną biżuterię. Definitywnie był to wykonany z brązu łańcuch, o średniej grubości pięciu milimetrów. Zainteresowało ją jednak co innego - na środku świeciło malutkie oczko, koloru zeschniętej krwi. Żaden konkretny kamień jaki znała. Nie wyglądał na drogi, więc po co w ogóle się tam znajdował? Lepiej kupić drogocenny kamień lub nie kupować wcale - tego również nauczyli ją rodzice. Zastanowiła się, czy jest sens przerywać mu relaksacje z błahego powodu.
- Przepraszam.- zdecydowała.- Dlaczego pan mi to daje?
- Bo jesteś moim zwierzątkiem, a takowe się rozpieszcza. Czyż nie?- uniósł wysoko brew, pozostając myślami w swoim świecie.
- Nie jestem zwierzątkiem.- pisnęła, wzbierając złość. Uśmiechnął się tylko przekornie, jakby chciał powiedzieć „Myśl sobie co chcesz i tak mnie to nie obchodzi“. Nic jednak nie powiedział.- Proszę pana.
- Przestań mówić ‚proszę pana’, bo czuję się potrójnie staro. Znasz moje imię, używaj go.- westchnął, przewracając kartkę. Przeszukała pamięć próbując wychwycić wczoraj zasłyszane imię.
- Vinctus z łaciny oznacza więzień. Niezbyt adekwatne.
- Wręcz przeciwnie. Jestem więźniem swoich pragnień. Jestem swoją własną celą.
- Nie możesz jednocześnie posiadać i być posiadanym.- pokręciła głową, wyrażając dezaprobatę jego tokiem rozumowania.
- To, że jest to twoja opinia - nie uczyni jej ważniejszą. Materializm nie zastępuje tego, co odbiera mi zamknięcie. Ty widzisz bogactwo, przeplecione z wygodami - ja mam tutaj swoje piekło, zatrzaśnięte przez żądze drzwi do wolności.
- Czemu się nie uwolnisz?- zadała najoczywistsze z nasuwających się pytań.
- Wyrok pełnię do śmierci.- rzucił posępnie, ukrócając rozmowę.
Następne kilka minut spędzili osobno, upewniając się w tym, że samo towarzystwo wystarcza.
- Na kolana.- odłożył książkę. Wykonała polecenie, choć niezbyt chętnie. Przeczuwała, iż tak nagły zwrot nie oznacza dla niej niczego miłego. Gdy rozpiął spodnie, uczuła swoją rację.- Nigdy tego nie robiłaś, tak wiem.- skomentował, widząc, że szykuje się do odparcia jego ataku.- Wszystkiego zdążysz się nauczyć. Akurat to będzie proste. Otwórz usta. Szeroko.- wydał komendę, w ręce ściskając swoje nagie przyrodzenie. Niemałe zjawisko i niezwykłe dla niej.- Nie mam całego dnia, a z każdą chwilą delikatność maleje.- dodał, nie widząc reakcji. Chrząknęła, jakby miało to pomóc, po czym pokornie rozsunęła wargi. Nie czekał na nic innego. Wsunął się najgłębiej jak pozwalało na to ciasne gardło. Pośpiesznie odsunęła głowę, krztusząc się zbyt daleką obecnością. Uchwycił mocno jej włosy i wepchnął z powrotem na miejsce.- Ja wyznaczam granice.- wymruczał agresywnie, patrząc w jej zaszklone oczy. Ledwo łapała oddech między jego rytmem. Wkładając i wyciągając członek spomiędzy jej ust, wydawał z siebie ciche, acz zadowolone pomruki. Ona łączyła piski z jękami, tworząc arie dziewiczo-uroczych dźwięków. Skupił się mocniej, przyspieszając tempa. Wyczuła, że zaraz dojdzie. Paniczna fala gorąca zalała jej ciało. Nie miała pojęcia co się robi w takiej chwili, ani czasu, aby o tym pomyśleć. Jednym szarpnięciem wysunął się z niej, by opleść się ciasno palcami i dokończyć samemu. Przyjemnym dla ucha warknięciem podsumował potok spermy wystrzelony na jej język. Miała dziwny, na pozór słony smak, ale z przebijającą się nutą goryczy.- Nie pluj na dywan.- powiedział tylko, zapinając spodnie. Zebrała się w sobie i przełknęła ohydą substancję, czując się jak szmata.- Pierwsze doświadczenie masz już za sobą.- zakpił, obserwując jej zgorszoną minę.
- Nienawidzę pana.- podniosła się z ziemi, sięgając mu nadal zaledwie do ramienia.
- I niech tak pozostanie.
Następną godzinę pozwolił jej przebyć w samotności, sam chowając się po komnatach. Klęczała przy dolnej partii regału, szukając jakiegoś egzemplarza lektury, który mogłaby przeczytać. Nic jej jednak nie zainteresowało. Ze zrezygnowaną miną oparła się o ścianę, wciąż podążając wzrokiem po karbach książek.
- Dość obijania się.- rzucił na wstępie, pojawiając się jakby znikąd. Zarzucił swoją długą, czarną grzywą i zasiadł przy fortepianie.- Chodź. Zagrasz mi.
- Jakoś nie mam ochoty.-warknęła, wciąż kwalifikując go do nieprzyjaciół. Godzina nie wystarczyła, by pogodzić się ze stratą godności.
- Nie obchodzi mnie na co masz ochotę. Siadaj obok mnie i graj.- ponaglił, czerpiąc przyjemność z jej podejścia. Rozłożyła się wygodniej, ignorując go.- Narobisz sobie kłopotów, dziecino.
- Nie nazywaj mnie dzieciną. Nie mów też na mnie May. Mam na imię Melodie i to jedyna forma, której wolno ci używać, jasne?- zwęziła oczy, marszcząc brwi w geście agresji. Pokręcił niedowierzająco głową, jakby żałował, że to powiedziała.
- Chyba potrzebujesz czasu na naukę posłuszeństwa, prawda?- spytał, ciepłym głosem kochającego ojca. Po chwili jego ton uległ całkowitej zmianie - był przepełniony jadem i złością.- Twoje imię podlega mnie i mogę dowolnie je zmieniać wedle upodobań. Dzieciną jesteś. Przypominam o dziewiętnastu latach różnicy między nami.
- To tyle co nic, biorąc pod uwagę pańskie braki w geantlemaństwie.- prychnęła, gdzieś w środku czując zbliżającą się obustronną burzę. Dla niej nie oznaczało to zapewne nic dobrego, ale nigdy nie umiała trzymać języka za zębami.
- To nie są braki. Jesteś zwyczajnie ślepa na dobrą stronę. Wziąłem cię do siebie, dałem pokój, ogrzałem własną kurtką, podzieliłem kolacją i podarowałem prezent. W porównaniu do reszty gnoi na których mogłaś trafić - nie jestem aż takim złym wyborem. Z łaski swojej zamknij się, rusz dupę i graj tą cholerną melodię, Melodie.- nafaszerował ostatnie słowo taką ilością kwasu, że odechciało jej się walki. W gruncie rzeczy nie kłamał całkowicie. Westchnęła, sadowiąc się przy jego boku. Biodrem stykała się z jego udem, a barkiem z ramieniem.
- Co mam grać?- wbiła wzrok w jego dłoń, którą trzymał przy kolanie. Podniósł ją i postukał w nuty.- Będzie mało płynnie.
- Nie szkodzi. Tylko mnie już nie irytuj.- potarł skronie, demonstrując kiepski nastrój. Pokręciła nadgarstkiem w ramach rozgrzewki, po czym krótko docisnęła najsłodszy dźwiękiem klawisz. Rozlał się po niej w przyjemnym dreszczu, proponując zatracenie. Spod półprzymkniętych powiek obserwowała pięciolinie pomazane atramentem w nieprofesjonalny sposób. Wniosek był oczywisty, iż sam to zapisał. Z gracją ślizgała palce z jednego końca instrumentu na drugi. Każde uderzenie było dokładnie wyważone, proporcjonalne do prawidłowości melodii. Nie znała jej, ale umiała wyczuć jej sentymentalną głębię. Mówiła jej o samotności wśród ludzi, łudziła życiem zamkniętym w złotej klatce. Piękny utwór rozpłynął się w koszmar po drugiej, sekundowej pauzie. Chaotyczne myśli zaczęły przebijać się pomiędzy smutkiem, tworząc jawny zły sen. Ręczne pismo pięło się szybciej, niżej, niżej, niżej. Końcówka zaskoczyła. Z przyspieszonym podnieceniem oddechem, zamigotała między wysokim-niskim-niskim-niskim-wysokim. Zamknęła oczy, zdając sobie sprawę z ogromu uczuć, który został włożony w stworzenie tego. Piękny umysł pochłonął ją bez reszty, ciągnąc na dno dawnej pasji. Dużo czasu minęło odkąd ostatni raz grała, ponieważ nie mogła znaleźć dzieła odpowiedniego do przeżycia. Teraz leżało przed jej oczyma, leniwie powiewając na wietrze wniesionym przez otwartą okiennicę.
- Wyjątkowy utwór. Czy autor jest znany?- chrząknęła cichutko, próbując wyjść spod ogromnego wrażenia.
- Jeśli pytasz o sławę między ludem to odpowiedź brzmi nie.- parsknął, wertując strony notesu.
- Pan zna autora?- dociekała, bezwstydnie zaglądając mu ponad ramię.
- Ja jestem autorem. Przecież widać po ręcznym piśmie.- odpowiedział poważnie, uginając z niepokojem skroń.- Cholerne dziwki zawsze coś poprzestawiają. Mówiłem, że nie wolno im dotykać nut skoro nie mają o nich pojęcia. Czasem zastanawia mnie czy one w ogóle przejmują się moimi prośbami.- ściągnął włosy do tyłu, wiążąc je w kitę. Przy okazji uderzył ją łokciem w policzek, przywołując do rezonu.
- Znam się na nutach. Mogę się nimi zajmować.- zaproponowała, mając nadzieję na bliższy kontakt z większą ilością tak poetycko poprawnych dzieł. Obrócił się do niej, najwidoczniej zdziwiony jej inicjatywą.
- Jeśli je pomieszasz nie zamierzam być delikatny ani trochę. To dla mnie cenniejsze od reszty przedmiotów, które tu trzymam. Mimo wszystko chcesz się tym zająć?- upewnił się, szukając w jej oczach śladów nieodpowiedzialnej złośliwości.
- Owszem. Lubię wszelki kontakt z powstającą sztuką.- przekrzywiła lekko głowę, cofając się o dwa centymetry.- A delikatny i tak pan nigdy nie zamierza bywać.
- Wbrew pozorom nie wiesz jeszcze jaki jestem.- uśmiechnął się zawadiacko, wracając do przeglądania. Postawił notatki na prawidłowym miejscu i nakazał grać. Melodia była wyraźnie spokojniejsza, choć równie dopracowana. Każdy dźwięk miał swoje odbicie w kolejnym, tworząc prześliczny akompaniament dla tykania zegara. Złączyła wszystkie zmysły w jeden. Dodała słodkawy smak, zakurzony zapach, staromodny widok. Wystawiła scenę do podziwu przez nią samą. Owinął ją strumień ciepławego słońca, przebijającego się z muzyki. Zwizualizowała poranek, obojętność plecioną minionymi wydarzeniami. Przeleciało bogate, acz dołujące dzieciństwo. Czuła, jakby to jej wspomnienia zawarte były na kartkach. Coś łączyło ją niezaprzeczalnie z tym człowiekiem, a nuty opowiadały tę historię. Z mocniejszym uderzeniem zapłakała wraz z bohaterem tragedii, by potem podnieść się i żyć dalej w neutraliźmie. Nie mogła grać dalej. Rzuciła się na szyję swojemu kompanowi, łzami mocząc mu szatę. Z oporem uniósł ręce, objął ją i mocno przycisnął do siebie. Chyba nie widział się w takiej roli. Oparł brodę o jej włosy, wciąż w jakiś sposób utrzymując dystans personalny.
- Uspokój się, kretynko.- powiedział w końcu, gdy po kilku minutach nadal słyszał szloch. Pociągnęła nosem, odsunęła się i zrobiła pierwszy krok do kresu potopu.
- Rozumiem pana.- wychrypiała, zakładając kosmyki za ucho. Kiedy podniósł dłoń myślała, że uderzy ją za złe zachowanie, on jednak tylko otarł jej twarz ze słonej wody.
- Poprzez odegranie moich uczuć nie jesteś w stanie zrozumieć wszystkiego, księżniczko. Musiałbym opowiedzieć to wszystko o co mnie posądzasz.- wykrzywił się smutno, nie okazując zdziwienia jej empatią.
- Opowiesz mi?- zapytała, świecącymi oczami wpatrując się w jego obsydianowe.
- Może wieczorem, kiedy całkiem wrócisz do siebie. Jeśli wciąż będziesz chciała coś usłyszeć.
- Dziękuję.- skinęła, zgarbiając się.- Proszę pana.- dodała, wcześniej zapominając o tej grzeczności.
- Mów mi Vinctus, pod warunkiem, że przestaniesz buntować się, kiedy nazywam cię May. Zgoda?- wyciągnął rękę, jakby miał to być profesjonalny układ wspólniczy. Potrząsnęła nią mało energicznie, przywdziewając cień uśmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz