Był więcej niż zdenerwowany. Najlepszym określeniem było po prostu „wkurwienie“. Powodem był Malum, przymuszający go do osobistego żegnania każdego gościa. Rozumiał, że przyjęcie koniecznie musiało odbyć się u niego. Rozumiał, że musiał być w miarę uprzejmy i cywilizowany. Rozumiał nawet, że cholerna Livia poprosiła rodziców, by móc za tydzień wprosić się na obiad, a jemu nie wypadało odmówić. Natomiast nie mógł pojąć dlaczego po tym wszystkim nie mógł zamknąć się w komnatach którejś z dziwek i nie wychodzić stamtąd, póki słońce ponownie nie wzejdzie. Przecież wykonał głupie polecenia. Było już po całej tej maskaradzie! Chciał tylko odpocząć, ulżyć sobie, wtulić się w czyjeś pachnące posłuszeństwem ramiona. Nie znosił tłumów, bo w nich zawsze mógł kryć sie ktoś, kto chciał wyłącznie jego zguby. Rzadko kiedy jakaś kolacja kończyła się pozytywnie, bez szwanku dla niego. Miał wielu wrogów, tego był świadom aż nazbyt dobrze. Gorzej, że niektórzy z nich świetnie kryli swoją tożsamość. Otrząsnął się z myśli, ściskając dłoń kolejnego wazeliniarza w eleganckiej marynareczce. Miał ochotę powiedzieć mu, że ma sobie wepchnąć w dupę swoją formalność, jednak nie bardzo mógł. Zamiast tego uśmiechnął się sztucznie i cmoknął knykcie jego tłustej żony. Kto wymyśla by karmić bogate kobiety? Czy one luster nie mają? Krągłości krągłościami, ale to była nieprzetopiona słonina w dziewięćdziesięciu kilogramach, co najmniej. A jeszcze dochodził ciężar organów i kości. Już miał rzucić sarkastyczną uwagą, gdy Malum zgarnął ją sprzed jego oczu, chwaląc przy tym jak to pięknie wygląda w tej gorsetowej sukni. Jakby najlepszym sposobem na sympatię było wchodzenie ludziom w...
- To już koniec. Wszyscy pojechali.- oznajmił jego brat, przerywając mu - jakże kolorowe - spostrzeżenia.
- Po co była ta cała błazenada?- warknął w odpowiedzi, zamykając bramę.
- Musiałem coś dyskretnie obgadać, a w naszym przypadku - najciemniej pod latarnią. Poza tym u mnie by się nie zmieścili.- wyjaśnił pogodnie, dotrzymując mu kroku w drodze do drzwi domostwa. Cały Malum, zawsze coś kombinował. Szkoda tylko, że potem trzeba było wyciągać go z kłopotów w które niebywale łatwo się pakował. Zmarszczył nagle brwi, posyłając mu karcące spojrzenie.- Wiesz, mogłeś być bardziej delikatny w stosunku do May. Chciała tylko pomóc. Pewnie nabawiła się oparzeń i ran od szkła.
- Wsadź sobie głęboko swoje cenne rady. Nie chcę ich.- odparł machinalnie, przyzwyczajony do jego gderania. Ten jednak nie poddawał się, wciąż brnąc w temat.
- Ona jest niebywale krucha, pamiętasz o tym?
- Naprawdę?- parsknął, uznając to za ostatnią rzecz, którą można o tej dziewczynie powiedzieć.- Rodzice traktowali ją jak szmatę, uciekła z domu, jakiś gej sprzedał ją jako niewolnicę, zbrukałem ją kilkukrotnie. Pomijając sterty małych rzeczy, a równie ważnych. Na jakiej podstawie sądzisz, że jest krucha? Bo ja nie słyszałem, żeby nadzwyczaj narzekała. Jest silniejsza od ciebie. Nie mów mi co mam robić, jestem starszy i mądrzejszy. Pamiętaj o tym.- podsumował, zatrzaskując mu wrota przed nosem. Wiedział, że i tak wejdzie, ale potrzebował paru sekund dla siebie, by móc się oddalić. Nie chciał rozmowy z nim. Postąpił zbyt impulsywnie, trudno. Stało się to się nie odstanie. Nie będzie przepraszał, bo to jej wina. Miała tylko słuchać poleceń. Co trudnego było w siedzeniu w swoim pokoju? On zrobiłby to nawet bez komendy, ale ona? Nie, oczywiście, chciała pomóc. Na jaką cholerę? Wściekłe, chaotyczne myśli chodziły mu po głowie, kiedy instynktownie wchodził po schodach, by znaleźć jej pokój. Wyrobił sobie już nawyk, nie musiał patrzeć co robi. Tym razem zatrzymał się na ostatnim stopniu. I co jej powie? „Hej, jesteś głupia. Pieprzmy się“? Żałosne, nawet jak na niego. Stwierdził, że zostawi wizytę na później. Jej złość zelżeje, jego pożądanie się wzmocni. W dwóch słowach - będzie lepiej. Cofnął się, udając do własnych komnat. Legnął na łóżko, sięgając po lekturę ze stolika. „Ojciec Goriot“. Nie zachwycał go, ale chętnie czytał wszystko, co tylko wpadło mu w ręce. Zagłębił się między strony, znikając pośród nich.
Nie miał pojęcia w którym momencie zasnął. Obudziło go natarczywe pukanie do drzwi. Przetarł skroń, wypatrując przez małe okienko pory dnia. Tuż po świcie. Zmusił się do podniesienia z posłania i przemierzenia tych kilku kroków. Hałas ustał, gdy otworzył barierę. Po drugiej stronie stała spanikowana Karma. Zgrabna szatynka pogładziła nerwowo swoje długie kosmyki i już wiedział, że stało się coś, co go rozsierdzi.
- Mówże, kobieto.- warknął, zauważając, że minęło ponad dziesięć milczących sekund. Otworzyła usta, by od razu je zamknąć. Przypominała przy tym rybę bez wody. Ścisnął jej ramię, obligując do posłuszeństwa.- Mów.
- Melodie.- wychrypiała, a oczy zaszły jej łzami, jakby nie była przygotowana na reakcję, która mogła nastąpić.
- No co z nią?- pospieszył, tracąc cierpliwość. Co się mogło stać?
- Uciekła. Nie wiadomo kiedy, ale możliwe, że już wczoraj. Od kolacji nikt jej nie widział, a to był dobry dzień na ucieczkę. Otwarta brama, mnóstwo kręcących się ludzi, którzy jej nie znali. Nie wiemy jak, po prostu jej się udało. Proszę, niech pan na mnie nie krzyczy. Niech pan mi nie robi krzywdy.- zasłoniła twarz dłońmi, pilnując raczej swojego płaczu niż bezpieczeństwa. Wezbrało w nim apogeum furii. Zatrzaskując drzwi, wystrzelił korytarzem. Znalazł pokój gościnny w którym zwykle przesiadywał Malum. Aktualnie spał, więc trzeba było zrzucić go na ziemię w ramach pobudki.
- Oszalałeś?- syknął, opanowując drżenie obolałych mięśni.
- Jedziesz do miasta. May zabrała dupę w troki i nie ma jej od wczoraj. Znajdziesz ją, gdziekolwiek poszła. Jeśli jest w lesie - ja ją znajdę. Rozumiesz?- pochylił się do brata, podciągając go za szatę.- To twoja wina. Gdyby nie to idiotyczne przyjęcie to nie miałaby okazji, by chociaż pomyśleć o zwianiu stąd. Podnoś się i jedź jej szukać. Nawet nie próbuj wracać, zanim nie sprawdzisz dokładnie całej okolicy.- zakomenderował, po czym pobiegł do stajni. Każda minuta wydała mu się cenna. Jeśli uciekła w nocy to mogła stać jej się krzywda. Nigdy nie ufał zagajnikowi, zawsze kręcili się tam obrzydliwi ludzie, a tacy uwielbiają zmrok i takie ładne panienki, zdane na łaskę losu. Niech by to szlag trafił, że zrezygnował z wejścia tam zaraz po zakończeniu kolacji. Mógłby wtedy szybciej zacząć szukać. Byłoby większe prawdopodobieństwo sukcesu. Wsiadł na Nigruma, nie dbając o zakładanie siodła czy uzdy. Ruszył w pościg za zagubioną gdzieś w kniejach Melodie, powtarzając sobie, że zabije każdego, kto śmiał jej dotknąć. Była jego własnością, tylko jego. Przedarł się przez gąszcz na wprost za bramą. Wytłumaczył sobie, iż nie poszłaby tak po prostu ścieżką, bo to byłoby niesamowicie durne, a rozumu akurat jej nie brakowało. Musiała wybrać drogę przed siebie. Po dłuższej chwili napięcia, natknął się na strzępek białego materiału wiszący na trującym krzewie cisu. Nie mógł przewidzieć czy należy do niej, ale skąd by się tu znalazł, gdyby nie? Zabrał go ze sobą, chowając w kieszeni. Począł dalej błądzić między drzewami. Przemierzył każdy skrawek lasu z dala od przedepceń i kilka rzadziej używanych szlaków. Nie było po niej śladu. Wpadł na pomysł, że zajrzy nad jezioro, nad które dawno temu ją zabrał. Nic. Objechał je wkoło i dopiero wtedy dostrzegł ruch. Głęboko w puszczy, zebrało się parę głośnych osób. Popędził w tamtym kierunku, będąc pewnym, że musieli przynajmniej ją widzieć. I miał rację. Kończyli akurat zdzieranie z niej ubrań. W ogólnym rozrachunku wydało mu się to okropnie niesprawiedliwe, że tak sumiennie ją przywiązali. Jakby się bali, że zrobi im krzywdę. Niczym pierwszorzędny furiat - elegancko przejechał koniem po jednym z oprawców, pilnując by złamał kości przynajmniej w kilku miejscach. Bez trudu rozpoznał Francesa, wodzącego teraz palcami po biuście dziewczyny. Wbił nóż w ramię jego towarzysza, zeskakując z konia. Wyciągnął go gładko, pozwalając mężczyźnie opaść z jękiem bólu na podłoże. Dwójka wdrapała się na swoje wierzchowce i spieprzała szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Santiago - z którym miał okazję spotykać się wcześniej - ukłonił się lekko, odsuwając z rękoma w górze. Nigdy nie był typem od pochopnych decyzji. Czarnowłosy pozwolił mu oddalić się w spokoju. Favril za to bez zastanowienia zaatakował, powodując głęboką, ciętą ranę przy barku. Tego debila znał aż za dobrze jako swojego zaciętego przeciwnika. Beznamiętnie machnął ostrzem, otwierając skórę jego przedramienia. Wykrwawi się, jeśli nie weźmie nóg za pas i tego nie zatamuje. Szczęściem, miał na tyle instynktu samozachowawczego, by wsiąść na swojego ogiera i odjechać. Został sam na sam z Francesem, który nic sobie nie robił ze sceny za swoimi plecami, wciąż z pożądaniem pieszcząc jej bezbronne ciało. Dojrzał w jej oczach strach, pomieszany z bólem. Nie płakała, chociaż chyba powinna. Skoncentrował się na uderzeniu w odpowiedni punkt blondyna. Sztylet wtopił się w jego lędźwia, niczym w masło. Krzyk zaskoczenia wydarł się z jego gardła, kiedy własny kręgosłup zmusił go do upadku na kolana.
- Czy ja kiedykolwiek darowałem komuś próbę dotknięcia którejś z moich kobiet bez pozwolenia?- zapytał twardo, pochylając się do konającego. Ten jęknął coś, co miało być odpowiedzią, po czym bezsilnie rozłożył się na ziemi. Vinctus skoncentrował swoją uwagę na nagiej młódce.- A z tobą co mam zrobić? Zachowałaś się wyjątkowo bezczelnie.- mruknął, wciąż zirytowany, ale z dużo większym opanowaniem. Poczuł ulgę, że się znalazła. Rozciął sznury, nie bawiąc się w odplątywanie. Wprawiła go w osłupienie, kiedy jak długa legła na grunt. Nie zdążył jej złapać. Osunęła się częściowo na sylwetę Francesa, nie mając siły by zmienić położenie. Ukląkł przy niej, okrywając swoim płaszczem - jedyną rzeczą, którą z przyzwyczajenia zdążył pochwycić przed wyjściem.- Jesteś niesamowicie głupia.- wypalił, przenosząc ją na najbliższe siedzisko.- Opowiadaj.
- Biegłam przed siebie. Znaleźli mnie jakąś godzinę po świtaniu i dowlekli tutaj. Przytwierdzili do drzewa. Potem on przyjechał. Zabił jednego z nich za obrabianie mu tyłów. Potem grali o mnie w karty. Wygrał, bo oszukiwał, ale oni zbyt się go bali, żeby protestować. Właśnie byli w trakcie...- dławiła słowa, nie unosząc nawet wzroku.
- Zamknij się już. Dosyć.- warknął, mimowolnie przyciągając ją do siebie. Na ten moment odłożył całą złość, pozwalając spływać kojącej czułości, jakiej potrzebowała. Bał się o nią. Cieszył się, że odnalazł ją żywą i prawie nietkniętą. To wypełniło jego organizm na krótką chwilę, podczas której dochodziła do siebie.
- Krwawisz. Podaj mi wodę i tamten strzępek z mojej bluzki.- poprosiła, wskazując biały materiał leżący pod drzewem. Gdy tylko wysunął się z jej objęć - wkurzenie powróciło. Jak w ogóle mogła coś takiego wymyślić? Traktował ją jak pieprzoną księżniczkę, a ona przy pierwszej lepszej okazji zwiała. Świetnie. Weź tu człowieku zaufaj kobiecie. Wykonał życzenie, krzywiąc się z niesmakiem. Drżącymi z wyczerpania dłońmi obmyła jego zabrudzone ramię, powoli zawiązując prowizoryczny opatrunek. Zdobyła się przy tym, by spojrzeć mu w oczy, co nie było najlepszym pomysłem. Percepcja stała się trudniejsza, a oddech dziwnie przyspieszony. Rozchyliła usta, zamierzając chyba coś powiedzieć. Czekał, aż spróbuje się wytłumaczyć. Spodziewał się czegoś w stylu: „działałam w amoku“, „skrzywdziłeś mnie“ albo „tak bardzo się bałam“. Wymamrotała tylko niezgrabne „przepraszam“, które raczej odnosiło się do przypadkowo uderzenia go ręką w obojczyk, niż do całej tej sytuacji. Zawiódł się na niej. To była ta emocja, której nie potrafił nazwać przez cały czas, gdy jej szukał. Zawiódł się jak jasna cholera. Zobojętniał na jej smutne spojrzenie, podnosząc się do pionu.
- Wejdziesz na Nigruma sama czy będę musiał ci pomóc?- dopytał z westchnieniem, nie licząc na reakcję. Uniósł ją jednym zrywem ponad głowę, prawie wrzucając na zwierzę. Sam wskoczył taktownie, nie doprawiając ogierowi nieprzyjemności. Dziewczyna poprawiła się na ile mogła, kurcząc za jego plecami.- Obejmij mnie.- poinstruował głosem wypranym z uczuć. Słabe palce ulokowały się przy jego podbrzuszu. Wyżej nie dała rady, rozumiał to. Kłusem pognał do domu, chcąc położyć ją w ciepłej kołdrze i dostarczyć tyle wody, ile będzie potrzebowała.
Miała wyrzuty sumienia ilekroć budziły ją drzwi zamykane na klucz. Nie chodziło o to, że zaczął używać zamka. Żałowała całej sytuacji. Nie było jej tu źle, a on widocznie starał się o jej bezpieczeństwo. Ta eskapada była najgłupszym planem, jaki mogła wymyślić. Szkoda tylko, że było za późno na tego typu rozważania. Odkąd ją przywiózł - pilnował każdego jej ruchu. Nie zawsze osobiście, ale robił to. Posłusznie spełniała każdą jego prośbę czy rozkaz, chcąc przywrócić jakąś formę zaufania do siebie. On nie rozumiał tego w ten sposób, więc jej działanie spełzało na niczym. Myślał, że to jej nowa gra, która ma go nią znudzić. Zaciskał pięści, obserwując wszystkie zachowania, jakich się dopuszczała. Nie było w tym niczego, co przypominało ją sprzed ucieczki. Ta May była inna, pozornie słaba i naiwnie sprytna. Szukał w jej zabawie dziur, ale nie było ich. Widocznie mocno zależało jej na utrzymywaniu iluzji grzecznej. Nieświadomie sprawiała mu tym ból, bo martwił się czy nie znajdzie potajemnie jakiegoś sposobu, by znów zniknąć. Taka przykrywka była dla tego celu najlepsza. Kto spodziewałby się, że taki potulny aniołek zechce czmychnąć? Nie przyszłoby mu do głowy za żadne skarby, że ona chce wywołać dokładnie odwrotny efekt. Kiedy nic nie działało, znalazła okazję. Otworzyła oczy wcześniej niż zwykle, wiedząc, że przed świtem przyszedł skontrolować jej stan. Robił to co jakiś czas, sprawdzając czy aby nie udaje dobrego samopoczucia. Gdy rozchyliła powieki - natychmiast wstał, zbierając się do wyjścia. Zdążyła pochwycić go za spodnie. Proszącym wzrokiem dała mu do zrozumienia, że chce, by ją pieprzył. Teraz, zaraz. Odetchnął ze zmęczeniem, rozgrywając cichą batalię z własnym umysłem. W końcu cofnął się, szukając czegoś w jej szafce. Wyciągnął linkę.
- Połóż dłonie przy oparciu łóżka.- polecił, wzdychając raz jeszcze. Nie musiał jej rozbierać, gdyż sypiała nago. Uniosła nadgarstki ponad głowę, przekręcając się wygodniej. Przywiązał ją, znacznie delikatniej niż jegomoście z lasu.- Co mam z tobą zrobić? Nie mam ochoty na seks.- wyrzucił z przekąsem po dłuższej chwili bezczynności. Usiadł przy jej boku, gładząc opuszkami palców po bladym biodrze.- Nie wiem jak wobec ciebie postępować.
- Przepraszam, że uciekłam.- wyszeptała, kierując trzeszcza na sufit. Nie chciała o tym mówić, lecz zdała sobie sprawę, iż nie da się nad tym przeskoczyć.- To impuls. Zrobiłeś to, co często robili rodzice. Nie roztrząsałam tego wcale.
- Jest ci tutaj tak źle?
- Jesteś głupi.- wymamrotała, żałując skrępowanych rąk. Mógłby ją uwolnić, skoro nie zamierzał korzystać.
- Pilnuj się.- spochmurniał. Zmusiła się, by powiedzieć:
- Często narzekam, ale cieszę się, że mam cię przy sobie.
- Ale to ja jestem głupi?- parsknął, pochylając się nad nią. Czarne kudły połaskotały jej biust.- Nie zaufam ci drugi raz, nieznośna dziewucho.- powiadomił ją półgłosem, przewiercając wzrokiem na wskroś. Wpadło jej do głowy rozwiązanie, ale nie potrafiła niczego z siebie wykrztusić, gdy tak się gapił. Odchrząknęła tylko cichutko.- Jesteś nieodpowiedzialną smarkulą, która nie potrafi nawet uciec od tyranii. Jak chciałaś sobie poradzić sama? Wszystko partaczysz. Odpowiedz mi - jak chciałaś to zrobić? Jak?
- Nie wiem.- pisnęła. Zacisnął palce na jej talii, spoglądając na opadający nerwowo tors. Przymknęła powieki.- Chcę złożyć śluby.
- Słucham?- zachłysnął się powietrzem, podnosząc do pionu.- Niby dlaczego?
- Nie możemy pominąć dramatycznej gadki? Nudzą mnie takie rzeczy. Chcę i tyle.- wycedziła, czując się urażona jego reakcją. Rozplątał wiązanie, by miała swobodę ruchu.
- To nie jest decyzja, którą podejmuje się w ułamku sekundy. Do tego typu spraw potrzeba pewności i oddania. Nie sądzisz, że po tym co zrobiłaś, mam prawo zapytać dlaczego do cholery chcesz się w to bawić?
- Po prostu uświadomiłam sobie, że umiem się tu odnaleźć. Jesteś całkiem porządnym facetem. Powiesz mi jak to się odbywa?
- Przysięga jest własna. Po niej nacinasz mostek i dajesz mi zlizać krew. Dalej robisz to ze mną.- wzruszył ramionami. Rozejrzała się za czymś ostrym.- Ty tak poważnie?
- Wyglądam, jakbym żartowała?- zasępiła się, wstając.- Pójdę po nóż.
- Zostaw. Przyniosę własny.- popchnął ją z powrotem na pościel, wymijając sprawnie. Poprawiła się do siadu skrzyżnego.Przełknęła ślinę, ostatni raz analizując powinność swojego postępowania. Nie bardzo dostrzegała inne możliwości. Wrócił zbyt szybko. Nie zdążyła zorientować się w tym, co może mu obiecać. Rzucił sztylet przed nią, rejestrując każdą oznakę zwątpienia. Wydęła usta w dzióbek, koncentrując się.
- Usiądź.- upomniała go, kiedy wciąż wisiał nad nią jak zaciekawiona surykatka. Wzniósł dłonie w obronnym geście, wykonując polecenie.
- Więc co mi powiesz?- pospieszył z leniwym uśmiechem, widząc, że kontemplacja słabo jej idzie. Zmrużyła oczy, mordując go wewnętrznie.
- Pójdę trochę na żywioł, pozwolisz.- fuknęła. Odetchnęła dla relaksu. Pozwoliła płynąć słowom, które jako pierwsze cisnęły się do jej warg.- Zaciągam wobec siebie samej zobowiązanie, by zawsze pozostać przy twoim boku. Zajmować się domem w miarę swoich możliwości. Sprawiać ci przyjemność w każdy sposób jakiego zechcesz. Służyć twym potrzebom oraz rozkazom. Nie niszczyć zamierzenie niczego, co jest twoje. Budować zaufanie od nowa i nie ciążyć na twojej dobroci. Przyjmować bez wahania kary, jak i nagrody. Przy tym wszystkim zachować jednak siebie, bo tylko to odróżni mnie od reszty twoich kobiet. Będę parzyć herbatę, podawać posiłki, prać ubrania, sortować nuty oraz grać najpiękniejsze z melodii. Dla nieznajomych będę obcą chlubą twego domu. Nigdy nie będziesz musiał się za mnie wstydzić. Nie opuszczę cię bez wyraźnej zgody. To ci ślubuję z czystym sumieniem.- zatrzymała się, antyszambrując jakiegoś rodzaju kontry. Zachował poważną minę.
- Akceptuję twoją przysięgę, składając własną, iż nie dam cię skrzywdzić. Od dziś - aż po uwolnienie - jesteś mą własnością.- rzekł, jakby zgodnie z regułą. Skinął przyzwalająco. Niezdarnie obróciła ostrze w dłoniach, drżąco przesuwając nim między piersiami.- Musisz to zrobić trochę mocniej. W tym miejscu krew krąży w małych ilościach.
- Dlaczego mostek?- wyjąkała, ściągając brwi. Przeciągnęła raz jeszcze, tym razem porządniej.
- Kwestia wiary w dobre intencje.- wytłumaczył, przychylając wargi do wątłej, czerwonej strużki. Delikatnie pogłaskała końcówki jego kruczych kłaków, nie mając pojęcia, co innego uczynić. Gdy skończył podciągnęła jego koszulę, zdejmując ją przez głowę. Wskazał ledwo widoczną bliznę.- Tnij.
- Ja?
- Na tym polega wiara. Możesz mnie zabić, ale ufam, że tego nie zrobisz.
- Ah. W porządku.- zawahała się, skupiając uwagę na odpowiedniej sile wbicia. Niezbyt intensywnie, jednak nie nadto finezyjnie. Nie skrzywił się, chociaż zrobiła to poprawnie. Przysunęła się na materacu, by sięgać celu. Nawilżyła usta, wysuwając język. Posłusznie spiła metalicznie smakującą ciecz, czując jak bije jego serce. Odrobinę przyspieszone tętno.
- Teraz nabrałem na ciebie ochoty.- przyznał ze śmiechem. Miauknęła żartobliwie, zanim ktoś zapukał we drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz