Z dnia na dzień czuła się coraz lepiej. Szramy po chłoście zagoiły się, pozostawiając na zawsze sinoczerwone, gdzieniegdzie wypukłe ślady. Niekiedy miała problem z zaczerpnięciem oddechu, spowodowany powikłaniami po odbytym zapaleniu płuc. Azula była naprawdę genialną uzdrowicielką, skoro wyciągnęła ją z tylu chorób, chociaż jej organizm był bardzo osłabiony. Przy współczesnej medycynie jakoś trudno jej było w to uwierzyć.
Wstała ostrożnie, pamiętając o niezbyt gwałtownych ruchach. Niezwykle łatwo było sprowokować u niej zawroty głowy. Dotykając bosymi stopami zimnej posadzki, czuła się najlepiej. Wciągnęła ostro powietrze, by zakaszleć po chwili w konsekwencji. To podobno miało jej przejść, gdy przyzwyczai się na nowo do pracy. Niepewnie podeszła do szafy. Otworzyła ją na oścież, pocierając zmarznięte ramiona. Bez kołdry w pokoju wydawało jej się chłodno. Przesuwała wieszaki, marszcząc brwi. Ubrań jakby przybyło. Wciągnęła wpierw najcieplejszą bieliznę, jaką znalazła. Później wybrała jeździeckie spodnie i gruby, beżowy sweter. Dopiero w pełni odziana, pozwoliła sobie na minimalny uśmiech. Miała drobną nadzieję, że uda jej się znów poczuć w posiadłości tak dobrze, jak przed upłynięciem tej feralnej połówki roku. Z cichym skrzypnięciem uchyliła drzwi, wyślizgując się na korytarz. Oparła się dłonią o poręcz, schodząc pomalutku w dół. Dotarła do salonu, całkiem z siebie zadowolona. Zauważyła zmiany. Z boku dostawiona była nowa półka, dopiero zapełniająca się książkami. Stolik był przesunięty bliżej fotela, który wydawał się być intensywnie używany.
- Co tu robisz?- Podskoczyła, gdy głos rozległ się tuż za nią. Przełknęła ślinę, karcąc się w duchu.
- Wracam do żywych.- odpowiedziała płochliwie, choć chciała wydać się pewna swego. Odwróciła się do niego, bo tego wymagała kultura.
- Chodź, zjesz coś.- westchnął ciężko, wskazując jadalnię. Nie zdążyła przyjrzeć mu się uważniej, bo od razu ruszył do celu. Podreptała za nim, dostrzegając poprawę swojego stanu. Krew lepiej przepływała, więc błędnik nie był już uciążliwy. Była zła, że jej serce przyspieszyło na jego widok. Nie był wart grama miłości, nawet od tak mało znaczącej osoby jak ona. Usadził ją na jej zwyczajowym miejscu przy stole. Sam przystanął przy barku, wlewając sobie czerwonego wina. Obracał kieliszek w dłoniach, jakby była to najbardziej zajmująca czynność na świecie. Otrząsnął się i wyszedł do kuchni. Gdy to zrobił, uderzyła czołem w blat, zakładając przedramiona na karku. Za dużo myśli kłębiło się w jej umyśle. Chciała je uciszyć, krzyknąć, by dały jej święty spokój, ale nie potrafiła. Trzymała w pamięci, ile bólu jej sprawił.
Arma wniosła tacę ze śniadaniem w postaci jajecznicy na boczku. Supeł w jej żołądku dał o sobie znać, kiedy wciągnęła smakowity zapach unoszący się z talerza. Trzasnęły drzwi i znów mogła obserwować czarnowłosego. Starał się ukryć oblicze między falującymi kosmykami, jednak nie w pełni mu się udawało.
- Zamierzasz usiąść obok czy tylko spoglądać na mnie spod byka?- sarknęła, przeżuwając zachłannie posiłek.
- Jeszcze się zastanawiam.- wzruszył obojętnie ramionami, nie przybliżając się nawet o pół kroku. Przełknęła jeden z ostatnich kęsów, dziobiąc bezsensownie w naczynie, byle się czymś zająć.- Jak się czujesz?
- To ma znaczenie?- pociągnęła ton do niebotycznie wysokiego. Posłała mu nasycone urazą spojrzenie, kończąc jedzenie zamaszystym machnięciem widelca.
- Od teraz będziemy rozmawiać w ten sposób?- warknął nieprzyjaźnie, zaciskając szczęki.
- W jaki?- udała wielce zaskoczoną, ciamkając złożonymi wargami.
- Właśnie w taki.- Wskazał dłonią na jej zachowanie, po czym pokręcił głową, jakby strząsał z siebie resztki zainteresowania.- Zresztą, nieważne.- Poddał się, planując odejść prędko do swoich komnat.
- Och. Nie rzucisz mną nagle o podłogę z zamiarem przywrócenia mnie do służby twoim seksualnym potrzebom?- zatrzymała go, chwytając za rękaw, gdy przesuwał się tuż obok niej. Wyszarpnął się mimochodem, po czym przyszpilił ją do stołu, zamykając między swoimi przegubami. Pochylił się, by mówić tuż nad jej twarzą.
- Jesteś na to o wiele, wiele za słaba, a wbrew twojej, jakże szlachetnej opinii o mnie - nie jestem aż takim brutalem, by dla jednej potrzeby zabijać kobietę.- wyjaśnił spokojnie, zachrypłym głosem. Zaraz potem ulotnił się migiem, zostawiając ją pod potężnym wrażeniem swojego magnetyzmu. Zupełnie się tego nie spodziewała. Mimo całego oporu, jaki stawiała sobie samej, nie dała rady powstrzymać pożądania, jakie napłynęło do jej lędźwi po takim przedstawieniu. Przypomniało jej się, jak kiedyś Rache tłumaczyła jej, że Vinctus nie jest złym człowiekiem. „Udaje potwora, bo tak jest łatwiej, lecz wcale nim nie jest“. Sama nie wiedziała czy w to wierzyła. Przed tym wszystkim - tak. Jednak trauma chłosty i pobrzmiewające słowa złamanej przysięgi ciążyły jej na rozumie, podobnie do kamieni ciągnących tonącego na dno.
- Weź się w garść.- skarciła się półtonem. Dostawiła krzesło na jego miejsce i wyniosła użyty talerz. Arma powitała ją ciepłym uśmiechem, podbródkiem typując na stertę brudów koło zlewu. May zakasała sweter do łokci, zbierając się do roboty. Zamoczyła gąbkę w gorącej wodzie i rozpoczęła szorowanie.
- Brakowało nam ciebie.- zainicjowała rozmowę następczyni Sofi. Ruda kątem oka oszacowała jej sylwetę. Miała króciutkie, czarne loczki, ciemną skórę latynoski i zgrabną figurę. Aktualnie zajmowała się szykowaniem obiadu, który wymagał kilku godzin marynowania oraz przynajmniej godziny podduszania.- Vins bardzo się przejmował twoim stanem.
- Czyżby?- błyskawicznie poddała to w zwątpienie.
- Oczywiście. Wszystkie musiałyśmy chodzić wokół niego na paluszkach. Nigdy nie było w tym domu takiej głuszy jak przez ostatnie pół roku. Sofi bała się go odwiedzać, bo był wobec każdego dziwnie agresywny.
- On zawsze jest agresywny.- parsknęła, podkreślając to mocno. Ułożyła zmyty garnek na boku, sięgając po następny. Jej towarzyszka westchnęła przeciągle, jakby chciała przekazać, że młoda jeszcze wielu rzeczy nie pojmuje.- Czy Rache pracuje dzisiaj przy winie?- zapytała, przypominając sobie nagle o koleżance. Chętnie pogawędziłaby z nią. Ona bez ochyby wyłożyłaby jej niezbędne informacje. Podskoczyła z przestrachem na dźwięk pokrywy od patelni, upadającej z impetem na podłogę.- O matko. Nic ci się nie stało?- Dosunęła się do Army natychmiastowo, ujmując w swoje jej dłonie. Przypadkiem nadepnęła bosą stopą na pokruszone fragmenty szkła, jednak zignorowała to.
- May, to...- zająknęła się tamta, wpatrując się w nią wielkimi, pięknie obramowanymi oczami.
- Jesteś ranna?- poruszyła ważną kwestię, wyszukując jakichś poważnych zarysowań na starszej od siebie kobiecie.
- Nic mi nie jest, ale... May, jeśli chodzi o Rache... Czy Vinctus nie wspominał ci o niczym?- pisnęła ze współczuciem, jakby ukrywała jakiegoś rodzaju potworność.
- Nie. To coś istotnego?
- Idź do niego. Nie wiem czy wolno mi przekazać ci wieści. Zabierz ze sobą bandaż, żeby opatrzył ci przy okazji nogę.- Stanęła na palcach i z górnej półki zdjęła gruby zwitek bielutkiego materiału. Wręczyła go dziewczynie, popychając lekko, by ruszyła. Usłuchała polecenia, natychmiast kierując się do komnat czarnowłosego. Rany piekły ją przy każdym stąpnięciu, mimo tego parła dalej, z chwili na chwilę bardziej zaniepokojona. Zatrzymała się przed odpowiednimi drzwiami i załomotała w nie. Odpowiedziało jej niezadowolone mruczenie, ale otworzył.
- Czego chcesz?- Skasował ją wzrokiem od samej ziemi aż po czubek głowy.
- Gdzie jest Rache?- Nie bawiła się w owijanie w bawełnę. Przetarł policzek razem z okiem.
- Rache nie żyje.- oświadczył beznamiętnie, wyglądając na nieziemsko zmęczonego. Zachwiała się na taką szczerość, więc szybko podtrzymał ją w pasie.- Ty słaba idiotko. Wchodź.- podsumował, praktycznie wnosząc ją do pokoju. Ulokował ją na łóżku, po czym zamknął za nimi.
- J-jak... jak to n-nie żyje?- Próbowała to sobie przyswoić, błądząc ślepiami po swoim ciele.
- Normalnie. Umarła. Możesz mi wyklarować jakim cudem masz pokaleczone stopy, ty tępa wywłoko?- Uklęknął przy łożu, zabierając się do wyciągania malusieńkich kawałków pokrywy z jej skóry. Potrzebna mu była pęseta, którą na swoje szczęście trzymał w szafce nocnej.
- Co się stało?- drążyła, nie przejmując się ani bólem, ani jego obraźliwym tonem.
- Jesteś głucha czy głupia?
- Co się dokładnie stało? Dlaczego zmarła?- ponowiła pytanie, wywracając spojrzeniem na jego docinki.
- Zapalenie płuc, potem powikłania.
- Azula nie mogła jej pomóc?
- Nie każdego da się uratować, Melodie.- warknął, ściskając gniewnie jej kostkę. Przełknęła nerwowo ślinę, gdy naszła ją wyjątkowo nieprzyjemna myśl.
- Była zbyt zajęta mną, tak?- ścisnęło jej się gardło, kiedy wymawiała ostatnią sylabę.
- Trzeba było wybrać. Tylko jedną z was mogłem przywrócić, chociaż żadnej gwarancji też nie było.
- Dlaczego mnie?- Zachłysnęła się powietrzem. Pociągnęła nosem, odczuwając jak pod powiekami zbierają się łzy. Vinctus skończył opatrywać jej stopę i usiadł tuż przy niej.
- Nie zamierzam cię przekonywać, że miałaś większe szanse, bo i tak mi nie uwierzysz. Rache miała astmę, która zaatakowała razem z zapaleniem płuc. Mimo tego, że ciebie brały różne infekcje i dawałaś radę - jej przypadłość niestety nie dała się uleczyć pierwszym rzutem. Nie ryzykowałem. Kazałem Azuli przekazywać leki tylko na ciebie. Rache wiedziała dlaczego, nie oponowała. Nie rycz.- Przygarnął ją do ramienia, gdy zawyła mimowolnie. Wtuliła się w niego, szukając ukojenia. Pomarudził dyskretnie, po czym przyciągnął ją energicznie, by znalazła się na jego kolanach. Ułożyła skroń na jego piersi, drobnymi dłońmi obejmując samą siebie. Jedną ręką gładził jej gęste włosy, drugą lokując na jej plecach.- Przeżyłaś. Okaż wdzięczność zamiast umartwiać się nad trupami.
- Jak możesz tak mówić? Rache była...- Uniosła głowę, by powiedzieć mu parę dosadnych zdań, jednak powstrzymały ją jego obsydianowe tęczówki, które tak dobrze poznała. Połyskiwały w świetle lampy, wydając się być wilgotnymi. Gapiła się w nie, sparaliżowana.
- Znałem ją o wiele dłużej. Daj sobie spokój.- poinstruował, przerywając kontakt wzrokowy. Zaczerwieniła się, zmieszana swoim zachowaniem. Poderwała niepewnie trzęsącą się prawicę, by pogłaskać go po policzku. Zmarszczyła brwi, wyczuwając między włoskami zarostu bliznę, której wcześniej nie było.- Jest ich sporo. Miałem od groma roboty, kiedy ty sobie mdlałaś.
- Nie byłabym w takim stanie, gdybyś...
- Wiem.- przerwał jej krótko.- Liczysz, że cię przeproszę czy czego chcesz?
- Przeprosiny byłyby miłe.- przytaknęła słodko, uśmiechając się prawie niewidocznie.
- Nie jestem miły, jeśli jeszcze nie zdążyłaś zauważyć.- prychnął, odrzucając czarną grzywę za siebie.
- Kreujesz się na takiego dupka, nie jesteś nim.- stwierdziła, odważając się zaryzykować, by dostrzec jego reakcję. Pożałowała tego.
- Przypominam, że to przez tego nie-dupka, zostałaś wychłostana publicznie, co spowodowało późniejsze osłabienie i w efekcie tego prawie zeszłaś. Ten sam, jakże uroczy człowiek, brał cię przez półtorej roku, kiedy miał ochotę, nie patrząc na twoje samopoczucie. Złamałem jedyne słowo, jakie ci dałem. A ponad wszystko - kupiłem cię jako dziwkę, dla własnych celów. Powiedz, że jestem dobry, a cię wyśmieję. Ucz się na błędach, Melanie.- Zakończył, przekręcając jej imię. Wiedziała, że miał rację. Mimo tego coś w niej sprzeciwiało się tej opinii. Resztki nieuśpionych do końca uczuć zapewne miały tutaj niemałe znaczenie. Jednak do przodu wypychała się nadal pretensja, że wpędził ją w kłopoty. Miała mieszane odczucia.- Skończyliśmy? Pójdziesz już sobie?- nagabnął opryskliwie. Głupio było jej spytać czy mogłaby jeszcze zostać. Strzepnęła niewidzialny pyłek ze swetra i zebrała się w sobie, by wstać. Zdumiała się ździebko, gdy przytrzymał ją przy sobie. Oparła się na kolanach, zarzucając przedramiona na jego barki.- Nie rób tego.
- Wiesz, że też chcesz.- szepnęła ufnie, przychylając swoje usta do jego. Nie bronił się, to byłoby bezsensowne. Przygarnął ją silnie do swojego torsu, odginając głowę, by miała lepszy dostęp. Wplotła palce w jego tłustawe kudły i podrapała wrażliwy kark. Wsunął język na jej podniebienie, smakując je wciąż od nowa. Nie pozostała mu dłużna. Chłonęła jego męski, ziemisty zapach, który z tak bliska zniewalał wszystkie zmysły. Wzuł dłoń pod jej sweter, hołubiąc nagą skórę pod nim. Zsunęła się niżej, ocierając kroczem o jego powstającą erekcję. Otrzeźwiło go to nieco.
- Przestań, jesteś na to za słaba.- wycharczał, obracając lico na bok. Założyła pojedyncze kosmyki za jego ucho, dostępując do niego.
- Proszę, pozwól mi.- wymruczała, podgryzając płatek. Otarła paznokciami pod jego koszulą, zahaczając o pępek.
- Nie zmuszaj mnie.- burknął twardo, spinając mięśnie. Polizała wolno tył jego szczęki, jednocześnie wkładając rękę w jego spodnie. Syknął, kiedy zręcznie ujęła jego członek.
- Dziwne. Według mnie bardzo chcesz.- Obróciła prawicę kilka razy, pieszcząc go w ten sposób. Sztywniał pod każdym ruchem.- Powiedz mi czy się mylę.
- Pamiętaj, że sama się pchałaś.- warknął, poddając się. Pchnął ją brutalnie, by padła na plecy. Wyprostował na szybko jej nogi, ściągając z nich spodnie, razem z bielizną. Rozdarł wątły materiał własnego okrycia, rzucając je gdzieś za siebie. W tym czasie jej udało się pozbyć całej góry i zabierała się za rozwiązywanie pasa Vinctusa. Wyręczył ją, gubiąc resztę ubrań. Dawno nie widziała go nagiego albo rozognionego do tego stopnia. Zawisł nad nią, okalając jej twarz swoimi kłakami. Uwielbiała, gdy to się działo. Odgradzało ją to od świata wokół, pozwalając patrzeć wyłącznie w jego piękne oczy. Tym razem zaczął od ponownego zaatakowania jej ust, wpijając się w nie łapczywie. Pociągnął zębami jej dolną wargę, zasysając ją potem. Tego jej zawsze brakowało. Był niesamowicie seksowny, gdy całował. Zjechał na jej szyję, obdarzając ją dziesiątkami ciemnych malinek. Polizał przeciągle jej mostek od wgłębienia obręczy barkowej. Kciukiem podrażnił brodawkę lewej piersi, pod którą rozpoczynała się długa blizna, przechodząca przez wypalone znamię niewolnictwa. Wygięła się instynktownie. Zamknął usta na prawym sutku, nie przerywając sobie. Doprowadzał ją do wrzenia samymi ruchami języka na sensytywnym fragmencie. Wbiła paznokcie w jego łopatki, trąc nimi niżej. Rozchylił jej uda, przemieszczając się w ich kierunku powoli, zaszczycając uwagą każdy kawałeczek skóry po drodze. Musnął minimalnie jej łechtaczkę, wywołując przyspieszony oddech. Ponowił próbę, tym razem sprawniej. Jęknęła znacząco, zamykając pięść na kołdrze. Kontynuował w podobnym tonie, coraz śmielej do tego podchodząc, aż zwijała się z przyjemności. Wtedy uniósł się znów do jej warg i wsuwając jednocześnie dwa palce w jej mokry otwór, pocałował ją intensywnie. Wycofywał nieco dłoń, po czym agresywnie wracał na miejsce, co powodowało, że dziewczyna stękała głośno, mimo zatkanych ust. Odszukała po omacku jego erekcję. Potarła delikatnie główkę, za co otrzymała ciche westchnienie. Zdecydowanym manewrem przewrócił ją na brzuch i podniósł biodra. Ulokował się na kolanach za nią, by zablokować jej dłonie na plecach oraz płynnym ruchem wbić się w nią głęboko. Krzyknęła zaskoczona taką nagłością, jednak oburzenie prędko przeszło w zachwyt, kiedy zrobił to jeszcze raz i jeszcze. Było jej cholernie dobrze. Wtem zrobiło jej się słabo, a oczy zaczęły zachodzić białą mgiełką.
- Przerwijmy.- wydukała, gdy już naprawdę nie mogła znieść narastającego bólu. Natychmiast przestał, odwrócił ją na plecy i uniósł jej nogi, opierając je na swoich ramionach.
- Ostrzegałem cię, kretynko, że jesteś za słaba, ale ty nigdy nie słuchasz.- zdenerwował się, przytrzymując ją za kostki. Zasłoniła powieki śródręczem, licząc w myślach do trzydziestu.
- Poczekaj, zaraz mi przejdzie.- próbowała go przekonać. Zbladła zauważalnie, co chcąc nie chcąc go zmartwiło.
- Żadne poczekaj. Zaniosę cię do twoich komnat. Masz iść spać, jesteś zbyt zmęczona. Coś ty sobie w ogóle uroiła?
- Mam trudności z zasypianiem od kilku dni.- wyznała wstydliwie, wiedząc, że to istotne. Ściągnął brwi, obserwując ją uważnie.
- Coś ty znowu wykoncypowała?- zapytał sceptycznie, jakby wyczuwał w tym jakiś podstęp.- Może jeszcze mi wyskoczysz z tezą, że potrzebujesz się do kogoś przytulić i mam przyjść spać z tobą?
- Zapewne by pomogło.- parsknęła, choć wcale nie brała tego pod uwagę.
- Hm. Zrobię to, ale tym razem to ja postawię warunek.
- No słucham.
- Nie ruszysz się z łóżka na więcej niż godzinę, przez najbliższe dwa tygodnie.- wyłożył spokojnie.
- I tak nie mam wyjścia. Tak czy siak mnie uziemisz. Zgoda.- burknęła, wyciągając do niego dłoń jak do umowy. Potrząsnął nią, po czym wstał. Wziął May na ręce i bez trudu przeniósł ją do jej pokoju. Zamknął drzwi, oglądając na korytarzu czy aby nikt nie spozierał na nich zza rogu. Potem położył się przy jej boku, pozwalając jej drobnemu ciału wpasować się w swoje dla ciepła. Zamierzał wyjść, kiedy tylko jej ślepia zasklepi sen, ale zapomniał, że sam nie miał ostatnio zbyt dużo odpoczynku. Podparł brodę na jej włosach, przytulając sylwetę do siebie i zasnął głęboko, nie potrafiąc się powstrzymać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz