Atmosfera w pokoju była chłodna, co tylko potęgowało fakt, że czuła się niezręcznie stercząc nago między dwoma mężczyznami. Może poprosiłaby o ubranie, gdyby nie wiedziała czym mogłoby się to skończyć. Vinctus był przewrażliwiony na punkcie jej próśb, kiedy nie byli sami. Zresztą nawet na nią nie patrzył, skupił się wyłącznie na intruzie, posyłając ku niemu gromy i wszelkie nieszczęścia świata. Przybyły człowiek był skarlałej, niezbyt szczupłej postury. Miał nieokiełznaną, rudą grzywkę oraz zadbaną brodę. Zrzucił z głowy kaptur jasnobrązowego, gdy tylko przestąpił próg chaty. Jego poważna mina zwiastowała kłopoty, jednak kontrastowała z wesołymi ognikami, tańczącymi w zielonych, głęboko osadzonych tęczówkach. Wyciągnął się, jakby chciał w trymiga urosnąć, przy czym dało się usłyszeć strzyknięcia kości.
- Powiesz wreszcie co to za ważna sprawa czy zamierzasz czekać tak długo, aż rzucę tobą o ścianę?- warknął czarnowłosy, wywołując u niej ciarki. Jego niski głos nasycony złością, bez trudu mógł przyozdobić każdą część ciała człowieka gęsią skórką. Mężczyzna nie był mimo tego wzruszony. Spojrzał z politowaniem na zaciśnięte dłonie Vinctusa i zacmokał.
- Niech się pan nie denerwuje. Wie pan, że jestem po stronie prawa. Jeżeli nic nie zostało zrobione - wyjdzie pan z tego bez uszczerbku.- poinformował słodko, mówiąc jakby przez nos.
- CO nie zostało zrobione?
- To nie jest miejsce, żeby o tym rozmawiać. Chciałbym pojechać do pańskiej posiadłości, aby tam bez przeszkód wszystko omówić.- Mówiąc to rozejrzał się po pokoju z niesmakiem, oglądając połamane deski i rozrzucone szmaty.
- Śmiesz śledzić moje prywatne wyjście z kobietą, by przerwać nam dopiero kiedy dotarliśmy tutaj, w celu wyrażenia swojego życzenia powrotu do domu, który dopiero postanowiliśmy opuścić?- płomień w jego oczach niebezpiecznie wzrósł, co w końcu nieco zmieszało ewidentnego przedstawiciela państwowego.- Jeśli chciałeś nas cofnąć to trzeba było zrobić to od razu. Musiałeś iść za nami od samego początku, bo nikt oprócz mnie nie wie o istnieniu tej szopy. Masz coś na swoją obronę?
- Ja... To nie jest...- jąkał się zmieszany, czerwieniejąc na całej twarzy. W tym czasie Vins podszedł do niego, chwycił go za przód szaty i podniósł ponad podłogę, uginając mocno łokcie.
- Jeśli ktokolwiek będzie się tu kręcił lub cokolwiek stąd zniknie - choćby najmniejszy skrawek papieru - to przysięgam, że to ty za to odpowiesz. Nie będzie mnie wtedy obchodziło gdzie albo dla kogo pracujesz, ani czy masz kochającą rodzinę. Rozumiemy się?- wysyczał gniewnie, wykręcając wygodniej pięści. Rudy pokiwał energicznie na zgodę, by po chwili móc normalnie odetchnąć ze stopami na drewnianej posadzce.- Teraz wyjdź, zamierzam dokończyć to, co zaczęliśmy zanim bezczelnie przeszkodziłeś. Poczekaj na nas przed dworem. Marcus i tak nie wpuści cię do środka.
- Ale...- próbował dyskutować, powoli odzyskując butę.
- Albo robimy w ten sposób albo możesz się wypchać i liczyć z niepotrzebnymi stratami w ludziach, kiedy przyjdziecie po mnie siłą.- Zmrużył złowrogo powieki, odprowadzając niechcianego gościa wzrokiem do drzwi. Karzeł nie opierał się długo, widocznie świadomy realności tej groźby. Została sama z wściekłym Vinctusem. Potarła zimne ramiona, odkrywając biust, który przez całą tę scenę zasłaniała przegubem.
- Musisz ochłonąć?- zapytała bez cienia zawahania, opanowując bez problemu emocje. Przyzwyczaiła się do takich zdarzeń. Odkąd go poznała w jej życiu było pełno zwrotów akcji i wypadków.
- Kilka minut, dobra?- uderzył gwałtownie w ścianę, po czym wyszedł z domku, by zapalić. Zmarszczyła brwi. Takie zachowanie ją martwiło. Normalnie nic nie wyprowadzało go z równowagi do tego stopnia, żeby nie myślał o kontynuowaniu seksu. Naraz poczuła lodowaty powiew w trzewiach, sygnalizujący, że bardzo nie chciałaby, żeby miał znowu kłopoty z władzą. Przeczesała włosy palcami, wpatrując się w jego plecy za oknem. Stał dostojnie wyprostowany, a wokół niego kłębił się ciemnoszary, papierosowy dym. Las szumiał złowrogo, zrywając resztki kolorowych liści. Uświadomiła sobie jak długo już była pod jego opieką. Minął ponad rok odkąd pierwszy raz spojrzała na niego zza krat swojej celi. Pogłaskała delikatnie wypaloną pod piersią sygnaturę róży. Pamiętała jak głośny był jej krzyk, gdy przyłożył rozżarzony pręt do jej nagiej skóry. Z rozmyślań wyrwało ją trzaśnięcie drzwi.- Po prostu się ubierz.- Zrezygnowany machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. Oparł się o szafkę i zamknął ślepia. Posłusznie zebrała swoje rzeczy, wciągając je na siebie po cichu. Wciąż stał w ten sam sposób, wyglądając przez to na zmęczonego życiem. Zbliżyła się niepewnie, zatrzymując tuż przed nim. Pogładziła leciutko jego lico, przy okazji odsuwając niesforny, kruczoczarny kosmyk do reszty. Z nerwów w jej żołądku skręcił się supeł, mimo to wiedziała co chce zrobić. Wychyliła się nieco, wyciągając na palcach, póki nie poczuła jego oddechu przy swoim. Wycofanie się nie wchodziło w grę, nawet gdy otworzył oczy, porażając ją z bliska głębią ich koloru. Nie zdążył nic powiedzieć, chociaż zamierzał. Połączyła strachliwie swoje usta z jego w czułym geście. Planowała od razu zawrócić, jednak objął ją ostrożnie w pasie i przyciągnął troskliwie, by wydłużyć ten moment. Oddał pocałunek, garbiąc się nieznacznie dla wspólnej wygody. Wolną rękę wplotła we włosy spływające po jego karku. Nigdzie się nie spieszyli, powoli zabierając z tego jak najwięcej ciepła, które było im potrzebne. Muskał co rusz jej wargi, na nowo rozchylając je i zamykając. Wstydziła się przyznać, ale nogi ugięły się pod nią, gdy uczuła jego język drażniący zachęcająco jej własny. Podtrzymał ją w talii, automatycznie wtulając w siebie. Wszystko to było tak pełne troski, że pod jej powiekami zebrały się łzy. Miała świadomość tego, iż kiedy to dobiegnie końca zostanie zakrzyczana, choć to on sam doprowadził do tego, że zbliżenie trwało. Bardziej rozpaczliwie przylgnęła do niego, chcąc jeszcze przez minutę czuć jego smak i dotyk sylwety w uścisku. Nie opierał się, bez wahania pozwolił jej przejechać językiem po swoim podniebieniu, zbierając tym świeży aromat palonego tytoniu. Zagryzł minimalnie jej wargę, by móc possać ją z uwielbieniem i polizać na przeprosiny. Jęknęła słodko, wbijając paznokcie w jego szyję po zdrowej stronie. Z trudem zdobył się na puszczenie jej. Zaraz potem przekręcił gwałtownie głowę, odcinając się od niej. Nie był w stanie nic powiedzieć.
- Vinctus, ja...- zaczęła szeptem, opierając się znów na całych stopach, lecz wciąż z zamroczonym spojrzeniem.- Kocham cię...- dorzuciła lękliwie, załamując przy tym ton. Nigdy wcześniej tego nie mówiła, nikomu.
- May, to naprawdę nie jest dobra chwila.- westchnął ciężko, przecierając czoło. Zwiesiła ramiona, spuszczając źrenice do podłogi. Prawie podskoczyła, czując jak unosi jej brodę silną dłonią i ostatni raz skrótowo całuje.- Idziemy, ten pajac na nas czeka.
- Czy...- otworzyła usta, ściskając go za przegub.
- Pogadamy innym razem.- uciszył ją, przepuszczając w progu. Podobało jej się jedno, co dopiero teraz zdołała przyuważyć. Za każdym razem mówił o sobie i o niej jako jedności, używając „my“ zamiast rozdzielnej formy. Nie spodziewała się, że to może wiele znaczyć, jednak mile łechtało jej ego. Włożył jej łokieć na zgięcie swojego i poprowadził w stronę posiadłości.
Gdy tylko dotarli udał się z rudym urzędnikiem do piwnic, gdzie urządzony miał pokój do spotkań. Ona rozsiadła się przed półką z książkami, wybierając przypadkowo pierwszą lepszą lekturę. Nie zdążyła nawet wyciągnąć upatrzonej okładki, gdy rozległ się hałas. Frontowe wrota zostały otworzone z całą mocą i wpadł przez nie wysoki, brązowowłosy mężczyzna o nieprzyjaznym spojrzeniu. Do pasa miał przymocowany miecz, a za nim powiewała brunatna peleryna. Podszedł do niej, gdy tylko ją zauważył i siłą zmusił do powstania.
- Jest pani aresztowana za kradzież.- oznajmił cierpko, zakuwając ją w kajdany. Włożył palce między jej kudły i szarpnął za nie, aby poszła z nim bez protestów.
- Jaką kradzież?- zamarła, zapominając krzyknąć z bólu. Mimowolnie przebierała nogami.
- Hej, stój, co ty robisz?!- wydarł się Marcus, wybiegając nagle z głębi pokoju obok. Stanął przed przybyszem, torując mu dalszą drogę.- Zwariowałeś, Hender? Co ty z nią robisz? Nie wolno ci wchodzić tu w taki sposób.
- Słuchaj uważnie, nie będę powtarzał. Ta tutaj jest oskarżona o przestępstwo. Nie mam czasu na ceregiele. Albo się zamkniesz i dasz mi ją wyprowadzić albo będę zmuszony wyładować się w domu na swojej żonce, a tego byśmy chyba nie chcieli, prawda?- burknął kąśliwie, ściskając brutalniej jej kłaki. Marcus cały się spiął, jakby walcząc sam ze sobą.
- Jesteś świnią mieszając do tego moją siostrę.
- Tak myślałem, że zachowasz się rozsądnie.- prychnął oprawca, po czym wywlókł ją na zewnątrz. Za bramą czekał powóz z zakratowanymi oknami. Wrzucił ją do niego, przy okazji uszkadzając jej kostkę o co kompletnie nie dbał. Zaryglował drzwiczki i wskoczył na miejsce woźnicy. Przeturlała się wewnątrz pojazdu, gdy ruszył, solidnie obrywając siedzeniem w skroń.
Obudziła się wewnątrz celi, czując pulsujący ból głowy. Marszcząc brwi, próbowała go rozmasować. Rozejrzała się uważnie w jakim dokładnie znajduje się położeniu. Małe pomieszczenie, właściwie dla jednej osoby. Niewielkie, polowe łóżko i ustęp pod ścianą. Kraty w drzwiach solidne, grube. Ogarnął ją przejmujący chłód. Wydedukowała na tej podstawie, że to zapewne piwnica. Nieprzyjemne deja vu wbiło sztylet w jej trzewia, mrożąc nieprzyjemnie krew w żyłach. Znów trafiła do więzienia. Znów zamknęli ją za coś, czego nie zrobiła. Na korytarzu rozległy się kroki, więc wytężyła słuch, śledząc czy to do niej ktoś idzie. Wkrótce przekonała się, że owszem. Przed wejściem pojawił się ten sam facet, który ją tu przywiózł.
- Zostałaś skazana na publiczną chłostę za kradzież cennego naszyjnika.- oznajmił i nie czekając na jakąkolwiek reakcję postanowił się oddalić. Drgnęła. Chwyciła krat i impulsywnie krzyknęła za nim.
- Hej!
- Wykonanie kary odbędzie się za godzinę. W tym czasie przemyśl sobie wszystko.- dopowiedział na odchodne, zanim zniknął w bocznym gabinecie. Osunęła się bezradnie po murze, chowając zrozpaczoną twarz między kolanami.
Westchnął głęboko, znudzony toczącą się rozmową. Ile można powtarzać w kółko to samo? Miał dobre alibi, nie było go tam. Ani razu nie dał przeciwnikowi skończyć, ale co ciekawego miał jeszcze do dodania? Wyciągnął dłoń do drinka, by uchylić potężny łyk, którym o mało się nie udławił, gdy mężczyźnie udało się w końcu wykrztusić:
- Nie chodzi o pana, tylko o dziewczynę.
- TERAZ mi to mówisz?- syknął gniewnie, choć dobrze wiedział, że była to wyłącznie wina jego samego, bo nie chciał wcześniej słuchać.- Jaką dziewczynę?
- Melodie, a przynajmniej takie imię zostało podane. Towarzyszyła dziś panu, tak? Wyglądała jak opisana osoba.
- Opisana przez kogo?- zdenerwował się, miażdżąc w dłoni winogrono, którym zamierzał się poczęstować.
- Anonimowego człowieka, który zgłosił kradzież. Niech pan nie nalega, nie wolno mi podawać żadnych danych personalnych.- Karzeł pokręcił się w krześle, grzebiąc chwilę w teczce.- Jednak z tego, co mówił pan wcześniej wynika, że pańska kobieta nigdy nie opuszcza terenu posiadłości, co uniemożliwia jej udział w zbrodni. Potwierdza pan jej obecność tutaj trzy dni temu? Czy ktoś oprócz pana również mógłby potwierdzić?
- Jasne, że tak, ty kompletny kretynie. Połowa domatorek może potwierdzić, idź i pytaj.
- Dobrze. To wszystko, pójdę spisać od nich zeznania. Żegnam.- skinął krótko głową, wciąż uśmiechając się pod nosem, jakby miał coś za skórą. Vinctus podniósł się i poczuł potrzebę sprawdzenia co z May. Była jego czułym punktem, choć nigdy przed nikim by tego nie przyznał. Pokonał stopnie dzielące piwniczne piętro i jej komnatę, przeskakując co dwa. Bez pukania otworzył drzwi, by zastać puste, zasłane łoże. Miał złe przeczucia, chociaż jej brak w pokoju nie musiał koniecznie oznaczać, że coś się stało. Zapewne zwyczajnie miała ochotę pograć na fortepianie lub poczytać którąś z ksiąg z jego zbioru. Najspokojniej jak potrafił zszedł do salonu, gdzie zastał zagnieciony dywan i książkę do połowy wyciągniętą z półki.
- Nie podoba mi się to.- mruknął sam do siebie, poprawiając obie rzeczy. Serce podskoczyło mu do gardła, kiedy szukał jej w każdym następnym pokoju. W kuchni natknął się na Marcusa.- Widziałeś Melodie?
- Stary, nie wiem jak ci to powiedzieć, żebyś mnie nie zabił...- rzucił krótkowłosy, cofając się powoli wgłąb pomieszczenia. Naraz narosła w nim furia. Czekał na dalszy ciąg wypowiedzi.- Był tu Hender. Wpadł bez zapowiedzi i wytargał ją siłą poza bramę. Mówił coś o oskarżeniu. Nie mogłem nic zrobić, zagroził, że jeśli mu przeszkodzę to zemści się na mojej siostrze.
- Kiedy to było?
- Z godzinę temu.
- Zamordowałbym cię, ale nie mam na to czasu.- margnął wściekle, obracając się na pięcie. Wybiegł z domu, chwytając po drodze płaszcz i szal. Nie bawił się z siodłaniem konia, po prostu wskoczył mu na grzbiet. Pojechał galopem do bramy, a potem w kierunku miasta, przeklinając dziewczynę za jej zdolność wpadania w kłopoty.
Trzęsła się na siedzeniu powozu. Okryli ją tylko jakąś narzutą, zabierając ubrania. Jechała w stronę rynku, gdzie miała odbyć się jej kara. Coś jej w tym wszystkim nie pasowało. Dlaczego sąd odbył się bez jej udziału i tak szybko? Jakby ktoś chciał zapobiec możliwości uniewinnienia. Wiedziała, że tym razem miałaby wymówkę potwierdzoną przez mnóstwo osób, gdyby tylko dać im szansę ją przedstawić. Nie wychodziła z dworu, więc jakim cudem ktoś zobaczył akurat ją? To musiał być ktoś, kogo znała lub kto znał ją. Zastanawiała się nad tym jeszcze, gdy nagle kareta się zatrzymała. Mężczyzna, zwany Hender, wytargał ją siłą na zewnątrz. Zrzucił z jej ramion materiał, zostawiając ją całkiem nagą przed zbierającym się tłumem. Umocował sobie przy pasie bat. Ponownie pochwycił jej włosy, ciągnąć za nie, by szła za nim do pręgierza. Zalała ją panika. Tym razem naprawdę miało do tego dojść. Próbowała z nim walczyć, ale trzymał mocno, a jej ręce były skrępowane. Odwrócił ją twarzą do słupa i przycisnął do niego, unosząc wysoko jej dłonie. Wpiął jej nadgarstki w kajdany należące do kamiennej konstrukcji. Kątem oka obserwowała co dalej robił, oddychając płytko. Stanął przodem do ludzi i zaczął głośną przemowę.
- Ta tutaj została oskarżona o kradzież cennego naszyjnika. Sąd skazał ją na pięćdziesiąt smagnięć przez plecy. Strzeżcie się popełnić przestępstwo, bo skończycie jak ona.- postraszył, po czym na powrót mogła oglądać jego mściwe oblicze. Jego brwi naturalnie układały się łukiem. Włosy miał przetłuszczone, a oczy pałały błękitną nienawiścią. Uśmiechnął się do niej wrednie, oblizując lubieżnie usta.- To będzie przyjemność.- powiedział cicho, by wyłącznie ona usłyszała. Przełknęła ślinę, zaciskając powieki razem z pięściami. Do jej uszu doleciał nieprzyjemny dźwięk przebijania powietrza, po którym nastąpiło pierwsze uderzenie. Zagryzła wargę, by nie krzyknąć. Nie miała szansy przygotować się na kolejny, bo nadszedł prawie od razu po tamtym. Czuła jak bat tworzy na jej plecach, ramionach i pośladkach fioletowo-brunatne siniaki. Po dwunastym trafieniu wrzasnęła, gdy rzemień przebił jej skórę, oblewając ją stróżką rozgrzanej krwi. Miała wrażenie, jakby każdy cios był bardziej brutalny od swojego poprzednika. Ciało paliło ją żywym ogniem. Chciała się wykręcać, lecz to powodowało jedynie więcej miejsca dla nowych ran. Błagała, by przestał, gdy przypadkiem przesunęła się na tyle, że uderzył w jej brzuch oraz pierś. Pozostawał nieugięty. Rozsiewał nastrój ohydnej, wypaczonej rozkoszy, płynącej z wykonywanego bezprawnie wyroku. Otworzyła oczy, szukając wokół wsparcia, którego nikt nie chciał jej udzielić. Jej pole widzenia było zbyt małe. Łzy ześlizgiwały się, chłodząc wrzące z upokorzenia policzki. Nagle, mimo obejmującego ją, przejmującego cierpienia, obleciał ją zimny dreszcz. Dostrzegła znajomą personę wśród obserwatorów. Długie, czarne włosy zasłaniały jego wzburzone oblicze. Sterczał tam, zamiast rzucić się do pomocy. Nie powstrzymał Hendera przed znęcaniem się nad nią. Zawyła dobitnie, wyginając obitą sylwetę. Płakała nad głębokimi bruzdami, tworzącymi się licznie po jej tyle. Nie pamiętała już ile batów na nią spadło. W którymś momencie po prostu zawisła na przegubach, tracąc przytomność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz