niedziela, 6 listopada 2016

Siedemnasty.

Przyłożył zmarznięte palce do wrzącej porcelany filiżanki. Przetarł brodą po ramieniu, aby pozbyć się nieprzyjemnego uczucia wilgoci na twardych włosach. Jego rękaw przemókł na wskroś, lecz wcale się tym nie przejął. Patrzył w jeden punkt na ścianie. Obraz palenia czarownicy. Kasztanowe pukle opadały po jej ramionach, gdy ogień tańczył wśród szczątek pozostałych z jej nóg. Szara suknia stanęła w płomieniach, jednak z twarzy kobiety nie zeszła duma. Pozostała nieugięta wobec swoich oprawców, swojego charakteru. Pociągnął duży łyk herbaty i pomyślał, że chciałby, aby May też taka była. Odstawił napój na stolik. Po dwudziestu minutach wgapiania się w zegar doszedł do wniosku, że zaraz zwariuje. W całym domu słychać było tylko to uciążliwe tykanie, jakby nic innego się nie działo. Jakby wszyscy stracili mowę po tamtym wydarzeniu. Jakby niestosownym było zrobić cokolwiek w jego obecności. Dobiegły go wyraźne postukiwania damskich obcasów, schodzących po oprawionych w drewno schodach. Zamknął powieki i czekał, aż dotrze do salonu.
- I?- rzucił w przestrzeń, gdy się zatrzymała.
- Znów gorzej. Próbuję wyleczyć tę infekcję, ale to nie należy do najprostszych zadań. Potrzebuję więcej jeżówki, a wiesz, że skończyła nam się w zeszłym tygodniu. Pozwól mi...
- Nie możesz jechać, ona cię potrzebuje. Co będzie, jeśli pogorszy jej się, gdy ty będziesz poza granicami miasta?- warknął nieprzyjaźnie, potrząsając głową.
- Są inne znachorki. Mogę podesłać tu moją dobrą przyjaciółkę. Będzie potrafiła pomóc, jeśli nadejdzie taka potrzeba.
- Nie.
- Posłuchaj, Vinnie.- westchnęła, podchodząc bliżej. Kucnęła przy nim, aby znaleźć się na jego linii wzroku. Jej lico opatuliła jaśniutka fryzura do ramion, grzywką zasłaniająca połowicznie oko.- Wiem, że nie chcesz tu obcych...
- Ostatnim razem, gdy do tego pokoju weszła osoba niepowołana, otrzymałem pogróżkę w postaci ubicia Melodie prawie na śmierć. Nie zgadzam się, by ktokolwiek oprócz ciebie się do niej zbliżał. Niech ktoś inny nazbiera ziół. Zapłacę za to potrójnie. Ty masz zostać.- przerwał jej stanowczo, wkładając wyzwanie w swój głos.- Opiszesz Malumowi lub Marcusowi o co chodzi, któryś z nich to załatwi.
- Nie będę mogła wiecznie tu mieszkać. Mam dom, rodzinę.- położyła dłoń na jego dłoni, by złagodzić ból swoich słów.- Zacznij godzić się z myślą, że możesz jej nie uratować.
- Przecież się budzi. Chodzi, oddycha, je.- wymamrotał, całkowicie pewien, że tyle wystarczy. To niezaprzeczalne oznaki, że jest z nią dobrze.
- Zbyt często słabnie, mdleje. Jest blada, wręcz sina. Ledwo przełyka. Nie ma siły samodzielnie zejść po schodach czy umyć się. Łapie infekcję za infekcją, nie nadążam z podawaniem jej leków. Rzadko kiedy jest w ogóle świadoma co się dzieje.- wyliczyła młódka, gładząc delikatnie jego twarde knykcie.- Niektóre rany nie chcą się porządnie zasklepić.
- A aloes?
- Nie wyraziłeś zgody na uzupełnienie jego zapasu.
- Wyrażę.
- To może nie...
- Ona jest silna. Walczy. Mam pozwolić na jej śmierć, bo tobie wydaje się, że nie da rady? To ona zdecyduje czy umrze czy nie. Nie ty. Wracaj do swoich komnat i spisz każdą rzecz, jakiej ci brakuje.
- To zakrawa na szaleństwo.- szepnęła na odchodne, powoli wychodząc na korytarz. Gdy bezruch nie był w stanie ukoić jego zszarganych nerwów - uderzył pięścią w stolik. Gdyby zapobiegł jej aresztowaniu nie byłoby teraz tych problemów. Byłaby przytomna i tak samo denerwująca jak zawsze.

Nigrum padał z nóg, jednak zacięcie galopował drożynami miasta w kierunku rynku. Jego właściciel rzucał wulgaryzmami w każdą stronę, wyglądając jak skoncentrowanie całego gniewu świata w jednej osobie. Zostawił konia w karczmie bliskiej centrum, a sam pobiegł do zebranego tłumu. Zaklął soczyście, gdy zauważył, że przedstawienie już się rozpoczęło. Rozpoznał w kacie swojego wroga. Hender musiał użyć całej swojej woli, by nie śmiać się jak szaleniec, któremu po latach oddali uwielbione zabawki. Nawet pod grubym płaszczem, jakim się okrywał, widać było jak napinają się jego mięśnie, by wsadzić w baty całą swoją siłę. Vinctus przepchał się pomiędzy ludźmi, zrzucając na twarz kurtynę z włosów. Nie mógł przerwać w żaden sposób. Mógł zapobiec temu, jeśli pojechałby szybciej i przekonał obecnych przed rozpoczęciem kary, że dziewczyna jest niewinna, a proces był bezprawny. Gdyby tylko pomyślał wcześniej. Zbyt bezpiecznie się poczuł, za bardzo namotała mu w głowie tym swoim idiotycznym gadaniem. Nie wziął pod uwagę takiego obrotu zdarzeń. Czekał niecierpliwie na ostatnie uderzenie. Każde uniesienie ręki tego kretyna powodowało, że sam czuł się bity. Niesprawiedliwym było, że to ona ma ponieść konsekwencje jego czynów. Była taka drobna i bezbronna, choć twierdziła, że miała złe doświadczenia. To jego przeszłość była zła. Wiedział, że był przyczyną każdej jej rany i każdego krzyku. Nie obronił jej, chociaż obiecał. Ba, przysiągł. Drgnął, gdy zauważył, że zawisła na nadgarstkach, kompletnie bezsilna. Zostało jeszcze pięć i zabierze ją do domu. Nigdy więcej nie pozwoli jej tknąć. Tylko cztery. Da jej wszystko, czego będzie pragnęła. Trzy. Pokaże jej, że potrafi ją ochronić, lepiej. Dwa. Pozwoli jej odejść, jeśli tak zdecyduje. Wyrwał się przed siebie, razem z ostatnim ciosem. Wyskoczył przed - rozchodzące się już zresztą - zbiorowisko, zawrotnym tempem podchodząc do Hendera.
- Zdejmij ją z tego.- syknął, po czym wskazał kamienny pręgierz. Szatyn uśmiechnął się podle, zakładając przedramiona na piersi.
- Znasz zasady, powinna tu jeszcze posterczeć jako przestroga.
- Mam gdzieś twoje pieprzone zasady. To nie była prośba.- oznajmił wściekle, popychając przeciwnika na narzędzie i zaciskając dłoń na jego szyi.
- Niezbyt mądre.- wycharczał tamten, ledwo łapiąc dech. Próbował uchwycić miecz przy swoim pasie, lecz niedotlenienie wiele utrudniało.
- Też masz je w dupie. Sąd był bezprawiem. Nie czekałeś wcale co powie Edward, wolałeś porwać ją i załatwić to tak, żebym oberwał niezależnie od prawdy. Odpłacę ci za to. Teraz ją puść, zanim pójdę do twoich przełożonych.- napluł mu w twarz, po czym zwolnił nacisk. Hender opadł na kolana, łapczywie wciągając powietrze.
- Dupek.- skomentował pod nosem, za co oberwał kopnięciem w brzuch. Odpiął klucz od kółka przy boku i rzucił go do stóp czarnowłosego. Ten wyminął go, wkładając pospiesznie przedmiot w zamek. Przytrzymał jej omdlewające ciało, w miarę możliwości obracając ją piersią do siebie. Nie widząc innej możliwości, założył ją na ramię. Nie patrząc na nic, ani na nikogo, przeniósł ją na Nigruma, po czym okrył swoim płaszczem. Jechał powoli, by nie wyrządzić jej większej krzywdy.

Frustrowało go, że za każdym razem, gdy się budziła, był przy niej ktoś inny, niż on sam. Jakby ktoś się uwziął i nie pozwalał jej otwierać oczu przy tym, który był winowajcą. On chciał tylko upewnić się, że nic jej nie będzie. W pierwszym tygodniu była przytomna przez krótką chwilę. W ciągu następnych było lepiej, a potem zaczęła łapać choroby. Ograniczył liczbę osób, które mogły ją odwiedzać do jednej. Zajmowała się nią najlepsza znachorka, jaką znał. Ufał jej, choć teraz nie był przekonany czy potrafi stuprocentowo zawierzyć komukolwiek. Nie miał jednak wyboru. Azula pomagała mu niegdyś leczyć Maluma. Skoro wyprowadziła jego z objęć śmierci to dlaczego miałoby nie udać się z Melodie? Niestety ona tego tak nie postrzegała, czym niezmiennie go denerwowała. Chciała zgasić w nim nadzieję, bo liczył na zbyt wiele. Dni upływały mu na pracy i bezmyślnym siedzeniu w salonie. Nie było niczego pośredniego. Nie miał chęci tykać kobiet, zaglądać do wina, ani jeździć za potencjalnymi interesami. Robił tyle, ile musiał zrobić, by przetrwać. Mijały miesiące, gdzieś w środku tego zamieszania z chorobami zmusił Azulę, by zamieszkała w posiadłości, póki May nie wyzdrowieje. Nie potrafiła odmówić, choć zrobiłaby to, gdyby wiedziała, co to będzie oznaczać. Siedziała przy jej łóżku całe dnie. Miksowała nowe kombinacje ziołowe. Stale musiała być krok przed zapaścią dziewczyny, by nie pozwolić jej odejść. Zima rzekomo już się kończyła, choć wciąż panował lodowaty chłód. Wypełnianie zleceń było trudne w takich warunkach, więc zajmowało mu dużo więcej uwagi, niż by tego chciał. Miał też świadomość, że im dłużej będzie unikał wchodzenia do jej komnat, tym bardziej ona go znienawidzi. Ile dokładnie minęło? Już prawie cztery miesięce odkąd widziała kogoś, kto nie był znachorką. Tłumaczył się tym, że mógłby pogorszyć jej stan, ale tak naprawdę obawiał się, że zastanie ją przytomną i usłyszy, że jest śmieciem, który złamał przysięgę krwi. Przez cały ten okres nie myślał o tym, co powiedziała wtedy w chatce. Nie chciał zaprzątać sobie tym głowy, bo znając jego szczęście, nie było aktualne. Lepiej dla niej, przynajmniej w tej kwestii.

Przerzucił stronę nowokupionej książki, pochłaniając jej niezwykle nudną treść.
- Melodie pyta czy zamierzasz unikać jej do końca życia.- parsknęła Azula, pojawiając się nagle w zasięgu wzroku. Miała iskierki w oczach i rozbawioną minę. Kiedy się uśmiechała w jej policzkach formowały się dołeczki. Nie miał pojęcia jak ma na to zaregować, więc nie zrobił tego wcale.- Powiem to inaczej - chciałaby, żebyś do niej przyszedł.
- Nie jestem kompletnym debilem, zrozumiałem za pierwszym razem.
- Jesteś pewien?
- Czego?
- Tego nie bycia debilem?
- Nie drażnij mnie, kobieto.- potarł skronie, udając, że niezwykle wciągnęła go lektura.
- Pół roku mija, a ty wciąż ją izolujesz.- przypomniała zniecierpliwiona, próbując wstrzymać reprymendę przebijającą się z jej tonu głosu.- Chyba czas pozwolić jej wrócić do normalności.
- Jeszcze niedawno sama miałaś wątpliwości czy w ogóle uda jej się przetrwać zimę.- wtrącił pochmurnie, przybliżając głowę do swojego zajęcia, przez co włosy zasłoniły mu całe światło wpadające przez okno.
- Sytuacja uległa poprawie, jest praktycznie zdrowa. Może nieco słaba, ale sprawna. Uwolnij ją z tej wieży i pozwól mi wrócić do domu. Rodzina za mną tęskni.- upomniała go.
- Przecież przychodzą cię odwiedzać co sobotę.- prychnął pogardliwie. Nie rozumiał dlaczego komukolwiek mogłoby brakować tej części życia.
- To nie to samo. W domu opowiadałam córce codziennie bajki na dobranoc. Odkąd mnie zabrakło robi to mój mąż i uwierz mi, że dla dziecka stwarza to różnicę. Zresztą ja też tęsknię. Chcę mieć kogo przytulać przez sen, tu zawsze jest tak okropnie zimno.
- Jesteś marudna.- skomentował krótko, sądząc, że uciął rozmowę.
- Powiem jej, że odpowiedzialność cię przerasta i nie chcesz jej oglądać, bo masz syndrom winnego szczeniaka.- założyła przedramiona na piersi, rzucając mu wyzwanie. Zastanawianie się, co takiego zrobił, że ktoś pokarał go taką znachorką, nie zajęło mu dużo czasu. Miał wiele złych rzeczy na sumieniu. Dziwił się, że w ogóle jeszcze oddycha. Odgarnął grzywę za siebie, by posłać jej zirytowane spojrzenie.
- Nie istnieje coś takiego.
- Skoro nie to dlaczego jestem tego świadkiem?- Ugięła lewą nogę w kolanie, by wyglądać bardziej bojowo. Nie miał ochoty na użeranie się z nią. Wystarczająco często Malum suszył mu o to głowę. Jakby ta dziewczyna obowiązkowo miała stać u niego na piedestale.
- Odczep się, co? Nie mam na to nastroju.
- Nigdy go nie masz. Do niczego nie mogę cię zmusić, więc zwyczajnie mówię, licząć po cichu, że posłuchasz. Idź do niej, powiedz jej to co powinieneś. Im dłużej będziesz czekał, tym gorzej to się skończy. Spakuję swoje ubrania. Zajrzę tu pojutrze. Nie ma mowy, bym spędziła tu choć jedną noc więcej.- obwieściła, po czym obróciła się dumnie na pięcie. Stukając koturnami, wyszła do swoich komnat. Jakoś nie chciało mu się przyznawać jej racji. Niezależnie od jego zachowania to wszystko i tak miało skończyć się tragedią. Zamknął swoją księgę i odłożył na wypchaną półkę. Postanowił skonstruować nową. Jednak najpierw skierował się do miejsca, którego tak unikał. Wlókł nogę za nogą po schodkach, z każdą chwilą mniej zdecydowany. Nie miał najmniejszego pomysłu w związku z tym, co mógłby powiedzieć. Zapukał do drzwi, zanim stracił resztki odwagi. Odpowiedziało mu kichnięcie. Zmarszczył brwi, po czym pchnął nogą zaporę, niepewnie wchodząc do środka. Zaschło mu w gardle na jej widok. Leżała na łóżku, okryta po szyję kołdrą. Włosy miała w nieładzie i zdawało mu się, że są mniej gęste. Jej policzki zdecydowanie wklęsły, uwydatniając kości. Nie wyglądała już jak kościotrup, ale nie wróciła też w pełni do dawnej świetności. Usta były wysuszone, lekko sinawe. Tylko te oczy, wciąż tak samo piękne, głęboko brązowe. Rozszerzyły się, gdy go dostrzegła. Nie dziwił się jej zaskoczeniu.
- Jesteś.- wyszeptała, będąc pod widocznym wrażeniem.- Fatalnie się prezentujesz.
- To żałuj, że nie widzisz siebie.- parsknął, choć przebrzmiały w tym nerwy.
- Azula mówiła, że szybko się zregeneruję, jeśli przestaniesz się ze mną cackać i dasz mi pracować.
- Jesteś jeszcze zbyt osłabiona.
- Nie wmawiaj mi teraz, że cię to obchodzi.- prychnęła pogardliwie, odwracając wzrok. Spodziewał się frazesu w tym guście, lecz nie ustrzegło go to przed ugodzeniem. Nie zamierzał się tłumaczyć. To jej sprawa, że nie potrafiła docenić, ile trudu włożył w jej ozdrowienie.
- Pójdziemy na kompromis.- Podrapał rękę z oparzeniem, którego nabawił się w ostatnim miesiącu.
- Słucham.- Skuliła się, otulając dokładniej ciepłym materiałem.
- Dajmy ci tydzień. Później stopniowo wrócisz do obowiązków.
- Jeden dzień.- poprawiła stanowczo.
- Pięć dni.- próbował negocjować, zwierając szczęki. Nie znosił, gdy ktoś mu się sprzeciwiał w takich momentach.
- Dwa dni.
- Cztery.
- Dwa.
- Trzy?
- Dwa.- powtórzyła kolejny raz, stawiając mocny nacisk.
- Dobra.- zgodził się, mimo całego gniewu, jaki wywoływało w nim takie podburzanie się.
- Dlaczego tak późno przyszedłeś?- zapytała z wyraźnym wyrzutem, wciąż na niego nie patrząc. To akurat stanowiło dla niego ułatwienie.
- Bo nie miałem ochoty zrobić tego wcześniej.- skłamał, wzruszając ramionami. A co miał powiedzieć? „Bałem się jak zareagujesz“? Jakoś się w tym nie widział. Nie zamierzał odgrywać żadnej historii miłosnej. Raz to przerabiał, wystarczy.
- Pozwoliłeś mnie skrzywdzić.- mruknęła, właściwie bardziej do siebie, niż do niego. Jakaś nieznana mu siła chciała ściągnąć go na kolana i zmusić, by opowiedział jej o wszystkim, przeprosił. Potrafił się temu oprzeć, bo przecież ten sposób postępowania był lepszy. Ona przestanie czuć coś do niego, a on w końcu nauczy się nie być do niej przywiązany. Nikt jej nie dotknie, jeśli przestanie być jego słabym punktem. Dlatego stał tak, wydając się być tym spokojnym dupkiem, jakim był zawsze, choć w środku staczał sam ze sobą bitwę.
- Owszem.- potwierdził po dłuższej chwili.
- Niczego już nie rozumiem. Wtedy, tuż przed tym... miałam wrażenie, jakbyś... no, odwzajemniał...- Pod jej powiekami zebrały się łzy, oblewające delikatnie jej blade lico.
- Błędny osąd.- Ledwo był w stanie wydusić z siebie te słowa.- Chciałabyś czegoś jeszcze? Mam dużo spraw do załatwienia. Nie mogę tu sterczeć.
- Nie, niczego. Idź.- przyzwoliła, chowając twarz w poduszce. Miał wielką potrzebę przytulić ją dla równowagi ducha, więc naturalnie zamiast tego wyszedł jak najszybciej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz