Od rana pracowała w kuchni. Przez ostatnie kilka dni szykowała się kolacja dla gości Vinsa. Chodził cały w nerwach, przestawiając wszystkich z kąta w kąt. Nie lubił takich imprez, było to widać na pierwszy rzut oka. Jednak tym razem Malum postanowił zaprzęgnąć do tego jego i dziewczyny. Nie był to chyba najlepszy z pomysłów, ale nikt się nad tym nie zastanawiał. Rozplanowano zarys spotkania oraz dokładny przebieg obiadu. Każda potrawa miała być przyrządzona perfekcyjnie, by nikt nie mógł do niczego się doczepić. Wino było ściągnięte z najgłębszych zakamarków magazynu, a wszelkie warzywa prosto z grządki. Obierała ziemniaki, podglądając uwijające się w gotowaniu, smażeniu, obtaczaniu, układaniu czy parzeniu kobiety. Nie chciały dać jej poważniejszej roboty, ale nie gniewała się o to. Była tu wciąż nowa, w dodatku mało co umiała. Nie należało wpychać jej trudnych zadań, kiedy stawka stała na górnej półce. Wytarła wycieńczone dłonie w fartuch. Jak na razie oskórowała ponad trzy kilogramy kartofli. Zostało jeszcze drugie tyle. Oczywiście nie całość miała być postawiona normalnie. Część była do podsmażenia z mięsem, część do zupy, a część do wypchania indyka. Przedramieniem zdjęła przyklejone do czoła włoski. Pociła się, bo w pomieszczeniu panowała duchota. Zbyt wiele osób kręciło się od blatu do blatu, zabierając cenny tlen i wiatr, wpadający przez okno. Sofi instruowała każdego po kolei, jako najbardziej doświadczona kucharka.
- Źle trzymasz, przesuń kciuk niżej. Wychodzą kanciaste kiedy tak robisz.- wyjaśniła, w końcu poprawiając i ją. Zmieniła uchwyt z radością zauważając, że w tym nowym ręka mniej się męczy. Parsknęła pod nosem, bo absurdalnym było cieszyć się z odkrycia czegoś takiego. Nigdy nie przypuszczała, że domowe obowiązki mogą sprawiać taką przyjemność. Teraz szło jej znacznie sprawniej.- Dobrze.- pochwaliła ciemnoskóra, gdy już skończyła.- Claire, znajdź młodej zajęcie.
- Za mną, słoneczko.- rzuciła nonszalancko zielonooka, długonoga szatynka. Zaprowadziła ją do salonu, po którym kręciło się już kilka kobiet. Letie, Susan, Karma i Maria. Zdążyła poznać wiele z nich odkąd przybyła. Z częścią nawet dobrze jej się rozmawiało.- Siadaj i graj. Trochę luzu wszystkim się przyda, a nic tak nie uspokaja jak muzyka.- poleciła, puszczając jej oko.
Późnym południem do posiadłości zaczęli zjeżdżać się goście. Vinctus wyglądał, jakby całą noc nie zmrużył powiek. Ona starała się wciąż grać, nie zwracając uwagi na kłębiącą się wokół publikę. Wszyscy uznali ją za ciekawy punkt programu - w czasie, gdy ona próbowała tylko zelżyć domownikom w stresie. Wybrała nuty znanej etiudy Chopina, nie chcąc demonstrować prywatnych melodii czarnowłosego. Gapie patrzyli zafascynowani jak przebiera drobnymi paluszkami po klawiszach.
- Sam ją nauczyłeś?- nagabnął właściciela posiadłości mężczyzna z długą, rudawą brodą.
- Potrafiła to jeszcze zanim się poznaliśmy.- odpowiedział całkowicie poważnie. Kątem oka spostrzegła, że im więcej w pomieszczeniu zbierało się osób, tym częściej nerwowo się rozglądał. Zapewne bał się, iż coś może zniknąć w razie nieuwagi. Uśmiechnęła się, wywołując niemą sympatię tłumku. Policzyła w myślach około dwudziestu postaci z których każda patrzyła inaczej. Blondyn, którego dane jej było zapoznać kilka dni temu, nie zjawił się dzisiaj. Malum pomachał jej dyskretnie, chowając w twarzy ogniki wesołości. Stał przy oknie, napawając się czystym, zewnętrznym powietrzem. Zauważyła pierwsze gwiazdy na niebie, które niewyraźnie odcinały się od ciemniejącego błękitu. Podążył za jej wzrokiem. Jemu najwidoczniej całe to przyjęcie pasowało. Nie odstępował od ludu, wiedział dokładnie gdzie się ustawić. Czasem ktoś podał mu rękę, innym razem poklepał po ramieniu. Duża część organizacji należała do niego, w końcu to zwykle jego posiadłość była oblegana w razie podobnych sytuacji. Nie wiedziała czemu tym razem odbywało się to pod kontrolą starszego brata. W zamyśleniu przeskoczyła ton za wysoko, przez co dalszą grę prowadziła w skupieniu. Z lekką paniką czytała chybotliwie zapisaną pięciolinię, gubiąc się w dziele, które znała na pamięć. Przeklinała pismo Vinctusa. Chociaż na ogół bardzo jej się podobało - tym razem ciężko było je rozczytać, skoro oszalałe spojrzenie napotykało zakrzywione znaczki. Czas nie był jej sprzymierzeńcem, bo utwór wymagał konkretnego tempa. Prócz tego jednego błędu nie popełniła już żadnego, choć wymagało to od niej wysiłku, którego nie znała wcześniej. Włosy opadły jej za ramiona, gdy w akcie kulminacyjnym dobił a w klawiaturę zamaszystym gestem, godnym profesjonalnego grajka. Goście zaklaskali, zachwyceni teatralnością tej sceny. Musiała przyznać samej sobie ciche gratulacje. Wstała i skłoniła się dziewczęco, odgarniając fartuszek, stylizowany na francuską pokojówkę.
- Pozazdrościć.- wyłapała uwagę, rzuconą gospodarzowi. Pochwalił ją skinięciem głowy, wywołując pełen zapału rumieniec. Przeprosiła usłużnie tłumek, oznajmiając, iż udaje się teraz do kuchni. Przyjęli to z delikatnym rozczarowaniem, jednak szybko przepuścili między sobą. Vins złapał ją za ramie, gdy przechodziła przez korytarz.
- Nie baw się w noszenie na stół. Oddaj to innym.- polecił dość cicho, by usłyszała tylko ona. Zmarszczyła brwi, poddając ten pomysł w zwątpienie.
- Chcę pomóc.- wyjaśniła, nie rozumiejąc czemu miałaby zrezygnować. Westchnął, irytując się jej uporem. Wciąż kontrolował czy rozmowa jest ściszona na tyle, by nikt nie mógł jej powtórzyć.
- A ja chcę, żebyś poszła do siebie.- zacisnął zęby, spoglądając na ludzi wyłaniających się z salonu.- Nie mogę z tobą teraz dyskutować. Rób co mówię.- warknął, po czym oddalił się, prowadząc ich do jadalni. Przez dłuższą chwilę nie wiedziała co począć. Jego prośba była głupia, bo czym miała się zajmować siedząc posłusznie w pokoju? Przecież to nudne, a tutaj przynajmniej coś się dzieje. Przeanalizowała jak bardzo będzie na nią zły, jeśli się przeciwstawi i zdecydowała, że nie aż tak, by miała się bać. Nie należał chyba do impulsywnych typów, chociaż tego akurat nie była pewna. Wszelkie sytuacje, które mogły to potwierdzić nagle wypadły jej z pamięci. Wzruszyła ramionami, wstępując do kuchennej sieni. Czekały tam grupkami na swój przydział kobiety, które nadawały się raczej do podawania potraw niż do ich przyrządzania. W samym centrum, przy garach, kręciły się te bardziej uzdolnione. Sofi niespodziewanie poklepała ją po plecach. Z początku wydawała jej się nieśmiała, jednak to wrażenie ustąpiło, gdy zaczęła częściej z nią rozmawiać.
- Dobrze, że jesteś. Ponosisz?- zapytała najbardziej miłym głosem, jaki dane jej było usłyszeć w tym tygodniu. Nie potrafiła odmówić, nawet jeśli wciąż wahała się nad słusznością własnego postępowania. Zadławiła się słowami „zabronił mi“, które mimo woli chciały uciec spomiędzy jej warg. Przełknęła je, wbrew nagłemu lękowi wymawiając:
-Jasne. Co mam wziąć?- wyciągnęła dłonie, gotowa przyjąć na nie tacę. Murzynka położyła ją z ufnością, od razu zajmując się kimś następnym. Roboty był ogrom, a to zdecydowanie był jej żywioł. Denise otworzyła jej drzwi, przepuszczając przed sobą. Musiała być ostrożna, bo przydzielono jej ciężką wazę z zupą. Szła powolnie, stawiając stopę tuż przy stopie. Uczyli ją tego, miała złe wspomnienia. Za każdym razem przysuwali niezapowiedziane przeszkody, przez które traciła równowagę. Zyskała wtedy mnóstwo ran i poparzeń. Nikt nie zwracał uwagi na to czy jest w stanie w ogóle trzymać coś w rękach, po prostu została do tego zobligowana. Pamiętała bolesne bąble, które wyskakiwały na całej długości przedramienia, śródręcza, palców, piersi, a czasem twarzy. Pomijając je, były też otwarte rany spowodowane pękniętym szkłem lub wpadnięciem na jakiś ostry krawędź mebla. Dużo krzyczeli, kiedy zniszczyła coś prócz siebie. Strząsnęła złe wspomnienia, nie chcąc by powróciło drżenie ciała. Zatrzymała się przy wejściu do jadalni. Specjalnie wybrała tę okrężną drogę przez sień, aby uniknąć zderzenia z kimś powracającym do kuchni. Przykuła uwagę wszystkich, gdy tylko przekroczyła próg. Vinctus powstał, nie potrafiąc ukryć gniewu. W tym momencie uświadomiła sobie jak daleko pomyliła się w swoim osądzie. Strach wpełzł do jej umysłu, paraliżując go. Wielka postać stanęła przed nią, kipiąc furią. Oczy ciskały błyskawice, a usta ściągnęły się w wyrazie złości.
- Mówiłem, że masz zostawić to w cholerę!- zagrzmiał, brzmiąc nieco zbyt głośno w przytłaczającej ciszy. Natychmiast wzbudził szepty wśród swoich gości. Zająknęła się, nie wiedząc co mogłaby powiedzieć. Nie miała niczego na swoją obronę. - Przepraszam?- pisnęła, zmuszając się do oczyszczenia gardła chrząknięciem. Przymknął na chwilę powieki, jakby przywołując cierpliwość. Nie podziałało jednak, więc z całej siły wytrącił jej z rąk tacę, oblewając wrzątkiem od twarzy w dół. Krzyknęła mimowolnie, czując wbijające się w nogi kawałki rozpękniętej wazy. Nie zwrócił na to uwagi. Mocno zamknął dłoń na jej ramieniu, dosłownie wyrzucając za drzwi jadalni, które później zatrzasnął. Wylądowała na tyłku, obijając nieprzyjemnie kości obręczy biodrowej. Łzy zebrały się pod powiekami, zamazując troskliwie scenerię. Spłynęły strumykami po sparzonych policzkach, błądząc dalej po szyi i znikając w dekolcie. Zamrugała, przywracając zmysły. Zacisnęła zęby, z bólem podnosząc się do kolan. Nic szczególnego jej nie dolegało. Gorąc nie uszkodził struktury ciała mocniej, niż wywołując pieczenie. Zaczerwieniona, powoli ruszyła do swoich komnat, tak jak polecił przedtem. Dławiła się myślami, zmuszając do szczególnej ostrożności na schodach. Dywan wydawał się złowieszczo odstawać w nieodpowiednich miejscach, ale spodziewała się tego. Zwykle wszystko działo się na złość, gdy człowiek akurat cierpiał. Podparła się barierki, tracąc siłę w wyniku przypływu dreszczy. Wróciły wspomnienia, które tak namiętnie odganiała. Spoczęła na najwyższym stopniu, pewna niemożności dalszej drogi. Najpierw spokój ducha, potem dalszy wysiłek. Dała szansę refleksjom, by nie hamować więcej niż jednej potrzeby na raz. Przeanalizowała na chłodno swoją ucieczkę z domu, kolejny raz dochodząc do wniosku, że nie miała wyjścia. Klejące ubranie przypomniało o sobie, podsuwając pod nos obiadowy zapach. Parsknęła mimochodem, choć była to ostatnia rzecz, której by się po sobie spodziewała. Zmieniła kierunek wędrówki, obierając za cel łazienkę. Zgrabnie się obmyła, nie zużywając nazbyt wiele wody. Wszystko robiła w pośpiechu, jakby za przyłapanie na tym groziło równie srogie skarcenie. Wytarła tułów, podłogę wokół wanny i samą wannę. Irracjonalny lęk przepełnił jej żyły sprawniej niż wszelaka przeszłość. Rzuciła ubranie w kąt, nago przebiegając do pokoju. Ni stąd, ni zowąd pojawiła się idea. Ucieczka. To była idealna okazja do potajemnej ewakuacji. Wejście było otwarte, aby goście swobodnie się czuli. To tak, jakby świat dawał jej znak, że czuwa nad nią i może niezwłocznie udać się daleko stąd. Przełknęła nerwowo ślinę, godząc się. Wciągnęła pierwsze dłuższe spodnie jakie znalazła w szafie. W przebłysku strachu, gdyż ktoś pokręcił się w korytarzu niższego piętra - pochwyciła zwiewną, białą bluzkę z rękawem do nadgarstka. Drżącymi rękoma usiłowała zamocować buty, jednak te walczyły długo z jej zamiarami. Nie miały ochotę na dziki pęd, jaki zamierzała im zafundować. Dyskretnie wyjrzała przed drzwi, spodziewając się zastać którąś z kobiet. Wszystkie okazały się być zbyt zajęte przyjęciem, by wykonywać inne obowiązki. To znacznie ułatwiało sprawę. Cichutko zeskakiwała po schodkach, nie mącąc milczenia domu. Tylko jadalnia grzmiała rozmowami, czasem wypuszczając pojedynczy okrzyk niskiego, męskiego głosu lub śmiech zaproszonych pań. Przemknęła między ścianami, posuwając się jasno do wyjścia. Gdy już do niego dotarła, odetchnęła głęboko. Liczyła, że ten jeden oddech pozwoli jej na przetrwanie w następnych minutach. Pobiegła do bramy, nie dbając o kamuflaż. Liczyła się szybkość i skuteczność działania. Zresztą w jadalni nie było okna, przez które ktoś mógłby ją zobaczyć. Nie wzięła ze sobą niczego, gdyż mogło to osłabić siłę kroków lub wydać odgłos, który zwróciłby czyjąś uwagę. Podeszła do całej misji strategicznie, choć mało miała czasu na obmyślenie jej. Nie zastanawiała się na chłodno czy naprawdę tego chce. Po tym co się stało - impulsywnie zadecydowała o ucieczce. Źle jej było przez tamten jeden moment, gdy ją skrzywdził, a potem, podczas kiedy emocje nie zdążyły opaść - zastąpiła to adrenaliną związaną z wydostaniem się z uwięzi. Może w jutro pożałuje swojej porywczości, teraz jednak uważnie rozglądała się poza wejściem na posiadłość. Las, las i jeszcze trochę lasu. Ścieżka lasem, przy lesie i naprzeciw lasu. Piękną sobie wybrał okolicę na osiedlenie się. Wszędzie stały bryczki, wyczekujące zakończenia spotkania. Ich woźnicy zebrali się w grupkę i radośnie dyskutowali, pokrzykując co chwila radosne uwagi. Schyliła się, przemykając bezszelestnie za zasłoną tłumu pojazdów. Zgięta w pół, prześlizgnęła się między pierwsze fale drzew. Lekko stąpała po suchym mchu, w skupieniu wypatrując potencjalnych wrogów. Najprościej było iść przed siebie, więc właśnie tym się zajęła. W razie zguby mogła zawrócić, bezproblemowo odnajdując właściwą drogę. Unikała jednak przedeptów, gdyż tam najłatwiej było kogoś spotkać. Kiedy już zabrnęła dostatecznie głęboko, by nie wypatrzyło jej nawet sokole oko - rozpoczęła bieg. Liczne rosochy zaczepiały się o poły jej szaty, jakby chcąc wstrzymać przed postępkiem. Pożałowała, że nie wybrała czegoś cieplejszego do narzucenia na siebie. Bowiem im dalej w bór - tym mniej słońca, a tym samym chłodniej oraz ciemniej. Pęd powietrza, który sama powodowała, chlastał jej włosy. Organizm szybko pobierał tlen, nieprzyzwyczajony do długiego biegu. Na policzki wpłynęły malownicze rumieńce, usta rozchylając w pragnieniu. Nogi powoli opadły z sił, podczas gdy ona wciąż biegła, potykając się o kolejne zwalone gałęzie, konary czy pozostawione, grube pnie. Co jakiś czas upadała na kolana, podnosząc się niezwłocznie w kontynuacji szaleńczej wyprawy. W końcu - kiedy słońce całkowicie zniknęło, a korony drzew przesłoniły wszystkie skrawki nieba - zatrzymała się, rozkładając bezradnie dłonie na zimnej ziemi. Przyłożyła czoło do podłoża, opanowując niemożność oddechu.
- Cholera, cholera, cholera...- jąkała niczym mantrę, uzdrawiając zaćmiony umysł. Przemoczyła cały materiał potem, zapewniając sobie zziębnięcie. Rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, co nadałoby się do rozpalenia ognia. Niby pełno drewien, lecz czym wzniecić iskrę? Krzemieni nie było, zapałek nie zabrała. Pogładziła swoje obdrapane ramię, z którego rosochy zdążyły zedrzeć rękaw bluzki. Widniało na nim coś w rodzaju wysypki od trującego bluszczu. Napluła na dłoń i roztarła ślinę na skórze. Miała nadzieje, że to wystarczy. Poddała ognisko w niepamięć, skreślając je z listy niezbędnych rzeczy. Przytknęła palce do kory buku, niemo wzywając wszystkie instynkty. Pomyślała o pójściu jeszcze kawałek, lecz szybko porzuciła ten plan, uprzytamniając sobie swoje okropne zmęczenie. Schowała ręce wewnątrz koszulki, okrywając skostniałymi dłońmi barki. Sutki nieprzyjemnie odstawały, coraz mocniej obrastając w gęsią skórkę. Ułożyła się w mchu pod najszerszym z drzew. Miała nadzieję złapać odrobinę snu, aby przeciążone ciało uległo procesowi regeneracji. Budził ją każdy odgłos otoczenia, choć żadnego nie wydał człowiek.
Obudziła się chyba o świcie, choć nie mogła być tego pewna. Las przepuszczał niewiele światła, jednak ptaki rozpoczęły już swoje radosne trele. Uczuła głód. Zignorowała go, określając jako najmniejszy z teraźniejszych problemów. Postarała się skoncentrować na orientacji w terenie. Jeśli poszłaby dalej naprzód, najpewniej zaszłaby po prostu bardzo głęboko w zagaj. Nie znała okolicy, nie mogła więc wiedzieć gdzie kończy się ta pułapka. Wschód lub zachód kończył się wpadnięciem na ścieżkę, a tam mógł ją znaleźć ktokolwiek, czego nie mogła zaryzykować. Cofnięcie się było równoznaczne z kapitulacją. Nagle rozdarł ją przeraźliwy smutek, jak gdyby uczyniła coś złego. Jęknęła zrezygnowana. Może to była zbyt impulsywna decyzja? Może powinna niepostrzeżenie wślizgnąć się na tyły posiadłości i udać, że tam właśnie cały czas przebywała? Tylko czy to by się udało? Nie zakładała, że jej szukał, bo właściwie po co miałby to robić? Nie była jedyną kurwą na świecie. Jednak coś mówiło jej, że ten postępek był nieodwołalny i nie da rady po prostu go wymazać. Skrobnęła paznokciem skałę obok, decydując się podnieść. Będzie szła na wprost, póki starczy jej siły - to postanowiła.
Żałośnie kiwając się z lewej na prawą, przemierzała setkami kolejne metry. Już miała upaść, gdy stukot podków o drogę uprzytomnił jej rychłe zetknięcie z drogą. Skok adrenaliny umożliwił ukrycie się za iglakiem, kiedy hałas ucichł, a na ziemię twardo spadły czyjeś stopy. Musieli ją zauważyć. Wstrzymała powietrze, naiwnie zaciskając powieki. Poczuła ciepło i odór męskiego cielska, które stanęło tuż przed nią.
- Bu.- rzucił nieznajomy, gdy tylko otworzyła oczy. Wbrew sobie podskoczyła wystraszona.- Co takie małe dziewczę robi samo w lesie?- zagadnął, wbijając nóż w drzewo, tuż przy jej szyi. Zamarła. Posłał jej pełen wyższości uśmiech, zakręcając na palcu kosmyk jej rudawych włosów.- Co? Boisz się odpowiedzieć?
- Favril, podprowadź ją tutaj!- zażądał dziwnie znajomy głos. Barczysty, krótko przystrzyżony facet wyciągnął broń z drewna, po czym pochwycił ją za ramię i pociągnął za sobą.
- Ładna zdobycz, co panowie?- zwrócił się do towarzyszy. Obkręcił ją za biodra, aby lepiej oddać komizm swojej uwagi. Kilku z nich zagwizdało, reszta tylko łapczywie się uśmiechała.- Będzie z niej dobra nagroda za wygraną, skoro nie było kogo dziś okraść.- dodał. Uchyliła usta, ledwo rozumiejąc co miał na myśli. Obdarzyła szybkim spojrzeniem typa na drugim koniu od jej prawicy. Poznawała go. Spotkali się na balu, przy winie. Ten sam trzeci podbródek kołysał się, sygnalizując oddech. Wyglądał na mniej pijanego niż wtedy, była jednak pewna, że nie zachowywał całkowitej trzeźwości. Również ją rozpoznał, co zwiastowało raczej kłopoty.
- To panienka Ameta. Pamiętam ją z tego głupiego jublu u Greenloftów.- oznajmił bez chwili zwłoki.
- Tym przyjemniej będzie sobie jej poużywać.- mężczyzna pogłaskał jej policzek, kciukiem ściągając jej usta do utworzenia dzióbka.- Zechcesz, o pani, pójść z nami. Pobawimy się trochę.- wymruczał jak do dziecka, wyciągając rękę do najbliższego jeźdźca.- Poproszę o kawałek liny. Zagwarantujemy malutkiej wygodną przechadzkę.- zadrwił, przyjmując zwinięty sznurek. Odsunęła się, licząc na odrobinę zrozumienia z jego strony. Prychnął tylko, siłą przyciągając ją na poprzednie miejsce. Przewiązał jej nadgarstki, skupiając się na robieniu jak najmocniejszych węzłów. Chwycił pozostały, długi kawał i wsiadł na swojego wierzchowca. Wykorzystał powróz tak, jak robią to farmerzy - do ciągnięcia swojej zwierzyny. Jechali dość szybko, by mogła czuć się obolała i wymęczona - jednak zachowywali w tym finezję, nie doprowadzając do zbyt mocnego upadku czy utraty przytomności.
- Myślicie, że szef dziś dołączy? Ostatnim razem miał się zjawić, a nas wystawił.- rozpoczął konwersację ktoś z przodu grupy.
- To dupek. Niczego od niego nie wymagaj, bo i tak zrobi co mu się podoba. W zeszłym tygodniu prawie złapali mnie i Constanina, a on nic z tym nie zrobił. Jeszcze pomagał nas ścigać. Palant.
- Mogliście być bardziej uważni. Wszyscy wiedzą, że straż lubi się tam kręcić.- westchnął zarośnięty szatyn, sprawiając wrażenie, jakby słyszał tą historię dziesiątki razy.- Odpuść już zrzucanie win. Jest szefem. Co miał zrobić? Ratować cię, narażając na szwank samego siebie? A co, ty byś to zrobił gdyby szło o niego?
- Zamknij się, Santiago. Po prostu się zamknij.- skomentował tamten, wrzucając w to więcej agresji niż w poprzednią kwestię.
- Nie umiesz zaakceptować racji mądrzejszego?- zakpinkował inny, którego twarzy nie mogła dojrzeć. Rozpoczęła się kłótnia, więc zajęła umysł czymś innym. Co ją obchodziły ich wzajemne przytyki? Ważne, by Favril - czy jak mu tam było na imię - nie przyspieszył. Powłóczyła w tempie nogami, żałując każdej czynności minionej doby. Ucieczka była idiotycznym planem, zwłaszcza w takim czasie. Nawet gdyby Vinctus zauważył jej zniknięcie to miał teraz mnóstwo rzeczy na głowie i raczej nie postanowiłby, że warto by ją znaleźć. Jaki był z niej pożytek? Ciągle tylko przeciwstawiała się, psuła coś, nie umiała czegoś wykonać. Nawet kochanka była z niej marna. Pogodziła się z myślą, że jest zdana wyłącznie na ich zachcianki. Nie miałaby siły na kolejny bieg po wolność - nie po tym głupim ciągnięciu. Dotarli w końcu do małej polanki, gdzie rozłożone były prowizoryczne siedzenia. Na obrzeżach leżały porozrzucane ubrania, skradzione pieniądze, rzeczy osobiste oraz koce do spania.
- Witaj w naszym ślicznym zakątku.- zacmokał ohydny jegomość, wskazując przedramieniem całą powierzchnię dla porozwalanych przedmiotów. Podprowadził ją do drzewa najbliżej siedzisk, po czym taktownie skinął.- To twoja prywatna komnata.- zakomenderował z rechotem, przywiązując ją na wysokości talii. Dłonie wciąż miała skrępowane, ale dodatkowo je usztywnił, umiejscawiając nad głową. Dalej przymocował ramiona, by potem pochylić się i w lekkim rozkroku umocnić jej stopy.- Nie dość, że wygodniej będzie ci się stało to jeszcze taka pozycja pozwoli łatwiej cię zgwałcić. Radość dla wszystkich, nie uważasz?- poklepał ją po policzku w pieszczotliwym geście. Splunęła mu w twarz, zapominając o wszelkich naukach, jakie do tej pory zafundował jej czarnooki. Skrzywił się tylko, sprawnie wyciągając mały nożyk.- Dziecino, ty się sama prosisz o kłopoty.- wycharczał, bawiąc się ostrzem. Odciął nogawki jej spodni, zostawiając coś na kształt koślawej, drugiej pary majtek. Nie starał się jakoś szczególnie, by nie zadać jej bólu, więc po draśniętych udach zaczęły płynąć malutkie strużki krwi. Zagryzła wargi, nie chcąc dać nikomu satysfakcji z powodu zadanej kary. Odwróciła wzrok, nie chcąc żadnego kontaktu z tymi ludźmi. Oni tymczasem rozłożyli się wygodnie, ustalając między sobą, jakie będą zasady wygranej. Polało się piwo, bez którego nie wyobrażali sobie gry w karty. Wybrali oczywiście pokera, ale nie zamierzała nawet przez chwilę interesować się rozgrywką. Wolała zdechnąć z nudów, podczas gapienia się w sklepienie. Irytowały ją śmiechy pomieszane z uwagami skierowanymi do niej, lecz skutecznie je ignorowała. Był już późny ranek, a przynajmniej tak sądziła. Ptaki wciąż ćwierkały, ale inaczej niż kiedy wstawała. Dodatkowo stąd widziała większy kawałek nieba, więc łatwiej było określić margines błędu. Stawiała na godzinę dziewiątą lub dziesiątą. O tej porze była już zwykle na nogach, krzątając się z jednego kąta posiadłości do drugiego. Kolejny raz usłyszała przybysza. Tym razem koń był jeden, a jegomość całkowicie jej znany.
- Witam, chłopcy. Jak wam minęła ta wspaniała noc?- zeskoczył z wierzchowca, nie mącąc sobie głowy przywiązywaniem go. Zwierzę było wyuczone by czekać. Nie zauważył jej, tego mogła być pewna. Stał tyłem do niej. Wiedziała, że spółkuje z nimi i nie ma co szukać ratunku w jego ramionach. Czyli pierwsze wrażenie było trafne - nie należało powierzać mu swojego zaufania.
- Fatalnie, szefie. Nic ciekawego do rabunku. Za to parę godzin temu znaleźliśmy tą tutaj.- odezwał się Favril. Wskazał na nią głową, jednak gość nie odwrócił się od razu.- Gramy sobie o nią w karty, dołączy szef?- dorzucił radośnie, pogwizdując pod nosem.- Podobno była pupilkiem Ameta.- zarechotał, przelewając czarę ciekawości.
- Melodie, jeśli mnie pamięć nie myli.- wychrypiał, jednocześnie zaskoczony i ucieszony.
- Frances.- warknęła w ramach powitania. Tak jak się spodziewała, poprawił ją.
- Dla ciebie pan Delevine. Cóż sprowadziło cię do lasu bez żadnej obstawy?- dopytał, przybliżając się. Zasłonił wątłym ciałkiem połowę widoku na swoich podwładnych. Nie zamierzała udzielać odpowiedzi.
- Od kiedy jest pan posiadaczem grupki przestępców, hm?- zakpiła, wymownie wywracając tęczówkami.
- Ty masz swoje sekrety i ja mam. Zostawmy to.- puścił jej perskie oko, odwracając się z powrotem do towarzyszy.- Zagram z wami o tę piękną panią.- oświadczył, usadawiając się pomiędzy nimi.- Żeby jednak nie zaczynać od przyjemności - poproszę o konkretny raport ze sprzedaży. Constantin was informował co udało mu się opchnąć? Obiecałem odrąbać mu łeb, jeśli w końcu nie przyniesie jakichś dobrych wiadomości. Po ostatnich transakcjach trochę się na was zawiodłem. Zwłaszcza w zeszłym tygodniu. Marco, nadal obrabiasz mi dupę po tamtym pościgu? Bo słyszałem, że nie możesz się powstrzymać.- wycelował palcem w niskiego, brzydkiego faceta, na którego twarzy wykwitło zawstydzenie.
- Szefie, to nie tak...- wybąkał, machając bezradnie nadgarstkami.
- A jak, ty koślawa świnio? No proszę, tłumacz się. Ratuje ci tyłek po każdym przekręcie, bo sam nie potrafisz ukraść nawet pieprzonego portfela, a ty co? Wiesz, że nie toleruję hipokryzji? Kiedy ostatnim razem ty mnie z czegoś wyciągałeś, żebyś mógł mieć powody, co do głupich pretensji? Nie przypominam sobie żadnej takiej sytuacji. Wiesz, kurwa, dlaczego?- wszystko to wypowiedział spokojnym głosem, naciskając jedynie na wulgaryzmy. Uśmiechnął się do zlękniętego kurdupla, kulącego się teraz na siedzisku.- Wiesz, kurwa, dlaczego?!
- Nie...- wyjąkał, nakrywając kolana przedramionami. Bawił ją jego strach. Przez ten jeden moment trzymała stronę blondyna, który widocznie przerażał własnych pracowników.
- Ponieważ ja nie popełniam błędów!- krzyknął, podkreślając to teatralnym skinieniem.- Co sprowadza się - wiesz do czego?
- Nie...
- Otóż do tego, mój drogi, że zostajesz zwolniony ze swojej służby. Pakuj manele, bo masz jakieś trzydzieści sekund zanim poderżnę ci gardło. Do tego czasu masz zniknąć z mojego pola widzenia. Czy to jasne? Świetnie. Zacznijmy liczyć, chłopcy. Jeden. Dwa.- mruczał, delikatnie wyciągając zza pasa ukryte ostrze. Śmiertelnie przerażony Marco natychmiast poderwał się i rozpoczął bieg do wnętrza lasu. Frances doliczył do piętnastu, po czym rozbawiony odparł: „No przecież nie dam mu tak spieprzyć. Wyda mnie pierwszym napotkanym osobom“. Rozprostował kości, strzykając przy tym knykciami. Pochylił się lekko, odliczając sobie samemu czas do startu. Pognał przez knieje w zawrotnym tempie z łatwością doganiając przysadzistego mężczyznę. Wbił mu nóż w gardło i pozwolił osunąć się w dół, do mchu. Schylił się tylko, wycierając krew w jego szatę. Powoli, śpiewnym krokiem wrócił na poprzednie miejsce.- Ktoś jeszcze chce szkalować mi tyły?- spytał dla pewności, chowając broń. Wszystkie głowy weszły w ruch, kręcąc ostro w ramach zaprzeczenia.- Pięknie. Poproszę o raporcik i możemy grać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz