czwartek, 13 sierpnia 2015

Dwunasty.

Cztery ściany w kolorze jasnego brązu, z czego jedna znacznie pochylona ku podłodze. Gdyby dach był bardziej stromy, mogłaby zachować prawie prostą pozycję. Wmontowane w nią było okno, kształtem przypomninające półkole. W przeciwległych kątach pokoju poustawiane były szafy, kredensy, stoliki i inne tego typu. Wszystko z mocnego, hebanowego drewna. Może, gdyby porozstawiać je w rozsądny sposób, robiłyby wrażenie. Ponakładane na siebie i ponarzucane wręcz stosami - nie dawały nawet ułudy przyjemnej atmosfery. Uroku nie dodawały również rozrzucone graty, papiery oraz kartonowe pudła pełne niewiadomo czego. Ponad głową miała trzy, dość nisko opuszczone lampy. Żarówka jednej z nich była roztrzaskana, więc jej odłamki zapewne leżały teraz skryte pod całym tym bałaganem, błagając, by nadepnąć na nie bosą stopą i krzyknąć w oburzeniu z bólu. W rogu naprzeciw niej, farba poddawała się działaniu pleśni, zachodząc biało-zielonym grzybem. Coś otarło się o jej kostkę, lecz równie szybko jak się pojawiło - zniknęło.
- Tu są myszy.- odparła nieco rozbawionym, choć raczej zdziwionym głosem. Nie bała się tych małych futrzaków właściwie nigdy, skąd taki spokój. Nie była pewna czy dobrze wywnioskowała, jednak prawdopodobieństwo, iż był to innego rodzaju gryzoń, było raczej nikłe. Podskoczyła, czując jak męska dłoń delikatnie dotyka jej kibici. Zaraz potem otrząsnęła się, karcąc w duchu zbytnią nerwowość. Nie miała absolutnie żadnych powodów do obaw, a dzisiejszy towarzysz wywoływał w niej więcej zaufania niż ktokolwiek inny w promieniu dwudziestu mil. Zakapturzona postać przemknęła się do okiennic, uchylając je ze zgrzytem zamka. Zapach kurzu rozniósł się po całym pomieszczeniu i nie potrafiła powstrzymać kichnięcia.
- Na zdrowie! Brzmisz jak mały kotek.- podsumował, wyglądając na zewnątrz. Dzień był bardzo słoneczny, niestety całkiem bezwietrzny. Współczuła Vinctusowi, który dwie godziny temu udał się w drogę do jakiegoś odległego miasteczka, po drugiej stronie granicy kraju. Nie mógł wybrać gorszej daty. Obejrzała się i przymknęła drzwi, zauważając chowające się za nimi, pospinane pliki z dokumentami. Choć może bardziej odpowiednim słowem byłoby „poobwiązywane“, gdyż były z dwóch stron oplecione sznurkami. Przysunęła je bliżej środka pokoju, aby później nie zapomnieć o sprawdzeniu ich. Mężczyzna wydał z siebie pomruk pełen zastanowienia, nurkując między stertę mebli. Po chwili wyciągnął stamtąd słabej jakości, acz nadzwyczaj pojemny worek, który chyba wypełniony był większą ilością materiałów do sprawdzenia. Ich zadaniem było odnaleźć ważne pisma, potrzebne do rozwiązania sprawy klienta braci. Choć udawała profesjonalną, kompletnie nie wiedziała o co chodziło, ani jaki sposób usług świadczą, poza oczywistym krawiectwem.
- Czego dokładnie mam szukać?- zapytała w końcu, gdy chęć pomocy przezwyciężyła prawdopodobieństwo upokorzenia się. Postukał palcami w dolną wargę, najwidoczniej kontemplując nad tym, ile powinien jej zdradzić.- Mógłbyś zdjąć ten płaszcz. Nie boję się twojej twarzy, a tobie zdecydowanie musi być gorąco.- dodała mrukliwie, niepewna czy bezpośredniość będzie dobrym pomysłem. Roześmiał się serdecznie, kolejny raz ją zaskakując. Mimowolnie odpowiedziała uśmiechem, całkowicie rozluźniając się w duchu. Rozplątał wiązanie, zrzucając z ramion materiał. Złożył go niedbale i rzucił w puste miejsce na podłodze. Jak zawsze przeleciał ją słaby dreszcz, jednak dawno już przywykła do tego widoku.
- Szukamy papierów z nazwiskiem Loyd. Zarówno oficjalnych, jak prywatnych, a także wszystkich innych w których choćby zostało ono wtrącone.- wyjaśnił pogodnie, sięgając po pierwszą stronę. Zrobiła to samo, nie prosząc o żadne więcej informacje. W ciszy przeglądali każdą kartkę, jaką znaleźli, co miało zająć sporo czasu. Po upływie dwudziestu minut, gdy jedynymi słyszalnymi dźwiękami był szelest wykonywalnych czynności, wspólne oddechy i ptactwo za oknem, jej towarzysz zdecydował się ponownie odezwać.- Nigdy nie lubiłem pracować w ciszy. Tym różnimy się z Vinsem. Jeśli chciałabyś coś wiedzieć to pytaj. To może być cokolwiek, nie ograniczaj się do aktualnie wykonywanych robótek.- zachęcił, spoglądając na nią przymilnie. Dlaczego miałaby nie skorzystać z okazji? Dzięki niemu mogła dowiedzieć się rzeczy o których normalnie nikt słowem by przy niej nie wspomniał. Myśląc „nikt“, miała na celowniku samego Vinctusa. Był potwornie skryty, choć starał się sprawiać wrażenie przychylnie nastawionego.
- Po co właściwie tego szukamy?- nasunęła jej się pierwsza kwestia. Dłuższy czas ciekawiło ją, czym takim bracia się zajmują. Krótkowłosy zmarszczył brwi, gładząc swoją kozią bródkę. Jednocześnie wciąż czytał, co ona również starała się robić.
- Dokładnie wyjaśnić nie mogę, gdyż każda konkretna informacja mogłaby zagrozić twojemu życiu, gdyby ktoś wyciągnął z ciebie przekazaną wiedzę. Spróbujmy pokrótce... Powiedzmy, że parę lat temu miałem żonę. Piękną, kochającą... W każdym razie...- wyraźnie zgubił wątek, rozpraszając się wspomnieniami. Rozczuliło ją to i zapragnęła, by opowiedział jej o tym fragmencie swojego życia.
- Rozjaśnisz mi trochę jej postać? Vinctus pobieżnie mówił, co się wydarzyło, jednak chciałabym mniej krwawych szczegółów, a więcej samej historii.- poprosiła subtelnie, mając nadzieję, że możliwość wygadania się go ucieszy. Nie pomyliła się, bo wesołe ogniki zagościły w jego oczach.
- Naprawdę chciałabyś posłuchać?- autentycznie się rozanielił. Uświadomiła sobie fakt, iż prawdopodobnie nikt wcześniej nie zrobił mu takiej prośby, ze względu na niepoprawność jego związku. Wszyscy tutaj byli potwornie sztywni, co jeszcze nie zdążyło się jej udzielić. Skinęła głową, sięgając następny plik.- Kiedy miałem siedemnaście lat, moją opiekunkę zastąpiła prywatna służąca. Miała na imię Civis i była najpiękniejszą kobietą świata, nawet jeśli brzmi to raczej nader emocjonalnie. Jej włosy zależnie od światła przybierały odpowiednią barwę brązu. Usta rozprawiały wyłącznie o rzeczach roztropnych. Figura przyćmiłaby niejedną dziedziczkę tronu. Jednak ja zakochałem się w jej oczach. Lawendowych, wyjątkowych. Nikt inny nie mógł mieć podobnych. Ona jedyna rozmawiała ze mną, jakbym nie był nic niewartym śmieciem. Mój ojciec, co prawda wychował mnie, aczkolwiek nie poświęcał mi czasu. Byłem wypadkiem, którego skutki konsekwentnie ponosił. Civis dbała o moje samopoczucie z obowiązku i dla swojej własnej przyjemności. Wielokrotnie powtarzała mi, że naprawdę lubi moje towarzystwo, gdy tylko poczułem się na tyle niepewnie, by o to pytać. Do końca nie wiem jak to się stało. Widywałem ją co dzień, często nie opuszczając nawet na chwilę. Staliśmy się sobie bliscy, co wcale nam nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Cieszyliśmy się z tego dziwnego uczucia, choć Vins uparcie powtarzał, że to niewłaściwie. Ojciec się dowiedział, przez co miała kłopoty. Obiecałem jej wolność, którą nosiła w sobie. W tamtym czasie spotykaliśmy się ukradkiem, z pozoru wracając do relacji, jakie według społeczeństwa powinniśmy mieć. Nic prócz niej się nie liczyło, więc gdy zmarł mój rodziciel, natychmiast się jej oświadczyłem. Oczywiście, zachowałem stosowną żałobę, bo kochałem tego człowieka. Wziął mnie pod swoje skrzydła, ucząc, że jeśli już popełni się błąd to należy iść z nim dalej i czerpać z niego mądrość. Byłem jednak równocześnie szczęśliwy z moją ukochaną, nie potrafiąc dłużej udawać. Zaczęły się szmery wśród ludzi, ale ja naprawdę miałem to gdzieś. Nie potrzebowałem swojej pozycji, Civis była dla mnie wszystkim. Nie wyobrażasz sobie w jak wielkiej euforii się znalazłem, gdy w kilka miesięcy po zamęściu, zaszła w ciążę. Miałem zostać ojcem dziecka najwspanialszej kobiety, jaka kiedykolwiek była mi znana. Czułem się kochany i kochający. Ignorowałem pełne nienawiści szepty przechodniów oraz zachowanie niektórych sprzedawców. Oni nie rozumieli, jakim uczuciem było posiadanie czegoś tak pięknego. Vins bronił mnie, póki mógł. Potem stało się to, co się stało.- posmutniał, przerywając na moment wodzenie palcem w tekście. Obejrzał się na okno, szukając wytchnienia w słońcu.- Przeskoczyłem nad tym. Nie chciałaby, żebym zostawił go samego. Może jest starszy, ale nie umiałby rozsądnie się sobą zająć. Dzięki niej mam siłę, by wstawać rano z łóżka i pracować. On się z tego śmieje, lecz ja wiem, że jej duch nade mną czuwa. Gdyby nie - pewnie wcale nie przeżyłbym pożaru. Brzmię sentymentalnie?- zachichotał, odrzucając nagle powagę, która przed sekundą tak mocno go ściskała. Posłała mu pełen ciepła uśmiech.
- To bardzo piękne.- skomentowała podobnie do poprzedniego razu, gdy słyszała tę gadkę od innej strony.
- Dziękuję.- wyraźnie odebrał to jako miłe połechtanie po ego. Vinctus na każdy komplement reagował dość nerwowo, co znacząco różniło ich od siebie.- Wracając do pierwszego tematu. Od czasu, gdy Civis nie żyje zaczęliśmy z bratem pewien interes, który wykopał mnie ponownie na wysoki status i nieco przywrócił sympatię. Czasem jest to kontrowersyjne zajęcie, ale odnajdujemy w tym przyjemność. Nieraz zajmujemy się kilkoma klientami na raz, przez co robi się zamieszanie, dokładnie takie jak dziś. Dlatego szukamy zaległych dokumentów. Są mi niezwłocznie potrzebne na miesiąc wstecz.- wytłumaczył pobieżnie, odkładając na bok pierwszą trafioną stronę. Uznała, że taka dawka informacji w tym kierunku jest zadowalająca. Zresztą nie było szans na wyciągnięcie czegoś bardziej szczegółowego - nie zamierzała podpaść.
- Opowiesz mi coś o sobie? Na przykład skąd wzięło się to krawiectwo?
- To akurat jest proste. Miejscowy krawiec był wyjątkowo... nieprzychylnym mi osobnikiem. W związku z tym zawziąłem się, poczytałem trochę i spróbowałem sam. Moja żona wyłącznie dzięki mnie nosiła wyjątkowe, szyte z całkowitym oddaniem suknie. Z czasem znajdywały się osoby, które chciały kupić jakiś z moich strojów, a ja chętnie pomagałem. Nigdy nie stroniłem od spełniania życzeń. Potem stało się to moim zawodem, czego nigdy nie pożałowałem. Lubię babrać się w materiałach, tworząc niepowtarzalne kroje czy zdobienia. Buty również umiem robić, choć to już trochę inna bajka. Tych nie zwykłem sprzedawać nikomu poza samym Vinctusem. To strasznie nudne zajęcie, zupełnie różne od ścibienia barwnych szat.
- Rozumiem.- pochyliła się, dokładając kartkę do poprzedniej właściwej, którą on znalazł. Wypracuje sobie podzielność uwagi na poziomie eksperta.- Czym jeszcze lubisz się zajmować?
- Drażnieniem brata. Tylko mu nie mów.- położył konspiracyjnie palec na ustach. Zachichotała, kręcąc głową z niedowierzaniem.- Wiele takich rzeczy by się znalazło. Lubię z tobą przebywać, pomagać Rache w jej królestwie, sprawiać ludziom radość, urządzać przyjęcia, spać, czytać wszystko, co wpadnie mi w dłonie i jeść nietypowe potrawy. Kiedyś również interesowałem się magią iluzji, jednak szybko dałem spokój. A ty? Mało kiedy kreślisz mi coś o sobie.
- Hm, ciężko powiedzieć. Lubię grać na fortepianie i interpretować melodię, czytać poezję, rozmawiać z osobami, które traktują mnie poważnie, pomagać, malować...
- Malować?- przerwał jej, podnosząc wzrok znad pisma. Zarumieniła się mimochodem.
- Amatorsko.- burknęła, speszona jego dociekliwością.
- Vinctus wie?
- Dlaczego miałby?- potarła nadgarstek, chowając nos w swoim pliku. Wyjęła kartkę z wyraźnie nakreślonym „Loyd“ i odłożyła ją na stertę.
- Znalazłby starą sztalugę. Dostałabyś ją do pokoju. Kiedyś sam próbował, jednak ze złością odkrył, że nie wszystko za co się weźmie musi mu pasować.- zarechotał złośliwie, przypominając coś sobie.- Wspomnij mu o tym. Farby również gdzieś powinny być, choć pamiętam, iż miał w planach wrzucić je do rzeki.
- Sympatycznie.- uniosła prawy kącik ust, nie przerywając pracy.
- Przepraszam, przerwałem ci.- zreflektował się.- Chcesz wymieniać dalej?
- Nie, jeśli pozwolisz.
- Chciałabyś może o coś jeszcze zapytać?- rzucił, dając jej czas na przemyślenia. Czy było coś takiego? W zasadzie wiele i nie wiedziała od czego zacząć.
- Czy twój brat miał kiedyś kobietę? Taką naprawdę, a nie... wykupioną?- zawstydziła się przy ostatnim słowie, choć sama nie wiedziała dlaczego. Nic w tym niezwykłego, że fundował sobie towarzystwo, które miało go nie zawieść. Malum zapowietrzył się zamierzenie, by odetchnąć głośno kilka sekund później. Przypomniała sobie słowa długowłosego, iż każdy ruch musiał sprawiać mu ból.
- Nie powinienem sprzedawać jego prywatności. Mimo tego uważam, że cokolwiek powiem - zachowasz dla siebie. Nie, nigdy. Znaczy, była Elisa, ale to było coś jeszcze innego, co ciężko przypisać w jakąś kategorię.- zmieszał się, przekładając parę kartonów. Odłamki żarówki faktycznie odnalazły się pomiędzy nimi, na co nie mogła powstrzymać cichego parsknięcia.
- Opowiesz mi o niej?- zacisnęła nieco wargi, przywołując to imię w głowie. Kim ona była... Ach, tak. Vinctus wspomniał ją, gdy go objęła, dawno temu.
- Różniła się od ciebie. Była cicha, skromna, nieporadna, bała się przebywania tutaj, często płakała. Miała wysoki głos, urocze, rumiane policzki, błękitno-zielone oczy, zadarty nosek i proste, blond włosy do łopatek. Sięgała mi do skroni, więc nie należała do najniższych. Mój brat powtarzał, że mimo wzrostu jest przyjemnie pulchna. Nigdy nie lubił wychudzonych wywłok.- wymamrotał. Przyjrzała się sobie szybko, oceniając czy się do nich zalicza. Zauważył to.- Nie, dziecko. Powiedzenie tego dziewczynie nie jest chyba najlepszym planem, jednak zaryzykuję. Przytyłaś odkąd tu jesteś. W ten pozytywny sposób, oczywiście.
- Malumie, do rzeczy.- upomniała go, nie zamierzając odpowiedzieć na próby karesa.
- Spodobała mu się, jakoś tak wyjątkowo. Zaczął zajmować się nią z większą troską, głównie dlatego, że nie dawała sobie rady sama. Przyszedł taki czas, gdy go pocałowała. Dał się porwać. Starał się dla niej. Jakby zatonął. Pisał wiersze, układał melodie, nawet to przeklęte malarstwo... Chciał dać jej wszystko. Przeliczył się. O ile coś do niego czuła to nie było to tak mocne, jak to, co czuł on sam. W ostatnim prezencie pozwolił jej zdecydować. Wybrała wolność, a on nigdy nie próbował jej zatrzymać. Ostrzegałem go, że tak będzie. Nie polubiłem jej, bo... Nie mów mu tego, nie chcę znów stracić jego obecności...Wydawała mi się dwulicowa.- wystękał, dokładając do stosiku trzy nowe strony. Szło im to całkiem sprawnie, biorąc pod uwagę, że cały czas rozmawiali. Powietrze zrobiło się nieco chłodniejsze, leniwie wpadając przez otwarte okiennice.
- Dlaczego tak ją puścił?
- Bo ją kochał. Przynajmniej tak mu się wtedy zdawało. Później uświadomił sobie, że to tylko zauroczenie, bo nigdy nie miał szansy obcować z kimś takim. Lecz powód był właśnie ten. Sądził, iż odwzajemni uczucie, wróci, zatęskni. Nie zrobiła tego.- wzruszył ramionami. Odniosła wrażenie, że wolałby się mylić. Następne pół godziny przesiedzieli w ciszy, każde pogrążone we własnych rozważaniach.
- Przybliżysz mi wizerunek swojego brata? Chciałabym mieć jakieś nowe spojrzenie na to wszystko.- odezwała się cicho, niepewna każdego słowa.
- Vins jest... skomplikowany. Ciężko cokolwiek o nim powiedzieć. Przeważa w nim sarkazm i brak wiary w jakąś inteligencję, poza własną. Mimo tego, od dziecka był rozważny, a gdy nikt nie patrzył - przejawiał także oznaki troski o innych.- wymówił to w teatralny sposób, jakby było najgorszym z przewinień. Ktoś zapukał do drzwi pokoju, uchylając je od razu. Do środka wsunęła się delikatna, pociągła twarzyczka z mnóstwem piegów i krótkimi, blond włosami. Skinął na nią, aby przemówiła. Nabrała powietrza, piskliwym głosikiem informując, iż Sofi przygotowała dla nich posiłek. Zaraz potem uciekła, speszona osobliwościami.- To była Natalie. Przywiozłem ją ze sobą.- wyjaśnił na jej zdziwione spojrzenie.
- Dlaczego?- dopytała, wstając. Przerwa im się przyda. Siedzieli tu od dobrych kilku godzin. Powoli odczuwała odrętwienie. Postąpił za jej przykładem, także się podnosząc.
- Jest zagubiona. Nie chciałbym narazić takiej bezbronnej osóbki na strach przed samotnością. To miłe dziewczę, byłoby szkoda.- uśmiechnął się z ojcowskim zaangażowaniem. Zeszli po schodkach do jadalnego pokoju, zastając tam obcego dla niej mężczyznę, opartego o kant szafki. Malum jednak poznał go, co wcale nie wydało jej się dobrym znakiem, gdyż zmarszczył nieprzyjemnie brwi.- Marcusie, co tutaj robisz?
- Pomyślmy.- parsknął tamten, patrząc na niego z ukosa. Czarne kosmyki zakryły widoczne zakola. Mógł mieć najwyżej trzydzieści siedem lat. Pogładził zadbaną brodę, czekając na jakąś głębszą reakcję ze strony towarzysza. Jak na zawołanie - twarz okalana bliznami zbladła. Zapragnęła informacji.- Twój kochany braciszek niezbyt uważnie jechał.
- Cholera. Mówże dokładniej. Najlepiej usiądź, zjedz z nami.- uprzytomniał trochę, zapraszając go do stołu. Skłonił się głęboko, odsuwając krzesło dla May. Odpłaciła wdzięcznym uniesieniem kącików warg. Uprzytomniła sobie, że dziwnie często spożywa tutaj obiady, mimo iż nie powinna, jako służebnica.
- Będę zmuszony jeść w pośpiechu, gdyż śpieszno mi wyruszać za Vinctusem.- odparł leniwie jegomość, usadawiając się naprzeciw niej. Wzbudzał sprzeczne emocje, bawiąc się posiadanymi danymi. Malum chrząknął gniewnie.
- Mógłbyś wreszcie zdradzić, co takiego się wydarzyło?
- Skoro tak ładnie prosisz.- ułożył przedramiona za głową, tworząc tym samym najbardziej ignorancką postawę, jaką można sobie wyobrazić. Po chwili spoważniał, zgarbił się i postukał opuszkami palców po krawędzi talerza.- Rzucił się w pogoń za cieniem czegoś, co wydało mu się znajome. Stracił orientację w terenie. Kompletny kretyn, niech się cieszy, że z nim jechałem. Znalazłem powrotną drogę, żeby przywieźć mu drugi kompas. W związku z tym właśnie - macie może pojęcie, gdzie ten skończony idiota schował zapasowy?- zagadnął, pakując sobie do ust kawał baraniny.
- Jakim cieniem?
- Tyle zdołałeś wyłapać z mojego wywodu? Naprawdę? W dodatku sądzisz, że pozwolę sobie odpowiedzieć przy kobiecie?- wskazał na nią widelcem, pierwszy raz poważnie przeszywając ją wzrokiem. Miał brązowe oczy, przywodzące skojarzenie z czekoladą. Niezbyt surowe rysy, prosty nos i ironicznie wygięty łuk brwiowy. Równocześnie wyglądał, jakby znaczył wszystko oraz nic.- Może skupisz się na tym, co istotne?- skierował tę uwagę do mężczyzny, wyraźnie będąc zirytowanym.
- Melodie, mogłabyś poszukać kompasu? Wybacz, że odciągam cię od jedzenia.- zmieszał się, niezręcznie wypraszając ją z pomieszczenia. Wychodząc pomyślała tylko, że dowie się wszystkiego czy im się to podoba, czy nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz