niedziela, 24 maja 2015

Ósmy.

Łokciem strąciła karton z dokumentami. Natychmiast legła za nim na ziemię, rozszerzając z przerażenia powieki. Kartki pozapisywane nutami rozsypały się po całym dywanie. Szybko zebrała je w jedną stertę. Podniosła oczy na odgłos kroków. Spojrzała prosto na wzburzoną postać Vinctusa.
- Czy to jest to co myślę?- zapytał przez zaciśnięte zęby. Przełknęła nerwowo ślinę. Gdyby była bardziej uważna to by do tego nie doszło, ale nie, ona oczywiście musiała się zamyślić. Głupia.
- Wszystko poskładam jak było, obiecuję.- pisnęła, powstając z klęczek. Rozdzieliła pisma i w pośpiechu, kolejno układała każde na stoliku. Podszedł na tyle blisko, by stykać się torsem z jej plecami.
- Jeśli coś będzie nie na swoim miejscu to ostro popamiętasz.- zagroził, całując przelotnie jej szyję. Pogłaskał ją po włosach, po czym przysiadł przed fortepianem. Pogładził zamknięte wieko, osłaniające klawisze.- Czyściłaś je?
- Tak.- odparła naprędce, w stresie przerzucając strony.
- Widać. Szybko się uczysz.- pochwalił ją, świadom, że nawet tego nie zarejestruje.- Podasz mi którąś etiudę?
- Tak.- przewarstwowała plik, który trzymała w dłoni i wręczyła mu jeden z arkuszy.
- Dziękuję.- uśmiechnął się półgębkiem, wprawiając ją tylko w większe napięcie. Niby pamiętała dokładną kolejność, jednak nie ufała sobie na tyle, by w ogóle się nie martwić. Zwróciła tylko uwagę, że uniósł klapę. Popłynęły kojące dźwięki, dzięki którym odrobinę się uspokoiła. Tę melodię znała już na pamięć. Góra, dół, góra, dół, góra, góra, dół. Grał z wdziękiem, jakiego ona nie umiała w sobie odnaleźć. Mogła wczuć się w muzykę, jednak odkryła, że robiła to w pełni tylko kiedy to on pogrywał. Pierwszy raz zdarzyło jej się coś takiego, więc przypuszczała, iż po prostu z jego kompozycjami wiąże się zbyt wiele pokładów uczuć, które nie są jej znane. Wyrwała się spod władzy pasji, wracając myślami do powierzonego zadania. Ostrożnie przejrzała wszystko ostatni raz, zanim schowała z powrotem do pudła. Wwiercił się swymi pięknymi oczami w jej duszę, zaprzestając namiętnego uderzania w instrument.
- Dlaczego tak patrzysz?- wyjąkała, czując jak nogi uginają jej się pod ciężarem jego wzroku.
- Bo mi wolno.- parsknął drwiąco. Spoważniał po chwili.- Rozkwitasz. Częściej się uśmiechasz, nie narzekasz na rosnące obowiązki, nie unikasz mojego towarzystwa. Piękniejesz tutaj z każdym dniem.- zauważył, opierając łokieć o przednią nakrywę. Zarumieniła się krwiście, spoglądając zawstydzona w ziemię.
- Dziękuję.- skłoniła się lekko, jak nakazywała kultura. Musiała przyznać mu rację. Domowa służba nie była jej straszna. W końcu mogła dowiedzieć się, ile pracy trzeba włożyć w funkcjonowanie posiadłości o takiej wielkości. I lubiła z nim przebywać znacznie bardziej, niż gdyby miała siedzieć sama. Nie wiedziała jednak co wspólnego ma z tym jej uroda, bo ta nie zmieniła się od czasu, gdy tu przyjechała.
- Masz zdrowszy koloryt ciała. Wcześniej byłaś po prostu blada, ziemista, jakbyś chorowała. Teraz to ładny, jasny odcień normalnej skóry.- wyjaśnił, poklepując zamkniętą tylną osłonę. Z jego pomocą wdrapała się na nią i położyła, twarzą do niego. Musnął palcem wskazującym jej lewą kość policzkową.- Z twoją sylwetką też jest lepiej. Nie była zła, ale brakowało ci kilku zaokrągleń. Za mało jadłaś, lecz nadrobiłaś to.- mówił dalej, wciąż penetrując ją obsydianem swych tęczówek. Słuchała jak zahipnotyzowana, czując pętlę zaciskającą się bezlitośnie w podbrzuszu.- Twoje usta są ciemno-różowe, choć były sine.- przybliżył się, by wydychane powietrze słabo dotykało jej lica.- Trzeszcza błyszczą, jakbym wyciągnął cię do słońca pierwszy raz od setek lat. Nawet głos brzmi mniej posępnie, kiedy zwracasz się do mnie w nieformalnych sytuacjach.
- Tak?- szepnęła, mrugając niepewnie. Zachwycał ją swoimi umiejętnościami. Zniżył ton na tyle, by nie mogła oderwać od niego uwagi, jednocześnie przechylając głowę w przyjazny, zaciekawiony sposób. Była jak ofiara zniewolona przez kata. Wiedziała, że cokolwiek nie zrobi skończy się to straceniem w tym, czy innym sensie.
- Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś niezwykłej krasy?- pogładził kciukiem jej podbródek, kontynuując swoją grę.
- Ojciec.- całe przyjemne napięcie spłynęło po niej na wspomnienie dawnej rozmowy. Zauważył zmianę, która zaszła w jej twarzy. Zmarszczył brwi, wycofując się gładko.
- Zepsułaś zabawę.- podsumował.- Powiedz mi.- dodał, kiedy przymknęła powieki w ramach obrony przed przeszłością.
- Wyjaśniał mi jak to działa. Wiesz, bycie kobietą mojego pokroju. Trącał mnie wszędzie, z obłąkanym uśmiechem tłumacząc jak wielu mężczyzn spotkam. Mężczyzn, którzy będą chcieli się ze mną pieprzyć. Którzy będą pragnęli, bym błagała o litość, kiedy postanowią brutalnie mnie zgwałcić. Takich, którzy bez wahania położą na mnie ręce, byle tylko wykorzystać. I nikt nie będzie próbował mnie bronić. Mówił, że gdyby miało mu to dać choćby pół złotej monety to dałby mnie przelecieć setce obcych facetów. Że gdyby się mnie nie brzydził to sam wziąłby mnie siłą. Powtarzał, że zrobiłby to tak mocno, że krzyczałabym o łaskę, dławiła się własnymi łzami i krwawiła silniej niż podczas kobiecych dni. Że po wszystkim nie myślałabym o niczym, prócz samobójstwa. Po czym zaśmiał się i dodał, że nie zamierza tego robić, bo z moją niebywałą urodą jest nieuniknionym, że znajdzie się człowiek, który go w tym wyręczy kiedy tylko nadejdzie sposobność.- wyrzuciła beznamiętnie, a oczy zaszły jej łzami.
- Cholera, ale nie rycz.- skomentował, autentycznie wyglądając na przejętego. Wytarł jej policzki wierzchem dłoni, po czym zamknął palce na jej palcach.- Posłuchaj, będę prostował. Hej, słuchaj.- ścisnął lekko, by się skupiła.- Nie jestem lepszy od ludzi, którymi straszył cię twój ojciec. Wiesz to.- pokręciła głową i uchyliła wargi, zamierzając zaprotestować.- Daj mi skończyć. Nie jestem od nich lepszy, jednak to nie tak. Nie zaprzeczę, że na świecie jest wiele osób, które na pewno miałyby na ciebie ochotę. Niczego ci nie brakuje, więc nie będę kłamał, że nie trafisz w ich gusta. Ale - jesteś teraz moja, rozumiesz? Nikt oprócz mnie nie ma prawa cię tknąć, póki nie wyrażę na to zgody. A nie zrobię tego nigdy. Nie lubię się dzielić. Nigdy też nie zniewolę cię całkiem wbrew twojej woli, by ulżyć sobie do twoich przerażonych krzyków. Wiesz, że mam ciekawe zapędy, ale do czegoś takiego nie jestem w stanie się zmusić.- wzdrygnął się, jakby to sobie wyobrażał.- To chora wizja.
- Zszedłeś z tematu.- mruknęła cichutko.
- Wybacz, mniejsza. Chodzi mi o to, że twój ojciec był idiotą.- podsumował krótko. Parsknęła, rozbawiona puentą.
- Kiepski z ciebie mówca.- odparła, wracając do siebie. Puścił jej perskie oko.
- Przynajmniej się staram.

Wysoka, blondwłosa dziewczyna szybkim krokiem zmierzyła do pokoju. Oboje spojrzeli na nią, przerywając muzykowanie. Pokłoniła się usłużnie, rozpościerając materiał pracowniczej sukienki.
- Ma pan gościa, proszę pana.- powiadomiła krótko, uroczo dziewczęcym głosikiem. Jej pierś poruszała się w przyspieszeniu. Biodra miała lekko wysunięte naprzód, a ramiona dumnie uniesione.
- Kto?- zastygnął, jakby wytężając zmysły.
- Przedstawił się jako Frances Delevine, proszę pana.- odpowiedziała pokornie, bez zająknięcia. Odetchnął niezauważalnie.
- Przyprowadź go tutaj.- poprosił, wracając do grania. Słodka toń nut zalała jej uszy, doprowadzając do umysłowego stanu uniesienia. Słyszała jak wartka rzeka zalewa jego serce, wpuszczając nadzieję i powiew nowości. Nerwowe podrygi kołaczącego w uczuciu łba. Później pęknięta tama, puszczenie zapór w niepamięć. Zatracenie się w wyjątkowości doznań.
- Vinctusie.- nowy głos zakłócił falę retrospekcji. Fuknęła, zła na szczupłą postać jasnowłosego przybysza. Zwróciła tym na siebie zainteresowanie.- Jak ma na imię twoja służka?
- Melodie.- warknął, z miejsca żałując, że go wpuścił. Zbyt rzeczowo patrzył na dziewczę, które leżało rozpostarte na fortepianie.
- Cóż za wspaniałe imię.- wpadł w udawany zachwyt, zbliżając się do nich.- Wybacz mi, że przychodzę bez zawiadomienia.
- Przyzwyczaiłem się. Co więcej, jestem pewien, że nie potrafisz pisać w ogóle, a w szczególe tak trudnych form jak krótka notka, że zamierzasz tu wpaść.- zadrwił, wprawiając May w niekulturalny chichot. Jegomość zignorował przytyk, ponownie zawracając na nią wzrokiem.
- Czułem się przytłoczony brakiem towarzystwa i nadmiarem wolnego czasu. Nie każdy dysponuje taką armią panienek jak ty.
- Jeśli tego ci trzeba to kup sobie jakąś.
- Co powiesz na tą?- wskazał na nią, wywołując kompletny paraliż z jej strony.
- Ledwo wszedłeś i już chcesz kupić jedną z moich kobiet?- syknął nieprzyjaźnie, podrywając się z siedzenia. Tamten rozłożył ramiona w poddańczym geście.
- Sam mi to zaproponowałeś.- wytłumaczył się.
- Wal się.- margnął w odpowiedzi, zdejmując Melodie z instrumentu. Trzymał ją mocno na rękach, dając objąć się za kark.
- Dam za nią trzy razy więcej niż zapłaciłeś na targu.- zaproponował. Przyjrzała mu się. Wąska głowa, wysunięty podbródek, koścista sylweta, niebieskie trzeszcza. Chudy, prosty nos, zagięty na końcu do wewnątrz. Brak jakichkolwiek oznak zarostu. Czysta cera, bledsza prawie od mleka. Schludne ubranie - błękitnawa koszula, ciemniejsza marynara i zbyt ciężkie, eleganckie spodnie. Wypastowane buty, nienadające się do dalekich, pieszych podróży. Jego wargi prawie nie istniały, tak były cienkie.
- Nigdy.- odparował agresywnie, przyciskając ją do swojego torsu.- Słowo „moja“ oznacza, że jest moja.- wyjaśnił treściwie, zakańczając dyskusję na ten temat.- Masz jakiś inny interes czy przyjechałeś, żeby mnie obrażać?
- Wybacz, przyjacielu.- chwycił się za pierś, kłaniając zbyt zapalczywie. Wiedziała, że go nie polubi. Coś jej w nim nie odpowiadało i nie był to fakt, że sugestia odkupienia jej była obrzydliwa.
- Nie jesteśmy przyjaciółmi.- zbył go czarnowłosy, udając się razem z nią do jadalni. Gość podążył za nimi. Tylko ona widziała jak oblizał lubieżnie usta. Przeszedł ją dreszcz odrazy, połączonej ze strachem. Obiecał, że nie da jej skrzywdzić. Vins posadził ją na swoich kolanach, samemu sadowiąc się na swoim stałym miejscu. Wtuliła się w niego pewnie. Był jej bezpieczną przystanią, mimo tego, że była tylko jego prywatną dziwką. Kiedy byli sami nie ufała mu w pełni, ale podczas spotkań gwarantował jej niezmienny dystans do innych i w razie czego obronę przed nimi. Chociażby za to należała mu się odrobina sympatii. Podniosła wzrok na jego zarost. Włoski miały długość krótko mniej niż centymetra. Wiedziała, że kłuły, choć nie były nieprzyjemne. Zawsze zachowywał czystość, może to kwestia tego. Zauważyła wąską bliznę rozciągającą się tuż koło ostatniej szczeciny, przy gardle. Przybliżyła się pod pretekstem lepszego uścisku, oglądając problem bezpośrednio przy szyi. Wyglądało, jakby ktoś próbował udusić go czymś niezwykle wysmukłym. Wstrząsnął nią niepozornie, wyczuwając co robi.- Sofi!- krzyknął, przywołując ciemnoskórą dziewczynę, której często pomagała w kuchni.
- Tak, proszę pana?- zjawiła się zadziwiająco szybko, kryjąc przybrudzone dłonie za sobą.
- Mój nieproszony gość na pewno miałby ochotę wyżreć mi trochę zapasów. Przygotuj coś, co go nie zachwyci, ale też nie otruje.- posłał kompanowi wymuszony uśmiech.- Przecież sam też będę musiał to zjeść.
- Doprawdy, bardzo zabawne.- burknął tamten, kompletnie nie przejmując się wrogością przedstawionej uwagi.- Czy mógłbym prosić też o trochę twojego słynnego wina? Wiesz, że za nim przepadam.
- Sofi, poproś Rache, aby przyniosła beczkę wina z najgłębszej części magazynu. Nasz gość weźmie ją sobie w ramach prezentu, coby mu się nie nudziła domowa rozrywka.- polecił przesłodzenie.- Jeśli możesz, nalej nam też po kieliszku któregoś z już otwartych.
- Tak, proszę pana. Czy jej także?- zwróciła niezręczny wzrok na May, kulącą się wciąż na jego kolanach.
- Nie.- zaoponował gładko, spoglądając na nią. Bawiła się kosmykami jego kruczych kudłów.- Będzie piła z mojego jeśli uczuje pragnienie.
- Dobrze, proszę pana. Mogę się oddalić?- skinęła usłużnie, czekając na pozwolenie.
- Możesz, a nawet musisz.- machnął ręką, żeby w końcu poszła. Blondyn pokołysał się z uznaniem.
- Niezły masz tu reżim. Wszystkie tak wchodzą do dupy?- spytał, rozkładając się wygodniej w krześle. Posłał wymowne spojrzenie w jej twarz. Zaczerwieniła się malowniczo, chowając w połach jego koszuli.
- Nie wszystkie.- odparował w końcu.
- A gdybym zaproponował stawkę pięć razy większą od pierwszej ceny?- spróbował raz jeszcze. Ścisnęła piąstkę na jego ubraniu, wracając myślami do porannej rozmowy. Obiecał.
- Nawet gdybyś zaproponował stawkę dziesięć razy większą, konia, pół posiadłości, dzban miodu, cztery pokojowe, powóz i swoją głowę na tacy - odpowiedź wciąż brzmi nie.- warknął, powoli tracąc cierpliwość. Wplątał palce między jej grzywę, przeczesując uspokajająco.
- Nie tak dawno jedną z nich mi oddałeś. Czym ta się różni?- upierał się, zacieśniając swe nieistniejące wargi. Nie wyczuwał granicy furii, do której jego rozmówcy było blisko.- Gdybym oddał Dulcę, wymieniłbyś mi ją?
- Czego ty do cholery nie rozumiesz, ośle? Powiedziałem nie już dwa razy. Cofnij głupie pytanie, zanim zdecyduję się odpowiedzieć „spierdalaj“.
- To tylko dziewczyna.- wzruszył ramionami. Dostrzegała zacięcie w jego wzroku. Vinctus poprawił ją, by siedziała prościej.
- Skoro to tylko dziewczyna to łaskawie się zamknij, bo nie powinna interesować cię bardziej niż jakakolwiek inna.

Pilnował jej cały czas, póki Frances kręcił się po domu. Trzymał za nadgarstek, nosił na rękach, sadzał na kolanach. Czuła się totalną własnością. Nigdzie nie mogła posunąć sama. Zaczęło jej to przeszkadzać dopiero, gdy poczuła potrzebę pójścia do łazienki. Szczęściem, gość w niedługo postanowił się ulotnić, a tym samym - czarnowłosy przestał zwracać na nią uwagę. Zrobiła co musiała. Popracowała przy swoich obowiązkach, zyskując jednocześnie wolny wieczór. Nie mogła wyjść bez zgody, więc pomysł ucieczki odrzuciła na wstępie. Brama wejściowa i tak była zamknięta na cztery spusty. Za to wolno jej było wyjść do ogrodu. Postanowiła zrobić przy okazji pranie. Wyzbierała wszelkie łachy, jakie znalazła i udała się z nimi na tyły domu. Był tam mały staw w którym zwykła pracować, kiedy coś czyściła. Rache minęła ją, uśmiechając się na powitanie. Nie powiedziała ani słowa, ale widocznie była zadowolona, że May nie siedzi bezczynnie, tylko pracuje ponad swój zakres. Rudowłosa przyjrzała się oddalającej się koleżance. Była bardzo szczupła, z wąską talią jakby wyrzeźbioną przez gorsety. Wątłe ramiona pokrywały drobne piegi, a złoto-brązowe włosy spływały wolno po łopatkach, ujarzmione tylko na bokach. Chodziła jak typowa dama, choć od dawna pewnie nie widziała swojej rodziny. Zgadła, że pochodziła z wysokiego rodu. Może byli zmuszeni ją sprzedać, aby utrzymać zachwianą pozycję? Musiała długo tu mieszkać, skoro podchodziła do swojej roboty z taką beztroską. Była Niemką, to wiedziała na pewno. Jej imię wymawiało się twardo. Choć w sumie nie była przekonana czy nie było zdrobnieniem. Uczyła się wielu języków, więc z łatwością uzmysłowiła sobie, iż z niemieckiego Rache to zemsta. Dlaczego rodzice nazwali ją w ten sposób? Drapnęła spodniami o tarę, roztrząsając familijne sprawy kobiety. Nie była w stanie niczego się domyślić, nie znając prawdy. Cały tok sprowadził ją do jej własnej rodziny. Do stanowczej matki i okrutnego ojca. Do kobiety, która po stracie syna oraz wychłostaniu za jego przewinienia, straciła rozum. Nie zliczyłaby ilości bolesnych dni, tych żałobnych i tych zwiastujących zmiany. Wszystkie siniaki, rany, poparzenia, krzyki, dyskusje, szamotaniny, przymuszenia, głodówki, kary. Nikt niczego nie wiedział. Nikomu nie powiedziała. Nie skarżyła się, nie donosiła, nie zdradziła tajemnic swojego wychowania. Mogła, ale nie chciała. Nienawidziła ich, jednak nie mogła się na to zdobyć wiedząc, że nie są źli do szpiku, bo stworzyli coś dobrego. Dzięki nim żyła i choć była to męczarnia - wolała to niż wieczne nieistnienie. Uciekła nie dlatego, że nie mogła dłużej tego znieść. Zrobiła to, bo zamierzali sprzedać ją znajomemu. To było więcej niż niż nielegalne, ale mieszkali w mieścinie tak małej, że nikt by nie zauważył. A przynajmniej udawaliby, że nie widzą. Znała go i już samego tego żałowała. Nazwisko wyrzuciła z głowy, bo męczyło ją w koszmarach. Dali mu imię Dolor, bo jego matka podczas porodu cierpiała tak bardzo, że ból pochłonął jej żywot. Był postawnym mężczyzną z ogromnymi barami, goleniami jak pnie drzewa i łapami większymi od jej głowy. Na jego twarzy zawsze gościł grymas niezadowolenia. Gdy się śmiał, dom dudnił echem, a pięść uderzała w stół, wprawiając w drganie nawet ściany. Chodziły różne opowieści o tym, co stało się z każdą z żon, którą miał. Najbliższa jakiej wierzyła była ta, że gdy już nie zadowalały go w łóżku, po prostu dusił je i rzucał ciało wilczurowi, który okrucieństwem zaskarbił sobie jego przyjaźń. Była wytrzymała, ale była też dzieckiem. Wizja bycia kolejną wykorzystaną i wyrzuconą kobietą, przyprawiała ją o przerażenie w najczystszej postaci. Wzdrygnęła się. Jacy rodziciele mogliby skazać swoje dziecko na coś takiego? Po jej policzku mimowolnie spłynęła łza. Nie mogłaby spojrzeć im w oczy, nigdy. Z tą historią zamierzała umrzeć. Ukazywała tych ludzi w tak złym świetle, że jako córka, nie potrafiła tego znieść. Popatrzyła na powolnie opadające słońce, znikające za horyzontem pełnym drzew. Zmusiła się do głębszego oddechu, pozwalając sobie na cichy szloch. Czasem trzeba spuścić z siebie trochę, by móc dalej funkcjonować bez przeszkód. Rache swobodnym krokiem wracała z magazynu. Uśmiechnęła się do niej.
- Dobrze się spisujesz.- pochwaliła, zabierając wymyte ubrania.- Chodź do środka, młodziaku. Pora spać, nabrać sił.- poklepała ją po ramieniu, czekając, aż wstanie. Zrobiła to.
- Mogę o coś zapytać?- zagadnęła, przepuszczając ją w drzwiach. Blondynka potwierdziła, nie zatrzymując się.- Dlaczego rodzice nazwali cię „zemstą“?
- Nie nazwali.- odłożyła łachy i odwróciła się, promieniejąc zębami w miłym sercu wygięciu warg.- Sama nadałam sobie imię. To taka osobista obietnica. Pewni ludzie zabili moich najbliższych. Chcieli zabić także mnie, ale Vinctus im nie pozwolił. Uratował mnie. Ślubowałam służyć mu pomocą, póki mój czas nie nadejdzie. Jednak poprzysięgłam także zemstę i na pamiątkę tego przyznałam sobie adekwatne miano.
- Ahm.- chrząknęła, nie wiedząc jak zareagować. Nie spodziewała się czegoś takiego. Pozbierała się szybko, zachowując stosowną kulturę.- Jak brzmiało twe imię wcześniej?
- Sonne, bo byłam światłem życia dla mojej mamy.
- Przykro mi.
- Mnie już nie. Jeśli piekło istnieje to poślę do niego tych drani, a potem pójdę tam za nimi, by na zawsze móc ich karać.- rozmarzyła się, choć było to dość ponure pragnienie.- On jest dobrym człowiekiem, gdzieś w środku. Porządnie to ukrywa, ale ja nie znam nikogo lepszego. Oddałabym za niego życie, tak jak on był gotów oddać je za mnie. Za nisko się ceni i to go zgubi. Nie znajdziesz tu drugiej, równie mu bliskiej osoby. Mnie jedynej okazał swe ogromne serce, zyskując w zamian przyjaciółkę. Ale to już między nami. Postrzegaj go własnym zdaniem, moim rządzi się wdzięczność.- odparła z błogim spokojem, zawracając do swoich komnat. Melodie podążyła jej śladem, do własnych czterech ścian. Legła na znajome łóżko, zmęczona zbyt dużą ilością informacji jak na jeden dzień. Rozebrała się i ułożyła pod kołdrą, lecz sen nie nadchodził. Chciała porozmawiać z kimś, kto nie będzie od niej wymagał. Nie myśląc wiele przyjęła najlepszą opcję. Cicho przeszła schody, korytarz. Zapukała do pokoju czarnowłosego, nerwowo pocierając stopą o łydkę. Kilka sekund później otworzył drzwi. Zmarszczył brwi na jej widok, ale wpuścił do środka.
- Słucham.- mruknął, kładąc się. Wpatrzył się we wszelkie krągłości jakie miała, potem w jej oczy.- Słucham.- powtórzył.
- Em...- wyjąkała, zapominając nagle, co chciała powiedzieć.
- To wszystko na co cię stać? Em?- zadrwił, podciągając ręce pod głowę. Był w samych spodniach, zrobionych zapewne z bawełny. Kudły związał w niski kucyk, aby nie pałętały się gdzie nie trzeba.
- Ja...
- Ty. To akurat widzę. Dalej.- pospieszył, obserwując wyczekująco.
- Przestań być złośliwy.- skomentowała naprędce, denerwując się. Była zakłopotana swoim durnym pomysłem przyjścia do niego o tej porze.
- Będę taki jak mam ochotę. To konkretna sprawa? Coś się stało? Czy zwyczajnie czułaś się zagubiona? Bo na taką wyglądasz.- strzelił, poważniejąc trochę. Skinęła niepewnie.- Dziecko. Ale tak, że coś się stało czy tak, że czujesz się zagubiona?
- Zagubiona.- wyszeptała bezwiednie.
- Chodź tu.- polecił, kierując podbródkiem na miejsce przy sobie. Położyła się, niezbyt odnajdując wygodę, którą on tu odczuwał.- Nie umiem pocieszać. Nie widzę w życiu niczego wspaniałego. Umiem za to się pieprzyć, więc jeśli chcesz, mogę zrobić ci dobrze na tyle, że to o czym myślisz na moment straci sens. Jak się na to zapatrujesz?- zaproponował, nie oczekując zgody.
- Mogę postawić warunek?
- Zadziwiasz mnie. Po raz kolejny daję ci darmową możliwość rozrywki, a ty chcesz stawiać jakieś ultimatum. Co będę z tego miał? Bo już w tej chwili nie mam niczego.- parsknął, jednak wiedziała, że czeka na jej wymóg.
- Nie powiesz ani słowa od teraz, aż do mojego wyjścia.- poprosiła. Zgodził się, zawisając nad nią. Ciężar jego ciała lekko wgniótł ją w materac. Niektóre z kruczych kosmyków opadły na jej lico, łaskocząc przyjemnie. W takich chwilach miała problem, by powstrzymać się przed pocałowaniem go. To jej naturalny instynkt, który ciężko było zatrzymać. Pochylił się i wprawnie muskał ustami jej ucho. Zapewne bardzo chciał rzucić jakąś uwagą, lecz nie zrobił tego. Prawą ręką oparł się o łóżko, lewą zwiedzając każdy zakamarek skóry do którego sięgnął. Scałował jej szczękę, szyję, ramię, obojczyk. Polizał mostek, obserwując jak wygina się, by dać mu lepszy dostęp. Odsunął się nieco. Przejechał palcem wskazującym między dwoma wzgórkami, patrząc na unoszącą się i opadającą pierś. Obrysował kształt róży, który zdążył się już zabliźnić. Wiedział co robi. Przymknęła powieki, chcąc oddać władze tylko jednemu ze zmysłów. Namalował kilka kółek na jej brzuchu, przy pępku oraz łonie. Wrócił po tym do biustu, prawie niewyczuwalnie drażniąc go opuszkami. Ugiął się, oplatając sutek ciepłymi, wilgotnymi wargami. Possał lekko, drugi zamykając pod dłonią. Mieścił się prawie idealnie. Potarł językiem twardniejącą strukturę, wciąż czując miękkość i mleczny smak. Słodkie westchnienie utwierdziło go w przekonaniu, że jest w tym tak dobry jak mu się zdaje. Przygryzł ledwie dostrzegalnie, z miejsca kojąc to serią pocałunków. Po chwili to samo zrobił z drugą piersią, mnąc z wyczuciem poprzedniczkę. Odczuwał własne pożądanie za każdym razem, gdy dziewczyna przypadkiem wysunęła biodra lub poruszyła nogą. Ustalił trasę spod szyi do podbrzusza, w nierównej linii obdarzając ją całusami. Ani razu nie otworzyła oczu, choć w ciszy, która panowała słyszał jej przyspieszony oddech i bicie serca. Wsunął dłoń między jej uda, masując leniwie. Jęknęła półgłosem, jakby próbowała się powstrzymać. Rozłożył delikatnie jej nogi. Gładząc kości biodrowe, czubkiem języka musnął łechtaczkę. Potarł palcem wargi sromowe, bez trudu wkładając go w mokry otwór. Wycofał od razu, skupiając się na dawaniu większej przyjemności. Przylgnął do niej ustami, ssąc intensywnie najbardziej drażliwy punkt. Wydała cichy okrzyk, zaciskając ręce na prześcieradle. Im mocniej przypierał, tym trudniej było jej się nie wić. Chciała go w sobie, najlepiej natychmiast. Dała mu to do zrozumienia, ciągnąc sugestywnie za włosy. Usłuchał niemej prośby. Zsunął spodnie przed kolana, ocierając erekcją o jej zwilgłą pochwę. Wszedł do środka powoli, pewnie i z godnym podziwu opamiętaniem. Znów pochylał się nad jej twarzą, choć w stosunku do niego była tak mała, że raczej łatwiej jej było spoglądać na tors. Pchnął zręcznie, zachowując niezbędną finezyjność. Powtarzał to kilka razy, aż zaczęła półszeptem prosić o więcej. Wtedy przyspieszył na tyle, by zadowolić samego siebie oraz by mogła dojść. Podobały mu się dźwięki, które wydawała. Coś pomiędzy westchnięciem, jękiem, a krzykiem. Wygięła się w spazmie rozkoszy kiedy posunął na tyle porządnie, że wywołał orgazm. Sam zaszczytował, gdy tylko jej mięśnie zacisnęły się wokół niego. Opadł na nią, z oddechem żywszym niż zwykle, ale nie tak płytkim jak po wszystkich poprzednich razach. Objęła go, mimochodem całując szyję. Niebawem zasnęła. Poprawił ubranie. Dał jej zapadaść w głębszą nieświadomość, po czym podźwignął w ramionach i odniósł do pokoju. Nie było opcji, żeby spała u niego. Ułożył ją miękko, poprawiając kołdrę. Chwyciła go za dłoń i nie chciała puścić, upierając się przy swoim. Wyszarpnął się, szybko uciekając. Lepiej, żeby wspólne nocowanie nigdy się nie powtórzyło. Wrócił do siebie, niełatwo oddając się w objęcia Morfeusza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz