sobota, 4 lipca 2015

Jedenasty.

Zniecierpliwiony skierował twarz ku wejściu.
- Czego znowu?- krzyknął, nie trudząc się wstawaniem.
- Ma pan gościa, proszę pana. Panna Greenloft stawiła się na umówione spotkanie.- poinformował przez drzwi cienki, kobiecy głos. Skrzywił się, jakby dopadła go jakaś zaraza.
- Możesz jej łaskawie powiedzieć, że skoro wprosiła się na cholerny obiad to powinna przyjść po południu? Mam specjalnie dla niej budzić kuchenne, które - jak sądzę - jeszcze smacznie śpią? Idź do niej i przekaż, że ma się pieprzyć!- odparł, powracając  wzrokiem do May.- Jakkolwiek mocno bym chciał, nie mogę cię teraz przelecieć.
- Rozumiem to.- roześmiała się, stawiając stopy na ziemi.- Co mam ubrać?- zapytała, nie do końca będąc pewną na kogo ma wyglądać. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, wodząc palcem po brodzie.- Mógłbyś się ogolić.- dorzuciła, szurając dużym palcem po podłodze. Parsknął rozbawiony, odrzucając włosy za plecy.
- Załóż sukienkę. Tą taką czerwoną w której widzę, gdzie masz piersi.
- I domyśl się o co takiemu chodzi.- wzniosła oczy do sufitu, podchodząc do szafy. Malum lubił dbać, by nie brakowało jej strojów. Przesunęła kilka wieszaków, odnajdując wśród nich krwisty materiał.- Na ramkach, opina się na torsie, opada luźno do ziemi?
- Ja wiem? Chyba.- wzruszył ramionami. Wyjęła haczyk, ukazując mu go.- Tak, ta. Zakładaj. Idziemy napluć jej w dekolt.
- Opowiesz mi co się dokładnie stało, że się tak przyssała?- mruknęła, zarzucając łach przez głowę. Obciągnęła tkaninę, prostując powstałe zmarszczenia.
- Wieczorem. Na razie będę zachwycał się twoim widokiem, póki ta wywłoka nie raczy odejść.- oświadczył doniośle, wstając. Chwycił ją za nadgarstek, ciągnąc za sobą. Podążyli do salonu, gdzie Vinctus spodziewał się ujrzeć przybyszkę. Siedziała wyprostowana przed fortepianem, przewracając cienkim palcem notatki na pokrywie. Blond włosy sięgające odrobinę za kark, pozornie słodkie spojrzenie, usta uchylone.- Livia.- warknął nieprzyjaźnie, zwracając jej uwagę.
- Wybacz wczesną godzinę.- okraszyła niewinnym uśmiechem przeprosiny, powoli się do nich zbliżając. Ukryła grymas, gdy rozpoznała ją z balu.- Panno Melanie.
- Melodie, kretynko.- poprawił ją, nie bawiąc się w używanie kultury osobistej.- Co mam z tobą robić, twoim zdaniem? Jesteś zbyt głupia, by umawiając się na posiłek podawany po południu - przyjść po południu?
- Mój woźnica później nie ma czasu. Zrobiłam co mogłam.- skłoniła się, potulnie przyjmując skarcenie.
- Mogłaś w ogóle nie przyjeżdżać.- prychnął, wzmacniając ścisk dłoni. Wywołał tym cichy syk dziewczyny, którą wciąż trzymał.- Przepraszam.
- Jasne.- wstrzymała chichot, dostrzegając cień zazdrości na licu rywalki.- Skoro już panienka tu jest, to może skusi się na śniadanie?- dopytała najmilszym tonem na jaki było ją stać. Szereg bielutkich zębów rozstawił się jak na rozkaz.
- Z przyjemnością, jeśli to nie problem.
- Ty jesteś problemem.- margnął Vinctus pod nosem, za co oberwał kuksańca w żebra.- Nie pozwalaj sobie.
- Będę. Szukaj mnie w kuchni.- mrugnęła do niego, ulatniając się z wargami zaciśniętymi rozbawieniem. Darł się za nią jeszcze, ale to zignorowała. Być może sprowadzi na siebie kłopoty, jednak taka gra była tego warta. Wkroczyła pewną stopą do sieni, witając się z Cariną. Sofi jeszcze spała, co zostało jej szybko wyjaśnione. Poczuje zawód, gdy już wstanie, a będzie po fakcie.
- Czy pan życzył sobie coś konkretnego?- ciemnoskóra ściągnęła jej umysł do poziomu. Zaprzeczyła niemo. Służka zniknęła w spiżarce, dając jej możliwość pójścia sobie. Nie skorzystała. Wolała pomóc.- Zrobimy zupę mleczną?- zasięgnęła porady, wychylając do niej głowę zza progu.
- Lubi ją?
- Oczywiście.
- Więc czemu by nie? Ty tu rządzisz.- zasalutowała z rozmachem.- Co mam podać?
- W tej sukni? Miskę. A potem leć do niego, bo długo z nią sam nie wytrzyma. Nie chcemy mieć kłopotów z Greenloftami.- westchnęła, podłapując dobry humor. Ruda wydęła policzki, naburmuszając się sztucznie. Wyjęła z szafki porządne naczynie.- Tylko bez takich min przy niej. Dziękuję. Teraz sio!
- To posłuszeństwo mnie wykańcza.- zażartowała, przecierając wyimaginowany pot z czoła. Niektóre z nich zaczynały ją lubić, zresztą z wzajemnością. Ze spokojem mogłaby zaprzyjaźnić się z Rache, Rinnie czy nawet Sofi. Wydawały się odpowiednie. Zamaszystym ruchem otworzyła drzwi jadalni, które nie wiadomo dlaczego za sobą zamknęli.- Spóźniłam się?- uniosła brew, spoglądając na wypełniony winem kieliszek Vinctusa. Instynktownie wyciągnął z kredensu drugi dla niej i nalał do połowy.- Panna nie pije?
- Nie zmarnuję na nią ani kropli, póki nie będzie tego wymagać wystawność strawy.- wytłumaczył schludnie, omijając blondynkę wzrokiem. Machnęła lekceważąco dłonią.
- I tak nie miałam ochoty...
- Sofi już na nogach?- przerwał jej zręcznie, rozsiadając się w swoim ulubionym krześle. Poklepał kolana, zapraszając May do pójścia w swoje ślady.
- Nie. Na ten moment urząd pełni Carina.- skorzystała z propozycji, pokornie wskakując mu na uda. Objął ją, przytrzymując lepiej.- Nie zajmie jej to dużo czasu.
- Mam rozumieć, że skoro przyjechałaś na śniadanie to nie będziemy musieli znosić cię na obiedzie, gdyż już cię tu nie będzie?- wypowiedział zawile wątpliwość, kierując ją do Livii. Ta otrząsnęła się lekko i dziewczęco odrzuciła kosmyki.
- Umówiliśmy się...
- Jakbym nie wiedział. Zostajesz do popołudnia czy nie?
- Zostaję.- fuknęła, nieco zbyt nerwowo.
- Świetnie. Melodie będzie towarzyszyła mi calutki dzień. Masz coś przeciwko?- obrócił szkło w dłoni, eleganckim haustem upijając łyk napoju własnej produkcji.
- Chciałabym pobyć z tobą trochę sama.- zmieszała się, automatycznie przegrywając batalię z mężczyzną. Zmiażdżył ją obsydianem swych niesamowitych tęczówek.
- Ja chciałbym, byś przestała zawracać mi dupę.
- Słownictwo.- upomniała go rudowłosa, ciągnąc za poskręcane kudełki.
- Nie zachowuj się jakbym był twoim bachorem.- pouczył ją grzecznie, stukając ostrzegawczo palcem po jej nosie.- Widzisz, Livia, chciałbym pieprzyć się z tą tutaj, dokładnie w tej chwili. Niestety nie mogę, choć jestem u siebie w domu, a ona jest chętna. Rujnujesz wszelkie plany, przeklęta istoto.- skrzywił się z przekąsem, odwracając twarz ku ścianie.
- On oczywiście żartuje. Chętnie zorganizujemy panience urocze przedpołudnie.- dopowiedziała, z premedytacją - niby przypadkiem - przesuwając ręką po jego kroczu.- Mam nadzieję, że lubi panna zupę mleczną z kluskami.
- Nie pogardzę niczym, co przygotowały pracownice Vinctusa.- rzekła przymilnie, jakby bardziej spięta po tym, co powiedział.
- To cudownie. Jest panna aż nazbyt wspaniała.- zadrwiła łatwo, nie potrafiąc utrzymać powagi. Blondynka zarumieniła się dziko, wyczuwając znudzoną oraz wrogą tonację. Przydługi zarost podrapał ją po czole, gdy Vins pochylił się do niej. Cmoknął radośnie czubek jej głowy.
- Ubliżanie jej to dobre hobby, prawda?- prawie wyszeptał, by dotarło tylko do jej uszu. Zachichotała melodyjnie, nie komentując tego w żaden sposób. Ciemnoskóra wkroczyła do pokoju, wnosząc wielką - zapewne ciężką - tacę z zupą i głębokimi talerzami. Rozłożyła wszystko, ukłoniła się służalczo, po czym kulturalnie opuściła zgromadzenie, by iść budzić kobiety do pracy. Zjedli w ciszy, słuchając wyłącznie dźwięków łyżek, odbijających się od porcelany. Duszkiem wypiła swoje wino, ryzykując finezyjne upojenie. Należało czekać, aż on odezwie się pierwszy. Winien był zasuponować jakąś rozrywkę.
- Przejażdżka konna?- sapnął niechętnie, licząc, że przybyszka odmówi i wróci do domu. Zamiast tego entuzjastycznie uniosła wargi, niemo wyrażając aprobatę.- Jasne. May, byłabyś tak miła?- popchnął ją delikatnie, by zrozumiała o co chodzi. Wstała z godnością, zabierając się za układanie misek w jeden stos.- Spełnię prośbę gościa. Przejedziemy się sami. Dam ci chwilę dla siebie, zgoda?
- Wszystko, czego sobie zażyczysz.- ukłoniła się grandilokwentnie. Zabrała tacę, odnosząc brudną zastawę. W kuchni zajęła się obmywaniem, mimo tego, iż kilka pań proponowało, że zrobią to za nią. Wciąż cieszyły ją małe rzeczy. Przyzwyczajała się powoli do życia w tym dziwnym miejscu.

Odnalazła Rache, przechadzając się między posiadłością, a składnicą z winem. Złotowłosa rozpromieniła się nieznacznie na jej widok. Właśnie była w trakcie rozpoczynania roboty, jednak ustanowiła sobie przerwę. Wspólnie przespacerowały się wokół całej powierzchni domostwa, rozprawiając po drodze o słusznościach ludzkiego myślenia. Niemka opowiedziała jej o swoich kochających rodzicach, nie licząc na odwzajemnienie szczerości. Jej matka miała na imię Rose, była żydówką. Kiedy zakochała się w Ormianie - jej przyszłym mężu - było za nią zaledwie piętnaście wiosen. Szybko urodziła mu dziecko, które wspólnie nazwali Sonne, gdyż dziewczynka ta była najpiękniejszym światłem dla ich przeciętnego życia. Wypowiadała się o dzieciństwie w samych superlatywach, ukazując własne rozmarzenie i tęsknotę. Nie było wątpliwości, że chciałaby móc wrócić do tamtych dni. Minęły olbrzymią stajnię w której zwykł odpoczywać Nigrum. Teraz jednak ujeżdżany był przez swojego właściciela, więc największa zagroda świeciła pustką.
- Dlaczego zostawił otwartą bramkę do przegrody swojego wierzchowca?- dopytała towarzyszkę, zastanawiając się czy nie był to czysty przypadek.
- Często to robi. Daje tym wolną wolę, by ktoś mógł sprzątnąć boks w razie chęci. Kiedy jest zamknięty nie ma mowy, by ktokolwiek się przy nim kręcił. To jego ukochany koń.- wyjaśniła chętnie.- Widzisz tamtą klacz?- wskazała jasnogniadą sztukę, spożywającą spokojnie swój owies.- Jest moja. Ma na imię Schöne. Wiem, mało oryginalne. Jeśli dasz mu powody do stałego zaufania, na pewno też sprezentuje ci rumaka.
- Właściwe nie sądzę, bym tego w większym stopniu chciała. Odpowiada mi jazda na jednym, razem z nim.- wzruszyła ramionami, zarzucając wzrok znów przed siebie. Parły dalej, spotykając kłusującą parę.- Dość mocno się do niego zbliżyła.
- Zawsze to robi. Udaje, że chodzi o lepsze słyszenie go, choć tak naprawdę chodzi jej o te parę metrów odległości mniej.
- Jest sprytna, prawda?- przyjrzała się kokieteryjnej blondynce, odrzucającej w tył lśniące włosie.
- Zdecydowanie. Pragnie go usidlić i kto wie, może kiedyś jej się uda.- parsknęła Rache, uśmiechając się w charakterystyczny, opiekuńczy sposób. May przechyliła głowę, spoglądając pod kątem, ostatni raz.
- Nie uda jej się.

Tuż przed obiadem została zgarnięta na bok przez samą Livię. Ulokowały się między regałami w biblioteczce, aby nikt nie raczył podsłuchiwać. Zniecierpliwiony, mało elegancki grymas wpłynął na lico przybyszki.
- Trzymaj łapy z daleka, tak?- wyparowała, oblizując spierzchnięte wargi.- Nie rozumiesz sytuacji. Zresztą i tak nie jesteś w typie Vinctusa, więc - z łaski swojej - odpuść sobie ten tani podryw na niegrzeczną dziewczynkę.- machnęła lekceważąco dłonią, taksując ją oceniająco.
- Wydaje mi się, że to jednak on decyduje, kto jest w jego typie, a kto nie. Jeśli liczysz, że wpadnie w twoje objęcia, wyznając ci miłość do grobu - mylisz się. Nie byłby sobą.- podsumowała, czując ukłucie złości. Nie mogła dać wyprowadzić się z równowagi jakiejś obłąkanej wywłoce.
- Nie będę z tobą dyskutować na ten temat. Jesteś tylko dziwką, którą można zlikwidować. On się zmieni, gdy dotrze do niego prawda.- zakołysała wątłymi biodrami, uginając nogę w kolanie. Jej suknia wyglądała zbyt poważnie, absolutnie nie pasując do dziecięcej twarzy.
- Jaka prawda? Za kogo ty się w ogóle uważasz?- prychnęła, również przyjmując bardziej wojowniczą postawę. Oparła rękę o talię, wychylając się lekko naprzód.
- Nie twój interes. Jestem dla niego kimś ważnym.
- Ślicznie to okazuje.- skomentowała, nie potrafiąc powstrzymać szyderczego uśmiechu. Jasnowłosa zaczerwieniła się malowniczo oraz zapowietrzyła na parę sekund.- Posłuchaj. Nie wchodzę ci w drogę bardziej, niż on sam tego chce. Zamknij się i daj temu spokój, bo cokolwiek nie zrobisz, nie skończy się tak jak byś tego chciała.
- Po prostu się od niego odwal.- warknęła, tracąc kontrolę nad swoją zazdrością.
- Jest mój.- bezwiednie wysyczała przez zęby, po czym odwróciła się i wyszła. Sterczenie w małym pomieszczeniu z kretynką nie było czymś w jej stylu. Przemaszerowała korytarzem do jadalni, kukając kobieco do wewnątrz.- Mam iść do siebie?- zapytała Vinctusa, spoczywającego tam gdzie zawsze.
- Zostań ze mną. Tyle czasu sam na sam powinno jej wystarczyć. Byłem miłosierny, Malum nie będzie mógł się przyczepić.- przywołał ją skinieniem, by przestąpiła próg. Przeskoczyła przez niego jak sarna, próbując wywołać choć kapkę zadowolenia na jego umęczonym obliczu.- Wina?- zagaił, gdy już umościła się w sąsiednim krześle. Zmarszczyła nos w ramach odmowy.- Herbaty?
- Traktuj mnie mniej jak równą sobie, bo stracisz wiarygodność u publiki.- rozmasowała swój kark, wiercąc się przy tym podobnie do kota. Obserwował ją zafascynowany, póki Livia nie znalazła się w pokoju. Ponownie nastała cisza, której nikt nie miał ochoty przerywać. Sofi wniosła pokrojoną pieczeń wołową, która rozlewała swój zapach po zmysłach.
- Nałożyć ci?- zwrócił się do niej, ignorując uparte wejrzenia blondynki.
- Poproszę.- przytaknęła krótko, zarzucając mentalnie zwycięski szal. Niech by się ta druga udławiła wściekłością.

Dotrwali późnego południa, gdy przybyszka musiała się zebrać. Nie wypadało wpychać się na noc gospodarzowi, który wyraźnie o to nie zabiegał. Stanęła w pewnej odległości, strzyżąc oczyma ich pożegnanie. Próbowała rzucić mu się w ramiona, jednak łatwo ją odepchnął. Nie kłopotał się nawet żadnym konkretnym wyrazem twarzy, jakby nie była tego warta. Czekał cierpliwe, aż sama wyjdzie, co by nie mogła się skarżyć, że ją wyrzucił. W końcu zamknął za nią drzwi, nie odprowadzając do bramy jak każdego poprzedniego gościa. Uniosła brew, gdy tylko na nią zerknął.
- Nie idziesz upilnować, by nie zaszyła się w sekrecie gdzieś na posesji?- zadrwiła, postukując smukłym palcem po dolnej wardze. Podszedł blisko niej i oparł brodę o czubek jej głowy, gładząc jednocześnie odsłonięte ramię.
- Zdecydowanie wolę twoje towarzystwo. Pomimo tego, że jesteś pyskata.- sapnął, pozostając w tej niewygodnej pozycji przez następną chwilę.
- Nie jestem.- wymamrotała, obejmując go w pasie. Czuła zapach potu, połączony z autentycznym znużeniem całym dniem. Gdyby teraz stworzył jakąś melodię - byłaby niesłychanie melancholijna. Poczuła jak na ustach wykwita mu półuśmiech. Mimowolnie wpłynął też na jej lico, rozjaśniając je symbolicznie.- Chcesz się pieprzyć?- miauknęła, zamierzając ożywić go wszelkim sposobem.
- Mam agresywne pożądanie, jeśli chodzi o ciebie. Myślę, że nie mam nic przeciwko.- uniósł jej podbródek, cmokając kość policzkową.- Gdzie?
- Moja sypialnia. Potem opowiesz mi bajkę.- powiadomiła go, oblizując się szybko. Szarpnęła jego nadgarstek, kierując za sobą na górę. Płynnym ruchem majtnął kudły na plecy.
- Znów stawiasz warunki.- zauważył, posłusznie dając się prowadzić.
- Tym razem masz jakąś korzyść.- odparła, otwierając sobie przejście. Stanęła na środku, odwracając się przodem do niego. Przymknął za sobą, aby nikt nie przeszkadzał. Patrzyli na siebie przez minutę.- Zdejmiesz mi suknię czy nie?- zaciekawiła się, przechylając wyczekująco fizys. Skinął, przytomniejąc. Przystąpił do niej spokojnie. Wyciągnęła ręce w górę, przypominając małe dziecko. Pochwycił materiał przy jej kolanach, ściągając go ponad sylwetkę. Nie miała niczego pod spodem, więc swobodnie mógł wpatrywać się w młode, nagie ciało. Uniósł poddańczo dłonie, dając jej możliwość odwzajemnienia. Rozchłestała jego czarną koszulę, rzucając ją w niepamięć. Przysunęła się, rozpinając spodnie. Zsunęła je razem z bielizną, butami i skarpetami. Wyprostowała plecy, dając mu chybkiego buziaka w obojczyk. Dostrzegała zalety jego korpusu. Nie był niedźwiedziem, bo spora część owłosienia zniknęła gdzieś w nieznanych jej okolicznościach. Pod lewym sutkiem miał mocną bliznę po szwach. Zaraz ponad pępkiem ktoś kiedyś chyba próbował wbić mu coś ostrego w wątpia. Dochodził do tego również olbrzymi ślad, ciągnący się od prawej pachy, aż do połowy uda.
- Nie lubię, kiedy traktujesz mnie jak eksponat.- przypomniał, podciągając jej wzrok wyżej. Zanurzyła nos w jego zaroście, po czym krótko pocałowała szyję.
- Jesteś ciekawym dziełem sztuki. Nie dziw się, że patrzę.- poprosiła. Wydał z siebie bliżej nieokreślony burknięcie, wywracając czarnymi ślepiami. Zawiesiła splecione palce na jego karku, wlekąc go w ten sposób na materac. Rozłożył się grzecznie, pozwalając jej zachować władzę. Ulokowała się poniżej jego męskości, pochylając dobitnie, by rudawe kosmyki łaskotały jego barki. Wsparta na łokciu, wodziła opuszkiem po jego gęstych brwiach, zakrzywionym nosie, sznycie na wardze i prawie niewidocznym zeszpeceniu nad grdyką. Nie odważyła się dotknąć oparzenia. Scałowała tors, licząc żebra po drodze. Ślizgnęła językiem po porannej ranie. Wspięła się na kolanach, ustawiając tuż ponad nim. Wzięła w dłoń jego członka, nakierowując w odpowiednią stronę. Nie robiła tego wcześniej, więc pozostawało nauczyć się teraz. Ostrożnie spuściła się w dół, pozwalając mu zagłębić się w swojej kobiecości. Po kilku próbach przywykła do nowości i zaczęła szukać odpowiedniego tempa. Ułożył śródręcza na jej talii, wspomagając nieco. Udało jej się wyczuć pasującą im obojgu prędkość, wywołując zadowolony pomruk. Nie było to łatwe zadanie, jednak przyjemność jakiej doznawała była tego warta. Kropelka potu spłynęła po jej skroni, gdy jeszcze przyspieszyła, chcąc dotrzeć do finału. Niepohamowane jęki rozbrzmiewały echem po pomieszczeniu, zanim oboje osiągnęli szczyt. Opadła obok niego, wciąż jeszcze dysząc cicho. Rozciągnął rękę, by mogła oprzeć głowę o jego triceps. Skorzystała z tego, wbijając niewidzący wzrok w sufit.
- Cholera, jesteś w tym coraz lepsza.- pochwalił, idąc za jej przykładem.- To pierwszy raz, kiedy chciałaś spróbować być na górze. Jak wrażenia?
- Męczące, ale satysfakcjonujące jak nie wiem.- wyrzuciła na jednym tchu, zostawiając uchylone wargi.- A twoje?
- Jesteś głucha na komplementy. Muszę wprost? Było zajebiście.- parsknął, prawie się śmiejąc. Podziwiali sklepienie, jak gdyby było na nim milion gwiazd, zamiast nudnej, białej farby.
- Teraz bajka.- przypomniała mu, przekręcając się. Zrobiło jej się niewygodnie, więc zarzuciła mu przedramię na brzuch. Zgiął lewicę w łokciu, odkładając dłoń na jej lędźwiach. Zarumieniła się dziewczęco, dostrzegając dziwną czułość tego przypadkowego uścisku.
- O Livii?- upewnił się. Potwierdziła, zamieniając się w słuch.- Nie pamiętam kiedy to było. Może rok temu, może więcej. Musiałem załatwić ważną sprawę dla Maluma, w sąsiednim mieście. Nie, nie powiem ci jaką, nie twój interes.- dopowiedział, widząc, że już-już otwiera usta, by coś wtrącić.- W każdym razie... Pojechała ze mną, bo jej rodzice tego chcieli. Zakładam, że też miała coś do zrobienia. Było mi wszystko jedno, chociaż strasznie zawadzała. Uparta dziewucha. Konsekwentnie pakowała się w każde tarapaty, jakie pojawiały się na horyzoncie. Gorzej niż ty. No nic, do rzeczy. Czas leciał, a ja wciąż tam tkwiłem. W nocy spałem na sianie w stodole przypadkowego gospodarza, który nie miał nic przeciwko. Ona także. Brała mnie chcica, bo zbyt długo nie pieprzyłem się z kobietą. Nie byłem uzależniony od kontaktu seksualnego - nie zrozum mnie źle. Chodziło raczej o rosnącą frustrację z powodu ciągnącego się w nieskończoność namawiania kogoś do uświadczenia mi pewnej przysługi. Nie ma lepszego sposobu na wyładowanie nerwów. To co miałem zrobić? Była chętna, wyglądała przy mnie wręcz jak zapatrzona w obrazek. Zerżnąłem ją raz, drugi. Właściwe trwało dość długo, zanim mi się znudziło. Potem już nie chciała się odczepić. Ubzdurała sobie jakieś głupoty i nie mogę się jej pozbyć. Wierz mi, że próbowałem. Zwyczajnie się nie da.- skrzywił się, jak gdyby chodziło o jakieś okropne stworzenie, miast ładnej blondynki. Roześmiała się serdecznie. Podejrzewała coś w tym stylu. Pomięła w ręku jego poskręcane kudły, zdając sobie sprawę, że niedługo wróci do siebie.- Masz dla mnie więcej, poza tym?
- Nie, nie sądzę.- wydusiła ze słabo wyczuwalnym żalem.
- Zostać jeszcze trochę?- zaproponował, nie zdradzając żadnych emocji. Nie miała pojęcia czy powinna odmówić. Wolałaby, aby to on decydował.
- Jeśli chcesz.
- Poleżymy sobie po prostu, dobra?
- Zgoda.- wypogodniała prędko, wypuszczając głęboki dech. Zapowiadała się udana noc, czyli dokładnie taka, jakiej jej ostatnio brakowało.

niedziela, 28 czerwca 2015

Dziesiąty.

Był więcej niż zdenerwowany. Najlepszym określeniem było po prostu „wkurwienie“. Powodem był Malum, przymuszający go do osobistego żegnania każdego gościa. Rozumiał, że przyjęcie koniecznie musiało odbyć się u niego. Rozumiał, że musiał być w miarę uprzejmy i cywilizowany. Rozumiał nawet, że cholerna Livia poprosiła rodziców, by móc za tydzień wprosić się na obiad, a jemu nie wypadało odmówić. Natomiast nie mógł pojąć dlaczego po tym wszystkim nie mógł zamknąć się w komnatach którejś z dziwek i nie wychodzić stamtąd, póki słońce ponownie nie wzejdzie. Przecież wykonał głupie polecenia. Było już po całej tej maskaradzie! Chciał tylko odpocząć, ulżyć sobie, wtulić się w czyjeś pachnące posłuszeństwem ramiona. Nie znosił tłumów, bo w nich zawsze mógł kryć sie ktoś, kto chciał wyłącznie jego zguby. Rzadko kiedy jakaś kolacja kończyła się pozytywnie, bez szwanku dla niego. Miał wielu wrogów, tego był świadom aż nazbyt dobrze. Gorzej, że niektórzy z nich świetnie kryli swoją tożsamość. Otrząsnął się z myśli, ściskając dłoń kolejnego wazeliniarza w eleganckiej marynareczce. Miał ochotę powiedzieć mu, że ma sobie wepchnąć w dupę swoją formalność, jednak nie bardzo mógł. Zamiast tego uśmiechnął się sztucznie i cmoknął knykcie jego tłustej żony. Kto wymyśla by karmić bogate kobiety? Czy one luster nie mają? Krągłości krągłościami, ale to była nieprzetopiona słonina w dziewięćdziesięciu kilogramach, co najmniej. A jeszcze dochodził ciężar organów i kości. Już miał rzucić sarkastyczną uwagą, gdy Malum zgarnął ją sprzed jego oczu, chwaląc przy tym jak to pięknie wygląda w tej gorsetowej sukni. Jakby najlepszym sposobem na sympatię było wchodzenie ludziom w...
- To już koniec. Wszyscy pojechali.- oznajmił jego brat, przerywając mu - jakże kolorowe - spostrzeżenia.
- Po co była ta cała błazenada?- warknął w odpowiedzi, zamykając bramę.
- Musiałem coś dyskretnie obgadać, a w naszym przypadku - najciemniej pod latarnią. Poza tym u mnie by się nie zmieścili.- wyjaśnił pogodnie, dotrzymując mu kroku w drodze do drzwi domostwa. Cały Malum, zawsze coś kombinował. Szkoda tylko, że potem trzeba było wyciągać go z kłopotów w które niebywale łatwo się pakował. Zmarszczył nagle brwi, posyłając mu karcące spojrzenie.- Wiesz, mogłeś być bardziej delikatny w stosunku do May. Chciała tylko pomóc. Pewnie nabawiła się oparzeń i ran od szkła.
- Wsadź sobie głęboko swoje cenne rady. Nie chcę ich.- odparł machinalnie, przyzwyczajony do jego gderania. Ten jednak nie poddawał się, wciąż brnąc w temat.
- Ona jest niebywale krucha, pamiętasz o tym?
- Naprawdę?- parsknął, uznając to za ostatnią rzecz, którą można o tej dziewczynie powiedzieć.- Rodzice traktowali ją jak szmatę, uciekła z domu, jakiś gej sprzedał ją jako niewolnicę, zbrukałem ją kilkukrotnie. Pomijając sterty małych rzeczy, a równie ważnych. Na jakiej podstawie sądzisz, że jest krucha? Bo ja nie słyszałem, żeby nadzwyczaj narzekała. Jest silniejsza od ciebie. Nie mów mi co mam robić, jestem starszy i mądrzejszy. Pamiętaj o tym.- podsumował, zatrzaskując mu wrota przed nosem. Wiedział, że i tak wejdzie, ale potrzebował paru sekund dla siebie, by móc się oddalić. Nie chciał rozmowy z nim. Postąpił zbyt impulsywnie, trudno. Stało się to się nie odstanie. Nie będzie przepraszał, bo to jej wina. Miała tylko słuchać poleceń. Co trudnego było w siedzeniu w swoim pokoju? On zrobiłby to nawet bez komendy, ale ona? Nie, oczywiście, chciała pomóc. Na jaką cholerę? Wściekłe, chaotyczne myśli chodziły mu po głowie, kiedy instynktownie wchodził po schodach, by znaleźć jej pokój. Wyrobił sobie już nawyk, nie musiał patrzeć co robi. Tym razem zatrzymał się na ostatnim stopniu. I co jej powie? „Hej, jesteś głupia. Pieprzmy się“? Żałosne, nawet jak na niego. Stwierdził, że zostawi wizytę na później. Jej złość zelżeje, jego pożądanie się wzmocni. W dwóch słowach - będzie lepiej. Cofnął się, udając do własnych komnat. Legnął na łóżko, sięgając po lekturę ze stolika. „Ojciec Goriot“. Nie zachwycał go, ale chętnie czytał wszystko, co tylko wpadło mu w ręce. Zagłębił się między strony, znikając pośród nich.
Nie miał pojęcia w którym momencie zasnął. Obudziło go natarczywe pukanie do drzwi. Przetarł skroń, wypatrując przez małe okienko pory dnia. Tuż po świcie. Zmusił się do podniesienia z posłania i przemierzenia tych kilku kroków. Hałas ustał, gdy otworzył barierę. Po drugiej stronie stała spanikowana Karma. Zgrabna szatynka pogładziła nerwowo swoje długie kosmyki i już wiedział, że stało się coś, co go rozsierdzi.
- Mówże, kobieto.- warknął, zauważając, że minęło ponad dziesięć milczących sekund. Otworzyła usta, by od razu je zamknąć. Przypominała przy tym rybę bez wody. Ścisnął jej ramię, obligując do posłuszeństwa.- Mów.
- Melodie.- wychrypiała, a oczy zaszły jej łzami, jakby nie była przygotowana na reakcję, która mogła nastąpić.
- No co z nią?- pospieszył, tracąc cierpliwość. Co się mogło stać?
- Uciekła. Nie wiadomo kiedy, ale możliwe, że już wczoraj. Od kolacji nikt jej nie widział, a to był dobry dzień na ucieczkę. Otwarta brama, mnóstwo kręcących się ludzi, którzy jej nie znali. Nie wiemy jak, po prostu jej się udało. Proszę, niech pan na mnie nie krzyczy. Niech pan mi nie robi krzywdy.- zasłoniła twarz dłońmi, pilnując raczej swojego płaczu niż bezpieczeństwa. Wezbrało w nim apogeum furii. Zatrzaskując drzwi, wystrzelił korytarzem. Znalazł pokój gościnny w którym zwykle przesiadywał Malum. Aktualnie spał, więc trzeba było zrzucić go na ziemię w ramach pobudki.
- Oszalałeś?- syknął, opanowując drżenie obolałych mięśni.
- Jedziesz do miasta. May zabrała dupę w troki i nie ma jej od wczoraj. Znajdziesz ją, gdziekolwiek poszła. Jeśli jest w lesie - ja ją znajdę. Rozumiesz?- pochylił się do brata, podciągając go za szatę.- To twoja wina. Gdyby nie to idiotyczne przyjęcie to nie miałaby okazji, by chociaż pomyśleć o zwianiu stąd. Podnoś się i jedź jej szukać. Nawet nie próbuj wracać, zanim nie sprawdzisz dokładnie całej okolicy.- zakomenderował, po czym pobiegł do stajni. Każda minuta wydała mu się cenna. Jeśli uciekła w nocy to mogła stać jej się krzywda. Nigdy nie ufał zagajnikowi, zawsze kręcili się tam obrzydliwi ludzie, a tacy uwielbiają zmrok i takie ładne panienki, zdane na łaskę losu. Niech by to szlag trafił, że zrezygnował z wejścia tam zaraz po zakończeniu kolacji. Mógłby wtedy szybciej zacząć szukać. Byłoby większe prawdopodobieństwo sukcesu. Wsiadł na Nigruma, nie dbając o zakładanie siodła czy uzdy. Ruszył w pościg za zagubioną gdzieś w kniejach Melodie, powtarzając sobie, że zabije każdego, kto śmiał jej dotknąć. Była jego własnością, tylko jego. Przedarł się przez gąszcz na wprost za bramą. Wytłumaczył sobie, iż nie poszłaby tak po prostu ścieżką, bo to byłoby niesamowicie durne, a rozumu akurat jej nie brakowało. Musiała wybrać drogę przed siebie. Po dłuższej chwili napięcia, natknął się na strzępek białego materiału wiszący na trującym krzewie cisu. Nie mógł przewidzieć czy należy do niej, ale skąd by się tu znalazł, gdyby nie? Zabrał go ze sobą, chowając w kieszeni. Począł dalej błądzić między drzewami. Przemierzył każdy skrawek lasu z dala od przedepceń i kilka rzadziej używanych szlaków. Nie było po niej śladu. Wpadł na pomysł, że zajrzy nad jezioro, nad które dawno temu ją zabrał. Nic. Objechał je wkoło i dopiero wtedy dostrzegł ruch. Głęboko w puszczy, zebrało się parę głośnych osób. Popędził w tamtym kierunku, będąc pewnym, że musieli przynajmniej ją widzieć. I miał rację. Kończyli akurat zdzieranie z niej ubrań. W ogólnym rozrachunku wydało mu się to okropnie niesprawiedliwe, że tak sumiennie ją przywiązali. Jakby się bali, że zrobi im krzywdę. Niczym pierwszorzędny furiat - elegancko przejechał koniem po jednym z oprawców, pilnując by złamał kości przynajmniej w kilku miejscach. Bez trudu rozpoznał Francesa, wodzącego teraz palcami po biuście dziewczyny. Wbił nóż w ramię jego towarzysza, zeskakując z konia. Wyciągnął go gładko, pozwalając mężczyźnie opaść z jękiem bólu na podłoże. Dwójka wdrapała się na swoje wierzchowce i spieprzała szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Santiago - z którym miał okazję spotykać się wcześniej - ukłonił się lekko, odsuwając z rękoma w górze. Nigdy nie był typem od pochopnych decyzji. Czarnowłosy pozwolił mu oddalić się w spokoju. Favril za to bez zastanowienia zaatakował, powodując głęboką, ciętą ranę przy barku. Tego debila znał aż za dobrze jako swojego zaciętego przeciwnika. Beznamiętnie machnął ostrzem, otwierając skórę jego przedramienia. Wykrwawi się, jeśli nie weźmie nóg za pas i tego nie zatamuje. Szczęściem, miał na tyle instynktu samozachowawczego, by wsiąść na swojego ogiera i odjechać. Został sam na sam z Francesem, który nic sobie nie robił ze sceny za swoimi plecami, wciąż z pożądaniem pieszcząc jej bezbronne ciało. Dojrzał w jej oczach strach, pomieszany z bólem. Nie płakała, chociaż chyba powinna. Skoncentrował się na uderzeniu w odpowiedni punkt blondyna. Sztylet wtopił się w jego lędźwia, niczym w masło. Krzyk zaskoczenia wydarł się z jego gardła, kiedy własny kręgosłup zmusił go do upadku na kolana.
- Czy ja kiedykolwiek darowałem komuś próbę dotknięcia którejś z moich kobiet bez pozwolenia?- zapytał twardo, pochylając się do konającego. Ten jęknął coś, co miało być odpowiedzią, po czym bezsilnie rozłożył się na ziemi. Vinctus skoncentrował swoją uwagę na nagiej młódce.- A z tobą co mam zrobić? Zachowałaś się wyjątkowo bezczelnie.- mruknął, wciąż zirytowany, ale z dużo większym opanowaniem. Poczuł ulgę, że się znalazła. Rozciął sznury, nie bawiąc się w odplątywanie. Wprawiła go w osłupienie, kiedy jak długa legła na grunt. Nie zdążył jej złapać. Osunęła się częściowo na sylwetę Francesa, nie mając siły by zmienić położenie. Ukląkł przy niej, okrywając swoim płaszczem - jedyną rzeczą, którą z przyzwyczajenia zdążył pochwycić przed wyjściem.- Jesteś niesamowicie głupia.- wypalił, przenosząc ją na najbliższe siedzisko.- Opowiadaj.
- Biegłam przed siebie. Znaleźli mnie jakąś godzinę po świtaniu i dowlekli tutaj. Przytwierdzili do drzewa. Potem on przyjechał. Zabił jednego z nich za obrabianie mu tyłów. Potem grali o mnie w karty. Wygrał, bo oszukiwał, ale oni zbyt się go bali, żeby protestować. Właśnie byli w trakcie...- dławiła słowa, nie unosząc nawet wzroku.
- Zamknij się już. Dosyć.- warknął, mimowolnie przyciągając ją do siebie. Na ten moment odłożył całą złość, pozwalając spływać kojącej czułości, jakiej potrzebowała. Bał się o nią. Cieszył się, że odnalazł ją żywą i prawie nietkniętą. To wypełniło jego organizm na krótką chwilę, podczas której dochodziła do siebie.
- Krwawisz. Podaj mi wodę i tamten strzępek z mojej bluzki.- poprosiła, wskazując biały materiał leżący pod drzewem. Gdy tylko wysunął się z jej objęć - wkurzenie powróciło. Jak w ogóle mogła coś takiego wymyślić? Traktował ją jak pieprzoną księżniczkę, a ona przy pierwszej lepszej okazji zwiała. Świetnie. Weź tu człowieku zaufaj kobiecie. Wykonał życzenie, krzywiąc się z niesmakiem. Drżącymi z wyczerpania dłońmi obmyła jego zabrudzone ramię, powoli zawiązując prowizoryczny opatrunek. Zdobyła się przy tym, by spojrzeć mu w oczy, co nie było najlepszym pomysłem. Percepcja stała się trudniejsza, a oddech dziwnie przyspieszony. Rozchyliła usta, zamierzając chyba coś powiedzieć. Czekał, aż spróbuje się wytłumaczyć. Spodziewał się czegoś w stylu: „działałam w amoku“, „skrzywdziłeś mnie“ albo „tak bardzo się bałam“. Wymamrotała tylko niezgrabne „przepraszam“, które raczej odnosiło się do przypadkowo uderzenia go ręką w obojczyk, niż do całej tej sytuacji. Zawiódł się na niej. To była ta emocja, której nie potrafił nazwać przez cały czas, gdy jej szukał. Zawiódł się jak jasna cholera. Zobojętniał na jej smutne spojrzenie, podnosząc się do pionu.
- Wejdziesz na Nigruma sama czy będę musiał ci pomóc?- dopytał z westchnieniem, nie licząc na reakcję. Uniósł ją jednym zrywem ponad głowę, prawie wrzucając na zwierzę. Sam wskoczył taktownie, nie doprawiając ogierowi nieprzyjemności. Dziewczyna poprawiła się na ile mogła, kurcząc za jego plecami.- Obejmij mnie.- poinstruował głosem wypranym z uczuć. Słabe palce ulokowały się przy jego podbrzuszu. Wyżej nie dała rady, rozumiał to. Kłusem pognał do domu, chcąc położyć ją w ciepłej kołdrze i dostarczyć tyle wody, ile będzie potrzebowała.

Miała wyrzuty sumienia ilekroć budziły ją drzwi zamykane na klucz. Nie chodziło o to, że zaczął używać zamka. Żałowała całej sytuacji. Nie było jej tu źle, a on widocznie starał się o jej bezpieczeństwo. Ta eskapada była najgłupszym planem, jaki mogła wymyślić. Szkoda tylko, że było za późno na tego typu rozważania. Odkąd ją przywiózł - pilnował każdego jej ruchu. Nie zawsze osobiście, ale robił to. Posłusznie spełniała każdą jego prośbę czy rozkaz, chcąc przywrócić jakąś formę zaufania do siebie. On nie rozumiał tego w ten sposób, więc jej działanie spełzało na niczym. Myślał, że to jej nowa gra, która ma go nią znudzić. Zaciskał pięści, obserwując wszystkie zachowania, jakich się dopuszczała. Nie było w tym niczego, co przypominało ją sprzed ucieczki. Ta May była inna, pozornie słaba i naiwnie sprytna. Szukał w jej zabawie dziur, ale nie było ich. Widocznie mocno zależało jej na utrzymywaniu iluzji grzecznej. Nieświadomie sprawiała mu tym ból, bo martwił się czy nie znajdzie potajemnie jakiegoś sposobu, by znów zniknąć. Taka przykrywka była dla tego celu najlepsza. Kto spodziewałby się, że taki potulny aniołek zechce czmychnąć? Nie przyszłoby mu do głowy za żadne skarby, że ona chce wywołać dokładnie odwrotny efekt. Kiedy nic nie działało, znalazła okazję. Otworzyła oczy wcześniej niż zwykle, wiedząc, że przed świtem przyszedł skontrolować jej stan. Robił to co jakiś czas, sprawdzając czy aby nie udaje dobrego samopoczucia. Gdy rozchyliła powieki - natychmiast wstał, zbierając się do wyjścia. Zdążyła pochwycić go za spodnie. Proszącym wzrokiem dała mu do zrozumienia, że chce, by ją pieprzył. Teraz, zaraz. Odetchnął ze zmęczeniem, rozgrywając cichą batalię z własnym umysłem. W końcu cofnął się, szukając czegoś w jej szafce. Wyciągnął linkę.
- Połóż dłonie przy oparciu łóżka.- polecił, wzdychając raz jeszcze. Nie musiał jej rozbierać, gdyż sypiała nago. Uniosła nadgarstki ponad głowę, przekręcając się wygodniej. Przywiązał ją, znacznie delikatniej niż jegomoście z lasu.- Co mam z tobą zrobić? Nie mam ochoty na seks.- wyrzucił z przekąsem po dłuższej chwili bezczynności. Usiadł przy jej boku, gładząc opuszkami palców po bladym biodrze.- Nie wiem jak wobec ciebie postępować.
- Przepraszam, że uciekłam.- wyszeptała, kierując trzeszcza na sufit. Nie chciała o tym mówić, lecz zdała sobie sprawę, iż nie da się nad tym przeskoczyć.- To impuls. Zrobiłeś to, co często robili rodzice. Nie roztrząsałam tego wcale.
- Jest ci tutaj tak źle?
- Jesteś głupi.- wymamrotała, żałując skrępowanych rąk. Mógłby ją uwolnić, skoro nie zamierzał korzystać.
- Pilnuj się.- spochmurniał. Zmusiła się, by powiedzieć:
- Często narzekam, ale cieszę się, że mam cię przy sobie.
- Ale to ja jestem głupi?- parsknął, pochylając się nad nią. Czarne kudły połaskotały jej biust.- Nie zaufam ci drugi raz, nieznośna dziewucho.- powiadomił ją półgłosem, przewiercając wzrokiem na wskroś. Wpadło jej do głowy rozwiązanie, ale nie potrafiła niczego z siebie wykrztusić, gdy tak się gapił. Odchrząknęła tylko cichutko.- Jesteś nieodpowiedzialną smarkulą, która nie potrafi nawet uciec od tyranii. Jak chciałaś sobie poradzić sama? Wszystko partaczysz. Odpowiedz mi - jak chciałaś to zrobić? Jak?
- Nie wiem.- pisnęła. Zacisnął palce na jej talii, spoglądając na opadający nerwowo tors. Przymknęła powieki.- Chcę złożyć śluby.
- Słucham?- zachłysnął się powietrzem, podnosząc do pionu.- Niby dlaczego?
- Nie możemy pominąć dramatycznej gadki? Nudzą mnie takie rzeczy. Chcę i tyle.- wycedziła, czując się urażona jego reakcją. Rozplątał wiązanie, by miała swobodę ruchu.
- To nie jest decyzja, którą podejmuje się w ułamku sekundy. Do tego typu spraw potrzeba pewności i oddania. Nie sądzisz, że po tym co zrobiłaś, mam prawo zapytać dlaczego do cholery chcesz się w to bawić?
- Po prostu uświadomiłam sobie, że umiem się tu odnaleźć. Jesteś całkiem porządnym facetem. Powiesz mi jak to się odbywa?
- Przysięga jest własna. Po niej nacinasz mostek i dajesz mi zlizać krew. Dalej robisz to ze mną.- wzruszył ramionami. Rozejrzała się za czymś ostrym.- Ty tak poważnie?
- Wyglądam, jakbym żartowała?- zasępiła się, wstając.- Pójdę po nóż.
- Zostaw. Przyniosę własny.- popchnął ją z powrotem na pościel, wymijając sprawnie. Poprawiła się do siadu skrzyżnego.Przełknęła ślinę, ostatni raz analizując powinność swojego postępowania. Nie bardzo dostrzegała inne możliwości. Wrócił zbyt szybko. Nie zdążyła zorientować się w tym, co może mu obiecać. Rzucił sztylet przed nią, rejestrując każdą oznakę zwątpienia. Wydęła usta w dzióbek, koncentrując się.
- Usiądź.- upomniała go, kiedy wciąż wisiał nad nią jak zaciekawiona surykatka. Wzniósł dłonie w obronnym geście, wykonując polecenie.
- Więc co mi powiesz?- pospieszył z leniwym uśmiechem, widząc, że kontemplacja słabo jej idzie. Zmrużyła oczy, mordując go wewnętrznie.
- Pójdę trochę na żywioł, pozwolisz.- fuknęła. Odetchnęła dla relaksu. Pozwoliła płynąć słowom, które jako pierwsze cisnęły się do jej warg.- Zaciągam wobec siebie samej zobowiązanie, by zawsze pozostać przy twoim boku. Zajmować się domem w miarę swoich możliwości. Sprawiać ci przyjemność w każdy sposób jakiego zechcesz. Służyć twym potrzebom oraz rozkazom. Nie niszczyć zamierzenie niczego, co jest twoje. Budować zaufanie od nowa i nie ciążyć na twojej dobroci. Przyjmować bez wahania kary, jak i nagrody. Przy tym wszystkim zachować jednak siebie, bo tylko to odróżni mnie od reszty twoich kobiet. Będę parzyć herbatę, podawać posiłki, prać ubrania, sortować nuty oraz grać najpiękniejsze z melodii. Dla nieznajomych będę obcą chlubą twego domu. Nigdy nie będziesz musiał się za mnie wstydzić. Nie opuszczę cię bez wyraźnej zgody. To ci ślubuję z czystym sumieniem.- zatrzymała się, antyszambrując jakiegoś rodzaju kontry. Zachował poważną minę.
- Akceptuję twoją przysięgę, składając własną, iż nie dam cię skrzywdzić. Od dziś - aż po uwolnienie - jesteś mą własnością.- rzekł, jakby zgodnie z regułą. Skinął przyzwalająco. Niezdarnie obróciła ostrze w dłoniach, drżąco przesuwając nim między piersiami.- Musisz to zrobić trochę mocniej. W tym miejscu krew krąży w małych ilościach.
- Dlaczego mostek?- wyjąkała, ściągając brwi. Przeciągnęła raz jeszcze, tym razem porządniej.
- Kwestia wiary w dobre intencje.- wytłumaczył, przychylając wargi do wątłej, czerwonej strużki. Delikatnie pogłaskała końcówki jego kruczych kłaków, nie mając pojęcia, co innego uczynić. Gdy skończył podciągnęła jego koszulę, zdejmując ją przez głowę. Wskazał ledwo widoczną bliznę.- Tnij.
- Ja?
- Na tym polega wiara. Możesz mnie zabić, ale ufam, że tego nie zrobisz.
- Ah. W porządku.- zawahała się, skupiając uwagę na odpowiedniej sile wbicia. Niezbyt intensywnie, jednak nie nadto finezyjnie. Nie skrzywił się, chociaż zrobiła to poprawnie. Przysunęła się na materacu, by sięgać celu. Nawilżyła usta, wysuwając język. Posłusznie spiła metalicznie smakującą ciecz, czując jak bije jego serce. Odrobinę przyspieszone tętno.
- Teraz nabrałem na ciebie ochoty.- przyznał ze śmiechem. Miauknęła żartobliwie, zanim ktoś zapukał we drzwi.

niedziela, 21 czerwca 2015

Dziewiąty.

Od rana pracowała w kuchni. Przez ostatnie kilka dni szykowała się kolacja dla gości Vinsa. Chodził cały w nerwach, przestawiając wszystkich z kąta w kąt. Nie lubił takich imprez, było to widać na pierwszy rzut oka. Jednak tym razem Malum postanowił zaprzęgnąć do tego jego i dziewczyny. Nie był to chyba najlepszy z pomysłów, ale nikt się nad tym nie zastanawiał. Rozplanowano zarys spotkania oraz dokładny przebieg obiadu. Każda potrawa miała być przyrządzona perfekcyjnie, by nikt nie mógł do niczego się doczepić. Wino było ściągnięte z najgłębszych zakamarków magazynu, a wszelkie warzywa prosto z grządki. Obierała ziemniaki, podglądając uwijające się w gotowaniu, smażeniu, obtaczaniu, układaniu czy parzeniu kobiety. Nie chciały dać jej poważniejszej roboty, ale nie gniewała się o to. Była tu wciąż nowa, w dodatku mało co umiała. Nie należało wpychać jej trudnych zadań, kiedy stawka stała na górnej półce. Wytarła wycieńczone dłonie w fartuch. Jak na razie oskórowała ponad trzy kilogramy kartofli. Zostało jeszcze drugie tyle. Oczywiście nie całość miała być postawiona normalnie. Część była do podsmażenia z mięsem, część do zupy, a część do wypchania indyka. Przedramieniem zdjęła przyklejone do czoła włoski. Pociła się, bo w pomieszczeniu panowała duchota. Zbyt wiele osób kręciło się od blatu do blatu, zabierając cenny tlen i wiatr, wpadający przez okno. Sofi instruowała każdego po kolei, jako najbardziej doświadczona kucharka.
- Źle trzymasz, przesuń kciuk niżej. Wychodzą kanciaste kiedy tak robisz.- wyjaśniła, w końcu poprawiając i ją. Zmieniła uchwyt z radością zauważając, że w tym nowym ręka mniej się męczy. Parsknęła pod nosem, bo absurdalnym było cieszyć się z odkrycia czegoś takiego. Nigdy nie przypuszczała, że domowe obowiązki mogą sprawiać taką przyjemność. Teraz szło jej znacznie sprawniej.- Dobrze.- pochwaliła ciemnoskóra, gdy już skończyła.- Claire, znajdź młodej zajęcie.
- Za mną, słoneczko.- rzuciła nonszalancko zielonooka, długonoga szatynka. Zaprowadziła ją do salonu, po którym kręciło się już kilka kobiet. Letie, Susan, Karma i Maria. Zdążyła poznać wiele z nich odkąd przybyła. Z częścią nawet dobrze jej się rozmawiało.- Siadaj i graj. Trochę luzu wszystkim się przyda, a nic tak nie uspokaja jak muzyka.- poleciła, puszczając jej oko.

Późnym południem do posiadłości zaczęli zjeżdżać się goście. Vinctus wyglądał, jakby całą noc nie zmrużył powiek. Ona starała się wciąż grać, nie zwracając uwagi na kłębiącą się wokół publikę. Wszyscy uznali ją za ciekawy punkt programu - w czasie, gdy ona próbowała tylko zelżyć domownikom w stresie. Wybrała nuty znanej etiudy Chopina, nie chcąc demonstrować prywatnych melodii czarnowłosego. Gapie patrzyli zafascynowani jak przebiera drobnymi paluszkami po klawiszach.
- Sam ją nauczyłeś?- nagabnął właściciela posiadłości mężczyzna z długą, rudawą brodą.
- Potrafiła to jeszcze zanim się poznaliśmy.- odpowiedział całkowicie poważnie. Kątem oka spostrzegła, że im więcej w pomieszczeniu zbierało się osób, tym częściej nerwowo się rozglądał. Zapewne bał się, iż coś może zniknąć w razie nieuwagi. Uśmiechnęła się, wywołując niemą sympatię tłumku. Policzyła w myślach około dwudziestu postaci z których każda patrzyła inaczej. Blondyn, którego dane jej było zapoznać kilka dni temu, nie zjawił się dzisiaj. Malum pomachał jej dyskretnie, chowając w twarzy ogniki wesołości. Stał przy oknie, napawając się czystym, zewnętrznym powietrzem. Zauważyła pierwsze gwiazdy na niebie, które niewyraźnie odcinały się od ciemniejącego błękitu. Podążył za jej wzrokiem. Jemu najwidoczniej całe to przyjęcie pasowało. Nie odstępował od ludu, wiedział dokładnie gdzie się ustawić. Czasem ktoś podał mu rękę, innym razem poklepał po ramieniu. Duża część organizacji należała do niego, w końcu to zwykle jego posiadłość była oblegana w razie podobnych sytuacji. Nie wiedziała czemu tym razem odbywało się to pod kontrolą starszego brata. W zamyśleniu przeskoczyła ton za wysoko, przez co dalszą grę prowadziła w skupieniu. Z lekką paniką czytała chybotliwie zapisaną pięciolinię, gubiąc się w dziele, które znała na pamięć. Przeklinała pismo Vinctusa. Chociaż na ogół bardzo jej się podobało - tym razem ciężko było je rozczytać, skoro oszalałe spojrzenie napotykało zakrzywione znaczki. Czas nie był jej sprzymierzeńcem, bo utwór wymagał konkretnego tempa. Prócz tego jednego błędu nie popełniła już żadnego, choć wymagało to od niej wysiłku, którego nie znała wcześniej. Włosy opadły jej za ramiona, gdy w akcie kulminacyjnym dobił a w klawiaturę zamaszystym gestem, godnym profesjonalnego grajka. Goście zaklaskali, zachwyceni teatralnością tej sceny. Musiała przyznać samej sobie ciche gratulacje. Wstała i skłoniła się dziewczęco, odgarniając fartuszek, stylizowany na francuską pokojówkę.
- Pozazdrościć.- wyłapała uwagę, rzuconą gospodarzowi. Pochwalił ją skinięciem głowy, wywołując pełen zapału rumieniec. Przeprosiła usłużnie tłumek, oznajmiając, iż udaje się teraz do kuchni. Przyjęli to z delikatnym rozczarowaniem, jednak szybko przepuścili między sobą. Vins złapał ją za ramie, gdy przechodziła przez korytarz.
- Nie baw się w noszenie na stół. Oddaj to innym.- polecił dość cicho, by usłyszała tylko ona. Zmarszczyła brwi, poddając ten pomysł w zwątpienie.
- Chcę pomóc.- wyjaśniła, nie rozumiejąc czemu miałaby zrezygnować. Westchnął, irytując się jej uporem. Wciąż kontrolował czy rozmowa jest ściszona na tyle, by nikt nie mógł jej powtórzyć.
- A ja chcę, żebyś poszła do siebie.- zacisnął zęby, spoglądając na ludzi wyłaniających się z salonu.- Nie mogę z tobą teraz dyskutować. Rób co mówię.- warknął, po czym oddalił się, prowadząc ich do jadalni. Przez dłuższą chwilę nie wiedziała co począć. Jego prośba była głupia, bo czym miała się zajmować siedząc posłusznie w pokoju? Przecież to nudne, a tutaj przynajmniej coś się dzieje. Przeanalizowała jak bardzo będzie na nią zły, jeśli się przeciwstawi i zdecydowała, że nie aż tak, by miała się bać. Nie należał chyba do impulsywnych typów, chociaż tego akurat nie była pewna. Wszelkie sytuacje, które mogły to potwierdzić nagle wypadły jej z pamięci. Wzruszyła ramionami, wstępując do kuchennej sieni. Czekały tam grupkami na swój przydział kobiety, które nadawały się raczej do podawania potraw niż do ich przyrządzania. W samym centrum, przy garach, kręciły się te bardziej uzdolnione. Sofi niespodziewanie poklepała ją po plecach. Z początku wydawała jej się nieśmiała, jednak to wrażenie ustąpiło, gdy zaczęła częściej z nią rozmawiać.
- Dobrze, że jesteś. Ponosisz?- zapytała najbardziej miłym głosem, jaki dane jej było usłyszeć w tym tygodniu. Nie potrafiła odmówić, nawet jeśli wciąż wahała się nad słusznością własnego postępowania. Zadławiła się słowami „zabronił mi“, które mimo woli chciały uciec spomiędzy jej warg. Przełknęła je, wbrew nagłemu lękowi wymawiając:
-Jasne. Co mam wziąć?- wyciągnęła dłonie, gotowa przyjąć na nie tacę. Murzynka położyła ją z ufnością, od razu zajmując się kimś następnym. Roboty był ogrom, a to zdecydowanie był jej żywioł. Denise otworzyła jej drzwi, przepuszczając przed sobą. Musiała być ostrożna, bo przydzielono jej ciężką wazę z zupą. Szła powolnie, stawiając stopę tuż przy stopie. Uczyli ją tego, miała złe wspomnienia. Za każdym razem przysuwali niezapowiedziane przeszkody, przez które traciła równowagę. Zyskała wtedy mnóstwo ran i poparzeń. Nikt nie zwracał uwagi na to czy jest w stanie w ogóle trzymać coś w rękach, po prostu została do tego zobligowana. Pamiętała bolesne bąble, które wyskakiwały na całej długości przedramienia, śródręcza, palców, piersi, a czasem twarzy. Pomijając je, były też otwarte rany spowodowane pękniętym szkłem lub wpadnięciem na jakiś ostry krawędź mebla. Dużo krzyczeli, kiedy zniszczyła coś prócz siebie. Strząsnęła złe wspomnienia, nie chcąc by powróciło drżenie ciała. Zatrzymała się przy wejściu do jadalni. Specjalnie wybrała tę okrężną drogę przez sień, aby uniknąć zderzenia z kimś powracającym do kuchni. Przykuła uwagę wszystkich, gdy tylko przekroczyła próg. Vinctus powstał, nie potrafiąc ukryć gniewu. W tym momencie uświadomiła sobie jak daleko pomyliła się w swoim osądzie. Strach wpełzł do jej umysłu, paraliżując go. Wielka postać stanęła przed nią, kipiąc furią. Oczy ciskały błyskawice, a usta ściągnęły się w wyrazie złości.
- Mówiłem, że masz zostawić to w cholerę!- zagrzmiał, brzmiąc nieco zbyt głośno w przytłaczającej ciszy. Natychmiast wzbudził szepty wśród swoich gości. Zająknęła się, nie wiedząc co mogłaby powiedzieć. Nie miała niczego na swoją obronę. - Przepraszam?- pisnęła, zmuszając się do oczyszczenia gardła chrząknięciem. Przymknął na chwilę powieki, jakby przywołując cierpliwość. Nie podziałało jednak, więc z całej siły wytrącił jej z rąk tacę, oblewając wrzątkiem od twarzy w dół. Krzyknęła mimowolnie, czując wbijające się w nogi kawałki rozpękniętej wazy. Nie zwrócił na to uwagi. Mocno zamknął dłoń na jej ramieniu, dosłownie wyrzucając za drzwi jadalni, które później zatrzasnął. Wylądowała na tyłku, obijając nieprzyjemnie kości obręczy biodrowej. Łzy zebrały się pod powiekami, zamazując troskliwie scenerię. Spłynęły strumykami po sparzonych policzkach, błądząc dalej po szyi i znikając w dekolcie. Zamrugała, przywracając zmysły. Zacisnęła zęby, z bólem podnosząc się do kolan. Nic szczególnego jej nie dolegało. Gorąc nie uszkodził struktury ciała mocniej, niż wywołując pieczenie. Zaczerwieniona, powoli ruszyła do swoich komnat, tak jak polecił przedtem. Dławiła się myślami, zmuszając do szczególnej ostrożności na schodach. Dywan wydawał się złowieszczo odstawać w nieodpowiednich miejscach, ale spodziewała się tego. Zwykle wszystko działo się na złość, gdy człowiek akurat cierpiał. Podparła się barierki, tracąc siłę w wyniku przypływu dreszczy. Wróciły wspomnienia, które tak namiętnie odganiała. Spoczęła na najwyższym stopniu, pewna niemożności dalszej drogi. Najpierw spokój ducha, potem dalszy wysiłek. Dała szansę refleksjom, by nie hamować więcej niż jednej potrzeby na raz. Przeanalizowała na chłodno swoją ucieczkę z domu, kolejny raz dochodząc do wniosku, że nie miała wyjścia. Klejące ubranie przypomniało o sobie, podsuwając pod nos obiadowy zapach. Parsknęła mimochodem, choć była to ostatnia rzecz, której by się po sobie spodziewała. Zmieniła kierunek wędrówki, obierając za cel łazienkę. Zgrabnie się obmyła, nie zużywając nazbyt wiele wody. Wszystko robiła w pośpiechu, jakby za przyłapanie na tym groziło równie srogie skarcenie. Wytarła tułów, podłogę wokół wanny i samą wannę. Irracjonalny lęk przepełnił jej żyły sprawniej niż wszelaka przeszłość. Rzuciła ubranie w kąt, nago przebiegając do pokoju. Ni stąd, ni zowąd pojawiła się idea. Ucieczka. To była idealna okazja do potajemnej ewakuacji. Wejście było otwarte, aby goście swobodnie się czuli. To tak, jakby świat dawał jej znak, że czuwa nad nią i może niezwłocznie udać się daleko stąd. Przełknęła nerwowo ślinę, godząc się. Wciągnęła pierwsze dłuższe spodnie jakie znalazła w szafie. W przebłysku strachu, gdyż ktoś pokręcił się w korytarzu niższego piętra - pochwyciła zwiewną, białą bluzkę z rękawem do nadgarstka. Drżącymi rękoma usiłowała zamocować buty, jednak te walczyły długo z jej zamiarami. Nie miały ochotę na dziki pęd, jaki zamierzała im zafundować. Dyskretnie wyjrzała przed drzwi, spodziewając się zastać którąś z kobiet. Wszystkie okazały się być zbyt zajęte przyjęciem, by wykonywać inne obowiązki. To znacznie ułatwiało sprawę. Cichutko zeskakiwała po schodkach, nie mącąc milczenia domu. Tylko jadalnia grzmiała rozmowami, czasem wypuszczając pojedynczy okrzyk niskiego, męskiego głosu lub śmiech zaproszonych pań. Przemknęła między ścianami, posuwając się jasno do wyjścia. Gdy już do niego dotarła, odetchnęła głęboko. Liczyła, że ten jeden oddech pozwoli jej na przetrwanie w następnych minutach.  Pobiegła do bramy, nie dbając o kamuflaż. Liczyła się szybkość i skuteczność działania. Zresztą w jadalni nie było okna, przez które ktoś mógłby ją zobaczyć. Nie wzięła ze sobą niczego, gdyż mogło to osłabić siłę kroków lub wydać odgłos, który zwróciłby czyjąś uwagę. Podeszła do całej misji strategicznie, choć mało miała czasu na obmyślenie jej. Nie zastanawiała się na chłodno czy naprawdę tego chce. Po tym co się stało - impulsywnie zadecydowała o ucieczce. Źle jej było przez tamten jeden moment, gdy ją skrzywdził, a potem, podczas kiedy emocje nie zdążyły opaść - zastąpiła to adrenaliną związaną z wydostaniem się z uwięzi. Może w jutro pożałuje swojej porywczości, teraz jednak uważnie rozglądała się poza wejściem na posiadłość. Las, las i jeszcze trochę lasu. Ścieżka lasem, przy lesie i naprzeciw lasu. Piękną sobie wybrał okolicę na osiedlenie się. Wszędzie stały bryczki, wyczekujące zakończenia spotkania. Ich woźnicy zebrali się w grupkę i radośnie dyskutowali, pokrzykując co chwila radosne uwagi. Schyliła się, przemykając bezszelestnie za zasłoną tłumu pojazdów. Zgięta w pół, prześlizgnęła się między pierwsze fale drzew. Lekko stąpała po suchym mchu, w skupieniu wypatrując potencjalnych wrogów. Najprościej było iść przed siebie, więc właśnie tym się zajęła. W razie zguby mogła zawrócić, bezproblemowo odnajdując właściwą drogę. Unikała jednak przedeptów, gdyż tam najłatwiej było kogoś spotkać. Kiedy już zabrnęła dostatecznie głęboko, by nie wypatrzyło jej nawet sokole oko - rozpoczęła bieg. Liczne rosochy zaczepiały się o poły jej szaty, jakby chcąc wstrzymać przed postępkiem. Pożałowała, że nie wybrała czegoś cieplejszego do narzucenia na siebie. Bowiem im dalej w bór - tym mniej słońca, a tym samym chłodniej oraz ciemniej. Pęd powietrza, który sama powodowała, chlastał jej włosy. Organizm szybko pobierał tlen, nieprzyzwyczajony do długiego biegu. Na policzki wpłynęły malownicze rumieńce, usta rozchylając w pragnieniu. Nogi powoli opadły z sił, podczas gdy ona wciąż biegła, potykając się o kolejne zwalone gałęzie, konary czy pozostawione, grube pnie. Co jakiś czas upadała na kolana, podnosząc się niezwłocznie w kontynuacji szaleńczej wyprawy. W końcu - kiedy słońce całkowicie zniknęło, a korony drzew przesłoniły wszystkie skrawki nieba - zatrzymała się, rozkładając bezradnie dłonie na zimnej ziemi. Przyłożyła czoło do podłoża, opanowując niemożność oddechu.
- Cholera, cholera, cholera...- jąkała niczym mantrę, uzdrawiając zaćmiony umysł. Przemoczyła cały materiał potem, zapewniając sobie zziębnięcie. Rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, co nadałoby się do rozpalenia ognia. Niby pełno drewien, lecz czym wzniecić iskrę? Krzemieni nie było, zapałek nie zabrała. Pogładziła swoje obdrapane ramię, z którego rosochy zdążyły zedrzeć rękaw bluzki. Widniało na nim coś w rodzaju wysypki od trującego bluszczu. Napluła na dłoń i roztarła ślinę na skórze. Miała nadzieje, że to wystarczy. Poddała ognisko w niepamięć, skreślając je z listy niezbędnych rzeczy. Przytknęła palce do kory buku, niemo wzywając wszystkie instynkty. Pomyślała o pójściu jeszcze kawałek, lecz szybko porzuciła ten plan, uprzytamniając sobie swoje okropne zmęczenie. Schowała ręce wewnątrz koszulki, okrywając skostniałymi dłońmi barki. Sutki nieprzyjemnie odstawały, coraz mocniej obrastając w gęsią skórkę. Ułożyła się w mchu pod najszerszym z drzew. Miała nadzieję złapać odrobinę snu, aby przeciążone ciało uległo procesowi regeneracji. Budził ją każdy odgłos otoczenia, choć żadnego nie wydał człowiek.
Obudziła się chyba o świcie, choć nie mogła być tego pewna. Las przepuszczał niewiele światła, jednak ptaki rozpoczęły już swoje radosne trele. Uczuła głód. Zignorowała go, określając jako najmniejszy z teraźniejszych problemów. Postarała się skoncentrować na orientacji w terenie. Jeśli poszłaby dalej naprzód, najpewniej zaszłaby po prostu bardzo głęboko w zagaj. Nie znała okolicy, nie mogła więc wiedzieć gdzie kończy się ta pułapka. Wschód lub zachód kończył się wpadnięciem na ścieżkę, a tam mógł ją znaleźć ktokolwiek, czego nie mogła zaryzykować. Cofnięcie się było równoznaczne z kapitulacją. Nagle rozdarł ją przeraźliwy smutek, jak gdyby uczyniła coś złego. Jęknęła zrezygnowana. Może to była zbyt impulsywna decyzja? Może powinna niepostrzeżenie wślizgnąć się na tyły posiadłości i udać, że tam właśnie cały czas przebywała? Tylko czy to by się udało? Nie zakładała, że jej szukał, bo właściwie po co miałby to robić? Nie była jedyną kurwą na świecie. Jednak coś mówiło jej, że ten postępek był nieodwołalny i nie da rady po prostu go wymazać. Skrobnęła paznokciem skałę obok, decydując się podnieść. Będzie szła na wprost, póki starczy jej siły - to postanowiła.
Żałośnie kiwając się z lewej na prawą, przemierzała setkami kolejne metry. Już miała upaść, gdy stukot podków o drogę uprzytomnił jej rychłe zetknięcie z drogą. Skok adrenaliny umożliwił ukrycie się za iglakiem, kiedy hałas ucichł, a na ziemię twardo spadły czyjeś stopy. Musieli ją zauważyć. Wstrzymała powietrze, naiwnie zaciskając powieki. Poczuła ciepło i odór męskiego cielska, które stanęło tuż przed nią.
- Bu.- rzucił nieznajomy, gdy tylko otworzyła oczy. Wbrew sobie podskoczyła wystraszona.- Co takie małe dziewczę robi samo w lesie?- zagadnął, wbijając nóż w drzewo, tuż przy jej szyi. Zamarła. Posłał jej pełen wyższości uśmiech, zakręcając na palcu kosmyk jej rudawych włosów.- Co? Boisz się odpowiedzieć?
- Favril, podprowadź ją tutaj!- zażądał dziwnie znajomy głos. Barczysty, krótko przystrzyżony facet wyciągnął broń z drewna, po czym pochwycił ją za ramię i pociągnął za sobą.
- Ładna zdobycz, co panowie?- zwrócił się do towarzyszy. Obkręcił ją za biodra, aby lepiej oddać komizm swojej uwagi. Kilku z nich zagwizdało, reszta tylko łapczywie się uśmiechała.- Będzie z niej dobra nagroda za wygraną, skoro nie było kogo dziś okraść.- dodał. Uchyliła usta, ledwo rozumiejąc co miał na myśli. Obdarzyła szybkim spojrzeniem typa na drugim koniu od jej prawicy. Poznawała go. Spotkali się na balu, przy winie. Ten sam trzeci podbródek kołysał się, sygnalizując oddech. Wyglądał na mniej pijanego niż wtedy, była jednak pewna, że nie zachowywał całkowitej trzeźwości. Również ją rozpoznał, co zwiastowało raczej kłopoty.
- To panienka Ameta. Pamiętam ją z tego głupiego jublu u Greenloftów.- oznajmił bez chwili zwłoki.
- Tym przyjemniej będzie sobie jej poużywać.- mężczyzna pogłaskał jej policzek, kciukiem ściągając jej usta do utworzenia dzióbka.- Zechcesz, o pani, pójść z nami. Pobawimy się trochę.- wymruczał jak do dziecka, wyciągając rękę do najbliższego jeźdźca.- Poproszę o kawałek liny. Zagwarantujemy malutkiej wygodną przechadzkę.- zadrwił, przyjmując zwinięty sznurek. Odsunęła się, licząc na odrobinę zrozumienia z jego strony. Prychnął tylko, siłą przyciągając ją na poprzednie miejsce. Przewiązał jej nadgarstki, skupiając się na robieniu jak najmocniejszych węzłów. Chwycił pozostały, długi kawał i wsiadł na swojego wierzchowca. Wykorzystał powróz tak, jak robią to farmerzy - do ciągnięcia swojej zwierzyny. Jechali dość szybko, by mogła czuć się obolała i wymęczona - jednak zachowywali w tym finezję, nie doprowadzając do zbyt mocnego upadku czy utraty przytomności.
- Myślicie, że szef dziś dołączy? Ostatnim razem miał się zjawić, a nas wystawił.- rozpoczął konwersację ktoś z przodu grupy.
- To dupek. Niczego od niego nie wymagaj, bo i tak zrobi co mu się podoba. W zeszłym tygodniu prawie złapali mnie i Constanina, a on nic z tym nie zrobił. Jeszcze pomagał nas ścigać. Palant.
- Mogliście być bardziej uważni. Wszyscy wiedzą, że straż lubi się tam kręcić.- westchnął zarośnięty szatyn, sprawiając wrażenie, jakby słyszał tą historię dziesiątki razy.- Odpuść już zrzucanie win. Jest szefem. Co miał zrobić? Ratować cię, narażając na szwank samego siebie? A co, ty byś to zrobił gdyby szło o niego?
- Zamknij się, Santiago. Po prostu się zamknij.- skomentował tamten, wrzucając w to więcej agresji niż w poprzednią kwestię.
- Nie umiesz zaakceptować racji mądrzejszego?- zakpinkował inny, którego twarzy nie mogła dojrzeć. Rozpoczęła się kłótnia, więc zajęła umysł czymś innym. Co ją obchodziły ich wzajemne przytyki? Ważne, by Favril - czy jak mu tam było na imię - nie przyspieszył. Powłóczyła w tempie nogami, żałując każdej czynności minionej doby. Ucieczka była idiotycznym planem, zwłaszcza w takim czasie. Nawet gdyby Vinctus zauważył jej zniknięcie to miał teraz mnóstwo rzeczy na głowie i raczej nie postanowiłby, że warto by ją znaleźć. Jaki był z niej pożytek? Ciągle tylko przeciwstawiała się, psuła coś, nie umiała czegoś wykonać. Nawet kochanka była z niej marna. Pogodziła się z myślą, że jest zdana wyłącznie na ich zachcianki. Nie miałaby siły na kolejny bieg po wolność - nie po tym głupim ciągnięciu. Dotarli w końcu do małej polanki, gdzie rozłożone były prowizoryczne siedzenia. Na obrzeżach leżały porozrzucane ubrania, skradzione pieniądze, rzeczy osobiste oraz koce do spania.
- Witaj w naszym ślicznym zakątku.- zacmokał ohydny jegomość, wskazując przedramieniem całą powierzchnię dla porozwalanych przedmiotów. Podprowadził ją do drzewa najbliżej siedzisk, po czym taktownie skinął.- To twoja prywatna komnata.- zakomenderował z rechotem, przywiązując ją na wysokości talii. Dłonie wciąż miała skrępowane, ale dodatkowo je usztywnił, umiejscawiając nad głową. Dalej przymocował ramiona, by potem pochylić się i w lekkim rozkroku umocnić jej stopy.- Nie dość, że wygodniej będzie ci się stało to jeszcze taka pozycja pozwoli łatwiej cię zgwałcić. Radość dla wszystkich, nie uważasz?- poklepał ją po policzku w pieszczotliwym geście. Splunęła mu w twarz, zapominając o wszelkich naukach, jakie do tej pory zafundował jej czarnooki. Skrzywił się tylko, sprawnie wyciągając mały nożyk.- Dziecino, ty się sama prosisz o kłopoty.- wycharczał, bawiąc się ostrzem. Odciął nogawki jej spodni, zostawiając coś na kształt koślawej, drugiej pary majtek. Nie starał się jakoś szczególnie, by nie zadać jej bólu, więc po draśniętych udach zaczęły płynąć malutkie strużki krwi. Zagryzła wargi, nie chcąc dać nikomu satysfakcji z powodu zadanej kary. Odwróciła wzrok, nie chcąc żadnego kontaktu z tymi ludźmi. Oni tymczasem rozłożyli się wygodnie, ustalając między sobą, jakie będą zasady wygranej. Polało się piwo, bez którego nie wyobrażali sobie gry w karty. Wybrali oczywiście pokera, ale nie zamierzała nawet przez chwilę interesować się rozgrywką. Wolała zdechnąć z nudów, podczas gapienia się w sklepienie. Irytowały ją śmiechy pomieszane z uwagami skierowanymi do niej, lecz skutecznie je ignorowała. Był już późny ranek, a przynajmniej tak sądziła. Ptaki wciąż ćwierkały, ale inaczej niż kiedy wstawała. Dodatkowo stąd widziała większy kawałek nieba, więc łatwiej było określić margines błędu. Stawiała na godzinę dziewiątą lub dziesiątą. O tej porze była już zwykle na nogach, krzątając się z jednego kąta posiadłości do drugiego. Kolejny raz usłyszała przybysza. Tym razem koń był jeden, a jegomość całkowicie jej znany.
- Witam, chłopcy. Jak wam minęła ta wspaniała noc?- zeskoczył z wierzchowca, nie mącąc sobie głowy przywiązywaniem go. Zwierzę było wyuczone by czekać. Nie zauważył jej, tego mogła być pewna. Stał tyłem do niej. Wiedziała, że spółkuje z nimi i nie ma co szukać ratunku w jego ramionach. Czyli pierwsze wrażenie było trafne - nie należało powierzać mu swojego zaufania.
- Fatalnie, szefie. Nic ciekawego do rabunku. Za to parę godzin temu znaleźliśmy tą tutaj.- odezwał się Favril. Wskazał na nią głową, jednak gość nie odwrócił się od razu.- Gramy sobie o nią w karty, dołączy szef?- dorzucił radośnie, pogwizdując pod nosem.- Podobno była pupilkiem Ameta.- zarechotał, przelewając czarę ciekawości.
- Melodie, jeśli mnie pamięć nie myli.- wychrypiał, jednocześnie zaskoczony i ucieszony.
- Frances.- warknęła w ramach powitania. Tak jak się spodziewała, poprawił ją.
- Dla ciebie pan Delevine. Cóż sprowadziło cię do lasu bez żadnej obstawy?- dopytał, przybliżając się. Zasłonił wątłym ciałkiem połowę widoku na swoich podwładnych. Nie zamierzała udzielać odpowiedzi.
- Od kiedy jest pan posiadaczem grupki przestępców, hm?- zakpiła, wymownie wywracając tęczówkami.
- Ty masz swoje sekrety i ja mam. Zostawmy to.- puścił jej perskie oko, odwracając się z powrotem do towarzyszy.- Zagram z wami o tę piękną panią.- oświadczył, usadawiając się pomiędzy nimi.- Żeby jednak nie zaczynać od przyjemności - poproszę o konkretny raport ze sprzedaży. Constantin was informował co udało mu się opchnąć? Obiecałem odrąbać mu łeb, jeśli w końcu nie przyniesie jakichś dobrych wiadomości. Po ostatnich transakcjach trochę się na was zawiodłem. Zwłaszcza w zeszłym tygodniu. Marco, nadal obrabiasz mi dupę po tamtym pościgu? Bo słyszałem, że nie możesz się powstrzymać.- wycelował palcem w niskiego, brzydkiego faceta, na którego twarzy wykwitło zawstydzenie.
- Szefie, to nie tak...- wybąkał, machając bezradnie nadgarstkami.
- A jak, ty koślawa świnio? No proszę, tłumacz się. Ratuje ci tyłek po każdym przekręcie, bo sam nie potrafisz ukraść nawet pieprzonego portfela, a ty co? Wiesz, że nie toleruję hipokryzji? Kiedy ostatnim razem ty mnie z czegoś wyciągałeś, żebyś mógł mieć powody, co do głupich pretensji? Nie przypominam sobie żadnej takiej sytuacji. Wiesz, kurwa, dlaczego?- wszystko to wypowiedział spokojnym głosem, naciskając jedynie na wulgaryzmy. Uśmiechnął się do zlękniętego kurdupla, kulącego się teraz na siedzisku.- Wiesz, kurwa, dlaczego?!
- Nie...- wyjąkał, nakrywając kolana przedramionami. Bawił ją jego strach. Przez ten jeden moment trzymała stronę blondyna, który widocznie przerażał własnych pracowników.
- Ponieważ ja nie popełniam błędów!- krzyknął, podkreślając to teatralnym skinieniem.- Co sprowadza się - wiesz do czego?
- Nie...
- Otóż do tego, mój drogi, że zostajesz zwolniony ze swojej służby. Pakuj manele, bo masz jakieś trzydzieści sekund zanim poderżnę ci gardło. Do tego czasu masz zniknąć z mojego pola widzenia. Czy to jasne? Świetnie. Zacznijmy liczyć, chłopcy. Jeden. Dwa.- mruczał, delikatnie wyciągając zza pasa ukryte ostrze. Śmiertelnie przerażony Marco natychmiast poderwał się i rozpoczął bieg do wnętrza lasu. Frances doliczył do piętnastu, po czym rozbawiony odparł: „No przecież nie dam mu tak spieprzyć. Wyda mnie pierwszym napotkanym osobom“. Rozprostował kości, strzykając przy tym knykciami. Pochylił się lekko, odliczając sobie samemu czas do startu. Pognał przez knieje w zawrotnym tempie z łatwością doganiając przysadzistego mężczyznę. Wbił mu nóż w gardło i pozwolił osunąć się w dół, do mchu. Schylił się tylko, wycierając krew w jego szatę. Powoli, śpiewnym krokiem wrócił na poprzednie miejsce.- Ktoś jeszcze chce szkalować mi tyły?- spytał dla pewności, chowając broń. Wszystkie głowy weszły w ruch, kręcąc ostro w ramach zaprzeczenia.- Pięknie. Poproszę o raporcik i możemy grać.

niedziela, 24 maja 2015

Ósmy.

Łokciem strąciła karton z dokumentami. Natychmiast legła za nim na ziemię, rozszerzając z przerażenia powieki. Kartki pozapisywane nutami rozsypały się po całym dywanie. Szybko zebrała je w jedną stertę. Podniosła oczy na odgłos kroków. Spojrzała prosto na wzburzoną postać Vinctusa.
- Czy to jest to co myślę?- zapytał przez zaciśnięte zęby. Przełknęła nerwowo ślinę. Gdyby była bardziej uważna to by do tego nie doszło, ale nie, ona oczywiście musiała się zamyślić. Głupia.
- Wszystko poskładam jak było, obiecuję.- pisnęła, powstając z klęczek. Rozdzieliła pisma i w pośpiechu, kolejno układała każde na stoliku. Podszedł na tyle blisko, by stykać się torsem z jej plecami.
- Jeśli coś będzie nie na swoim miejscu to ostro popamiętasz.- zagroził, całując przelotnie jej szyję. Pogłaskał ją po włosach, po czym przysiadł przed fortepianem. Pogładził zamknięte wieko, osłaniające klawisze.- Czyściłaś je?
- Tak.- odparła naprędce, w stresie przerzucając strony.
- Widać. Szybko się uczysz.- pochwalił ją, świadom, że nawet tego nie zarejestruje.- Podasz mi którąś etiudę?
- Tak.- przewarstwowała plik, który trzymała w dłoni i wręczyła mu jeden z arkuszy.
- Dziękuję.- uśmiechnął się półgębkiem, wprawiając ją tylko w większe napięcie. Niby pamiętała dokładną kolejność, jednak nie ufała sobie na tyle, by w ogóle się nie martwić. Zwróciła tylko uwagę, że uniósł klapę. Popłynęły kojące dźwięki, dzięki którym odrobinę się uspokoiła. Tę melodię znała już na pamięć. Góra, dół, góra, dół, góra, góra, dół. Grał z wdziękiem, jakiego ona nie umiała w sobie odnaleźć. Mogła wczuć się w muzykę, jednak odkryła, że robiła to w pełni tylko kiedy to on pogrywał. Pierwszy raz zdarzyło jej się coś takiego, więc przypuszczała, iż po prostu z jego kompozycjami wiąże się zbyt wiele pokładów uczuć, które nie są jej znane. Wyrwała się spod władzy pasji, wracając myślami do powierzonego zadania. Ostrożnie przejrzała wszystko ostatni raz, zanim schowała z powrotem do pudła. Wwiercił się swymi pięknymi oczami w jej duszę, zaprzestając namiętnego uderzania w instrument.
- Dlaczego tak patrzysz?- wyjąkała, czując jak nogi uginają jej się pod ciężarem jego wzroku.
- Bo mi wolno.- parsknął drwiąco. Spoważniał po chwili.- Rozkwitasz. Częściej się uśmiechasz, nie narzekasz na rosnące obowiązki, nie unikasz mojego towarzystwa. Piękniejesz tutaj z każdym dniem.- zauważył, opierając łokieć o przednią nakrywę. Zarumieniła się krwiście, spoglądając zawstydzona w ziemię.
- Dziękuję.- skłoniła się lekko, jak nakazywała kultura. Musiała przyznać mu rację. Domowa służba nie była jej straszna. W końcu mogła dowiedzieć się, ile pracy trzeba włożyć w funkcjonowanie posiadłości o takiej wielkości. I lubiła z nim przebywać znacznie bardziej, niż gdyby miała siedzieć sama. Nie wiedziała jednak co wspólnego ma z tym jej uroda, bo ta nie zmieniła się od czasu, gdy tu przyjechała.
- Masz zdrowszy koloryt ciała. Wcześniej byłaś po prostu blada, ziemista, jakbyś chorowała. Teraz to ładny, jasny odcień normalnej skóry.- wyjaśnił, poklepując zamkniętą tylną osłonę. Z jego pomocą wdrapała się na nią i położyła, twarzą do niego. Musnął palcem wskazującym jej lewą kość policzkową.- Z twoją sylwetką też jest lepiej. Nie była zła, ale brakowało ci kilku zaokrągleń. Za mało jadłaś, lecz nadrobiłaś to.- mówił dalej, wciąż penetrując ją obsydianem swych tęczówek. Słuchała jak zahipnotyzowana, czując pętlę zaciskającą się bezlitośnie w podbrzuszu.- Twoje usta są ciemno-różowe, choć były sine.- przybliżył się, by wydychane powietrze słabo dotykało jej lica.- Trzeszcza błyszczą, jakbym wyciągnął cię do słońca pierwszy raz od setek lat. Nawet głos brzmi mniej posępnie, kiedy zwracasz się do mnie w nieformalnych sytuacjach.
- Tak?- szepnęła, mrugając niepewnie. Zachwycał ją swoimi umiejętnościami. Zniżył ton na tyle, by nie mogła oderwać od niego uwagi, jednocześnie przechylając głowę w przyjazny, zaciekawiony sposób. Była jak ofiara zniewolona przez kata. Wiedziała, że cokolwiek nie zrobi skończy się to straceniem w tym, czy innym sensie.
- Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś niezwykłej krasy?- pogładził kciukiem jej podbródek, kontynuując swoją grę.
- Ojciec.- całe przyjemne napięcie spłynęło po niej na wspomnienie dawnej rozmowy. Zauważył zmianę, która zaszła w jej twarzy. Zmarszczył brwi, wycofując się gładko.
- Zepsułaś zabawę.- podsumował.- Powiedz mi.- dodał, kiedy przymknęła powieki w ramach obrony przed przeszłością.
- Wyjaśniał mi jak to działa. Wiesz, bycie kobietą mojego pokroju. Trącał mnie wszędzie, z obłąkanym uśmiechem tłumacząc jak wielu mężczyzn spotkam. Mężczyzn, którzy będą chcieli się ze mną pieprzyć. Którzy będą pragnęli, bym błagała o litość, kiedy postanowią brutalnie mnie zgwałcić. Takich, którzy bez wahania położą na mnie ręce, byle tylko wykorzystać. I nikt nie będzie próbował mnie bronić. Mówił, że gdyby miało mu to dać choćby pół złotej monety to dałby mnie przelecieć setce obcych facetów. Że gdyby się mnie nie brzydził to sam wziąłby mnie siłą. Powtarzał, że zrobiłby to tak mocno, że krzyczałabym o łaskę, dławiła się własnymi łzami i krwawiła silniej niż podczas kobiecych dni. Że po wszystkim nie myślałabym o niczym, prócz samobójstwa. Po czym zaśmiał się i dodał, że nie zamierza tego robić, bo z moją niebywałą urodą jest nieuniknionym, że znajdzie się człowiek, który go w tym wyręczy kiedy tylko nadejdzie sposobność.- wyrzuciła beznamiętnie, a oczy zaszły jej łzami.
- Cholera, ale nie rycz.- skomentował, autentycznie wyglądając na przejętego. Wytarł jej policzki wierzchem dłoni, po czym zamknął palce na jej palcach.- Posłuchaj, będę prostował. Hej, słuchaj.- ścisnął lekko, by się skupiła.- Nie jestem lepszy od ludzi, którymi straszył cię twój ojciec. Wiesz to.- pokręciła głową i uchyliła wargi, zamierzając zaprotestować.- Daj mi skończyć. Nie jestem od nich lepszy, jednak to nie tak. Nie zaprzeczę, że na świecie jest wiele osób, które na pewno miałyby na ciebie ochotę. Niczego ci nie brakuje, więc nie będę kłamał, że nie trafisz w ich gusta. Ale - jesteś teraz moja, rozumiesz? Nikt oprócz mnie nie ma prawa cię tknąć, póki nie wyrażę na to zgody. A nie zrobię tego nigdy. Nie lubię się dzielić. Nigdy też nie zniewolę cię całkiem wbrew twojej woli, by ulżyć sobie do twoich przerażonych krzyków. Wiesz, że mam ciekawe zapędy, ale do czegoś takiego nie jestem w stanie się zmusić.- wzdrygnął się, jakby to sobie wyobrażał.- To chora wizja.
- Zszedłeś z tematu.- mruknęła cichutko.
- Wybacz, mniejsza. Chodzi mi o to, że twój ojciec był idiotą.- podsumował krótko. Parsknęła, rozbawiona puentą.
- Kiepski z ciebie mówca.- odparła, wracając do siebie. Puścił jej perskie oko.
- Przynajmniej się staram.

Wysoka, blondwłosa dziewczyna szybkim krokiem zmierzyła do pokoju. Oboje spojrzeli na nią, przerywając muzykowanie. Pokłoniła się usłużnie, rozpościerając materiał pracowniczej sukienki.
- Ma pan gościa, proszę pana.- powiadomiła krótko, uroczo dziewczęcym głosikiem. Jej pierś poruszała się w przyspieszeniu. Biodra miała lekko wysunięte naprzód, a ramiona dumnie uniesione.
- Kto?- zastygnął, jakby wytężając zmysły.
- Przedstawił się jako Frances Delevine, proszę pana.- odpowiedziała pokornie, bez zająknięcia. Odetchnął niezauważalnie.
- Przyprowadź go tutaj.- poprosił, wracając do grania. Słodka toń nut zalała jej uszy, doprowadzając do umysłowego stanu uniesienia. Słyszała jak wartka rzeka zalewa jego serce, wpuszczając nadzieję i powiew nowości. Nerwowe podrygi kołaczącego w uczuciu łba. Później pęknięta tama, puszczenie zapór w niepamięć. Zatracenie się w wyjątkowości doznań.
- Vinctusie.- nowy głos zakłócił falę retrospekcji. Fuknęła, zła na szczupłą postać jasnowłosego przybysza. Zwróciła tym na siebie zainteresowanie.- Jak ma na imię twoja służka?
- Melodie.- warknął, z miejsca żałując, że go wpuścił. Zbyt rzeczowo patrzył na dziewczę, które leżało rozpostarte na fortepianie.
- Cóż za wspaniałe imię.- wpadł w udawany zachwyt, zbliżając się do nich.- Wybacz mi, że przychodzę bez zawiadomienia.
- Przyzwyczaiłem się. Co więcej, jestem pewien, że nie potrafisz pisać w ogóle, a w szczególe tak trudnych form jak krótka notka, że zamierzasz tu wpaść.- zadrwił, wprawiając May w niekulturalny chichot. Jegomość zignorował przytyk, ponownie zawracając na nią wzrokiem.
- Czułem się przytłoczony brakiem towarzystwa i nadmiarem wolnego czasu. Nie każdy dysponuje taką armią panienek jak ty.
- Jeśli tego ci trzeba to kup sobie jakąś.
- Co powiesz na tą?- wskazał na nią, wywołując kompletny paraliż z jej strony.
- Ledwo wszedłeś i już chcesz kupić jedną z moich kobiet?- syknął nieprzyjaźnie, podrywając się z siedzenia. Tamten rozłożył ramiona w poddańczym geście.
- Sam mi to zaproponowałeś.- wytłumaczył się.
- Wal się.- margnął w odpowiedzi, zdejmując Melodie z instrumentu. Trzymał ją mocno na rękach, dając objąć się za kark.
- Dam za nią trzy razy więcej niż zapłaciłeś na targu.- zaproponował. Przyjrzała mu się. Wąska głowa, wysunięty podbródek, koścista sylweta, niebieskie trzeszcza. Chudy, prosty nos, zagięty na końcu do wewnątrz. Brak jakichkolwiek oznak zarostu. Czysta cera, bledsza prawie od mleka. Schludne ubranie - błękitnawa koszula, ciemniejsza marynara i zbyt ciężkie, eleganckie spodnie. Wypastowane buty, nienadające się do dalekich, pieszych podróży. Jego wargi prawie nie istniały, tak były cienkie.
- Nigdy.- odparował agresywnie, przyciskając ją do swojego torsu.- Słowo „moja“ oznacza, że jest moja.- wyjaśnił treściwie, zakańczając dyskusję na ten temat.- Masz jakiś inny interes czy przyjechałeś, żeby mnie obrażać?
- Wybacz, przyjacielu.- chwycił się za pierś, kłaniając zbyt zapalczywie. Wiedziała, że go nie polubi. Coś jej w nim nie odpowiadało i nie był to fakt, że sugestia odkupienia jej była obrzydliwa.
- Nie jesteśmy przyjaciółmi.- zbył go czarnowłosy, udając się razem z nią do jadalni. Gość podążył za nimi. Tylko ona widziała jak oblizał lubieżnie usta. Przeszedł ją dreszcz odrazy, połączonej ze strachem. Obiecał, że nie da jej skrzywdzić. Vins posadził ją na swoich kolanach, samemu sadowiąc się na swoim stałym miejscu. Wtuliła się w niego pewnie. Był jej bezpieczną przystanią, mimo tego, że była tylko jego prywatną dziwką. Kiedy byli sami nie ufała mu w pełni, ale podczas spotkań gwarantował jej niezmienny dystans do innych i w razie czego obronę przed nimi. Chociażby za to należała mu się odrobina sympatii. Podniosła wzrok na jego zarost. Włoski miały długość krótko mniej niż centymetra. Wiedziała, że kłuły, choć nie były nieprzyjemne. Zawsze zachowywał czystość, może to kwestia tego. Zauważyła wąską bliznę rozciągającą się tuż koło ostatniej szczeciny, przy gardle. Przybliżyła się pod pretekstem lepszego uścisku, oglądając problem bezpośrednio przy szyi. Wyglądało, jakby ktoś próbował udusić go czymś niezwykle wysmukłym. Wstrząsnął nią niepozornie, wyczuwając co robi.- Sofi!- krzyknął, przywołując ciemnoskórą dziewczynę, której często pomagała w kuchni.
- Tak, proszę pana?- zjawiła się zadziwiająco szybko, kryjąc przybrudzone dłonie za sobą.
- Mój nieproszony gość na pewno miałby ochotę wyżreć mi trochę zapasów. Przygotuj coś, co go nie zachwyci, ale też nie otruje.- posłał kompanowi wymuszony uśmiech.- Przecież sam też będę musiał to zjeść.
- Doprawdy, bardzo zabawne.- burknął tamten, kompletnie nie przejmując się wrogością przedstawionej uwagi.- Czy mógłbym prosić też o trochę twojego słynnego wina? Wiesz, że za nim przepadam.
- Sofi, poproś Rache, aby przyniosła beczkę wina z najgłębszej części magazynu. Nasz gość weźmie ją sobie w ramach prezentu, coby mu się nie nudziła domowa rozrywka.- polecił przesłodzenie.- Jeśli możesz, nalej nam też po kieliszku któregoś z już otwartych.
- Tak, proszę pana. Czy jej także?- zwróciła niezręczny wzrok na May, kulącą się wciąż na jego kolanach.
- Nie.- zaoponował gładko, spoglądając na nią. Bawiła się kosmykami jego kruczych kudłów.- Będzie piła z mojego jeśli uczuje pragnienie.
- Dobrze, proszę pana. Mogę się oddalić?- skinęła usłużnie, czekając na pozwolenie.
- Możesz, a nawet musisz.- machnął ręką, żeby w końcu poszła. Blondyn pokołysał się z uznaniem.
- Niezły masz tu reżim. Wszystkie tak wchodzą do dupy?- spytał, rozkładając się wygodniej w krześle. Posłał wymowne spojrzenie w jej twarz. Zaczerwieniła się malowniczo, chowając w połach jego koszuli.
- Nie wszystkie.- odparował w końcu.
- A gdybym zaproponował stawkę pięć razy większą od pierwszej ceny?- spróbował raz jeszcze. Ścisnęła piąstkę na jego ubraniu, wracając myślami do porannej rozmowy. Obiecał.
- Nawet gdybyś zaproponował stawkę dziesięć razy większą, konia, pół posiadłości, dzban miodu, cztery pokojowe, powóz i swoją głowę na tacy - odpowiedź wciąż brzmi nie.- warknął, powoli tracąc cierpliwość. Wplątał palce między jej grzywę, przeczesując uspokajająco.
- Nie tak dawno jedną z nich mi oddałeś. Czym ta się różni?- upierał się, zacieśniając swe nieistniejące wargi. Nie wyczuwał granicy furii, do której jego rozmówcy było blisko.- Gdybym oddał Dulcę, wymieniłbyś mi ją?
- Czego ty do cholery nie rozumiesz, ośle? Powiedziałem nie już dwa razy. Cofnij głupie pytanie, zanim zdecyduję się odpowiedzieć „spierdalaj“.
- To tylko dziewczyna.- wzruszył ramionami. Dostrzegała zacięcie w jego wzroku. Vinctus poprawił ją, by siedziała prościej.
- Skoro to tylko dziewczyna to łaskawie się zamknij, bo nie powinna interesować cię bardziej niż jakakolwiek inna.

Pilnował jej cały czas, póki Frances kręcił się po domu. Trzymał za nadgarstek, nosił na rękach, sadzał na kolanach. Czuła się totalną własnością. Nigdzie nie mogła posunąć sama. Zaczęło jej to przeszkadzać dopiero, gdy poczuła potrzebę pójścia do łazienki. Szczęściem, gość w niedługo postanowił się ulotnić, a tym samym - czarnowłosy przestał zwracać na nią uwagę. Zrobiła co musiała. Popracowała przy swoich obowiązkach, zyskując jednocześnie wolny wieczór. Nie mogła wyjść bez zgody, więc pomysł ucieczki odrzuciła na wstępie. Brama wejściowa i tak była zamknięta na cztery spusty. Za to wolno jej było wyjść do ogrodu. Postanowiła zrobić przy okazji pranie. Wyzbierała wszelkie łachy, jakie znalazła i udała się z nimi na tyły domu. Był tam mały staw w którym zwykła pracować, kiedy coś czyściła. Rache minęła ją, uśmiechając się na powitanie. Nie powiedziała ani słowa, ale widocznie była zadowolona, że May nie siedzi bezczynnie, tylko pracuje ponad swój zakres. Rudowłosa przyjrzała się oddalającej się koleżance. Była bardzo szczupła, z wąską talią jakby wyrzeźbioną przez gorsety. Wątłe ramiona pokrywały drobne piegi, a złoto-brązowe włosy spływały wolno po łopatkach, ujarzmione tylko na bokach. Chodziła jak typowa dama, choć od dawna pewnie nie widziała swojej rodziny. Zgadła, że pochodziła z wysokiego rodu. Może byli zmuszeni ją sprzedać, aby utrzymać zachwianą pozycję? Musiała długo tu mieszkać, skoro podchodziła do swojej roboty z taką beztroską. Była Niemką, to wiedziała na pewno. Jej imię wymawiało się twardo. Choć w sumie nie była przekonana czy nie było zdrobnieniem. Uczyła się wielu języków, więc z łatwością uzmysłowiła sobie, iż z niemieckiego Rache to zemsta. Dlaczego rodzice nazwali ją w ten sposób? Drapnęła spodniami o tarę, roztrząsając familijne sprawy kobiety. Nie była w stanie niczego się domyślić, nie znając prawdy. Cały tok sprowadził ją do jej własnej rodziny. Do stanowczej matki i okrutnego ojca. Do kobiety, która po stracie syna oraz wychłostaniu za jego przewinienia, straciła rozum. Nie zliczyłaby ilości bolesnych dni, tych żałobnych i tych zwiastujących zmiany. Wszystkie siniaki, rany, poparzenia, krzyki, dyskusje, szamotaniny, przymuszenia, głodówki, kary. Nikt niczego nie wiedział. Nikomu nie powiedziała. Nie skarżyła się, nie donosiła, nie zdradziła tajemnic swojego wychowania. Mogła, ale nie chciała. Nienawidziła ich, jednak nie mogła się na to zdobyć wiedząc, że nie są źli do szpiku, bo stworzyli coś dobrego. Dzięki nim żyła i choć była to męczarnia - wolała to niż wieczne nieistnienie. Uciekła nie dlatego, że nie mogła dłużej tego znieść. Zrobiła to, bo zamierzali sprzedać ją znajomemu. To było więcej niż niż nielegalne, ale mieszkali w mieścinie tak małej, że nikt by nie zauważył. A przynajmniej udawaliby, że nie widzą. Znała go i już samego tego żałowała. Nazwisko wyrzuciła z głowy, bo męczyło ją w koszmarach. Dali mu imię Dolor, bo jego matka podczas porodu cierpiała tak bardzo, że ból pochłonął jej żywot. Był postawnym mężczyzną z ogromnymi barami, goleniami jak pnie drzewa i łapami większymi od jej głowy. Na jego twarzy zawsze gościł grymas niezadowolenia. Gdy się śmiał, dom dudnił echem, a pięść uderzała w stół, wprawiając w drganie nawet ściany. Chodziły różne opowieści o tym, co stało się z każdą z żon, którą miał. Najbliższa jakiej wierzyła była ta, że gdy już nie zadowalały go w łóżku, po prostu dusił je i rzucał ciało wilczurowi, który okrucieństwem zaskarbił sobie jego przyjaźń. Była wytrzymała, ale była też dzieckiem. Wizja bycia kolejną wykorzystaną i wyrzuconą kobietą, przyprawiała ją o przerażenie w najczystszej postaci. Wzdrygnęła się. Jacy rodziciele mogliby skazać swoje dziecko na coś takiego? Po jej policzku mimowolnie spłynęła łza. Nie mogłaby spojrzeć im w oczy, nigdy. Z tą historią zamierzała umrzeć. Ukazywała tych ludzi w tak złym świetle, że jako córka, nie potrafiła tego znieść. Popatrzyła na powolnie opadające słońce, znikające za horyzontem pełnym drzew. Zmusiła się do głębszego oddechu, pozwalając sobie na cichy szloch. Czasem trzeba spuścić z siebie trochę, by móc dalej funkcjonować bez przeszkód. Rache swobodnym krokiem wracała z magazynu. Uśmiechnęła się do niej.
- Dobrze się spisujesz.- pochwaliła, zabierając wymyte ubrania.- Chodź do środka, młodziaku. Pora spać, nabrać sił.- poklepała ją po ramieniu, czekając, aż wstanie. Zrobiła to.
- Mogę o coś zapytać?- zagadnęła, przepuszczając ją w drzwiach. Blondynka potwierdziła, nie zatrzymując się.- Dlaczego rodzice nazwali cię „zemstą“?
- Nie nazwali.- odłożyła łachy i odwróciła się, promieniejąc zębami w miłym sercu wygięciu warg.- Sama nadałam sobie imię. To taka osobista obietnica. Pewni ludzie zabili moich najbliższych. Chcieli zabić także mnie, ale Vinctus im nie pozwolił. Uratował mnie. Ślubowałam służyć mu pomocą, póki mój czas nie nadejdzie. Jednak poprzysięgłam także zemstę i na pamiątkę tego przyznałam sobie adekwatne miano.
- Ahm.- chrząknęła, nie wiedząc jak zareagować. Nie spodziewała się czegoś takiego. Pozbierała się szybko, zachowując stosowną kulturę.- Jak brzmiało twe imię wcześniej?
- Sonne, bo byłam światłem życia dla mojej mamy.
- Przykro mi.
- Mnie już nie. Jeśli piekło istnieje to poślę do niego tych drani, a potem pójdę tam za nimi, by na zawsze móc ich karać.- rozmarzyła się, choć było to dość ponure pragnienie.- On jest dobrym człowiekiem, gdzieś w środku. Porządnie to ukrywa, ale ja nie znam nikogo lepszego. Oddałabym za niego życie, tak jak on był gotów oddać je za mnie. Za nisko się ceni i to go zgubi. Nie znajdziesz tu drugiej, równie mu bliskiej osoby. Mnie jedynej okazał swe ogromne serce, zyskując w zamian przyjaciółkę. Ale to już między nami. Postrzegaj go własnym zdaniem, moim rządzi się wdzięczność.- odparła z błogim spokojem, zawracając do swoich komnat. Melodie podążyła jej śladem, do własnych czterech ścian. Legła na znajome łóżko, zmęczona zbyt dużą ilością informacji jak na jeden dzień. Rozebrała się i ułożyła pod kołdrą, lecz sen nie nadchodził. Chciała porozmawiać z kimś, kto nie będzie od niej wymagał. Nie myśląc wiele przyjęła najlepszą opcję. Cicho przeszła schody, korytarz. Zapukała do pokoju czarnowłosego, nerwowo pocierając stopą o łydkę. Kilka sekund później otworzył drzwi. Zmarszczył brwi na jej widok, ale wpuścił do środka.
- Słucham.- mruknął, kładąc się. Wpatrzył się we wszelkie krągłości jakie miała, potem w jej oczy.- Słucham.- powtórzył.
- Em...- wyjąkała, zapominając nagle, co chciała powiedzieć.
- To wszystko na co cię stać? Em?- zadrwił, podciągając ręce pod głowę. Był w samych spodniach, zrobionych zapewne z bawełny. Kudły związał w niski kucyk, aby nie pałętały się gdzie nie trzeba.
- Ja...
- Ty. To akurat widzę. Dalej.- pospieszył, obserwując wyczekująco.
- Przestań być złośliwy.- skomentowała naprędce, denerwując się. Była zakłopotana swoim durnym pomysłem przyjścia do niego o tej porze.
- Będę taki jak mam ochotę. To konkretna sprawa? Coś się stało? Czy zwyczajnie czułaś się zagubiona? Bo na taką wyglądasz.- strzelił, poważniejąc trochę. Skinęła niepewnie.- Dziecko. Ale tak, że coś się stało czy tak, że czujesz się zagubiona?
- Zagubiona.- wyszeptała bezwiednie.
- Chodź tu.- polecił, kierując podbródkiem na miejsce przy sobie. Położyła się, niezbyt odnajdując wygodę, którą on tu odczuwał.- Nie umiem pocieszać. Nie widzę w życiu niczego wspaniałego. Umiem za to się pieprzyć, więc jeśli chcesz, mogę zrobić ci dobrze na tyle, że to o czym myślisz na moment straci sens. Jak się na to zapatrujesz?- zaproponował, nie oczekując zgody.
- Mogę postawić warunek?
- Zadziwiasz mnie. Po raz kolejny daję ci darmową możliwość rozrywki, a ty chcesz stawiać jakieś ultimatum. Co będę z tego miał? Bo już w tej chwili nie mam niczego.- parsknął, jednak wiedziała, że czeka na jej wymóg.
- Nie powiesz ani słowa od teraz, aż do mojego wyjścia.- poprosiła. Zgodził się, zawisając nad nią. Ciężar jego ciała lekko wgniótł ją w materac. Niektóre z kruczych kosmyków opadły na jej lico, łaskocząc przyjemnie. W takich chwilach miała problem, by powstrzymać się przed pocałowaniem go. To jej naturalny instynkt, który ciężko było zatrzymać. Pochylił się i wprawnie muskał ustami jej ucho. Zapewne bardzo chciał rzucić jakąś uwagą, lecz nie zrobił tego. Prawą ręką oparł się o łóżko, lewą zwiedzając każdy zakamarek skóry do którego sięgnął. Scałował jej szczękę, szyję, ramię, obojczyk. Polizał mostek, obserwując jak wygina się, by dać mu lepszy dostęp. Odsunął się nieco. Przejechał palcem wskazującym między dwoma wzgórkami, patrząc na unoszącą się i opadającą pierś. Obrysował kształt róży, który zdążył się już zabliźnić. Wiedział co robi. Przymknęła powieki, chcąc oddać władze tylko jednemu ze zmysłów. Namalował kilka kółek na jej brzuchu, przy pępku oraz łonie. Wrócił po tym do biustu, prawie niewyczuwalnie drażniąc go opuszkami. Ugiął się, oplatając sutek ciepłymi, wilgotnymi wargami. Possał lekko, drugi zamykając pod dłonią. Mieścił się prawie idealnie. Potarł językiem twardniejącą strukturę, wciąż czując miękkość i mleczny smak. Słodkie westchnienie utwierdziło go w przekonaniu, że jest w tym tak dobry jak mu się zdaje. Przygryzł ledwie dostrzegalnie, z miejsca kojąc to serią pocałunków. Po chwili to samo zrobił z drugą piersią, mnąc z wyczuciem poprzedniczkę. Odczuwał własne pożądanie za każdym razem, gdy dziewczyna przypadkiem wysunęła biodra lub poruszyła nogą. Ustalił trasę spod szyi do podbrzusza, w nierównej linii obdarzając ją całusami. Ani razu nie otworzyła oczu, choć w ciszy, która panowała słyszał jej przyspieszony oddech i bicie serca. Wsunął dłoń między jej uda, masując leniwie. Jęknęła półgłosem, jakby próbowała się powstrzymać. Rozłożył delikatnie jej nogi. Gładząc kości biodrowe, czubkiem języka musnął łechtaczkę. Potarł palcem wargi sromowe, bez trudu wkładając go w mokry otwór. Wycofał od razu, skupiając się na dawaniu większej przyjemności. Przylgnął do niej ustami, ssąc intensywnie najbardziej drażliwy punkt. Wydała cichy okrzyk, zaciskając ręce na prześcieradle. Im mocniej przypierał, tym trudniej było jej się nie wić. Chciała go w sobie, najlepiej natychmiast. Dała mu to do zrozumienia, ciągnąc sugestywnie za włosy. Usłuchał niemej prośby. Zsunął spodnie przed kolana, ocierając erekcją o jej zwilgłą pochwę. Wszedł do środka powoli, pewnie i z godnym podziwu opamiętaniem. Znów pochylał się nad jej twarzą, choć w stosunku do niego była tak mała, że raczej łatwiej jej było spoglądać na tors. Pchnął zręcznie, zachowując niezbędną finezyjność. Powtarzał to kilka razy, aż zaczęła półszeptem prosić o więcej. Wtedy przyspieszył na tyle, by zadowolić samego siebie oraz by mogła dojść. Podobały mu się dźwięki, które wydawała. Coś pomiędzy westchnięciem, jękiem, a krzykiem. Wygięła się w spazmie rozkoszy kiedy posunął na tyle porządnie, że wywołał orgazm. Sam zaszczytował, gdy tylko jej mięśnie zacisnęły się wokół niego. Opadł na nią, z oddechem żywszym niż zwykle, ale nie tak płytkim jak po wszystkich poprzednich razach. Objęła go, mimochodem całując szyję. Niebawem zasnęła. Poprawił ubranie. Dał jej zapadaść w głębszą nieświadomość, po czym podźwignął w ramionach i odniósł do pokoju. Nie było opcji, żeby spała u niego. Ułożył ją miękko, poprawiając kołdrę. Chwyciła go za dłoń i nie chciała puścić, upierając się przy swoim. Wyszarpnął się, szybko uciekając. Lepiej, żeby wspólne nocowanie nigdy się nie powtórzyło. Wrócił do siebie, niełatwo oddając się w objęcia Morfeusza.

czwartek, 21 maja 2015

Siódmy.

Mijały tygodnie. Czasem spędzał z nią całe dnie, czasem ani chwili. Relacje między nimi ustabilizowały się. Nie bała się już jego reakcji na głupie pytania z jej strony czy zachowania nie na miejscu. Kilka razy zdarzyło im się uprawiać seks, do czego też przywykła. Doceniała jego wyrozumiałość i cierpliwość, której nie miał tak wiele dla innych kobiet. W międzyczasie kilka razy spotykała się z Malumem na obiadach. Polubiła go, a on wyraźnie szukał jej towarzystwa.
Podniosła się z łóżka, oddychając pełną piersią. To była pierwsza naprawdę przespana noc od bardzo dawna. Czuła się dobrze, co wydawało jej się dziwne ze względu na całą sytuację. Podeszła do okna, podnosząc lusterko z parapetu na wysokość twarzy. Blada cera, ciemne brwi i wyraźne kości policzkowe ładnie ze sobą kontrastowały. Widok zmiękczały puchate kudły, brązowe oczy oraz delikatne, różowawe usta. Pomasowała prawy obojczyk - obolały od wczorajszego upadku na schodach. Miała też rozległego siniaka na udzie, ale starała się go ignorować. Pulsował, kiedy tylko przypominała sobie o jego istnieniu. Przymknęła powieki, rozsuwając małą firankę. Wpuściła tym samym odrobinę słońca, która zwiastowała rychłe nadejście ciepłego klimatu. Rzęsy rzuciły długi cień na lice. Nagość była w tym momencie przyjemna. Rozkoszowała się niczym niezmąconym spokojem.
- Cholera jasna!- wrzasnął ktoś z dołu, przebijając głosem ściany i drzwi jej pokoju. Zaraz potem usłyszała ciężkie wdrapywanie się po schodach. Wstrzymała dech wiedząc, że zaraz ktoś zakłóci jej samotność. Kilka sekund później w progu zjawił się zdenerwowany Vinctus. Obejrzał ją od stóp do głowy, po czym ciężko oznajmił:
- Autentycznie wyglądasz niesamowicie pociągająco w tym świetle, aczkolwiek mam sprawę niecierpiącą zwłoki.
- Jakąż to?- zapytała, sięgając po grzebień i rozczesując niesforne kosmyki.
- Malum każe mi iść z nim na jakiś dziwny bal. Ma tam coś do załatwienia i jestem mu potrzebny.- poinformował ją, podchodząc do niedużej garderoby. Zaczął przebierać między wieszakami.
- Dobrze, ale co mi do tego?- zainteresowała się, zakładając przedramiona na piersi.
- Domyślam się, że umiesz tańczyć. Mam rację?- prawie warknął, nie przestając czegoś szukać.
- Owszem.- potwierdziła niespiesznie.
- Świetnie.- podsumował, wyciągając wieszak z zieloną suknią. Rzucił jej ją, po czym zmierzył do wyjścia.- Zakładaj kieckę, bo idziesz ze mną.
- Aha.- parsknęła, kiedy już zniknął. Wyrównała materiał, przesuwając go między palcami. Bawełniana z elementami jedwabiu i ozdobną, białą koronką przy talii. Sięgający kolan, rozłożysty, szyfonowany dół. Najbardziej niepokoił ją brak ramiączek. Nie miała zbyt pokaźnego biustu, więc jak to się miało utrzymać? Niepewnie wsunęła kreację na nagie ciało, uważając, by jej nie wygnieść. Potrzeba było kogoś, kto zwiąże sznurki na jej plecach. Było tam coś w rodzaju gorsetu. Pilnując, by tkanina nie opadła, zeszła na dół, by poszukać czarnowłosego lub którejś z jego kobiet. Natknęła się na niego na rogu między salonem, a jadalnią. Rozmawiał z Cariną, ciemnoskórą dziewczyną, która często pracowała w kuchni. Rudowłosa odchrząknęła cicho, zwracając na siebie uwagę.
- Tak?- odwrócił się, ponownie ją lustrując.- Związać?- domyślił się, podchodząc. Dokładnie pociągał każdą tasiemkę, wydychając rozgrzane powietrze na jej pół-nagie plecy. Spętał końcówki, po czym przysunął usta do jej ucha.- Gdyby nie to, że nie mamy czasu to już byłabyś przyparta do ściany. Powinnaś jednak ubrać bieliznę, żeby mnie nie kusiło wystawić brata.- wymruczał gardłowo. Spłonęła rumieńcem.- To jak, Rinnie, pomożesz mi?- zwrócił się do towarzyszki, wskazując drogę do swoich komnat. Wspólnie się tam udali, zostawiając May na środku holu. Poszła do łazienki, przejrzeć się w tremie. Sukienka ładnie opinała to, co powinna. Kolor efektownie współpracował z odcieniem jej włosów, podkreślając go i ustalając jako zaletę. Nie chciała się nad sobą rozwodzić - wyglądała dobrze. Podzieliła kudły na pasma, by zapleść je w warkocz, który później ściągnęła w elegancki kok. Brakowało jeszcze biżuterii. Wróciła do siebie z zamiarem znalezienia naszyjnika, otrzymanego od Vinctusa jakiś czas temu. Zawiesiła go, ciesząc się, że posiada coś tak idealnie pasującego. Posłusznie włożyła desu z czarnej koronki, bo tylko takie znalazła.

Bal był ogromny. Setki powozów z końmi czekały w okolicach posiadłości, aż ich właściciele łaskawie raczą powrócić do domów. Malum przeszedł przodem, wyciągając do niej dłoń, tym samym  pomagając przy wysiadaniu z pojazdu. Posłała mu spłoszony uśmiech w którym nikło przebijało się wrażenie, iż jest jednak damą. Mogłaby swobodnie uciec, gubiąc się niby przypadkiem w tłumie. Bała się, że ktoś ją znajdzie i skończy się gorzej, niż gdyby została. Porzuciła więc szybko plan oswobodzenia, skupiając wzrok na mijających ich ludziach. Wytworne kobiety z biustami na wierzchu oraz włosami puszczonymi strąkami po ramionach, elegancko stawiały małe stópki w szalenie niewygodnych butach. Ona sama pozwoliła sobie na czarne pantofelki, które dostała od braci. Vinctus ujął ją pod ramię, zakleszczając w mimochodnym uścisku. Czuła się z tym zadziwiająco dobrze, wręcz jakby uspokojona jego obecnością. Był jedyną stałą rzeczą w tym nowym świecie, pełnym ciągłych wyzwań. Otrząsnęła się z rozmyślań, kiedy mocniej szarpnął jej ręką, próbując zatrzymać potknięcie. Trzeba jej to przyznać, że stała się ostatnio wyjątkowo kaleczna. Przysunął usta do jej ucha.
- Zachowaj odrobinę gracji. Nie wiadomo kto patrzy.- szepnął, uśmiechając się, jakby rzucał bardzo seksualną uwagę. Zarumieniła się pokazowo, wstydząc się za swój brak koordynacji. Wyprostowała plecy, unosząc się dumą przystającą prawdziwej towarzyszce. Wszystkie obecne kobiety miały sukmany do ziemi, więc czuła się mało komfortowo w swojej, sięgającej ledwo kolan. Przeszli przez drzwi wielkiej sali balowej. Huk orkiestry ciągnął się przez całą długość, obijając o wysokie ściany i złote kandelabry na przybocznych stolikach. Zapach perfumy bił nieprzyjemnie w nozdrza, a kolorystyka gościńca powalająco działała na błędnik. Zakołysała się na palcach, nie potrafiąc ogarnąć rozumem poziomu rozmachu. Czarnowłosy wytrwale prowadził ją przed siebie i była pewna, że gdyby nie to - już dawno upadłaby oszołomiona. Podeszli w trójkę do blondynki o dziecięcych rysach twarzy, lecz sukni na poziomie arystokratki. Błękit krepy przypominał czystą, oceaniczną wodę, kontrastując doskonale z bielą pereł. Prosty, sztywny uśmiech wpłynął na jej twarz, gdy ujrzała Maluma.
- Panno Greenloft.- skłonił się nisko.
- Już myślałam, że nie zaszczyci pan nas swoją obecnością.- odpowiedziała, kiwając lekko głową.- Moja matka czeka w swoich komnatach. Źle się poczuła. Ojciec powinien spotkać się z panem, kiedy tylko dowie się o pańskim przybyciu. Mam nadzieję, iż nikt nie sprawi panu kłopotów. W razie wątpliwości jestem do dyspozycji tutaj.- wskazała salę, gdzie coraz więcej osób obracało się w tańcu. Obdarzyła spojrzeniem Vinctusa.- Cieszymy się, iż pan również się pojawił, panie Amet. Dawno nie miałam okazji z panem walcować, a dzisiejsza muzyka z pewnością będzie do tego odpowiednia.
- Nie zamierzam z Tobą tańczyć, dziecino.- odparł nonszalancko.- Melodie, to jest Livia.- przedstawił, zadziwiając ją wymową pełnego imienia. Ugięła kolano, dygając z szacunkiem. Jasnowłosa postąpiła tak samo.
- Miło cię poznać, Melodie.- zamrugała przymilnie, skupiając jednak wzrok na mężczyźnie przed sobą. Malum w międzyczasie zdążył niepostrzeżenie zniknąć.- Towarzyszy ci jako dama serca, jeśli można zapytać?
- Nie można.- prychnął, zgarniając ich oboje z pola konwersacyjnego.- Zjesz coś? Napijesz się? Wydymać cię w tamtym rogu?- wskazał dłonią grube, czerwone zasłony, wiszące ponad szafą z papierami.
- Hm, podziękuję.- mruknęła cicho. Rozejrzała się. Dostojni goście wykręcali swoimi partnerkami, świetnie się bawiąc. Dla niej samej tłum był peszący i nie bardzo miała ochotę wstępować w jego szereg.
- Chcesz zobaczyć ogród? Odetchniesz, nabierzesz dystansu.- zaproponował niespodziewanie mile. Pokiwała ochoczo. Potrzebowała jeszcze chwili, żeby pogodzić się ze swoją obecnością w tym dziwnym miejscu. Była pewna, że poradzi sobie w przykazanej roli, trzeba tylko odrobiny wprawy. Wyprowadził ją bocznym przejściem, kulturalnie oddając pierwszeństwo. Przystanęła, krztusząc się. Ustrojony kwiatami labirynt fantazyjnie plątał się kilometrowo, kończąc się dopiero między rzędami wysokich sosen. Bujna, zielona trawa przystrzyżona była co do milimetra. Krzewy z rozkwitającymi czerwonymi różami ułożone zostały we wzory jakich nie umiała nawet nazwać. Słońce błyskało ostatnim tchem, odbijając promienie we wszelkich kolorach. Był wieczór, lecz wciąż jasny. Małe, białe ławeczki okraszone były bluszczem na podporach. Marmurowe figury aniołów celowały długimi strzałami w każdego, kto napatoczył się pod ich podesty. Zeszła na palcach po wypolerowanych schodach, przytrzymując się ramienia Vinctusa.- Przejdziemy się?- wskazał ścieżki między podcieniowanymi ściankami żywopłotów. Powoli tamtędy podążyli.
- Mogę zadać prywatne pytanie?- wyrzuciła w końcu, kiedy cisza ciągnęła się, pozwalając się przerywać wyłącznie radosnym ptakom.
- Jeśli nie naruszy zbytnio konfidencjalności na jaką możemy sobie pozwolić.- odpowiedział spokojnie, wypatrując przed siebie. Przewróciła oczami. Ostatnio tchnęło go do używania dystyngowanych słów.
- Czy wziąłeś mnie ze sobą, aby sprawniej unikać kontaktu z panną Green...left?- zająknęła się, niepewna nazwiska.
- Greenloft.- poprawił sprawnie.- Po części tak.
- Och. Rozumiem.- założyła za ucho kosmyk, który niefortunnie wypadł z koka. Przymknęła powieki, ufnie dając się prowadzić. Złote wstążki tańczyły dla niej, kiedy słońce fragmentami zachodziło.
- Nie interesuje cię drugi powód twojego jestestwa tutaj?- w jego głosie pobrzmiało zdziwienie. Machnęła przecząco głową.- Imponujesz mi dzisiaj, panno... cholera, nie wiem.
- Hederam.- uśmiechnęła się drwiąco na wspomnienie ludzi, po których odziedziczyła godność.- Nigdy nie spytałeś.
- Nigdy mnie to nie obchodziło.- wzruszył ramionami.- Dla mnie wszystkie jesteście imionami. Jeśli już musicie się przedstawiać to nie widzę problemu, by było to moje nazwisko.- dodał po zastanowieniu.
- Melodie Amet. Brzmi głupio.- roześmiała się, rozluźniając całkowicie. Uniósł kącik ust, ukazując własne rozbawienie. Szli dalej w milczeniu, uspokojeni i zadowoleni ze zbudowanej atmosfery.
- May.- rzucił w przestrzeń, zatrzymując się.
- Vins.- uniosła brew w ramach kontry. Skrzywił się.- Tobie wolno zdrabniać, a mnie nie?
- Dokładnie. Czujesz się na tyle dobrze, by wrócić do ludzi?- upewnił się. Natychmiast zawróciła, ciągnąc go zgrabnie za sobą. Gwar rozmów niósł się po wszystkich korytarzach, brzmiąc odrobinę przyjaźniej niż wcześniej jej się zdawało. Popisowo chwycił ją w talii, kierując do stołów z napitkiem. Rozlał krwistoczerwonego płynu do pozłacanych kieliszków w kształcie otwartych koron kwiatów. Życzliwie posmakowała, wyczuwając mieszankę winogron z porzeczkami. Słodkie, niezbyt mocne wino owocowe. Właśnie miała zagaić czy on sam umiałby zrobić takie, kiedy ktoś położył dłoń na jej ramieniu. Grube, szorstkie palce ścisnęły jej obojczyk. Owinął ją kwaśny oddech starszego jegomościa.
- Szy moszna s panienchą satanszyś?- wystękał, czkając jednocześnie. Vinctus przyciągnął ją mocno do siebie, wyrywając spod niepożądanego dotyku. Ten gest wydał jej się uroczo władczy.
- Nie można. Wio do swojego koryta.- warknął agresywnie, chowając ją za swoimi plecami. Pan widocznie poczuł się urażony, bo cały stanął w pąsach i zakołysał drugim podbródkiem. Właściwe trzecim także. Zamaszyście uniósł ręce, by spuścić je szybko.- Żałosne. Odejdźże od niej.
- Bojsz sie o sfoją sabafeczkę?- zadrwił tamten, robiąc krok w ich kierunku. Czarnowłosy obrócił głowę w jej kierunku, rejestrując mimikę. Miała rozwarte trzeszcza i delikatnie uchylone wargi. Fachowo nazwałby to lękiem, mogącym w każdej chwili zmienić się w panikę. Westchnął ciężko.
- Jeszcze raz nazwij moją panią zabaweczką to odetnę ci klejnoty i przyszyję do czoła twojej matki, jasne?- wysyczał zza zaciśniętych zębów. Facet tylko pomamrotał coś z przekąsem, wycofując się potulnie. Rudowłosa uśmiechnęła się niemrawo do wybawcy.- Zatańcz ze mną.- poprosił, obejmując ją.
- Nie chcę.- pisnęła, na powrót chcąc wydostać się z sali.
- Tylko jeden taniec. Jeśli nie poczujesz się lepiej to obiecuję, że wrócimy. Choćbym miał zostawić Maluma samego.- zapowiedział twardo. Pokrzepiło ją to, choć nie rozumiała czemu stał się nagle tak uprzejmy. Skinęła na zgodę, układając łokcie na odpowiedniej wysokości. Prowadził śmiało, ani razu nie nachodząc na jej stopy, jak wszyscy inni mężczyźni, których znała. Nie dziwiło ją to, był przecież z wyższej sfery. Jednak czuła się onieśmielona jego umiejętnościami, biorąc pod uwagę swoje, bardzo nikłe. Niby rodzice nauczyli ją podstawowych kroków oraz odpowiednich ruchów bioder, aby wykazywała się większą gracją - pomimo tego niezbyt raźnie podchodziła do pląsów. Obrócił nią, stykając się z jej ciałem wyłącznie opuszkami palców. Przebiegł ją dreszcz, od lędźwi w górę, zatrzymując się między łopatkami. Trzymali pozycję, lecz miała wrażenie, jakoby ich twarze były bliżej siebie niż powinny. Spojrzała pod nogi, na co od razu uniósł jej brodę.
- Nigdy tego nie rób.- poinstruował, łapiąc jej wzrok. Manewrował zgodnie z taktem, co jakiś czas zakręcając ją wokół własnej osi. Podobał jej się sposób w jaki ją trzymał - mocno, ale z wyczuciem. W przeciwieństwie do części obecnych tu gości, nie biło od niego alkoholem, lecz męskim potem. Z tym zapachem zdążyła się już oswoić, a nawet go polubić. Wysoki wzrost dodawał mu atrakcyjności, sprawiając jednocześnie kłopot, gdyż niewygodnie jej było wyciągać do niego szyję. Znów wbiła spojrzenie w bliznę, dowód jego braterskiej miłości. Bladoczerwony ślad wyglądał wyjątkowo biednie w obecnym świetle. Niespodziewanie dociągnął ją do siebie, przerywając kontemplację nad swoją osobą. Spróbowała poruszać się na palcach, by uzyskać lepszy efekt. Podziałało, choć nie było najprzyjemniejsze. Przeskakiwała zwinnie pomiędzy kolejnymi nutami, przebierając małymi stópkami w czarnych pantofelkach. Nie rozmawiali w trakcie, to byłoby niewłaściwie. Na koniec utworu przechylił ją w tył, okalając końcówkami swoich długich, kręconych włosów. Uśmiechnął się szczerze, w odpowiedzi dostając to samo. Przetańczyli tak jeszcze kilkanaście numerów, zanim Malum przemknął się do nich chybkiem. Trącił Vinsa ramieniem, dając tym samym znak, że mogą już iść. Starszy brat ze spokojem przyjął informację, zakręcił nią po raz ostatni i chwycił ją pod ramię. Nie zamierzał bawić się dłużej niż musiał. Dyskretnie wyszli, nie żegnając się z nikim. Przy powozie stała jednak znajoma blondynka, widocznie ich oczekując.
- Spodziewałam się takiego obrotu spraw. Chciałam pogadać z Vinctusem, jeśli pan pozwoli.- zamrugała dziewczęco do krótkowłosego, chcąc odwołać się do jego nazbyt przymilnej strony. Przyzwolił, gdyż tego wymagała kultura. Wsiedli do pojazdu w czasie, gdy niezadowolony mężczyzna udał się z Livią na stronę.
- Mogę wiedzieć czemuż Vinctus jest tak tej pani ważny?- spytała zaciekawiona ruda, rozsiadając się przy oknie.
- Pani ta obrała sobie za cel, aby usidlić twojego towarzysza.- parsknął serdecznie Malum. Zachichotała nieformalnie, zdając sobie sprawę z absurdalności tego pomysłu. Było to niemal równo niemożliwe jak schwytanie w dłoń czułego słowa.- Kiedyś coś między nimi zaszło, po czym uznała za punkt honoru, by został jej mężem. Niezbyt długa historia, jednak nie może jej usłyszeć nikt niepożądany.
- Rozumiem.- uśmiechnęła się mimowolnie. Puścił jej perskie oko.
- Opowiem ci przy okazji.
- Opowiesz co?- zaabsorbował się podmiot rozmowy, dołączając do nich. Ukryła rozbawienie, wychylając rumieńce przez pustą ramę okiennicy. Ruszyli niespiesznie w kierunku domu.- Opowiesz co?- powtórzył nieustępliwie, kiedy nie uzyskał odpowiedzi. Tym razem również brzmiała cisza. Westchnął ociężale i zwrócił się bezpośrednio do niej.- Opowie co?
- Oczywiście to, skąd wzięło się jego zamiłowanie do krawiectwa. Byłam szalenie ciekawa tej kwestii w związku z tym, jak trudne oraz czasochłonne jest to zajęcie.- zełgała z łatwością, patrząc mu prosto w obsydianowe oczy. Pogłaskał ją po policzku, delikatnie poklepując.
- Prawie dobrze, Księżniczko. Jednak gdyby chodziło o to - bez przeszkód rozwinąłby teraz ten temat, nie czekając na inną okoliczność.
- Zostaw tę sprawę. Livia chciała czegoś konkretnego?- zagaił krótkowłosy, nieelegancko wyciągając nogi przed siebie.
- Tylko tego, czego zawsze chce.- odwarknął, wbijając wzrok w przestrzeń ponad sobą.- Raz człowiek jej użyje z braku możliwości, a ta sobie wyobraża cuda. Kto kobiety nauczył myśleć tymi głupimi schematami?
- Rodzice. Młodej damie nie przystoi się puścić z byle kim.- posłał jej zawadiacki uśmieszek, nawiązujący do początku ich własnej konwersacji. Zagryzła wargi, usiłując nie roześmiać się we głos.
- Więc o tym rozmawialiście. Sprzedawanie mojego życia to nic, za co mógłbym być ci wdzięczny.- upomniał go, odwracając do niej profil.- To nudna bajka.
- Opowiesz mi ją na dobranoc.- zarządziła, płoniąc się do drzew przemykających przez jazdę. Kilka minut zanim dotarli, zauważyła mały staw, przy którym łowiło dwóch facetów. Zachowała go w pamięci, aby później zaczepić o niego Vinctusa. Z chęcią by się tam wybrała, gdyby znalazł odrobinę chęci. Wysiadła razem z nim, uściskiem dłoni żegnając Maluma, który miał jechać dalej. Gdy tylko powóz zniknął z horyzontu - silne, długie palce wbiły się w jej pośladek. Uniosła brew, spoglądając na niego pod kątem.
- Oboje dobrze wiemy, że odkąd przyszłaś do mnie bym związał ci suknię, układałem w myślach wszelkie możliwe opcje zerżnięcia cię.- wymruczał najsłodszym głosem, na jaki było go stać. Pchał ją taktownie, irytując się z powodu długości drogi do drzwi. Oblizała przesuszone wargi.
- Aż taka jestem seksowna?- zadrwiła, przełykając nerwowo ślinę. Zdążyła się nauczyć, iż musi być gotowa na wsio, zawsze. Nawet zaczęło jej to wychodzić.
- Gdybym całował swoje kobiety to definitywnie wyssałbym z twoich ust cały smak.- odparł w ramach riposty.- Przysięgam, że nie wiem o czym myślałem, kiedy planowałem tę przestrzeń. Okropnie niepraktyczne to przejście.
- Nie rozpłynę się przez te parę metrów.- prychnęła.
- Może nie.- przyparł ją do ściany wejściowej, błądząc jedną ręką przez bezmiar, poszukując klamki. W międzyczasie wpijał się zębami w jej szyję, łagodząc zadawany ból językiem. W końcu znalazł zaginione wejście. Podrzucił nią, by zahaczyła nogami o jego biodra, po czym wniósł do środka. Z całym impetem usadził ją na szafce, przedtem szybkim ruchem zgarniając z niej wszystko. Wsunął palce pod materiał sukni i mocno szarpnął. Parsknęła śmiechem kiedy żaden szew nie puścił.
- Twój brat jest bardzo dobrym krawcem.
- Wstań.- polecił zniecierpliwiony. Posłusznie spuściła nogi na ziemię. Stanęła tyłem, od razu dając mu dostęp do wiązania. Bawiła ją jego bezradność. Sznurek po sznurku luzował gorset, jednocześnie tracąc coraz więcej cierpliwości. Warknął zirytowany. Powstrzymała jego dłonie, sama delikatnie wyciągając uparte tasiemki. Sukienka opadła na podłogę wokół jej stóp. Chwycił ją w biodrach, pomagając ponownie wskoczyć na mebel. Poczuła przyjemne mrowienie w miejscu, gdzie jej dotknął. Natychmiast przytknął usta do jej piersi, ssąc intensywnie. Jęknęła pod naporem jego języka, co tylko dodało mu animuszu. Przyciągnął ją za talię, zmuszając tym samym do odchylenia. Oparła nadgarstki za sobą, jednak on przewiesił je na swój kark. Drapnęła go mimochodem, gdy próbowała ułożyć się trochę wygodniej. Ukąsił w odpowiedzi jej sutek. Zacisnęła wargi, powstrzymując syknięcie. Odsunął się, rzucając jej spojrzenie czarnych, rozpalonych oczu. To już przerabiali - pozwalał jej w ten sposób zdjąć z siebie ubranie. Płaszcz zostawił w powozie, tym nie musiała się kłopotać. Uniosła jego ramiona, ściągając w górę koszulę. Zapach męskiego potu stał się równie wyraźny jak widok szerokiej, dość umięśnionej klatki piersiowej. Nie lubił kiedy za długo na niego patrzyła, więc od razu zajęła się pozbawianiem go spodni. Skopnął je wgłąb korytarza, przy okazji zsuwając swoją bieliznę. Wydawał jej się potężny, gdy tak stał nago i czekał pokornie na ruch z jej strony. Przyzwalająco rozłożyła palce przy jego miednicy. Wodziła opuszkami obok jego męskości, wokół pępka i w górę, po torsie. Dotknęła szczęki, kości policzkowej, a kciukiem zachwycała się nad kształtem jego ust. Uchylił je, więc dała mu go possać. Przez krótką chwilę trwali tak, napawając się minimum słodkiego napięcia. Minutę później jej desu leżało na stercie łachów. Rozwarł jej uda, bezceremonialnie wchodząc w nią. Zawyła cicho, bo było to tyle przyjemne, co brutalne. Przybliżył nos do jej ucha.
- Krzycz.- zażądał pełnym chuci głosem, przyciągając ją do siebie za pośladki. Dzięki temu mógł wbijać się głębiej, mocniej. Bezwolnie wydawała z siebie dźwięczne odgłosy, kiedy przyspieszał. Widziała kropelki potu spływające z jego skroni. Niemal potrafiła opisać ich słony smak. Zacisnął prawice na jej talii, wywołując miły ból. Przygryzła wargę, dochodząc. Ciepły, lepki płyn ściekł na szafkę kiedy on także skończył.
- Posprzątam.- zaoferowała, opanowując oddech. Skinął aprobująco, po czym powędrował do łazienki.
Przyzwyczaiła się do nagości. Zdecydowanie wolał oglądać ją taką, niż ubraną w gorsety, jak inne. Swoją drogą nie widziała, żeby sypiał ostatnio z kimś innym prócz niej samej. Cały czas kręciła się zbyt blisko, by mógł choćby o tym pomyśleć. Uśmiechnęła się półgębkiem, spoglądając na białą plamkę odznaczającą się na drewnie. Zstąpiła na ziemię, wdzięcznie zbierając wszechobecne ubrania. Wyniosła je do przedpokoju, zamierzając później wyprać w stawie. Przy okazji wzięła stamtąd szmatkę i starannie wytarła mebel ze spermy, by nic się nie uszkodziło. Ktoś za jej plecami odchrząknął, zwracając na siebie uwagę. Posłała pytające spojrzenie ciemnowłosej kobiecie w roboczym uniformie.
- Pan chciałby byś do niego przyszła.
- Dobrze, dziękuję.- skłoniła się uprzejmie, tak jak uczyli ją rodzice. Wyciągnęła rękę z brudnym materiałem.- Czy mogłabym poprosić cię o umycie tego? Nie chciałabym ingerować w twoje zajęcia i dokładać obowiązków.
- Nie ma problemu.- rozpromieniła się dziewczyna, zadowolona, że ktoś wyraża prośbę zamiast rozkazywać.
- Dziękuję.- powtórzyła, wręczając jej szmatę. Powoli udała się do Vinctusa. Weszła bez pukania, czego nauczył ją jakiś czas temu. Tłumaczył to tym, iż jeśli ją woła to nie musi uprzedzać o swoim przybyciu, gdyż i tak się jej spodziewa. Siedział rozłożony w wannie, chowając się pod lekką warstwą piany. Teatralnie zgięła się w pół.- Panie mój.
- Ty się śmiejesz, a reszta się do mnie tak zwraca.- parsknął. Poklepał podłogę obok. Spoczęła na niej, pozwalając sobie na zamoczenie nóg w gorącej wodzie. Instynktownie chwycił je i zaczął masować.- Mów do mnie.
- O czym chcesz posłuchać?- zapytała, podpierając się dla wygody o kafelki za sobą. Spodobało mu się wysłuchiwanie jej historii na tyle, że często o nie wołał.
- O czymś miłym.- zdecydował po dłuższej zadumie.- Zaskocz mnie.